Ostatnie lato bez Boga.

Byłem w grupie ludzi związanych z muzyką niezależną, alternatywną, trzecim obiegiem. Ani lewica, ani prawica, żadnej polityki. Za to dużo tolerancji wobec odmienności, inności, nawet dziwaczności. Dużo troski o siebie nawzajem. To był dobry świat wspaniałych, inteligentnych, otwartych osób. Świat, który mnie ukształtował, moje myślenie, moje postrzeganie, perspektywę. Świat, który sprawił, że gdzieś tam głęboko w duszy ciągle mam coś z punka.

Tego lata wybraliśmy się na pewien festiwal muzyczny. Słońce, kilkadziesiąt niezwykłych osób w ekipie, Mazury i jako wisienka na torcie, mój, w tamtym czasie, ulubiony zespół muzyczny na żywo. Skład międzynarodowy, ogrom instrumentów, żywiołowość wykonawców, wszystko to gwarantowało przednią zabawę.

Koncertu nie pamiętam, sporej części festiwalu też nie, połączenie alkoholu i marihuany. Nie, nie, to nie jest wpis o szkodliwości używek, ja nie wiem co jak na kogo działa i się nie wypowiadam. Ja wiem tylko jak to połączenie działa na mnie. Duża ilość marihuany i alkoholu przyjęta jednocześnie działają na mnie jak młot pneumatyczny wybijający mi dziury w mózgu. Festiwal przetrwałem bez żadnych groźnych wypadków dzięki temu, że opiekowali się mną bardziej rozsądni ode mnie przyjaciele.

Wróciłem do domu i zadałem sobie pytanie: „skoro miało być tak fajnie, to dlaczego nie było?”, a zaraz potem, drugie: „czego ty w ogóle chcesz?” Odpowiedź na pytanie drugie znałem od lat: „chcę, żeby coś się wydarzyło”. Natomiast co do wyjazdu na festiwal, to refleksja jaka mnie naszła była dla mnie zupełnie odkrywcza:

Tylko pozornie wyjechałeś trzysta kilometrów od miejsca, w którym mieszkasz. Tak naprawdę nigdzie się nie ruszyłeś. Tkwisz w tym świecie od lat i w plecaku zabierasz go ze sobą dokądkolwiek się ruszysz. Tak naprawdę jesteś ciągle w tym samym miejscu. W świecie, w którym żyjesz, gdyby coś się miało wydarzyć, już by się wydarzyło. Ten świat to twoje prywatne czekanie na Godota!

Postanowiłem zmienić coś faktycznie, nie tylko pozornie. Usłyszałem od znajomego, że zna kogoś, kto szuka ludzi do pracy, na drugim końcu Polski, w Poznaniu. Wziąłem numer telefonu, zadzwoniłem, dostałem pracę,  następnie dzięki internetowi znalazłem sobie pokój do wynajęcia, spakowałem dwie walizki i kupiłem bilet. Nocnym autobusem przejechałem czterysta kilometrów i wysiadłem na dworcu w mieście, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Aby znaleźć ulicę, na której wynająłem sobie pokój musiałem skorzystać z taksówki.

W pierwszym dniu pracy zobaczyłem blondynkę przecudnej urody, która się do mnie sympatycznie uśmiechała. Był ostatni tydzień listopada. W październiku następnego roku mieliśmy już kościelny ślub, w drodze syna i kupione małe mieszkanie na duży kredyt. Nie minął nawet rok. Czy się bałem? Ani trochę! Czy miałem wątpliwości? Żadnych!

W tym roku mija od tych wydarzeń równo dziesięć lat. Wtedy tak na to nie patrzyłem, ale dziś widzę, że to Bóg silną ręką i mocnym ramieniem postanowił wyprowadzić mnie z mojego Egiptu.

Rutyna w życiu jest potrzebna, gdybyśmy każdego dnia musieli się mierzyć z czymś nowym, gdybyśmy codziennie musieli stawać przed nieznanymi wyzwaniami, przygodami, sprawami, nasze życie byłoby naprawdę ciężkie i męczące. Czasami jednak warto z tej rutyny zrezygnować. A nie ma na to lepszej okazji jak wakacje. To świetny czas, by wyjechać, tylko uwaga! Wcale nie chodzi tu o liczbę przebytych kilometrów, bo może się okazać, że przemierzysz setki kilometrów, a tak na prawdę ciągle będziesz w domu. Zwiedzisz egzotyczne miejsca, głośno będziesz wychwalać: „ach jakie widoki, jakie krajobrazy, jakie słońce”!. A w duchu stwierdzisz, że było tak jak zawsze, że miało być tak ekstra, a nie było.

Wyjechać to znaczy zmienić na chwilę świat, w którym żyjesz na co dzień, jeśli ten świat skrzętnie upchasz do walizki i zabierzesz ze sobą może się okazać, że nigdzie nie wyjechałeś, tylko przetransportowałeś swój stary, dobrze znany świat o ileś tam kilometrów.

Dlatego w te wakacje nie pakuj niczego. Jeśli na codzień rozpoczynasz dzień od oglądania katolickich celebrytów na youtube, jeśli codziennie czytasz artykuły na Deonie, katolicką prasę, katolickie książki, oglądasz wyłącznie „katolickie” filmy, zostaw to w domu, nie martw się, jak wrócisz to będzie na ciebie czekało. W wakacje trochę zaszalej, udaj się do światów, w których nigdy nie bywasz. Posłuchaj Żydów, Muzułmanów, lewaków, feministki. Zobacz zupełnie niekatolicki film, przeczytaj skandalizującą powieść, albo kryminał, albo romans. Czy znajdziesz tam odpowiedzi na nurtujące cię pytania? Nie sądzę. Cała rzecz w tym, że ty być może wcale nie potrzebujesz nowych odpowiedzi na stare pytania. Całkiem możliwe, że ty już te odpowiedzi dobrze znasz. Być może chodzi o to, że potrzeba ci nowych pytań, że w tych nieznanych ci światach usłyszysz pytania, których nigdy sobie nie postawiłeś.

Być może jest tak, że głównym bohaterem twoich starych pytań jesteś ty sam. A przecież gdy Bóg postanowił cię stworzyć, zrobił to, bo miał wobec ciebie jakiś plan. Miał wobec ciebie jakieś marzenia, wyśnił sobie ciebie. Być może po raz pierwszy w życiu zadasz pytanie nie o siebie, spytasz na przykład:

 Tatusiu, a jakie Ty masz marzenia? Tatusiu, to gorące lato to przecież świetny czas, by któreś z Twoich marzeń zrealizować!

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *