Walentynki w wymiarze Krzyża

Za chwilę znowu „walentynki”, jak to zwykle z nami katolikami bywa, w końcu to Kościół Powszechny, będą tacy, którzy się tym świętem zachwycają i tacy, których ono oburza. Pewnie znajdą się zwolennicy akcji Facebookowych w rodzaju: ” jestem katolikiem – nie obchodzę walentynek”. Ja nie mam zdania, co kto lubi. Wydaje mi się, że warto jednak, korzystając z okazji, zastanowić się po raz kolejny nad miłością w wymiarze chrześcijańskim.

Gdybyśmy chcieli się pokusić o zbudowanie jakiejś definicji czym jest miłość chrześcijańska, to myślę, że można zgodzić się na taką: miłość chrześcijańska, to życie w taki sposób, aby mój bliźni został zbawiony. Cóż to jednak oznacza w praktyce? Jak do tego tematu podejść? Czy kochać znaczy upominać? Zapewne też, mówi o tym Pismo Święte w wielu miejscach. Z tym, że należy tu pamiętać o jednej niezwykle istotnej sprawie – etyka chrześcijańska jest zrozumiała wyłącznie w wymiarze Jezusa Chrystusa. Jeśli dla kogoś Jego śmierć krzyżowa i zmartwychwstanie jest głupstwem, to i cała etyka, całe nauczanie będzie głupstwem tym bardziej.

A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara.( 1 Kor.15,14)

Bez wiary w Jezusa Chrystusa całe nasze nauczanie jawić się będzie jako system nakazów i zakazów, na ogół idiotycznych, bo odstających zupełnie od realiów życia. Nabierają one sensu wyłącznie w wymiarze Krzyża. Przedstawiając naszą wiarę jako rygorystyczny system prawny zupełnie wypaczamy jej sens. Przecież Bóg wyprowadził mnie z Egiptu, z domu niewoli, nie po to, by ponownie uczynić mnie niewolnikiem. Nie po to dał mi rozum i wolną wolę, bym miał z tego nie korzystać. Jako dziecku Bożemu i dziedzicowi wolno mi wszystko! To jest aspekt naszej wiary w wymiarze pozytywnym.

Wszystko wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko wolno, ale nie wszystko buduje.(1 Kor.10,23)

Wolno mi wszystko, ale nie wszystko przynosi korzyść. Przede wszystkim muszę w taki sposób korzystać ze swojej wolności, aby nie być zgorszeniem dla bliźniego.

Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie 32 Nie bądźcie zgorszeniem ani dla Żydów, ani dla Greków, ani dla Kościoła Bożego (1 Kor 31-32)

Czy można być dobrym, uczciwym, sprawiedliwym człowiekiem bez Boga? Oczywiście, że tak. Założenie, że wszyscy niewierzący to skończone kanalie jest nie tylko błędne, ale i szkodliwe. Jeśli głoszenie Jezusa rozpoczniemy od stwierdzeń: „jeśli się nie nawrócisz będziesz żył w gnoju i zgniliźnie”, osiągniemy tyle, że ludzie się na nas obrażą. Powiedzą nam: „ja nie wierzę w twojego Jezusa i zobacz, nie kradnę, nie zabijam, nie zdradzam żony, jestem uczciwy, żeby żyć moralnie nie potrzebuję twoich przykazań”. Oczywiście będą mieli rację. Ludzie nie potrzebują od nas chrześcijan życiowych mądrości, mają od tego poradniki, specjalistów, internet, mają wszystko. Jedyne czego nie mają to – sacrum. Nie mają poczucia wyższego sensu, a przecież każdy myślący człowiek, wcześniej czy później staje przed pytaniem: „po co to wszystko?”. Po co to gonienie, użeranie się, walka dzień po dniu, płodzenie dzieci, pracowanie, zarabianie, po co? Przecież i nas, i nasze dzieci, które z takim trudem wychowujemy pokryje piach. Jedyne, czego nie mają niewierzący to świętość. To jest jedyna rzecz, którą możemy im dać. Cała rzecz w tym, że aby komuś coś dać, trzeba to mieć. Mówiąc innymi słowami to samo: żeby oni chcieli od nas coś wziąć, muszą widzieć, że my to mamy. Miłość chrześcijańska to życie w świętości. Chrześcijanin powinien być jak latarnia, która świeci w ciemności i ciemność jej nie ogarnia. Jeśli nawet niewierzący nie jest gotowy do pójścia za Jezusem, coś mu ciągle przeszkadza, ale patrząc na nas widzi: ciągle oni tam są, ciągle się świeci, to już bardzo dużo. Funkcją latarni nie zawsze musi być, że ludzie do niej ciągną, czasami wystarczy, że od czasu do czasu spoglądając widzą, że się świeci. Skoro oni w tym świeckim, pogańskim, postmodernistycznym świecie ciągle widzą sens w głupocie Krzyża i Zmartwychwstania, to może jednak coś w tym jest. Może jest jednak jakaś nadzieja!

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Tłusty czwartek

Tłusty czwartek w polskiej kulturze masowej to święto znamienne i niosące dużo ciekawych treści świadczących o naszej obyczajowości. Aby jednak dobrze je odczytać, musimy cofnąć się na chwilę do czasów końca drugiej wojny światowej.

Był to wstrząs absolutny, dla polskiej państwowości zmieniło się wszystko – od granic geograficznych po jej struktury społeczne i ustrój. Rzeczpospolita szlachecka przestała istnieć, przestało istnieć ziemiaństwo, a co za tym idzie, kulturotwórcze znaczenie dla społeczności lokalnej, szlacheckiego dworku. Zarówno III Rzesza jak i Sowiecka Rosja robiły wszystko, by zniszczyć polską elitę, inteligencję, klasę średnią i to w znacznym stopniu im się udało, a co się nie udało im, próbowały dokończyć nowe władze komunistyczne, utwierdzane na terenach Polski za pomocą bagnetów sowieckiej armii i służb bezpieczeństwa. Gospodarka była zdewastowana niemal całkowicie, duże polskie miasta lub te, które nigdy polskie nie były, a znalazły się obecnie w jej granicach jak Breslau – ostatnia twierdza Hitlera, leżały w gruzach.

Nastawał czas Polski Ludowej i to w sensie jak najbardziej dosłownym. Na skutek działań drugiej wojny światowej i następnie represji komunistycznej władzy, która nie ufając starym elitom, pragnęła  tworzyć ustrój stawiając na nowe „swoje” elity, struktura społeczna państwa polskiego uległa „spłaszczeniu”, od tej pory jej trzon będą stanowić robotnicy i chłopi. Nowa władza, wprowadzając radykalny plan gospodarczy polegający na intensywnej industrializacji i postawieniu na przemysł ciężki, wywołała lawinowy odpływ ludności wiejskiej do miasta; ciężar budowy infrastruktury przemysłowej i nowych dzielnic, lub nawet całych miast spadł głównie na barki ludności imigrującej ze wsi.

Chłopi cechowali się bardzo wysoką religijnością, owa wiara była niezbyt ortodoksyjna i zupełnie nieintelektualna, ale szczera i zakorzeniona w ziemi, mówiąc szerzej w przyrodzie. W czerwcu, na św. Jana, chrzciło się wodę, w sierpniu – dziękowano Matce Boskiej za plony, na wiosnę wraz z Wielkanocą wszystko się odradzało i tak dalej. Cykle roczne i wieloletnie wyznaczały wespół przyroda i kalendarz liturgiczny. Wiosna, lato, zima przeplatały się, z czasem postu, adwentu i karnawału, ton życia nadawały: chrzty, śluby w kościele i pogrzeby, mogiła z obowiązkowym krzyżem stanowiła kres ziemskiej wędrówki.

