Bóg daje nam wielki kryzys naszego Kościoła. Myślę, że warto się zastanowić dlaczego to robi. Czy za mało Mu jeszcze w Polsce wkurzonych katolików? Czy do walki ze straszną Unią Europejską, gejami, lesbijkami, lewakami, Żydami, mamy jeszcze sobie dołożyć mafię w sutannach? Czy od ścigania mafii nie jest w państwie prawa policja?
Możliwe, że dobry Bóg ma już dosyć grzechów wołających o pomstę do Nieba, że ujmuje się za tymi swoimi stworzeniami, które są najbardziej niewinne i bezbronne. Za tymi, którzy cierpią i krzyczą w rozpaczy dzisiaj.
Dzisiaj i tutaj! Nie gdzieś w trzecim świecie, w jakimś Iraku, Syrii, czy innym odległym miejscu, ale tu, w dwudziestym pierwszym wieku, w cywilizowanym kraju, w samym środku Europy.
Tutaj, na naszych oczach. Cały problem w tym, że ich krzyku nie usłyszymy w tumulcie i wrzasku. Aby ten krzyk usłyszeć, trzeba uwagi, skupienia i delikatności, bo to jest krzyk bezgłośny. To jest krzyk, który się wyraża w cichym przemykaniu pod ścianami, w udawaniu, że go wcale nie ma, nie ma tych, którzy krzyczą, bo oni chcą się schować, uciec przed spojrzeniami, przed złym światem, przed tymi, którym nie można ufać. Ten krzyk jest widoczny w problemach edukacyjnych, interpersonalnych, siniakach niewiadomego pochodzenia, wybuchach płaczu bez powodu, w przeraźliwie smutnych oczach.
Czy to jest krzyk wyłącznie dzieci? Nie, nie tylko. Tak krzyczą dziewczyny i kobiety w całej Polsce, bite, gwałcone, zmuszane do czynności seksualnych, na które nie mają ochoty, do prostytucji. Krzywdzone przez tych wszystkich mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Ojców, ojczymów, opiekunów, chłopaków, mężów, konkubentów. Przez otępiałe z bólu matki, które godzą się na wszystko, bo nie ma nikogo, kto im pomoże.
Czy ja jestem po stronie księży i biskupów? Czy staram się ich wybielać? Nie, ja jestem po stronie swoich dzieci. Nie chcę dla nich świata, w którym zawodzą ci, którzy zawodzić nie mają prawa. Nie ma znaczenia, czy to ludzie w sutannach, czy nie. Czy są to księża, nauczyciele, trenerzy, animatorzy, lekarze, czy ktokolwiek inny, którym powierzamy z ufnością nasze dzieci. Nie ma to żadnego znaczenia! Każdy, kto twierdzi, że ma, uprawia klerykalizm.
Mój dziesięcioletni syn w tamtym roku przystąpił pierwszy raz do komunii świętej. Dostał cenne prezenty i dużo pieniędzy. Na pytanie pewnej przypadkowo spotkanej pani: „O! Byłeś u pierwszej komunii! A co ci się najbardziej podobało?”Odpowiedział: „Sama komunia!” To jest prawdziwa katecheza! Lepsza od wszystkich dzieł Tomasza z Akwinu! To jest wiara!
Moja czteroletnia córka podbiega z ufnością do zupełnie obcych osób i mówi im:”Dzień dobly” i opowiada, że właśnie wraca z przedszkola, że ma piękną „fojetową” kurteczkę, wierzy, że wszyscy są dobrzy, że wszyscy to taka wielka rodzina. To jest wiara w ludzi. To jest wiara, że wszyscy jesteśmy braćmi!
Jeśli tą wiarę zniszczymy, splugawimy, zohydzimy – nie wyjdziemy z piekła. Naszym świętym obowiązkiem jest tą wiarę pielęgnować jak bezcenny skarb, bo tylko w nich jest nadzieja! W niewinnych dzieciach Bożych!
Aby to zrobić, żeby w porę dostrzec zagrożenie, usłyszeć krzyk tych najbardziej bezbronnych, którzy są krzywdzeni, potrzebujemy Kościoła, który jest wspólnotą, który tworzą ludzie, którzy faktycznie się znają, coś o sobie wiedzą, którzy trwają wspólnie, razem na modlitwie i łamaniu chleba. Dosłownie, a nie tylko metaforycznie. Nie potrzebujemy Kościoła, który walczy z mafią, od tego jest policja. Potrzebujemy wspólnoty, nie molocha o glinianych nogach. Jeśli dobry Bóg zechce, by ten moloch upadł, bardzo dobrze, niech pada, łzy za nim nie uronię!

Dziś taka zmyślona opowieść:
Gdyby tak spojrzeć na sprawę oczami Józefa, tego milczącego, dyskretnego świętego, właśnie dowiedział się, że jego ukochana jest w ciąży, bynajmniej nie z nim. Dobra, niech będzie, przyjmuje do wiadomości, że to cud, że to za sprawą Ducha Świętego, że to pierwsze i jedyne w historii ludzkości niepokalane poczęcie i przytrafiło się akurat jego Marii.
Budzę się rano, obok mnie leży Ona. Od ponad dziesięciu lat ta sama kobieta. Jest piękna, niesamowicie piękna. Zmienia się, starzeje. Jej uroda z wiekiem dojrzewa, ze słodkiego, uroczego pączka z czasem rozwinęła się w przecudnej urody kwiat. Subtelnieje i nabiera klasy, jest doskonała. Czy jest jak wino? Nie, bo ja nie znam się na winach, zresztą w ogóle już nie piję alkoholu. Nie potrzebuję. Jest jak spełniające się marzenie, kobieta – moja miłość.
się uczniom nad Jeziorem Tyberiadzkim i pyta Szymona Piotra: „czy mnie kochasz?” Aby wyjaśnić znaczenie tego pytania wielu odwołuje się do greki. W oryginalnym tekście szuka odpowiedzi dlaczego pada ono aż trzykrotnie. To właśnie niuanse językowe starożytnego języka mają nam dać odpowiedź, co Jezus miał na myśli pytając Piotra trzy razy, czy jest pewien swojej miłości do Niego.