Wraz z tak zwanym awansem społecznym, przejściem ze wsi do miasta, owa wielka grupa społeczna została gwałtownie odcięta od własnych korzeni, ot tego, wokół czego do tej pory kręciło się jej całe życie – od ziemi. W normalnych warunkach migracji naturalnej, gdy ludzie ze wsi trafiali do dużych skupisk miejskich, z silnym mieszczaństwem, potęga kulturotwórcza miasta działała na tyle mocno, że szybko asymilowali się do nowych warunków, przyjmując zastaną kulturę jako własną. Jednakże po drugiej wojnie światowej o żadnej normalności mowy być nie mogło. Miasta były zniszczone i wyludnione, a mieszczaństwo, jeśli było w ogóle, to niezwykle słabe i nieliczne. Masowość tej migracji była tak wielka, że to właśnie ta grupa bardzo szybko zaczęła dominować na terenach do których przybywała.

Ludzie ci znaleźli się w swoistej pustce kulturowej, z jednej strony byli odcięci od korzeni, od tego co znali, z drugiej nie mogli liczyć na silną kulturę mieszczańską, której zwyczajnie nie było. Ową pustkę starała się wypełnić komunistyczna władza lansująca nową wizję człowieka. Początkowo odniosła nawet pewien sukces, społeczeństwo wyniszczone wojną, skupione na odbudowie kraju, uwierzyło nawet, że podnoszące się z ruiny państwo to zasługa nowej władzy. Bardzo szybko jednak okazało się, że to, co głosi oficjalna propaganda, a to, co widać przez okno to dwie zupełnie inne rzeczywistości. Nastawał czas schizofrenii kulturowej, rozdwojenia jaźni na to co oficjalne i państwowe, i to co prywatne.

Owa schizofrenia nie dawała jednak żadnego oparcia, żadnego zakorzenienia, punktu odniesienia. Cykl życia musiał więc opierać się na starym, znanym modelu, czyli na religii, kalendarzu liturgicznym. Problem polegał na tym, że wiejska religijność oparta o ziemię i przyrodę, oczywista i zrozumiała dla starszych, przeniesiona do miasta dla nowego pokolenia oczywista już być nie mogła. Pozbawiona korzeni i treści stawała się tylko rytuałem. Tak właśnie rodził się polski katolik ludowy. Obywatel komunistycznego, laickiego państwa, żyjący zgodnie z rytmem kościelnego kalendarza, balansujący między oficjalną propagandą, a cyklem życia wyznaczonym przez chrzest, pierwszą komunię, ślub przed ołtarzem i pochówek, koniecznie z księdzem.

To, że nasz polski katolicyzm ludowy jest zjawiskiem obyczajowym, a nie kwestią wiary najlepiej widać właśnie na przykładzie takich ludowych świąt jak – tłusty czwartek. W tym dniu wszyscy, jak kraj długi i szeroki, zajadamy się pączkami. Choć teoretycznie związany jest on w swojej istocie z kalendarzem liturgicznym, to żadnych odniesień do wiary w nim de facto niema. Jemy pączki, bo taka jest tradycja. Na czym polega ta tradycja? Na jedzeniu pączków i koło się zamyka.

W polskim katolicyzmie ludowym w ogóle nie ma Jezusa. Dla przeciętnego Polaka Jezus to taki sympatyczny gość, który miał kilka fajnych sentencji i trochę pięknych, acz zupełnie nierealnych pomysłów na życie. W sumie OK, tylko może trochę zbyt shipisiały. Natomiast Kościół to instytucja usługowa, potężna i zachłanna na pieniądze i władzę.

Tłusty czwartek to soczewka, obraz polskiego społeczeństwa, które deklaratywnie jest niemal w stu procentach katolickie, ale owego katolicyzmu w ogóle nie odnosi do Jezusa. Kościół traktuje jako instytucję księży, zakonnic i biskupów, i nie odczuwa z nim praktycznie żadnej wspólnoty. Religia to system zakazów i nakazów na ogół nieadekwatnych do realiów życia w dwudziestym pierwszym wieku.

Każdy, któremu leży na sercu jakość wiary w tym kraju powinien pamiętać o jednym: musimy głosić Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Rozpoczynanie ewangelizacji od etyki chrześcijańskiej, od tego, co nam chrześcijanom wolno, a czego nie wolno, bez Jezusa nic nie da.

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Czy jesteśmy antysemitami?

Polacy nie są i nigdy nie byli antysemitami i podczas drugiej wojny światowej masowo ratowali Żydów. Taka jest wersja oficjalna. Wiedzę historyczną na temat Szoah opanowaliśmy w sposób perfekcyjny i wszystko doskonale na ten temat wiemy. Nie ma więc sensu pisać o tych wydarzeniach kolejnego artykułu. Warto jednak przyjrzeć się tematowi z trochę innej strony. Spojrzeć na fakty historyczne z perspektywy dzisiejszej.

Ja, Paweł Jurzyk, nie mam pojęcia jakbym się zachował w skrajnej sytuacji. Nie wiem, czy starczyłoby mi odwagi i wiary, by ratować Żydów narażając życie swoje i rodziny, nie wiem. Wiem natomiast, że gdyby ktoś, na kim mi zależy, stracił życie, a ja z takich czy innych powodów nie byłbym w stanie temu zapobiec, to przynajmniej zrobiłbym choć tyle, że starałbym się uczcić i zachować o nim pamięć.

Kochany bracie rodaku i rodaczko, mam do Ciebie prośbę: sprawdź proszę w historycznych annałach ilu Żydów mieszkało w twoim mieście, miasteczku, okolicy przed wojną. Potem załóż kurtkę i ciepłą czapkę i wyjdź z domu, by odszukać śladów tej obecności. Nie mówimy przecież o jakiejś garstce, ułamku procenta, mówimy o trzech milionach polskich obywateli, obywateli Rzeczpospolitej. Mówimy o trzech milionach naszych sąsiadów, którzy mieszkając z nami od tysiąca lat tworzyli na tych ziemiach kulturę materialną.

Co zobaczysz? Odnowione bóżnice, piękne macewy, mezuzy u framug drzwi starych kamienic. W domach pamięci, obecnych w miastach i miasteczkach, w których przed wojną Żydzi stanowili większość mieszkańców możemy oddychać atmosferą sztetl, cadyków, rabinów, chasydów. Prawda? Nieprawda! Fakty są takie, że po trzech milionach sąsiadów nie pozostało nic. Jakby ten żydowski świat nigdy nie istniał, jakby był li tylko legendą. Jakby odchodząc do Boga, zabrali ze sobą wszystko, jakby wszystkie przejawy kultury materialnej spłonęły razem z nimi w piecach krematoriów. Nie pozostał po nich kamień na kamieniu. Nie przyszło nam nawet do głowy, by po zakończeniu tego kataklizmu ocalić to co się da od zapomnienia.

Walczymy o to, by obozów zagłady nikt nigdy nie nazywał „polskimi” i oczywiście słusznie, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Tylko jakiego języka używamy? Jak internet długi i szeroki słychać głos oburzonych: to nazistowskie Niemcy mordowały Żydów! To oni ich mordowali. Ich – nie nas! Trzy miliony obywateli Rzeczpospolitej, nie zasługują nawet na to, by mówić o nich – Polacy. Na tysiące argumentów przeciw nazywaniu obozów koncentracyjnych „polskimi”, jak internet długi i szeroki, brakuje jednego oczywistego, jakby się mogło zdawać, argumentu: jak można nazywać te obozy „polskimi” skoro to właśnie nas Polaków, nas polskich Żydów, nas obywateli Rzeczpospolitej w nich mordowano? Czy ten językowy apartheid, którego używamy dzisiaj, tu i teraz, nie świadczy wymowniej o nas niż tysiące deklaracji?

Ten biały dom, ten pokój martwy
Do dziś się dziwi, nie rozumie…
Wstawili ludzie cudze meble
I wychodzili stąd w zadumie…

A przecież wszystko – tam zostało!
Nawet ta cisza trwa wrześniowa…
Więc może byśmy tak najmilsza,
Wpadli na dzień do Tomaszowa?…

Z tomu wierszy „Kwiaty Polskie”

Julian Tuwim „Przy okrągłym stole”

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Chrześcijaństwo a Judaizm

11 Pytam jednak: Czy aż tak się potknęli, że całkiem upadli? Żadną miarą! Ale przez ich przestępstwo zbawienie przypadło w udziale poganom, by ich pobudzić do współzawodnictwa. 12 Jeżeli zaś ich upadek przyniósł bogactwo światu, a ich pomniejszenie – wzbogacenie poganom, to o ileż więcej przyniesie ich zebranie się w całości!
13 Do was zaś, pogan, mówię: będąc apostołem pogan, przez cały czas chlubię się posługiwaniem swoim 14 w tej nadziei, że może pobudzę do współzawodnictwa swoich rodaków i przynajmniej niektórych z nich doprowadzę do zbawienia. 15 Bo jeżeli ich odrzucenie przyniosło światu pojednanie, to czymże będzie ich przyjęcie, jeżeli nie powstaniem ze śmierci do życia? 16 Jeżeli bowiem zaczyn jest święty, to i ciasto; jeżeli korzeń jest święty, to i gałęzie.
17 Jeżeli zaś niektóre gałęzie zostały odcięte, a na ich miejsce zostałeś wszczepiony ty, który byłeś dziczką oliwną, i razem [z innymi gałęziami] z tym samym korzeniem złączony na równi z nimi czerpałeś soki oliwne, 18 to nie wynoś się ponad te gałęzie. A jeżeli się wynosisz, [pamiętaj, że] nie ty podtrzymujesz korzeń, ale korzeń ciebie.
19 Powiesz może: Gałęzie odcięto, abym ja mógł być wszczepiony 20 Słusznie. Odcięto je na skutek ich niewiary, ty zaś trzymasz się dzięki wierze. Przeto się nie pysznij, ale trwaj w bojaźni! 21 Jeżeli bowiem nie oszczędził Bóg gałęzi naturalnych, może też nie oszczędzić i ciebie. 22 Przyjrzyj się więc dobroci i surowości Bożej. Surowość [okazuje się] wobec tych, co upadli, a dobroć Boża wobec ciebie, jeśli tylko wytrwasz w [kręgu] tej dobroci; w przeciwnym razie i ty będziesz wycięty. 23 A i oni, jeżeli nie będą trwać w niewierze, zostaną wszczepieni. Bo Bóg ma moc wszczepić ich ponownie. 24 Albowiem jeżeli ty zostałeś odcięty od naturalnej dla ciebie dziczki oliwnej i przeciw naturze wszczepiony zostałeś w oliwkę szlachetną, o ileż łatwiej mogą być wszczepieni w swoją własną oliwkę ci, którzy do niej należą z natury. (Rz 11,11-24)

Judaizm i chrześcijaństwo to dwie różne religie złączone jednym, wspólnym, starotestamentowym korzeniem. Niestety przez całe wieki Kościół budował swoje nastawienie wobec Narodu Wybranego jakby o tym zjednoczeniu nie pamiętał. Przez setki lat Żydzi to byli ci, którzy Pana Jezusa zabili i trzeba ich było albo nawracać, nierzadko siłą, albo wypędzać, lub w najlepszym razie separować od społeczności chrześcijańskiej. Taka optyka zaowocowała tym, że antysemityzm stał się częścią kultury cywilizacji zachodniej. Miał charakter oficjalny, państwowy, Żydzi byli pozbawiani wielu praw przysługujących chrześcijanom i nieoficjalny – ludowy. Rozpowszechnił się tak bardzo, że wszedł nawet na stałe do języka. Ja jeszcze pamiętam powiedzenia powszechnie używane przez starsze pokolenia Polaków: „co się tak kręcisz jak Żyd po pustym sklepie”; „jesteś odważny jak żydowski gajowy”. Faryzeusz w tym języku miał znaczenie wyłącznie pejoratywne, oznaczał człowieka fałszywego, zakłamanego. Archetypem Żyda stał się na wieki Judasz. Człowiek cyniczny, przebiegły, chciwy i nieszczery, gotowy dla pieniędzy zrobić wszystko.

Właśnie ten niechlubny element naszej cywilizacji wykorzystali do swoich nikczemnych planów naziści, bo oczywiście nieprawdą jest jakoby antysemityzm wymyślił Hitler, tak jak nieprawdą jest, że tylko on był antysemitą, a reszta Niemców uległa mu ze strachu lub źle pojętego obowiązku. Niechęć do Żydów była stałym elementem obecnym w sposobie myślenia większości społeczeństw europejskich, w tym oczywiście i Polaków.

Szoa to była zbrodnia wymierzona w Boga, którego wyznajemy i największa klęska całej cywilizacji europejskiej, całej – bez względu na narodowość. Jednakże w tym wpisie nie zajmujemy się kwestiami narodowościowymi, tylko wiarą. Narodowość dla chrześcijanina to zawsze kwestia drugorzędna, każdy, kto stawia naród ponad Boga uprawia idolatrię.

Jak więc my chrześcijanie powinniśmy patrzeć na Naród Wybrany po Zagładzie? Kluczowa jest tu kwestia podejścia do Jezusa. Stanowi On centrum wszystkiego w co wierzymy, co wyznajemy. Judaizm wiarę w Jezusa odrzuca, czy w ramach poprawności stosunków powinniśmy wobec Żydów tej wiary nie eksponować, skupić się na tym co nas łączy, a nie dzieli? Żadną miarą! W żadnych warunkach i okolicznościach nie mamy prawa „zawieszać” naszego głoszenia Jezusa. Możemy jednak, głosząc Go przyjąć do wiadomości, że nie znamy całego planu Boga, całego Bożego pomysłu na nas chrześcijan i na Naród Wybrany.

Musimy pamiętać o tym, że teologia chrześcijańska była budowana w oparciu o myśl starożytnych filozofów greckich. Grecka mitologia to oczywiście barwny korowód bogów, bogiń i herosów. Jednak myśl filozoficzna ciążyła ku monoteizmowi, właśnie dlatego wielkie umysły chrześcijaństwa mogły czerpać inspiracje od Platona czy Arystotelesa. Tworząc genialny system myśli chrześcijańskiej w oparciu o greckich filozofów, ojcowie Kościoła oparli się na rozumie i umiłowaniu wiedzy. Głównym ich celem było: wiedzieć i rozumieć, jednakże wiara w pierwotnym znaczeniu znaczy również, a może nawet przede wszystkim – ufać. Wierzyć w Boga znaczy ufać mu bezgranicznie, tak jak zaufali mu Abraham i Izaak. Tak jak kroczył za Bogiem w pełnym zaufaniu Jozue, kiedy Bóg mu mówił „idź”, wtedy szedł, kiedy mówił „nie idź” – nie szedł.

Izrael został wybrany przez Boga i tego wybrania nikt nigdy nie odwołał, nie znamy całego Bożego planu wobec swojego umiłowanego narodu i wystarczy, że przyjmiemy to do wiadomości. Naszym obowiązkiem jako chrześcijan jest kroczyć za Bogiem w pełnym zaufaniu, naszym obowiązkiem jest kochać Żydów, tak samo mocno jak wszystkich bliźnich i ufać, że to co dziś jest przed nami zakryte, kiedyś zostanie nam w pełni objawione.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Ignacy Loyola – film

Wczoraj wybrałem się do kina na film o św. Ignacym Loyoli. Będąc sympatykiem wszystkiego co „jezuickie”, nie mogłem pozbawić się takiej gratki. Szedłem na niego jednak z pewnym wahaniem, nie przepadam za kinem z etykietką – chrześcijański. Często są to produkcje tak mdłe i przesłodzone, że po prostu niestrawne. Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne, obejrzałem naprawdę doskonały obraz. Z moją opinią w pełni zgodzili się znajomi, z którymi wybrałem się do kina. Wszyscy byliśmy zachwyceni.

W tym samym dniu ja, i zapewne wielu Polaków, śledziliśmy z zapartym tchem akcję ratunkową na  Nanga Parbat. Trzymaliśmy kciuki i podziwialiśmy odwagę ekipy ratunkowej, działającej w ekstremalnie trudnych warunkach, by uratować dwójkę ludzi. Myślę, że nie byłem jedynym przypadkiem człowieka, u którego gdzieś tam z tyłu głowy pojawiło się pytanie: po jaką cholerę oni wszyscy na tę górę włażą i to w środku zimy?

Ten film, w moim przekonaniu, na to pytanie daje odpowiedź: wychodzą w góry, by zmierzyć się z czymś większym, chcą wyrwać się z nizin swojego prozaicznego życia i doświadczyć jakiegoś absolutu. Myślę, że każdy z nas odczuwa w sercu potrzebę czegoś większego tylko, że wkraczając w dorosłe życie wypracowujemy w sobie niezwykle skuteczne mechanizmy zagłuszania tej potrzeby. Ci, którzy na tej strasznej górze się znaleźli najwidoczniej takiego mechanizmu w sobie nie wypracowali.

W Ignacym potrzebę bycia wielkim dodatkowo zwielokrotniła rodzina, z której pochodził. Szlachecki ród Loyola we własnej opinii był stworzony do wielkości, do bohaterstwa, niestety, jak to zwykle bywa, proza życia te oczekiwania mocno weryfikowała. Młody Loyola bohaterskich czynów dokonywał głównie w karczmie z prostytutkami, a za zaistniałą sytuację obwiniał wszystkich tylko nie siebie. Miał pecha urodzić się w nudnych czasach, w świecie, w którym już wszystko zostało zrobione, wszystkie smoki zabite, wszystkie księżniczki uratowane – skąd my to znamy? Miał pecha dorastać bez matki, u boku oziębłego, żyjącego przeszłością ojca, a na skutek kalectwa jego marzenia o karierze żołnierza legły w gruzach. Została mu już tylko piekielna mieszanka: ból i nuda. Właśnie te okoliczności doprowadzają go do wewnętrznej przemiany.

Wydaje mi się, że ten film jest skierowany głównie do ludzi wierzących, niewierzący mogą mieć z nim problem, bo istotą tego obrazu jest pytanie o jakość naszej wiary, o różnicę między byciem wierzącym, a byciem świętym. Żeby stać się świętym należy dokonać walki ze sobą samym i musi to być walka prawdziwa, uczciwa, do krwi, bólu, szaleństwa, żeby nieść Boga innym należy najpierw odkryć Boga w sobie, zrobić mu miejsce wyrzucając z siebie wszystko co ma choćby pozór zła. Ten film to istota chrześcijaństwa: chcesz być święty – zacznij od siebie, nie od innych.

Tych, dla których istotą wiary jest nawracanie innych, a nie siebie symbolizuje w tym obrazie św. Inkwizycja. To Kościół łatwych odpowiedzi, wiara głoszona z wygodnej kanapy. Przekonanie, że zagrożenie dla Kościoła to inni, a my – wszystko wiedzący, znający na wszystko odpowiedzi już nic nie musimy robić, zmieniać, nawracać się. Musimy tylko trwać w okopanej twierdzy naszej wiary – na mieszczańskiej wygodnej kanapie.

Choć wiem, że moja wiara też jest bardziej kanapowa niż święta, że z szaleńcem Bożym nie mam nic wspólnego, że na tej linii Loyola – św. Inkwizycja stoję po nie tej stronie co trzeba, to jednak ten film nie wywołuje we mnie depresji. Przeciwnie, daje nadzieję: skoro jemu się udało . . .

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Żyd z Tarsu – #mójŚwięty!

Zaraz po moich narodzinach w rodzinie rozgorzała dyskusja, jakie to imię powinienem nosić. Według relacji mamy propozycje były różnorodne, jedne gorsze od drugich. Moja rodzicielka w iście salomonowej roztropności ucięła spory decydując: skoro jeden jest Piotr – mam starszego brata o tym imieniu – drugi niech będzie Paweł. Na tym stanęło i jest to jedna z wielu rzeczy, za które będę jej wdzięczny do końca życia.

Święty Paweł fascynował mnie zawsze, nawet w czasach gdy byłem daleko od Kościoła Katolickiego, jego postać, historia u bram Damaszku, a następnie działalność, dzięki której zyskał miano Apostoła pogan, to bogactwo wielkie i niewyczerpane. Na każdy z tych tematów można prowadzić rozważania godne opasłych tomów. Już sam fakt chrystofanii damasceńskiej wywołuje wśród teologów spory. Czy w tym przypadku uprawnione jest mówić o nawróceniu, czy powinno się nazywać przemianę Pawła jakoś inaczej, np. powołaniem? Bez żadnych wątpliwości nie można mówić o nim jak o nawróconym poganinie. Sam o sobie daje przecież takie świadectwo :

„Ja jestem Żydem – mówił – urodzonym w Tarsie w Cylicji. Wychowałem się jednak w tym mieście, u stóp Gamaliela otrzymałem staranne wykształcenie w Prawie ojczystym. Gorliwie służyłem Bogu, jak wy wszyscy dzisiaj służycie (Dz 22,3)

W innym miejscu pisze:

 obrzezany w ósmym dniu, z rodu Izraela, z pokolenia Beniamina, Hebrajczyk z Hebrajczyków, w stosunku do Prawa – faryzeusz,  co do gorliwości – prześladowca Kościoła, co do sprawiedliwości legalnej – stałem się bez zarzutu.(Flp 3 5-6)

Starannie wykształcony w Jerozolimie pod kierunkiem wybitnego mędrca, faryzeusza Gamaliela, Paweł był głęboko religijnym Żydem, w swojej gorliwości przewyższającym wielu innych ze swojego narodu.( Por. Ga 1 13-14)  Pod Damaszkiem nie staje się więc nagle wierzący, wierzącym człowiekiem był bowiem zawsze. Pod bramami  Damaszku nie przestaje też być Żydem, musimy pamiętać, że wydarzenia, o których mowa dzieją się w czasie kiedy jeszcze drogi judaizmu i chrześcijaństwa się nie rozeszły. Początkiem tego rozejścia był sobór w Jerozolimie, w którym niepoślednią rolę sam Paweł odegrał.

Postać Pawła to świetny materiał, by przyjrzeć się dokładniej judaizmowi w czasach Jezusa i spróbować się rozprawić z mitem dotyczącym samych faryzeuszy. W potocznym znaczeniu tego słowa dzisiaj oznacza ono człowieka fałszywego, zakłamanego, co sprawia, że sens relacji Jezusa i faryzeuszy zupełnie nam ucieka, tworzy obraz niezgodny z ówczesną rzeczywistością.

Faryzeizm to ruch religijny w łonie judaizmu niezwykle mocno zaangażowany na rzecz życia w czystości, rozumienia i przestrzegania Prawa. Był tym dla ówczesnej religii czym dzisiaj są ruchy formacyjne w Kościele Katolickim. Każdy kto choć pobieżnie zaznajomił się z tymi ruchami wie dobrze, że nie tworzą ich wyłącznie ludzie święci, ale nawracający się nieustannie grzesznicy, zdarza im się być zakłamanymi, obłudnikami, ludźmi fałszywymi, jak nam wszystkim. Gdyby dzisiaj w Polsce pojawił się Jezus, w pierwszym rzędzie skierowałby bez wątpienia słowa krytyki właśnie do nich jako do tych, którzy mają być świadectwem. Nie oznacza to oczywiście, że robiłby to jako zdeklarowany przeciwnik takiej czy innej formacji, ale przeciwnie, ktoś zatroskany o jakość tych ruchów. Zupełnie identycznie rzecz się miała z faryzeuszami. Jezus przyszedł do swoich, prowadził dyskusje w „rodzinie”, w domu Izraela.

Sam przecież jednoznacznie stwierdza:

 

17 Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić6. 18 Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. 19 Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim (Mt 5 17-19)

Gdy krytykuje faryzeuszy, ma na myśli konkretną postawę tych, którzy w praktyce rozmijają się z literą Prawa, a nie Prawo jako takie:

 

 «Na katedrze2 Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą3, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. (Mt 23 2-3)

W innym miejscu wypowiadając się na temat dziesięciny, sprawy niezwykle istotnej dla faryzeuszy, napomina ich, że skupiając się zbytnio na jednym, tracą z oczu sprawy inne, jeszcze ważniejsze, ale samego faktu dawania dziesięciny nie neguje:

„te rzeczy należało czynić, a tamtych nie zaniedbywać”(Mt23,23)

Faktem jest, że Ewangelie przedstawiają nam nieustającą dyskusję między faryzeuszami a Jezusem, niektórzy wyciągają z tego mylny wniosek, że świadczy to o Jego wrogim stosunku do faryzeizmu. W rzeczywistości na tym właśnie polegała w tamtych czasach interpretacja Tory – na słowie mówionym. Komentarz do Prawa w formie pisanej, czyli Talmud, powstał o wiele później niż omawiane wydarzenia. Egzegeza biblijna, interpretacja Tory, przełożenie jej na życie współczesnych odbywały się właśnie za pomocą uczonych dyskusji. Tradycja Tory mówionej przekazywana przez uczonych nauczycieli z pokolenia na pokolenie była właśnie czymś specyficznym dla faryzeuszy, w przeciwieństwie na przykład do saduceuszów. Jezus podejmując tradycję mówioną związaną z interpretacją Tory wydaje się właśnie być najbardziej związany z faryzeuszami, a nie z innymi stronnictwami w łonie ówczesnego judaizmu.

To, że niektórzy faryzeusze, oburzeni słowami Jezusa, pragnęli go ukamienować, dla wielu jest dowodem, że wszyscy oni traktowali Go jako nieprzejednanego wroga. Należy jednak pamiętać o tym, że dla faryzeuszy rzeczą pierwszorzędnej wagi była czystość. Ta związana z ubraniem, jedzeniem, myciem rąk, ale i również przejawiająca się w całkowitym odsunięciu się od ludzi nieczystych, wrogich Bogu. Znanym i wielce wymownym jest przykład rozważań rabinów: czy gdy niewolnik, nie-Żyd przyniesie drewna do pieca, w którym wypiekany jest chleb, to czy ów chleb można uznać za czysty, czy już nie.

Gdyby Jezus był uznany za jawnego grzesznika, jednoznacznie sprzeniewierzającego się Bogu, żaden z faryzeuszu nie mógłby przebywać w jego towarzystwie, a tym bardziej spędzać z nim czas na wspólnym posiłku, dotykaniu tych samych pokarmów, czy – o zgrozo – słuchać nauczania Jezusa w synagodze.

Dobitnym przykładem jak wielkim i bynajmniej niejednoznacznym „problemem” był dla faryzeuszy Jezus, są słowa wielkiego uczonego rabina Gamaliela, przytoczone w Dziejach Apostolskich:

Lecz pewien faryzeusz, imieniem Gamaliel, uczony w Prawie i poważany przez cały lud, kazał na chwilę usunąć Apostołów i zabrał głos w Radzie: 35 „Mężowie izraelscy – przemówił do nich – zastanówcie się dobrze, co macie uczynić z tymi ludźmi. 36 Bo niedawno temu wystąpił Teodas, podając się za kogoś niezwykłego. Przyłączyło się do niego około czterystu ludzi, został on zabity, a wszyscy jego zwolennicy zostali rozproszeni i ślad po nich zaginął. 37 Potem podczas spisu ludności wystąpił Judasz Galilejczyk i pociągnął lud za sobą. Zginął sam i wszyscy jego zwolennicy zostali rozproszeni. 38 Więc i teraz wam mówię: Odstąpcie od tych ludzi i puśćcie ich! Jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, 39 a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć i może się czasem okazać, że walczycie z Bogiem” (Dz 5 34-39)

Rozważania na temat: Jezus – faryzeusze, na podstawie Ewangelii nie są tylko i wyłącznie ciekawostką historyczną, to próba zmiany w sposobie patrzenia na relacje judaizm – chrześcijaństwo dzisiaj. To próba zrozumienia jak bliskie i wielowątkowe relacje między tymi religiami zachodzą i zawsze zachodziły, i wreszcie najważniejsze: to chęć, po wiekach nienawiści prowadzącej wyłącznie do nieszczęść, budowania mostu. Mostu prowadzącego to tego samego Boga. Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba.

Paweł, Żyd z Tarsu, faryzeusz wychowany i wykształcony w Jerozolimie, to nieodrodny syn swojego narodu i doskonały świadek epoki, w której żył. Skupiając się na jego żydowskich korzeniach w tym wpisie, nawet nie dotknęliśmy tego, co najważniejsze dla tej postaci. Świadczy to dobitnie o tym, jak wielką przygodą jest przyjaźń z Apostołem narodów. Aby opisać wszystko co się z nim łączy i nie tylko, nie wystarczy jeden wpis, cały blog na jego temat to też by było mało.

Rozpoczynając raz przygodę z tym uczonym Żydem możemy ją kontynuować przez całe życie. Będzie to niekończąca się podróż intelektualna przez kontynenty, kultury, obyczaje i mentalność epoki początku chrześcijaństwa. Ze św. Pawłem stajemy się świadkami narodzin czegoś tak wielkiego, co trwa niezachwianie przez ponad dwa tysiące lat, aż po dziś dzień – Kościoła Powszechnego.

Nie proszę Pawła o przysługi, o specjalne względy, o wstawiennictwo. Przez szacunek do wiary jego przodków jakoś tak nie wypada. Przecież dla faryzeuszy byłoby nie do pomyślenia, żeby jeden człowiek wznosił modły do drugiego człowieka:

 Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym (Pwt 6,4)

Święcie jednak wierzę, że ten stary Żyd z Tarsu łaskawym okiem na mnie patrzy z Nieba, a moim największym marzeniem, z jego dyskretną pomocą, jest móc u kresu życia powiedzieć o sobie:

W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem.(2Tm 4,7)

Amen.

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Kościół statystycznie.

Za każdym razem, kiedy Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego opublikuje wyniki swoich badań pojawia się wiele komentarzy na ten temat. Zarówno ludzie związani z Kościołem jak i ci nie związani podejmują się trudu ich interpretacji. Jest to oczywiście bardzo dobre bo każda refleksja odnośnie stanu polskiej religijności jest niezwykle cenna, no i właśnie po to ISKK te dane ogłasza.

Większość komentarzy skupia się na zagadnieniu spadku procentowym ilości osób chodzących w niedzielę na mszę świętą. Oczywiście kwestia dlaczego ludzie przestają chodzić do kościoła jest bardzo ciekawa, równie bardzo jak ta: dlaczego w ogóle do niego chodzą. Jednakże jest to temat głównie dla socjologów, badaczy kultury, antropologów i tak dalej. Dla ludzi wiary o wiele ważniejszy jest drugi wskaźnik.

Jak mówią mędrcy żydowscy – ” dobrze zadane pytanie zawiera w sobie połowę odpowiedzi”. Według danych ISKK do Komunii Świętej przystąpiło w 2016 r. 16% zobowiązanych. Jeśli przeanalizujemy dane z lat poprzednich okaże się, że jest to wynik niezwykle stabilny, utrzymujący się w Polsce mniej więcej na tym samym poziomie od dłuższego czasu. Oczywiście należy tu pominąć dane dotyczące PRL-u . Świata zupełnie innego niż obecny, co za tym idzie, wymagającego zupełnie innego podejścia, uwzględniającego wyjątkową specyfikę tamtych czasów.

Brak gwałtownych załamań jeśli chodzi o ten wskaźnik świadczy jednoznacznie o stabilności Kościoła Katolickiego w Polsce. Wbrew alarmistycznym głosom wielu komentatorów, nic złego w nim się nie dzieje. Przeciwnie, dane z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i dane z lat ostatnich, utrzymują się na podobnym poziomie, co świadczy o tym, że wraz z rozwojem polskiego społeczeństwa jaki dokonał się w tym czasie, rozwija się też i polski Kościół, odpowiada na zmieniające się potrzeby społeczeństwa i sam się rozwija w jak najlepszym kierunku. Ludzie którzy w tym Kościele są mogą naocznie stwierdzi, że bogactwo ruchów, organizacji, charyzmatów, jest tak wielka, że każdy wierzący może odnaleźć to co akurat odpowiada jego duchowości.

Wskaźnik o którym mówimy świadczy o tym, że polski Kościół Katolicki jest bardzo stabilny i bardzo mały. Według danych ISKK wskaźnik communicantes w latach 1980 – 2016 nigdy nie przekroczył 20%. Wynika z tego w sposób jednoznaczny, że Polska nie jest krajem katolickim. Co musimy sobie otwarcie i wprost powiedzieć. Dlaczego tak ważne jest obalenie tego mitu?

Nie, nie chodzi o to by coś komuś odbierać, coś zarzucać, z czegoś rozliczać, by Polaków dzielić na lepszych i gorszych. Chodzi o to by dzięki odrzuceniu mitu pierwszego, rozprawić się z mitem drugim, o wiele groźniejszym dla samego Kościoła. W Polsce zakłada się zupełnie niesłusznie, że zdecydowana większość polskiego społeczeństwa o wierze katolickiej wie wszystko, a jedyna kwestia jest taka, czy stosuje tę wiedzę w praktyce czy nie. Na tym micie bazuje kaznodziejstwo i duszpasterstwo polskiego Kościoła. Znaczna część duchowieństwa i zaangażowanych świeckich, przyjmując, że skoro żyje w kraju w którym dziewięćdziesiąt kilka procent społeczeństwa to katolicy, nie ma potrzeby głosić podstawowych prawd wiary lecz należy się skupiać na kwestiach moralnych i etycznych. To prowadzi do tego, że ludzie którym jeszcze chce się słuchać Kościoła albo w ogóle go nie rozumieją albo rozumieją opacznie. Dla przykładu: w polskim Kościele bardzo wiele miejsca poświęca się życiu seksualnemu, przeciętny Polak pyta: jakim prawem ksiądz zagląda mi do łóżka i wtrąca się w sprawy tak niezwykle intymne? I ma rację! To co ja robię, a czego nie robię w łóżku i poza nim jest wynikiem tego kim jestem i w co wierzę, a nie z tego co mówi mi ksiądz.

Przykład drugi, wzięty prosto z życia. Przed świętami Bożego Narodzenia, kierowniczka działu w którym pracuję, chcąc się zachować przyzwoicie, nie wyznaczyła ludzi, którzy mają w dni świąteczne przyjść do pracy tylko poprosiła byśmy sami się określili, kto w który dzień chce i morze przyjść. Byłem jedyną osobą, która powiedziała: jestem wierzący i w Boże Narodzenie nie pracuje. Ludzie patrzyli na mnie jak na kosmitę. Przecież wszyscy są wierzący i wszyscy urządzają święta ale to jeszcze nie powód by się z tym obnosić. Wiara to sprawa prywatna i nie może kolidować z czymś tak ważnym jak praca zawodowa czy zarabianie pieniędzy.

Nikomu nawet nie przyszło do głowy, że nie da się być chrześcijaninem na „własny użytek”, że Kościół Katolicki to wspólnota w łamaniu chleba, to wspólnota stołu eucharystycznego, to obcowanie świętych. Żaden ksiądz nie ma prawa odprawić mszy świętej dla siebie samego, bo chrześcijaństwo nigdy nie jest sprawą prywatną. Kościół Katolicki w którym, rzekomo są od zawsze to nie prywatna forma spędzania wolnego czasu, to nie firma usługowa, to nie organizacja charytatywna, to wspólnota braci w Jezusie Chrystusie. Właśnie tej wiedzy w polskim społeczeństwie nie ma. Jesteśmy krajem pogańskim potrzebującym ewangelizacji, Dobrej Nowiny, potrzebujemy się obudzić ze snu pełnego mrzonek i mitów, i stanąć w Prawdzie.

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Zagrożenia dla neofity.

 

Jeśli jesteś w Kościele od zawsze, jest to dla ciebie środowisko naturalne, przyjazne i zrozumiałe. Jeśli jesteś w Kościele gościem, swój katolicyzm traktujesz wyłącznie w kategoriach pójścia na mszę świętą kilka razy do roku, jesteś bezpieczny, żadne wątpliwości ci nie zagrażają. Natomiast jeśli jesteś w Kościele od niedawna i pragniesz dopiero rozpocząć swoją przygodę z wiarą chrześcijańską bez wątpienia będziesz musiał się zmierzyć z wieloma sprawami, które mogą wzbudzać twoje wątpliwości. Piszący te słowa nie raz i nie dwa zastanawiał się – po co mi to było? Byłem sobie szczęśliwym poganinem i na co mi to całe chrześcijaństwo?

W każdej instytucji, organizacji, firmie najbardziej newralgiczną kwestią są zasoby ludzkie, nie inaczej jest w Kościele. Jeśli na przykład do wiary przyprowadziło cię żywe świadectwo jakiejś niezwykle charyzmatycznej postaci, jej postawa, autentyczne podążanie za Jezusem na co dzień, szybko przekonasz się, że jest to wyjątek, a nie reguła. Regułą jest, że Kościół tworzą tacy sami ludzie jak ty, a może nawet w wielu sprawach od ciebie gorsi i teraz musisz sobie zadać pytanie – czego w Kościele szukasz? Co wyszedłeś oglądać na pustyni? Proroka odzianego w skóry? Spektakl, widowisko, sensację? To znajdziesz i bez Kościoła. Jeśli jesteś tu po to, żeby znaleźć nowe przyjaźnie, znajomych, dziewczynę, od razu sobie odpuść, bo szybko się przekonasz, że ludzie w Kościele są tak samo ułomni jak i poza nim. W Kościele poszukuj Jezusa, odkrywaj go i staraj się zaprzyjaźnić właśnie z Nim, jeśli ci się to uda, łaskawszym okiem będziesz spoglądać na słabości zarówno swoje, jak i swoich braci.

Rozpoczynając swoją przygodę z Kościołem Katolickim niezwykle szybko przekonasz się, że jest w nim bardzo mocno zakorzeniony kult świętych. Ty jednak jesteś osobą bardzo racjonalną, na przykład ojciec Pio to dla ciebie mądry facet, którego szanujesz, ale nie czujesz w sobie żadnej potrzeby, żeby otaczać go kultem. Nie interesują cię stygmaty, wizje, uzdrowienia, w ogóle wobec tych tematów jesteś mocno sceptyczny. Mam tu dla ciebie świetną wiadomość – nie musisz. Nie musisz wielbić ojca Pio, nie musisz ekscytować się tajemnicami fatimskimi, objawieniami, cudami i tak dalej, do poznania Jezusa wielu tego potrzebuje, ale nie jest to warunek konieczny. Jeśli nie czujesz się z tymi tematami zbyt komfortowo zwyczajnie sobie odpuść. Kiedy twoja wiara będzie wzrastać, zaczniesz poznawać bogactwo Kościoła i zapewne w końcu trafisz na świętego, z którym się zaprzyjaźnisz i na którego wstawiennictwo będziesz mógł liczyć.

Z szeroko rozumianą mistyką w Kościele wiąże się jeszcze jeden bardzo delikatny temat. Piszący te słowa na przykład po dziś dzień zastanawia się czy św. Faustyna była święta, czy szalona, czy jedno i drugie jednocześnie. Kiedy zaczniesz się angażować w życie Kościoła możesz być absolutnie pewien jednego, prędzej czy później trafisz na ludzi, których zdrowie psychiczne będzie budzić twoje wątpliwości. Każda religia przyciąga jak magnes osoby z problemami na tle umysłowym, niestety w Kościele Katolickim występuje ciągle problem z podejściem do takich ludzi. Kiedy kogoś boli ząb raczej nie będzie modlił się o uzdrowienie i czekał na interwencję Boga w sposób cudowny, tylko wybierze się do dentysty. Niestety ten racjonalny sposób zdaje się nie działać w przypadku chorób umysłowych. Liczne grono wierzących ludzi z takimi problemami będzie utrzymywać w przekonaniu, że najlepszym dla nich rozwiązaniem będą egzorcyzmy i nakładanie rąk. Kiedy natrafisz na chorych święcie przekonanych, że są opętani, jeśli akurat nie jesteś psychiatrą raczej nie staraj się ich za wszelką cenę przekonywać do zgłoszenia się do specjalisty, nic nie wskórasz. Po prostu traktuj ich z delikatnością i miłością, i przyjmij, że w Kościele Powszechnym jest miejsce dla każdego, może oni w swoim szaleństwie są o wiele bliżej Boga niż ci tak zwanie normalni? Kto wie?

Mierząc się z tematem opętań i egzorcyzmów bez wątpienia trafisz na mocno rozpowszechniony w Kościele Katolickim pogląd, że przedmioty, które do tej pory budziły w tobie wyłącznie dobre skojarzenia w swojej istocie są demoniczne i służą Szatanowi.

Irlandia przyjęła chrześcijaństwo w V w. n.e., pięćset lat wcześniej niż Polska. W czasach, gdy na ziemiach, na których obecnie żyjemy jeszcze nikt o Jezusie nie słyszał na zielonej wyspie chrześcijaństwo kwitło i promieniowało na całą Europę. Gdy zwiedzałeś ten kraj widziałeś ogromną ilość kamiennych celtyckich krzyży świadczących o pięknej, starej tradycji celtyckiego chrześcijaństwa. Słyszysz jednak, że owe krzyże to coś złego i demonicznego, że w swej istocie służą Szatanowi i nie możesz tego pojąć. Wydaje ci się to nie tylko zwyczajnie głupie, ale wręcz heretyckie.

Pacyfka, którą nosiłeś z dumą w latach młodości i którą ciągle trzymasz w szufladzie przez sentyment do starych czasów też jest szatańskim atrybutem. Ruch, który ona symbolizuje to głośny sprzeciw przeciw wojnie, zbrojeniom, rozwiązywaniu kryzysów politycznych za pomocą karabinów i bomb. Słuszny sprzeciw, którego ci brakuje w wielu środowiskach określających się jako katolickie, i nie wiesz jak masz postąpić. Co robić?

Możesz oczywiście powyrzucać żonie wszystkie jej drzewka szczęścia. Możesz pod groźbą rozwodu zabronić jej chodzić na tak lubiane przez nią ćwiczenia jogi. Możesz wywalić do śmieci kubek ze swoim znakiem zodiaku, w którym co rano pijesz kawę i który dostałeś od krewnych na urodziny i przewrócić dom do góry nogami w poszukiwaniu innych atrybutów Szatana. Jasne że możesz, choć zapewne poza kryzysem małżeńskim niczego nie osiągniesz. Co więc robić? Podążaj za Jezusem, wsłuchaj się w jego naukę i swoje sumienie, i tak najpewniej odkryjesz co w tobie jest zagrożeniem duchowym, jakie słabości, nawyki, nałogi czynią cię podatnym na wpływ demona. Dopiero wtedy będziesz mógł podjąć skuteczną walkę.

W Kościele Katolickim od zawsze trwa nieustanne zmaganie między ortodoksją i herezją, jest to element stale w nim obecny. Co gorsze, granica między jednym a drugim nie jest oczywista i pewnie widoczna niczym chiński mur, kiedy dopiero rozpoczynasz swoją przygodę z wiarą. Po prostu trzymaj się Jezusa. To On jest Prawdą, Drogą i Życiem. Dopiero kiedy lepiej poznasz przeogromne bogactwo Kościoła będziesz mógł zdecydować, które charyzmaty i ruchy w nim obecne są dla ciebie.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Szymon z Cyreny

Szymon z Cyreny to postać, która niezbyt mocno interesuje badaczy chrześcijaństwa. Nie znajdziemy na jego temat opasłych tomów opracowań historycznych, czy teologicznych. Jest traktowany raczej jako niezbyt istotny epizod w rozważaniach na temat naszej wiary. Czy aby na pewno słusznie? Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, możemy zacząć nasze rozważanie od zadania sobie dwóch innych kluczowych pytań. Oba są nieco przewrotne, i brzmią: Czego nie ma w Ewangeliach?; Czym nie jest chrześcijaństwo?

Odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: Ewangeliści nie piszą o bardzo wielu sprawach, które dla chrześcijan mogłyby być interesujące. Nie dowiemy się od nich zupełnie nic o św. Józefie, o jego życiu, czy śmierci. Bardo skąpe informacje docierają do nas gdy chodzi o Maryję. Zupełnie nic nie wiemy o dzieciństwie i młodości Jezusa. Na temat apostołów, poza imionami, też niewiele znajdziemy w Nowym Testamencie. Czy wynikło to z niechlujstwa kronikarzy? Czy świadczy to o ich słabej znajomości tematu? Bynajmniej, jest to zabieg zupełnie celowy. Ewangeliści nie pisali jakiejś tam historii, pisali o Dobrej Nowinie, to był ich cel główny. Właśnie dlatego starali się, żeby ich przesłanie było jak najczystsze. Zrezygnowali z mało istotnych faktów, dygresji, zbędnych upiększeń i elokwencji na rzecz klarowności przekazu. Pisali wyłącznie o tym, co jest istotne.

Postać Szymona z Cyreny pojawia się w trzech z czterech Ewangelii. Piszą o nim zgodnie trzej synoptycy. Dla porównania: Dobry Łotr jest wymieniony tylko przez jednego z nich, Łukasza i to bez imienia. Tradycja, która przypisuje mu imię Dyzma pochodzi z pism apokryficznych, o wiele później powstałych w czasie, niż Ewangelie kanoniczne. Człowiek, który został przymuszony do dźwigania krzyża Jezusa, nie jest wspomniany jako jakiś tam przechodzień, jest to bardzo konkretna, rozpoznawalna, znana z imienia postać. Szymon z Cyreny, ojciec Aleksandra i Rufusa. O czym to świadczy? O tym, że była to osoba dobrze znana młodemu Kościołowi i na tyle ważna, by pamięć o nim się zachowała. Pamięć, która dzięki Ewangelistom przetrwała po dziś dzień.

Męka, śmierć i Zmartwychwstanie Jezusa to zagadnienia absolutnie kluczowe dla naszej wiary, gdyby nie to, byłaby ona daremna. Trzej z czterech Ewangelistów w centrum tych wydarzeń umieszczają Szymona z Cyreny. Dlaczego? Dlaczego nie pominęli tego faktu traktując go jako nieistotny epizod?

Wróćmy do drugiego pytania: Czym nie jest chrześcijaństwo? Otóż bez wątpienia chrześcijaństwo nie jest odpowiedzią na wszystkie pytania nurtujące człowieka od zawsze. Nie odpowiada nam na przykład na pytanie: skąd się wzięło zło? Pewnie wiele osób uzna te słowa za skandal. Jak to nie wiadomo? Zło jest konsekwencją grzechy pierworodnego, jest to jasne i oczywiste. Będą mieli rację, ale tylko w tym znaczeniu, że wiemy jak zło dotknęło człowieka, lecz nie wiemy nic o jego istocie. Skąd i dlaczego się wzięło w ogóle? Zło jako takie. Aby to dobrze zrozumieć należy się cofnąć do Księgi Rodzaju, w pierwszym opisie Stworzenia zła nie ma. Szóstego dnia Bóg spojrzał na swoje dzieło i stwierdził, że wszystko co stworzył było dobre. Innymi słowy jeszcze wtedy zła nie było, ale w drugim opisie zło już jest. Jest przed Adamem i Ewą, czyli pierwsi ludzie na świecie go nie wygenerowali, nie uaktywnili, ono już było przed nimi jako fakt. Co więcej, był już Zły, to przecież Szatan namówił pierwszych ludzi, by sprzeciwili się Bogu. Między pierwszym a drugim opisem Stworzenia zachodzi tajemnica. Coś co dla nas ludzi jest całkowicie niepojęte. Nie możemy przecież nawet, chcąc być w pełni konsekwentni, stwierdzić, że zło stworzył Bóg. Jak byt nieskończenie dobry może chcieć stworzyć zło? Po co miałby to robić? Bo mu się nudziło? Bo był ciekaw jako to będzie? Dla własnej rozrywki? Nieskończone Dobro stwarza absolutne zło? To paradoks, absurd, głupota. Skoro jednak to nie Bóg stworzył zło, to kto? Czy oprócz Boga istnieje jeszcze jakiś inny równy mu byt? Taki wniosek to herezja, zaprzeczenie wszystkiego w co wierzymy. To może Bóg nie chciał zła stwarzać, ale poczuł się do tego zmuszony? To by oznaczało, że nie jest wszechmocny, że nawet On ma jakieś ograniczenia, czyli znowu herezja! Otóż wszelkie próby wytłumaczenia istoty zła na drodze rozumowej muszą zaprowadzić nas albo do stwierdzeń niezgodnych z prawdami wiary, albo do paradoksu. Istota zła jest dla nas czymś absolutnie nie pojmowalnym.

Tym samym dochodzimy do sedna naszych rozważań, do Szymona z Cyreny. Człowieka, na którego drodze pojawia się zło absolutne. Niewinny Jezus jest męczony i prowadzony na haniebną śmierć. Szymon nie chce w tym uczestniczyć, to nie jego sprawa. On chce tylko wrócić z pola do domu. Do niesienia krzyża zmuszają go rzymscy żołnierze.

W naszym życiu też czasami tak jest, że na naszej drodze pojawia się zło absolutne, nieprzewidziane, przypadkowe, niezasłużone, zło którego ani nie rozumiemy, ani się na nie nie godzimy. Postać Szymona z Cyreny to dar dla nas od Boga, przez który nam mówi: wystarczy, że będziesz taki jak on. Nie jestem Bogiem okrutnym, nie wymagam od ciebie, byś mi dziękował za zło, które stanęło na twojej drodze. Nie musisz w masochistycznych udrękach mnie za to wielbić. Masz prawo czuć się zmuszonym. Masz prawo tego nie chcieć. Nie rozumieć. Masz prawo to przeklinać!

Szymon z Cyreny postawiony w centralnym punkcie Męki Pańskiej to dla nas ukojenie. Balsam dla naszej duszy udręczonej wyrzutami sumienia: jak mam dziękować Bogu za śmierć swojego dziecka? – pyta w rozpaczy matka. Jak mam dziękować za chorobę nowotworową? Za zdeformowanego noworodka? Za wszystkie niezawinione przez nas nieszczęścia? Ból, wojnę, głód i śmierć w męczarniach bliskich? Jak za to dziękować? Nie dziękuj, bądź jak Szymon z Cyreny, weź swój krzyż i idź za Jezusem, choć czujesz się do tego zmuszony, choć tego nie chcesz. To wystarczy!

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Prostujcie drogę Pańską !

Jezus zapytał Piotra, a ty, za kogo mnie uważasz? Odpowiedział mu: Tyś jest epifanią eschatologiczną, która żywi ontologiczną intencjonalność naszych relacji podświadomych i interpersonalnych. –  Jezus: Jak? Jak? (Jose H. Prado Flores)

Wielu z nas, ludzi Kościoła, ma tendencję do komplikowania rzeczy najprostszych. Nie jest od tego wolny również piszący te słowa. Jan Chrzciciel woła do nas o opamiętanie. Nasza wiara jest bardzo prosta, można ją streścić dosłownie w kilku zdaniach, natomiast życie nią na co dzień jest tak trudne, że niemal niemożliwe. Jednakże to „niemożliwe” niejednemu się udało. Aby udało się i nam musimy powrócić do prostoty. Zastanowić się, czy nasza religijność nie zasłania nam tego co najważniejsze.

Wielu w Kościele fascynuje się demonami. Potrafią doskonale opowiedzieć o upadku Szatana, jego armii, imionach upadłych aniołów. Walkę z Szatanem przedstawiają z rozmachem, którego nie powstydziliby się spece z Hollywood. Uwielbiają słuchać opowieści egzorcystów, tych prawdziwych i niestety również tych, którzy zgody Kościoła na taką działalność nie posiadają. Szatana widzą w zabawkach dla dzieci, kreskówkach, maskotkach, zawieszkach na szyję i wielu innych przedmiotach, a nie dostrzegają jego działania w realnym życiu na co dzień. Czyniąc z Kościoła Katolickiego demonologię pewnie nie do końca świadomie nadają Szatanowi znaczenie równe Bogu.

Inni skręcają w mistykę. Święci nie są dla nich przykładem wiary najprostszej z możliwych, tylko właśnie odwrotnie, fascynacje wywołują cuda, stygmaty, objawienia. Niezwykłe wydarzenia z życia świętych stawiają w centrum wiary, jakby zapominali o tym, że Objawienie Jezusa Chrystusa było jedno, pełne i wystarczające. Cuda, jakie mają miejsce za wstawiennictwem takiego czy innego świętego mają nas umacniać w wierze, a nie coś do tej wiary dodawać.

Jan zwraca nam na to uwagę. Prostujcie ścieżki, wróćcie do prostoty wiary. Miejcie tak za tak, nie za nie. Chrześcijaństwo to podążanie za Jezusem. On jest centrum tej wiary. Chrześcijaństwo to miłość braci zjednoczonych we wspólnocie Kościoła, często o tym zapominamy. Zapatrzeni w niuanse, tematy mało istotne, dyskutujący nad sprawami drugorzędnymi, tracimy z oczu żyjącego obok nas bliźniego. Często w naszym zaangażowaniu religijnym postępujemy tak, jakbyśmy chcieli zbawić się sami. Gdyby to było możliwe, czy Jego śmierć na krzyżu byłaby potrzebna? Czyż samo wypełnianie przykazań by nie wystarczyło?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj