Szatańskie wersety, czyli jak nas widzą niewierzący. #łobuzywkościele

Polski katolik lubi o sobie myśleć jak o ostatnim bastionie zdrowia moralnego i normalności w tym zdziczałym, zdehumanizowanym świecie. Lubi obraz chrześcijanina jako ostatniego „błędnego rycerza pana Boga” na tle zlaicyzowanej i multikulturowej Europy. Niestety, to jak postrzegamy samych siebie, a to jak widzą nas inni, zdecydowanie od siebie odbiega. Polski niewierzący, albo mówiąc dokładniej człowiek, który od Kościoła Katolickiego się dystansuje i nie chce mieć z nim nic wspólnego, ma o nim jak najbardziej złe zdanie. Jeśli nie chcemy być tylko „oblężoną twierdzą” z zajadłością broniącą swoich pozycji, ale pragniemy Kościoła misyjnego, głoszącego Dobrą Nowinę tym, którzy ją odrzucili, musimy te zarzuty znać, rozumieć i starać się na krytykę odpowiadać w sposób konstruktywny, a przede wszystkim uderzyć się w pierś, tym razem swoją, a nie cudzą i przyjąć, że w wielu wypadkach ci, którzy do Kościoła mają wiele pretensji mogą mieć rację. Jeżeli wychodzimy z założenia, że racja leży wyłącznie po naszej stronie, w naszym pięknym kraju będziemy słyszeć dwa nie stykające się ze sobą monologi. Monolog obrażonych na Kościół i obrażonych na tych, co Kościół obrażają, a dwa monologi nigdy nie zsumują się w jeden dialog.

Właśnie dlatego dzisiaj, na tym katolickim blogu daję dojść do głosu na Kościół obrażonym.Tym, którzy są na niego źli i nie chcą mieć z nim nic wspólnego i lojalnie ostrzegam, będzie to wyjątkowo gorzki i nieprzyjemny tekst, wyjątkowo łobuzerski.

Zacznijmy od początku, czyli od tego jak wąż skusił Ewę. No naprawdę zbrodnia to była niesłychana, On jej zabronił, a ona zjadła. Zna to chyba każdy rodzic. Mama mówi :”nie jedz chipsów przed obiadem” – a słodka córunia wcina tylko jej się uszy trzęsą. Co zrobić, trzeba gówniarza wyrzucić z domu i klątwą obłożyć. Będziesz w bólach pracować, w bólach rodzić, a twój własny mąż będzie cię poniewierał i ciebie poniżał, a ty to przyjmiesz z pokorą jako dobra, katolicka żona, bo szanujący się katolik to mizogin i antyfeminista. W kwestii małżeństwa interesuje go tylko seks, czy był przedmałżeński, czy stosują antykoncepcję, czy uprawiają go „po bożemu”? Cała reszta jak było, niech skaczą sobie do gardeł, byle się nie rozwiedli, a jak już – nie daj Boże się rozwiodą – niech nie ważą się uprawiać seksu, bo w skali grzechów seks poza małżeństwem i prezerwatywa to przestępstwo największe. Antykoncepcja to wynalazek szatański.

Polski katolik Szatana widzi wszędzie i we wszystkim, częściej można o nim usłyszeć niż o Jezusie. Wie wszystko o jego mocach, władzy i zdolnościach. Z wypiekami na twarzy słucha wszelkiej maści egzorcystów, którzy osobiście z Szatanem gadali i wszystkiego się od niego dowiedzieli. W hierarchii ważności egzorcyści w Kościele zajmują miejsce pierwsze, stoją wyżej nawet niż sam papież, bo oczywiście ten, który obecnie zasiada na tronie św. Piotra, nie jest „nasz”, więc ufać mu tak do końca nie można.

Praktyki satanistyczne są obrzydliwe: tarot, pasjans, horoskopy, wisiorki z „pacyfką”, pentagramy i tym podobne. No wręcz zło wcielone, ohyda i zbrodnia. Do czego to może doprowadzić? Wejdzie w ciebie diabeł, będziesz lewitował, mówił straszne rzeczy w językach, których nie znasz, czytał w myślach, znał przyszłość, a w skrajnych przypadkach pluł gwoździami. Ktoś to widział? Oczywiście nie licząc kina? Nikt, ale każdy zna kogoś kto to widział i może poświadczyć. Mam znajomą, która ma znajomą, która była świadkiem, rzecz jasna wiarygodnym na sto procent.

A jak się ma sprawa na tle tego groteskowego Szatana z Bogiem wszechmocnym i miłosiernym? Wystarczy przeczytać Stary Testament, krew leje się tam nie strumieniami, a rzekami wielkimi jak Amazonka. Zbrodnia goni zbrodnię, gwałty są na porządku dziennym, morderstwa też. Seks aż kipi, bardzo często w obrębie najbliższej rodziny. Ojcowie z córkami, synowie z siostrami, no i oczywiście seksualna przemoc. Czy można się dziwić, że mając takie pisma polski katolik walczy wyłącznie o życie nienarodzone? Bo oczywiście będąc katolikiem w Polsce, nie masz prawa być pacyfistą! Musisz wielbić armię, żołnierzy, broń i zabijanie. Zabijanie w obronie ojczyzny to powód do czci i chwały. Im więcej i częściej zabijali, tym większe bohaterstwo. Księża powstańcy, żołnierze wyklęci, cichociemni, Armia Krajowa to wzór obowiązkowy dla młodzieży. Dobra katolicka młodzież to taka, która jest prawicowa, nacjonalistyczna i wielbi tą wielką hekatombę zbrodni, jaką było powstanie warszawskie. Brzydzi się lewactwem, feministkami i tą całą hołotą.

A rzeczywistość? Ta jest jeszcze gorsza od tej opisanej w Księdze. W Rwandzie sąsiad wstawał rano, brał maczetę i szedł zabijać sąsiadów, jakby wychodził na pole. Skąd mu to się wzięło? Biali, katoliccy misjonarze wpoili mu tę nienawiść, nauczyli, że Tutsi i Hutu to dwa różne plemiona, że w tak małym afrykańskim kraju  na te dwa plemiona nie ma miejsca, bo przecież trzeba się rozmnażać, bo antykoncepcja to grzech śmiertelny, gorszy od zabijania. Edukacja seksualna, zgorszenie! Prezerwatywa? Wynalazek Szatana!

Katolik w szerzeniu nienawiści jest wprawiony. Antysemityzm wyssał z mlekiem matki. Szoah to przecież wynalazek arcychrześcijańskiej Europy. Urodził się z myśli zaszczepionej w umysłach wiernych niemal od początku istnienia Kościoła. Polski katolik nienawiść wobec innych opanował w stopniu perfekcyjnym. Zresztą wystarczy zobaczyć jakich czci świętych. Maksymilian Kolbe patron narodu był antysemitą zajadłym. Założone przez niego pisma: Rycerz Niepokalanej i Mały Dziennik były wojowniczo klerykalne, nacjonalistyczne i antysemickie. Cóż, jaki naród taki święty. Wraz ze śmiercią trzech milionów Polskich Żydów, jak można by się spodziewać, polski antysemityzm nie umarł. Przemienił się tylko w szczerą nienawiść do „arabów” i muzułmanów. Nienawiść wobec islamu jest u nas w Polsce niemal powszechna.

Nienawiść płynie rwącą rzeką z polskich mediów, ław poselskich, i niestety często z kościelnych ambon. Wszyscy, którzy roszczą sobie prawo do wątpliwości to zbrodniarze, dzieciobójcy i piewcy cywilizacji śmierci. Jestem katolikiem i to daje mi pełne prawo atakować personalnie wszystkich tych, którzy myślą inaczej. Polski katolik jawi się jako typ wyjątkowo niesympatyczny, pozbawiony empatii, rasista, wierzący w jedną opcję polityczną, zarozumiały bufon nie dostrzegający nic poza czubkiem swojego nosa.

Kochany bracie i siostro, ja wcale nie twierdzę, że taki jest polski Kościół, ja tylko twierdzę, że takim go odbiera wielu spośród tych, którzy od tego Kościoła odeszli, albo nigdy w nim nie byli tak naprawdę. Dzieje się tak dlatego, że egzegeza Starego i  Nowego Testamentu w nauczaniu Kościoła jest niesłyszalna. Interesuje się nią wyłącznie wąskie grono zapaleńców, co sprawia, że większość Polaków ani nie zna, ani nie rozumie Biblii. Nauczanie Kościoła skupia się na etyce, która bez zrozumienia czym w ogóle jest chrześcijaństwo jest całkowicie nieczytelna, wywołuje zamieszanie i bunt, zamiast promować jasne zasady moralne.

W dzisiejszych czasach głównym celem Kościoła, zamiast „głoszenia” Szatana, aborcji, antykoncepcji, polityki, i tak dalej powinien być wielki powrót do Biblii i nauka podstaw wiary w tym, co jest w niej najbardziej istotne. Kościół zamiast gubić się w meandrach spraw drugorzędnych powinien powrócić do Kerygmatu. My wszyscy zaś głosząc Dobrą Nowinę powinniśmy, jak Żydzi filakterie, nosić wypisane w sercu słowa św.Pawła:

Przypominam, bracia, Ewangelię, którą wam głosiłem, którąście przyjęli i w której też trwacie. Przez nią również będziecie zbawieni, jeżeli ją zachowacie tak, jak wam rozkazałem… Chyba żebyście uwierzyli na próżno. Przekazałem wam na początku to, co przejąłem:1 że Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem: i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi2. Jestem bowiem najmniejszy ze wszystkich apostołów i niegodzien zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży3. 10 Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna; przeciwnie, pracowałem więcej od nich wszystkich, nie ja, co prawda, lecz łaska Boża ze mną. 11 Tak więc czy to ja, czy inni, tak nauczamy i tak wyście uwierzyli.(! Kor 15 1,11)

Nie jestem ani trochę lepszy od niewierzących, jestem poronionym płodem, a to, że mogę głosić Jezusa Zmartwychwstałego to żadna moja zasługa. To dar Łaski wiary, którą otrzymałem, niezasłużenie i całkiem za darmo. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Amen

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Judasz

W Wielkim Tygodniu specjalnego znaczenia nabiera postać Judasza, jednego z Dwunastu, który wydał Jezusa. Od wieków ludzie stawiają sobie pytania: kim był? Dlaczego tak postąpił? Co do tego doprowadziło? Od wieków z tymi i innymi pytaniami próbują się zmierzyć ludzie sztuki. Dante Alighieri w „Boskiej Komedii” umieszcza Judasza na samym dnie piekła. Bardziej nam współcześni twórcy starali się podążać innym tropem, próbując usprawiedliwić tę postać, czy nawet nadać jego czynowi heroicznego wymiaru. Wystarczy tu wspomnieć o tych najgłośniejszych jak „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Nikosa Kazantzakisa czy rock operę „Jesus Christ Superstar”. Co o tym człowieku dowiadujemy się z Biblii?

Informują o nim wszystkie cztery Ewangelie i Dzieje Apostolskie, wzmianki o Judaszu pojawiają się tam dwadzieścia sześć razy. Wszyscy Ewangeliści zgodnie twierdzą, że był powołany do grona Dwunastu, choć żaden nie podaje okoliczności tego powołania. Był skarbnikiem tej grupy – „miał pieczę nad trzosem”. Zdradził Jezusa za trzydzieści srebrników, po czym popełnił samobójstwo. Był synem Szymona, zwanego Iskariotą. Tyle wiadomo z Kanonu, cała reszta to domniemania, przypuszczenia, snucie domysłów, zagadka, tajemnica. Już owe – Iskariota budzi kontrowersje. Nikt nie wie co tak naprawdę miało znaczyć.

Pierwsza i najbardziej powszechna hipoteza podaje, że znaczyło to „człowiek z Karioth”, wskazując na miejsce pochodzenia, miejscowość w południowej Judei koło Hebronu, z czego by wynikało, że Judasz był jedynym Apostołem, który nie pochodził z Galilei. Być może kwestia pochodzenia sprawiła, że jako obcy był traktowany przez resztę grupy z pewną nieufnością i dystansem. Nie mogąc się całkowicie zintegrować z pozostałymi Apostołami, Judasz mógł czuć się odrzucony i przez to łatwiej mu było podjąć decyzję o zdradzie. Czyż jednak możliwe jest, że autsajderowi powierzonoby tak ważne zadanie jak dbanie o finanse grupy? Mało prawdopodobne.

Inna hipoteza zakłada, że Iskariota to błędnie zapisane sikarios, po grecku „płatny morderca”, oznaczało pospolitego zbira, ale w pewnym kontekście również człowieka występującego z bronią w ręku przeciw Rzymianom. Kogoś, kogo dziś określibyśmy mianem członka ruchu oporu. Niektórzy idąc tym tropem widzieli w Judaszu aktywistę jakiejś politycznej, militarnej organizacji, walczącej z Rzymianami o wolność Izraela.

Według Józefa Flawiusza, żydowskiego historyka – sykaryjczycy: to radykalny odłam zelotów, uzbrojony w krótkie sztylety, zwane po łacinie – sicae. Twierdził on, że z sykaryjczykami związana jest legenda Masady. Była to twierdza położona na zachodnim wybrzeżu Morza Martwego. Podczas powstania Żydów przeciwko Rzymowi, które wybuchło w 66r n.e., miała zostać opanowana właśnie przez sykaryjczyków i stawiać zaciekły opór Rzymianom przez całe powstanie. Kiedy już nie było szans na utrzymanie twierdzy, obrońcy Masady uznali, że wolą śmieć niż poddanie się. Spośród obrońców wylosowano dziesięciu mężczyzn, którzy zabili wszystkich obecnych w twierdzy, a następnie z pozostałej przy życiu dziesiątki – jednego, którego zadaniem było zadanie śmierci dziewiątce, a na samym końcu popełnienie samobójstwa.

W zależności od tego jak odczytujemy legendę Masady, może się ona jawić jako symbol niezłomnej walki do samego końca i bezprzykładnego bohaterstwa, albo bezprzykładnej głupoty i fanatyzmu.

Judasz sykaryjczyk według tego tropu albo zdradził Jezusa, bo rozczarował go jego łagodny, pacyfistyczny mesjanizm, albo według innej wersji pragnął zradykalizować działania grupy, do której należał i chciał „pomóc” Mistrzowi objawić jego prawdziwą moc.

Wreszcie są tacy, którzy twierdzą, że Judasza tak naprawdę w ogóle nie było, a postać stworzona na potrzeby Ewangelii to symbol, personifikacja postawy większości Żydów wobec Jezusa. Jak w biblijnej Księdze Judyty, imię bohaterki oznaczało po prostu: Judejka, czyli Żydówka i symbolizowała bohaterską postawę kobiety żydowskiej broniącą swój naród przed nieszczęściem, tak Judasz to Juda – Judejczyk, symbol Żyda wydającego na krzyż Jezusa.

To tylko te najbardziej typowe pomysły na tego niezwykłego, kontrowersyjnego Apostoła. Przez wieki takich pomysłów narodziło się bardzo wiele. W malowniczy sposób tę postać przedstawiają apokryfy. Większość z tych utworów stawia sobie ambitne zadanie: pragną zgłębić tajemnicę: jak to się stało, że jeden z powołanych przez Jezusa, przebywający w Jego otoczeniu w sposób tak bliski przez trzy lata – zdradził swojego Mistrza.

Czy jednak faktycznie to jest najważniejsze? Przecież zdrada to zdrada. Czy naprawdę takie istotne jest dlaczego do niej doszło? Czy to słabość charakteru, czy przeciwnie – przerost ambicji, czy to jak sugeruje się najczęściej zwykła, mała, podła chciwość? Zdrada to zdrada i tyle. Wydaje się, że kluczem do tej postaci nie jest pytanie dlaczego zdradził, ale ocena tego co zrobił po zdradzie.

Kefas też zdradził, trzykrotnie zaparł się Mistrza. Pod krzyżem były kobiety i Jan, całej reszty nie było. Można powiedzieć, że wszyscy oni zawiedli Nauczyciela, nie dali rady, nie przeszli próby. Co zrobili po ukrzyżowaniu? Jak twierdzą wyjątkowo zgodnie wszystkie cztery Ewangelię i Dzieje Apostolskie, zebrali się razem. Uczniowie, jedenastu Apostołów, kobiety trwali razem we wspólnocie żalu, strachu, bólu i żałoby. To oznacza, że czas spędzony z Jezusem nie był dla nich czasem straconym, że ciągle miał znaczenie, choć oczywiście nie wierzyli, że On zmartwychwstanie; świadczą o tym pierwsze reakcje tych, którzy zobaczyli pusty grób, to jednak jednoczyła ich potrzeba przebywania razem, wśród tych, którzy Go znali. Gdyby śmierć Jezusa uznali za absolutny koniec wszystkiego, gdyby dominującym uczuciem wśród nich było rozczarowanie, bez wątpienia nie chcieliby sobie patrzeć w oczy, bez wątpienia unikaliby siebie, wstydząc się tych trzech naiwnych lat wiary w mrzonki i utopie. Uciekliby z Jerozolimy, jeden na komorę celną, inni łowić ryby. Oni jednak intuicyjnie szukali się nawzajem i trwali we wspólnocie, nawet zanim ukazał im się Pan. Już wtedy dali początek czemuś absolutnie wielkiemu – Kościołowi.

Zupełnie inną postawę przyjął Judasz, uznał, że ciężar jego winy jest tak wielki, że nie ma czego szukać wśród tych, z którymi spędził ostatnie trzy lata, że ta Droga, którą kroczył już mu nie pomoże. Sam zdecydował o swoim wykluczeniu, indywidualnie postanowił zmierzyć się ze swoim problemem i nie podołał. Skończył na stryczku.

Myślę, że właśnie interpretacja postaci Judasza w znaczeniu eklezjologicznym ma największy sens. Wspólne trwanie tych, którzy w Niego uwierzyli w najbardziej krytycznym momencie ich Drogi sprawiło, że przetrwali, że On miał do kogo przyjść. Indywidualne mierzenie się z bólem Judasza przyniosło śmierć. Wniosek, jaki z tego wypływa, jest oczywisty, nasze zbawienie jest możliwe tylko w trwaniu we wspólnocie, prowadzi przez Kościół. Jednakże, żeby mógł on spełniać swoją podstawową funkcję, musimy unikać jak ognia postawy, która, jak się wydaje, dochodzi mocno do głosu w dzisiejszym Kościele w Polsce. Wielu w tym Kościele bowiem mówi: „owszem zdradziliśmy Jezusa, owszem zaparliśmy się Go – ale wy bardziej”.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jezus Żyd

Jezus był Żydem, wychowanym w tradycyjnej rodzinie pielęgnującej obyczaje i wartości swojego narodu, wiernie przestrzegającej przepisów Prawa. Skąd o tym wiemy? Przecież Ewangeliści nic nam nie mówią o dzieciństwie Jezusa.

Nic nie mówią poza dwoma krótkimi wzmiankami u św.Łukasza i tak się składa, że oba fragmenty dotyczą przestrzegania przepisów religijnych przez Świętą Rodzinę. W pierwszym dowiadujemy się, że Jezus zgodnie z nakazami Prawa został obrzezany, a następnie ofiarowany w Świątyni.

22 Gdy potem upłynęły dni ich6 oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. 23 Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu7. 24 Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie8, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego.(Łk 2,22-24)

Następnie spotykamy Jezusa, gdy ten miał lat dwanaście, ten ustęp mówi nam ponad wszelką wątpliwość, że Jego rodzice gorliwie przestrzegali Prawa dotyczącego Święta Paschy, rok w rok udając się do Jerozolimy.

41 Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. 42 Gdy miał lat dwanaście15, udali się tam zwyczajem świątecznym.(Łk 2,41-42)

W tym passusie możemy również odszukać bezcenną wskazówkę dotyczącą relacji łączącej Marię i Józefa. Po tym jak młodociany Jezus zagubił się i jego rodzice nic nie wiedzieli o jego losie przez całe trzy dni, matka zwraca się do niego z wyrzutem, gdy wreszcie udało się Go odnaleźć:

48 Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie».(Łk 2,48)

Maria nie mówi: „ja i Twój ojczym”,” ja i Twój opiekun”, tylko stwierdza wyraźnie: ” ja i Twój ojciec”. To oznacza, że Maria nie traktowała Józefa jako jakiegoś bodyguarda przydzielonego jej do ochrony przez samego Boga, tylko jak ojca swojego dziecka. Podkreślając, że niepokój o los Jezusa sprawił ból im obojgu, daje dowód na to, że łączyła ich silna emocjonalna więź, przynajmniej jeśli chodzi o wspólnego wychowywanie syna.

Myślę, że te ciągłe podkreślanie, że Józef był „tylko” opiekunem Jezusa jest nieuczciwe wobec tego niezwykłego – milczącego Świętego. Sądzę, że o wiele sprawiedliwiej – zgodnie ze słowami Marii – jest mówić, że Jezus był tym szczęściarzem, który miał dwóch, wspaniałych, prawdziwych ojców.

Sam Jezus, gdy już rozpoczął swoją działalność, mówił bardzo wyraźnie:

 

«Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela»(Mt.15,24)

Przyszedł do swoich, do własnego narodu i właśnie przede wszystkim od swoich oczekiwał zmiany, nawrócenia. Dlaczego jest tak ważne, żeby to sobie uświadomić? Czy chodzi o to, że dzięki temu zrozumiemy jak bliskie relację zachodzą między judaizmem a chrześcijaństwem? Czy dzięki zrozumieniu tego wreszcie odkryjemy, po wiekach ślepoty, że antysemityzm jest obrzydliwością wymierzoną w samego Jezusa i jego rodzinę? Oczywiście tak, ale chodzi przede wszystkim o coś jeszcze ważniejszego. Chodzi o to, jak powinniśmy odczytywać Nowy Testament dzisiaj.

Niestety bardzo wielu wierzących odbiera święte Księgi chrześcijan jako historyczną relację opisującą zmagania dobrych ze złymi w starożytnej Palestynie. Dobrzy to Jezus, Apostołowie i garstka uczniów i uczennic, źli – to oczywiście Żydzi z uczonymi w Piśmie i faryzeuszami na czele. Dobrzy to – nasi, źli – to oni. Po wielu perypetiach i dramatycznych zmianach akcji nasi wygrywają. Nowy Testament jawi się jako wzruszająca opowieść, zapewniająca nas o tym, jak mądrzy jesteśmy stawiając się  od początku po właściwej stronie i jak głupi byli ci, którzy mimo ewidentnych znaków i proroctw nie byli w stanie przejrzeć na oczy.

Cała rzecz w tym, że Biblia nie jest księgą historyczną, a Ewangelie to nie opowieści spisane ku pokrzepieniu serc. Słowo dostaliśmy po to, by działało w naszym życiu realnie, tu i teraz. Kiedy więc czytamy słowa Jezusa, że został posłany przede wszystkim do pogubionych owiec ze swojego domu, oznacza to, że mówi do nas. Nie do nich, tylko do nas! Przyszedł do swoich, a swoi go odrzucili, dzisiaj oznacza to tyle co : „przyszedł do Kościoła, a Kościół go odrzucił”. Powinniśmy wszędzie tam, gdzie Ewangelie mówią o uczonych w Piśmie i faryzeuszach powykreślać te wyrazy, a na ich miejsce wpisać – chrześcijanie. Dopiero wtedy dotrze do nas z pełną mocą Prawda Ewangelii, dopiero wtedy przejrzymy na oczy i zamiast w głupkowatym samozadowoleniu cieszyć się : „dobrze im powiedział”, zaczniemy ze wstydem bić się w piersi. Dopiero wtedy dotrze do nas, że ci zakłamani, fałszywi, nic nierozumiejący, ślepi faryzeusze to nikt inny jak my – chrześcijanie dzisiaj!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Łaską jesteśmy zbawieni !

Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: 9 nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. 10 Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili.(Ef.2 8-10)

Jezus Chrystus umarł na krzyżu i zmartwychwstał dla naszego zbawienia. Taka jest nasza wiara, jej fundament. Ciekawe jest, że wielu z wierzących ale również duża liczba głoszących Dobrą Nowinę, naucza jakby było zupełnie odwrotnie. Jakbyśmy musieli sobie na zbawienie zasłużyć, na nie zapracować, udowodnić, że jesteśmy tego warci. To sprawia, że wielu ludzi dobrej woli zadręcza się wątpliwością, że nie są godni, że nie dadzą rady, że coby nie robili i tak i tak pójdą do piekła bo przecież Jego wymagania są zbyt trudne, przecież to co się od nas wymaga jest po ludzku nie możliwe. Przecież ta brama jest zbyt wąska, nie do pokonania dla zwykłego człowieka. Wielu w swoim doskonaleniu duchowym, tych wszystkich rekolekcjach, ćwiczeniach, konferencjach, książkach, kursach tak się zatraca, że widzi tylko swoje – ja. Tak skupia się na samodoskonaleniu, że paradoksalnie im więcej wie o religii którą wyznaje tym bardziej staje się egoistą skoncentrowanym na swoim wnętrzu. Dla wielu wiara staje się ciężarem i bólem, a nie radością, że jestem dzieckiem bożym.

Jezus przez swój krzyż już nas zbawił, bracie i siostro – masz uszy do słuchania – to słuchaj: już jesteś zbawiony! Nie musisz robić absolutnie nic bo już to masz! Dostałeś Łaskę! Prezent – zupełnie za darmo! Nie musisz i co ważniejsze, nie możesz sam się zbawić, gdybyś mógł, wiara w Jezusa byłaby zbyteczna, wystarczyłoby same dziesięć przykazań. Nie możesz zrobić nic, żeby się zbawić ale za to możesz zrobić bardzo dużo, żeby tej Łaski nie przyjąć. Prezent który dostałeś odrzucić, powiedzieć przez swoje postępowanie – dziękuję bardzo, obejdzie się, nie potrzebuję Twojej Łaski. To jest wykładnia naszej wiary, nigdy odwrotnie.

Co z tego wynika? Bardzo dużo, przede wszystkim zmiana perspektywy, myślenia, nastawienia do świata, ludzi i samego Boga. Nie musisz patrzeć na Niego jak na strasznego satrapę, który za dobro wynagradza, a za zło karze tylko jak na Ojca, który kocha cię zupełnie za darmo i daje ci prezenty też zupełnie za darmo, a ty możesz – bo masz rozum i wolną wolę – tą Łaskę przyjąć lub nie.

Wierzysz, że zostałeś zbawiony i masz życie wieczne więc idziesz za tym który cię zbawił. Wierzysz w to, że On ma taką moc by to uczynić więc starasz się Go naśladować, starasz się żyć w zgodzie z tym w co wierzysz. On jest tym Mocarzem który cię uwolnił od grzechu i śmierci więc oczywiste jest dla ciebie, że właśnie dlatego warto za nim iść. Starasz się postępować i żyć zgodnie z Jego nauką bo taka jest twoja wiara, a nie dlatego że boisz się piekła lub starasz się zasłużyć na nagrodę. To jest właśnie ta przemiana mentalna, do której zaprasza nas Jezus. Mówi każdemu z nas :” Idź za mną i staraj się mnie naśladować i nie przejmuj się zbytnio, jak upadniesz podam ci rękę, jak odstaniesz od grupy, zaczekam, jak skręcisz nie w tą drogę co trzeba, wrócę się i cię odnajdę, bodź spokojny, zatroszczę się o ciebie – tylko mi na to pozwól. Nic więcej.”

Uczą nas, że wiara bez uczynków jest martwa i to jest oczywiście prawda, cała rzecz w tym, że dobre uczynki bez wiary również.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo”

 Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić6. 18 Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.(Mt.5, 17-18)

Kiedy Jezus wypowiada te słowa z wielką stanowczością w wielu z nas może pojawić się wątpliwość. Jak to nie przyszedł zmienić prawa? Przecież Jego przyjście na świat to jedna wielka rewolucja? Czy jesteśmy obrzezani? Czy nie jemy wieprzowiny? Czyż nie odrzuciliśmy setek zakazów i nakazów Izraela? Czy to oznacza, że Jezusa w tym przypadku nie należy słuchać dosłownie? Czy należy Jego słowa interpretować jako jakąś alegorię? A może jest zupełnie odwrotnie, Jezus powiedział dokładnie to, co chciał powiedzieć, tylko młody Kościół przeinterpretował sobie Jego słowa, tak jak mu pasowało? Musimy pamiętać, że wraz z rozwojem gmin chrześcijańskich, coraz więcej wiernych pochodziło ze środowisk pogańskich. Nie byli oni ani obrzezani, ani nie rozumieli systemu prawnego Izraela, w związku z tym uznano arbitralnie, niejako wbrew naukom Jezusa, że nie ma sensu ich do tego zmuszać. Czy taki tok myślenia jest uzasadniony? Nic z tych rzeczy! Należy słuchać Jezusa jak najbardziej dosłownie, a młody Kościół niczego nie zamataczył. Trzeba tylko rozumieć o czym w ogóle Jezus mówi. Kiedy wypowiada się on na temat Prawa, w Ewangeliach zawsze jest to ujęte za pomocą wielkiej litery. To oznacza, że Jezus mówi o Torze.

Biblia Hebrajska składa się z trzech zasadniczych części, które noszą nazwy: Tora czyli „Prawo”; Newiim – ” Prorocy” i Ketuwim – „Pisma”; całość jest często nazywana – Tanach. Kiedy więc Jezus mówi o Prawie i Prorokach, mówi o Biblii. Święte księgi Izraela były, są i mają być niezmiennym i stałym punktem odniesienia dla każdego wierzącego człowieka. Przymierze, które Bóg zawarł ze swoim ludem będzie obowiązywać na wieki i nic tego nie zmieni. Jezus nie tylko nie deprecjonuje znaczenia Tory, ale całym sobą podkreśla jej znaczenie, moc i obowiązywanie.

Nauczanie Jezusa było oczywiście rewolucyjne, ale forma w jakiej podchodził do Tanach już nie. Żydzi zawsze uważali Biblię za żywe Słowo działające na ich życie tu i teraz, w związku z tym ciągle czytali ją na nowo zastanawiając się jak ten stały wskaźnik rozumieć w ciągle zmieniających się warunkach egzystencjalnych. Czytając werset po wersecie uznawali oni, że w świętych księgach nie ma ani jednego zbędnego słowa, wszystkie są tak samo ważne – właśnie dlatego Jezus podkreśla, że nie przyszedł zmienić nawet jednej kreski – dostosowywali przykazania Tory do zmieniających się warunków życia, tworząc już bardzo konkretne przepisy odpowiadające realiom życiowym współczesnych – czyli halachę.

Założenie, że judaizm to religia stała i niezmienna od czasów Abrahama po dziś dzień jest błędne. Inaczej rzecz wyglądała za czasów Pierwszej Świątyni, inaczej podczas niewoli babilońskiej, jeszcze inaczej za czasów Drugiej Świątyni, a już całkowitym „trzęsieniem ziemi” zmieniającym wszystko było zburzenie Świątyni przez Rzymian w 70 r. n.e. Każda z tych sytuacji rodziła potrzebę czytania Prawa ciągle na nowo. To oczywiście temat na inną historię, tutaj wystarczy powiedzieć: Jezus na podstawie Prawa, Proroków i Pism – stałych i niezmiennie obowiązujących, tworzył nową, dającą początek chrześcijaństwu – halachę.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

#DziękiFranciszku

Kiedy pięć lat temu ogłoszono wybór nowego papieża byłem zdegustowany. Zawsze wydawało mi się, że Rzymski Kościół Katolicki to sprawa europejska, a chrześcijaństwo w Afryce, czy Ameryce Łacińskiej podejrzewałem o szamanizm. Cóż ten Argentyńczyk może wiedzieć o „naszej wierze”? – myślałem. W jakimś stopniu intuicja mnie nie zawiodła, faktycznie ten argentyński jezuita mocno zatrząsł naszym europejskim, wygodnie burżuazyjnym Kościołem. Bardzo szybko sprawił, być może już tym zwyczajnym: „dzień dobry”, że ze sceptyka stałem się gorącym zwolennikiem tego niezwykłego papieża.

Chrześcijaństwo to sprawa niezwykle prosta, żeby streścić jego istotę wystarczy kilka zdań. Natomiast życie to sprawa niezwykle trudna i skomplikowana, wielowymiarowa i nigdy czarno – biała. Jak się wydaje, Kościół przez bardzo długi okres, być może wbrew intencjom, wiernym przedstawiał obraz zupełnie odwrotny. Chrześcijaństwo według jego nauczania, to sprawa niezwykle skomplikowana, pełna opasłych tomów opracowań, definicji wykutych na pamięć, encyklik, których nazwy są nie do wymówienia dla przeciętnego zjadacza chleba, synodów, komisji i uczonych debat, których zrozumienie jest niemożliwe bez wszechstronnie wykształconych hierarchów, którzy te wszystkie: eschatologie, soteriologie, chrystofanie i tak dalej są dopiero w stanie przetłumaczyć prostemu ludowi. Natomiast życie to już „bułka z masłem”, wystarczy słuchać Kościoła robić to i to, nie robić tego i tego, i pójdziemy prosto do nieba. Wyniesienie wiary na wyżyny intelektualne wyabstrahowało ją z rzeczywistości, sprawiło, że wielu wiernym trudno było znaleźć w niej to, co najbardziej istotne – pocieszenie! Pawłowe pełne radości i nadziei :

Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę (Ef 2,8)

często było przedstawiane na zasadzie : „no tak, ale…” . Coraz częściej nauczanie wielu w Kościele zaczęło zbliżać się do tego, przed czym ostrzegał Jezus:

«Na katedrze2 Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą3, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi4. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. (Mt 23, 2-8)

Dla wielu Kościół stał się miejscem nieprzyjaznym, twardym i zimnym, a nie Matką Pocieszycielką przytulającą swoje zapłakane, przestraszone dzieci. Wielu z tych, którzy dostrzegali znamiona kryzysu w jego nauczaniu, mimo szczerych i uczciwych intencji nie potrafiło przeskoczyć tego myślenia. Reformę Kościoła chcieli przeprowadzić za pomocą intelektualnych debat.

Tak naprawdę reforma Kościoła jest prosta jak samo chrześcijaństwo i można ją sprowadzić do jednego zdania:

I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała.(Ez.36,26)

Wydaje się, że to jest właśnie główne przesłanie Ojca Świętego Franciszka, wstrząśnięcie naszym wygodnym, mieszczańskim, kanapowym katolicyzmem. Wyprowadzenie nas z zasobnych domów i przypomnienie nam, że naszym bliźnim nie jest tylko nasz sąsiad, który żyje bez ślubu z kobietą, ale również uchodźca, biedak, który może nawet nie jest ochrzczony, ale potrzebuje pomocy, bezdomny, wyobcowany, autsajder, że nasza wiara nie jest abstrakcyjnym systemem myślowym, tylko żywą relacją. Relacją z Jezusem i sobą nawzajem, nie instytucją, ale wspólnotą. Wspólnotą ludzi najróżniejszych, tych idących prostą drogą wiary, ale i tych, których ścieżki się poplątały, którzy bardziej od przypomnienia im twardej litery prawa potrzebują pocieszenia.

Franciszek zwraca naszą uwagę na przypowieść Jezusa :

Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik.(Łk. 18,11)

i pyta czy to przypadkiem nie o nas? Przypomina nam oczywistą prawdę, że niebezpieczeństwem dla Kościoła nie są jego przeciwnicy tylko my sami. Wstrząsa naszym samozadowoleniem i wskazuje na pytanie Jezusa:

Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?(Łk.18,8)

Nie są to czcze słowa rzucone na wiatr, tylko realne niebezpieczeństwo, szczególnie w naszej zlaicyzowanej Europie. Odpowiedź pozytywna na to pytanie nie zależy od synodów, encyklik, czy reform prawnych Kościoła, ale od moje postawy na co dzień. I twojej również.

Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | 1 komentarz

O seksie przedmałżeńskim inaczej niż zawsze.

Być może jesteś człowiekiem, który szuka odpowiedzi na swoje rozterki duchowe w różnych konferencjach, rekolekcjach, świadectwach. Słuchasz, oglądasz, czytasz i mimo szczerych intencji nie znajdujesz nic dla siebie. Wszystko co znajdujesz ciebie nie dotyczy.

Temat kręci się wokół młodych par i przedstawiania setek powodów dlaczego warto poczekać z seksem do ślubu. Tyle, że ty już taki młody nie jesteś, bliżej ci do trzydziestki niż osiemnastki. Masz już za sobą jakiś związek, jakiś seks. Relacje, na które trafiasz nie mogą ci pomóc, bo nie są o tobie. To nie twój przypadek. Co masz począć?

Przede wszystkim musisz przyjąć do wiadomości jedną oczywistą rzecz, to co się wydarzyło w twoim życiu to już historia, a historii nie da się zmienić. Nie ważne jak bardzo by się tego pragnęło, jak bardzo by się chciało – tego nie zmienisz. Koniec kropka. Pewnie zabrzmi ci to jak straszny banał, ale „nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem”. Wydarzyło się i tyle. Jeśli w związku, w którym byłeś nie było jakiś strasznych, traumatycznych sytuacji, tylko po prostu się nie udało, nie musisz tej historii w sobie zohydzać, o osobie, z którą byłeś nie musisz myśleć: „że to zła kobieta była.” Najlepiej zrobisz gdy „zamkniesz drzwi”. Nie powinieneś też pieścić się wspomnieniami, gloryfikować, wylewać łez, rozważać setki wariantów w stylu: „co by było gdybym”. Skoro się nie udało, widocznie nie mogło się udać i tyle. Jeśli natomiast ta historia cię męczy, boli, nie daje spokoju, musisz sobie wybaczyć, właśnie tak. Jeśli chcesz dla siebie wybaczenia, najpierw musisz wybaczyć sam sobie.

Jest to niezwykle istotne jeśli myślisz o nowym związku. Małżeństwo to nie jest sposób na samotność, to nie jest lekarstwo na dręczące cię wyrzuty sumienia, to nie jest odtrutka. Jeśli chcesz zbudować dobry, zdrowy związek musisz zacząć wszystko od nowa. Nie da się budować na gruzach, najlepiej się buduje na płaskim, wyrównanym terenie. Oczyść się, idź do spowiedzi, zamknij drzwi i wyrzuć klucz. Uporaj się najpierw z samym sobą, a dopiero potem rozpoczynaj nową relację.

W nowym związku musisz być uczciwy, nie jest dobrze zaczynać czegokolwiek od kłamstwa. Musisz powiedzieć: był już ktoś inny, był seks. Koniec kropka. Nie trzeba tego rozwijać, wdawać się w szczegóły, tłumaczyć, wyjaśniać, usprawiedliwiać się. To ma być historia zamknięta, a wiedza o niej nie jest do niczego potrzebna w nowym związku. Podobnie podchodź do swojej ukochanej, przyjmij do wiadomości to, co zechce ci powiedzieć i nie wnikaj w szczegóły, jeśli nie jest już dziewicą, przyjmij to do wiadomości i tyle. To, co było zanim postanowiliście być razem nie jest częścią waszej historii. Swoją historię dopiero zaczynacie pisać. Nie masz powodu ani prawa rozliczać jej z tego, co się działo w jej życiu uczuciowym w czasach, gdy do tego życia jeszcze nie należałeś. Jasne, są tacy, którzy będą ci wmawiać, że ta którą sobie upodobałeś powinna na ciebie czekać i być ci wierna nawet w czasach, gdy się nie znaliście, ale nie przejmuj się tym, to są bzdury. Wierność i uczciwość to nie są abstrakcje, to nie bajki i legendy, tylko relacja wobec człowieka z krwi i kości, postawa tu i teraz. Wierność wobec kogoś, kto jeszcze nie istnieje w twoim życiu to urojenie.

Jeżeli dręczą cię wyrzuty sumienia, że nie wytrzymałeś, że nie poczekałeś na tą jedną jedyną, nie przeszedłeś próby, to spójrz na to z innej strony. Małżeństwo to jedna wielka próba charakteru, jeśli Bóg postanowi cię sprawdzić – bez wątpienia to zrobi. W twoim związku będą sytuacje, kiedy twoja żona nie będzie miała ochoty na seks, będzie zbyt zmęczona, rozdrażniona, pochłonięta innymi sprawami itd., wtedy będziesz miał szansę udowodnić, że stać cię na to, by poczekać, stać cię na wstrzemięźliwość seksualną, że dajesz radę, że nie wymuszasz na niej „obowiązku małżeńskiego”, bo wymuszanie to grzech! Być może, będzie tak, że twoja żona będzie poddana takiemu czy innemu zabiegowi medycznemu, że ta wstrzemięźliwość będzie musiała trwać nie kilka, czy kilkanaście dni, ale kilka miesięcy i wtedy też dasz radę, też wytrzymasz. Nie zdradzisz jej, nie będziesz marudził, tylko cierpliwie poczekasz. W małżeństwie Bóg postawi cię przed wieloma próbami, z każdej, jeśli się postarasz, możesz wyjść zwycięsko. Odwagi.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

#mojaspowiedź

Kierownikowi chóru. Psalm. Dawida, gdy przybył do niego prorok Natan po jego grzechu z Batszebą2.
Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości,
w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość!
Obmyj mnie zupełnie z mojej winy
i oczyść mnie z grzechu mojego!
Uznaję bowiem moją nieprawość,
a grzech mój jest zawsze przede mną.
Tylko przeciw Tobie zgrzeszyłem
i uczyniłem, co złe jest przed Tobą,
tak że się okazujesz sprawiedliwym w swym wyroku
i prawym w swoim osądzie3.
Oto zrodzony jestem w przewinieniu
i w grzechu poczęła mnie matka4.
Oto Ty masz upodobanie w ukrytej prawdzie,
naucz mnie tajników mądrości5.
Pokrop mnie hizopem6, a stanę się czysty,
obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję.(Ps 51,1-9)

Bardzo nie lubię się spowiadać. Trzeba iść i się upokorzyć. Trzeba iść i przyznać się do tego całego brudu, w którym się żyje. Trzeba – co chyba dla mnie najtrudniejsze – przyznać: „ja, Paweł Jurzyk, nie jestem doskonały”.

Czy Bóg nie zna wszystkich moich grzechów? Przecież każdy włos jest policzony. Jasne, że zna. Czy za każdym razem, na Mszy świętej nie powtarzam: „spowiadam się Bogu Wszechmogącemu i wam bracia i siostry… ?” To nie jest spowiedź? Oczywiście, że jest. Dlaczego w takim razie Kościół Katolicki upiera się przy tym anachronizmie jakim jest spowiedź uszna? Moi znajomi, obeznani z sytuacją Kościoła Katolickiego w Europie Zachodniej twierdzą, że tam ludzie nie chodzą do spowiedzi.

Otóż spowiedź nie jest do niczego potrzebna Bogu, On i tak wie wszystko. Spowiedź to Jego prezent dla nas. To sakrament, czyli Jego realna obecność w naszym życiu, niosąca przemianę. Innymi słowy mówiąc: dzięki sakramentom możemy robić w życiu to, czego bez nich nie bylibyśmy w stanie zrobić. Dzięki sakramentom możemy przekraczać naszą małość.

Aby przekroczyć małość grzechu najpierw trzeba go sobie uzmysłowić, wyartykułować i przyznać się do niego, ale nie tak abstrakcyjnie, trzeba go zwerbalizować. Trzeba go zanieść do wspólnoty Kościoła, stanąć przed człowiekiem i powiedzieć: tak, grzeszyłem. Tak jak chrześcijaństwo nigdy nie jest naszą sprawą prywatną, tak i grzech nią nie jest. Możemy wręcz mówić o „chrześcijańskim efekcie motyla”, moje grzechy mają realny wpływ na życie moich bliskich, ale również na ludzi, których nie znam, których nigdy nie widziałem na oczy. Grzech nie jest zagadnieniem formalno-prawny, nie jest też wartością obiektywną, to fakt dziejący się w moim życiu. Nie bliźniego, nie kogoś tam ale moim, to moje odejście od Boga, zejście na manowce.

Właśnie dlatego czymś niezwykle ważnym jest rachunek sumienia, czyli praca nad samoświadomością chrześcijańską. Nie wystarczy wziąć katalogu z grzechami i stawiać ptaszki: to robiłem, tego nie robiłem, trzeba patrzeć na wszystko, co oddala mnie od Boga. Na przykład: w katalogu pewnie nie znajdzie się kategoria wędkarstwo, ale jeśli uciekasz w to hobby od obowiązków, od rodziny, od prawdy, szukasz ukojenia w nim zamiast w Bogu, być może wędkarstwo to dla ciebie bożek, a cześć oddawana bożkom to idolatria – grzech ciężki.

W katalogu grzechów pewnie wysokie miejsce zajmie kłamstwo. Mam w pracy koleżankę, o której inteligencji mam zdecydowanie niskie mniemanie, czy zatem w imię prawdy i uczciwości względem siebie samego mam jej o tym powiedzieć? Owszem, dopieszczę swoje ego, owszem, będę mógł myśleć o sobie zgodnie z facebookowymi „mądrościami”: nie jestem wredny tylko szczery. Co osiągnę? Nakarmię swojego demona pychy i zabiję słowem koleżankę. Wobec tych, których szczególnie nie lubię powinienem być szczególnie miły i sympatyczny, ktoś powie, że to szczyt hipokryzji? Niech powie, na chwałę Boga można być i hipokrytą!

Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światłości.(Łk16,8)

Ja też wam powiadam: Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy [wszystko] się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków.(Łk16,9)

Rachunek sumienia to rozeznanie wszystkiego tego, co stoi na mojej drodze do świętości, to czas zadumy nad tym, czym jest chrześcijaństwo, jakie jest w nim moje miejsce. To czas na filozofowanie, teologię, podróże wgłąb siebie i tak dalej. Konfesjonał takim miejscem nie jest. W konfesjonale powinniśmy spowiadać się z faktów z naszego życia. Zgrzeszyłem, bo zrobiłem to, to i to… W konfesjonale nie mamy snuć opowieści, usprawiedliwiać się, wybielać. To Bóg nas usprawiedliwia, to On nam przebacza. Jeśli to sobie uświadomimy, narzucimy sobie reżim myślowy. W zaciszu domowym wypuszczamy się na głębokie wody wiary i jej niuansów, by poprzez rachunek sumienia powrócić z konkretną listą faktów, które znosimy do konfesjonału.

Dzisiejszy świat mówi nam, że życie musi być fajne, wszystko musi być ok, jeśli coś jest niefajne, to trzeba to jak najszybciej zmienić. Niestety, to nie ma nic wspólnego z prawdą, w życiu jest cała przestrzeń „niefajnych” rzeczy i spraw, z którymi musimy się codziennie mierzyć. Spowiedź również może być niefajna, można jej nie lubić. Może być upokorzeniem, które prowadzi do oczyszczenia, sakramentem, który sprawi, że będziemy przenosić góry. Amen

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Walentynki w wymiarze Krzyża

Za chwilę znowu „walentynki”, jak to zwykle z nami katolikami bywa, w końcu to Kościół Powszechny, będą tacy, którzy się tym świętem zachwycają i tacy, których ono oburza. Pewnie znajdą się zwolennicy akcji Facebookowych w rodzaju: ” jestem katolikiem – nie obchodzę walentynek”. Ja nie mam zdania, co kto lubi. Wydaje mi się, że warto jednak, korzystając z okazji, zastanowić się po raz kolejny nad miłością w wymiarze chrześcijańskim.

Gdybyśmy chcieli się pokusić o zbudowanie jakiejś definicji czym jest miłość chrześcijańska, to myślę, że można zgodzić się na taką: miłość chrześcijańska, to życie w taki sposób, aby mój bliźni został zbawiony. Cóż to jednak oznacza w praktyce? Jak do tego tematu podejść? Czy kochać znaczy upominać? Zapewne też, mówi o tym Pismo Święte w wielu miejscach. Z tym, że należy tu pamiętać o jednej niezwykle istotnej sprawie – etyka chrześcijańska jest zrozumiała wyłącznie w wymiarze Jezusa Chrystusa. Jeśli dla kogoś Jego śmierć krzyżowa i zmartwychwstanie jest głupstwem, to i cała etyka, całe nauczanie będzie głupstwem tym bardziej.

A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara.( 1 Kor.15,14)

Bez wiary w Jezusa Chrystusa całe nasze nauczanie jawić się będzie jako system nakazów i zakazów, na ogół idiotycznych, bo odstających zupełnie od realiów życia. Nabierają one sensu wyłącznie w wymiarze Krzyża. Przedstawiając naszą wiarę jako rygorystyczny system prawny zupełnie wypaczamy jej sens. Przecież Bóg wyprowadził mnie z Egiptu, z domu niewoli, nie po to, by ponownie uczynić mnie niewolnikiem. Nie po to dał mi rozum i wolną wolę, bym miał z tego nie korzystać. Jako dziecku Bożemu i dziedzicowi wolno mi wszystko! To jest aspekt naszej wiary w wymiarze pozytywnym.

Wszystko wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko wolno, ale nie wszystko buduje.(1 Kor.10,23)

Wolno mi wszystko, ale nie wszystko przynosi korzyść. Przede wszystkim muszę w taki sposób korzystać ze swojej wolności, aby nie być zgorszeniem dla bliźniego.

Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie 32 Nie bądźcie zgorszeniem ani dla Żydów, ani dla Greków, ani dla Kościoła Bożego (1 Kor 31-32)

Czy można być dobrym, uczciwym, sprawiedliwym człowiekiem bez Boga? Oczywiście, że tak. Założenie, że wszyscy niewierzący to skończone kanalie jest nie tylko błędne, ale i szkodliwe. Jeśli głoszenie Jezusa rozpoczniemy od stwierdzeń: „jeśli się nie nawrócisz będziesz żył w gnoju i zgniliźnie”, osiągniemy tyle, że ludzie się na nas obrażą. Powiedzą nam: „ja nie wierzę w twojego Jezusa i zobacz, nie kradnę, nie zabijam, nie zdradzam żony, jestem uczciwy, żeby żyć moralnie nie potrzebuję twoich przykazań”. Oczywiście będą mieli rację. Ludzie nie potrzebują od nas chrześcijan życiowych mądrości, mają od tego poradniki, specjalistów, internet, mają wszystko. Jedyne czego nie mają to – sacrum. Nie mają poczucia wyższego sensu, a przecież każdy myślący człowiek, wcześniej czy później staje przed pytaniem: „po co to wszystko?”. Po co to gonienie, użeranie się, walka dzień po dniu, płodzenie dzieci, pracowanie, zarabianie, po co? Przecież i nas, i nasze dzieci, które z takim trudem wychowujemy pokryje piach. Jedyne, czego nie mają niewierzący to świętość. To jest jedyna rzecz, którą możemy im dać. Cała rzecz w tym, że aby komuś coś dać, trzeba to mieć. Mówiąc innymi słowami to samo: żeby oni chcieli od nas coś wziąć, muszą widzieć, że my to mamy. Miłość chrześcijańska to życie w świętości. Chrześcijanin powinien być jak latarnia, która świeci w ciemności i ciemność jej nie ogarnia. Jeśli nawet niewierzący nie jest gotowy do pójścia za Jezusem, coś mu ciągle przeszkadza, ale patrząc na nas widzi: ciągle oni tam są, ciągle się świeci, to już bardzo dużo. Funkcją latarni nie zawsze musi być, że ludzie do niej ciągną, czasami wystarczy, że od czasu do czasu spoglądając widzą, że się świeci. Skoro oni w tym świeckim, pogańskim, postmodernistycznym świecie ciągle widzą sens w głupocie Krzyża i Zmartwychwstania, to może jednak coś w tym jest. Może jest jednak jakaś nadzieja!

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Tłusty czwartek

Tłusty czwartek w polskiej kulturze masowej to święto znamienne i niosące dużo ciekawych treści świadczących o naszej obyczajowości. Aby jednak dobrze je odczytać, musimy cofnąć się na chwilę do czasów końca drugiej wojny światowej.

Był to wstrząs absolutny, dla polskiej państwowości zmieniło się wszystko – od granic geograficznych po jej struktury społeczne i ustrój. Rzeczpospolita szlachecka przestała istnieć, przestało istnieć ziemiaństwo, a co za tym idzie, kulturotwórcze znaczenie dla społeczności lokalnej, szlacheckiego dworku. Zarówno III Rzesza jak i Sowiecka Rosja robiły wszystko, by zniszczyć polską elitę, inteligencję, klasę średnią i to w znacznym stopniu im się udało, a co się nie udało im, próbowały dokończyć nowe władze komunistyczne, utwierdzane na terenach Polski za pomocą bagnetów sowieckiej armii i służb bezpieczeństwa. Gospodarka była zdewastowana niemal całkowicie, duże polskie miasta lub te, które nigdy polskie nie były, a znalazły się obecnie w jej granicach jak Breslau – ostatnia twierdza Hitlera, leżały w gruzach.

Nastawał czas Polski Ludowej i to w sensie jak najbardziej dosłownym. Na skutek działań drugiej wojny światowej i następnie represji komunistycznej władzy, która nie ufając starym elitom, pragnęła  tworzyć ustrój stawiając na nowe „swoje” elity, struktura społeczna państwa polskiego uległa „spłaszczeniu”, od tej pory jej trzon będą stanowić robotnicy i chłopi. Nowa władza, wprowadzając radykalny plan gospodarczy polegający na intensywnej industrializacji i postawieniu na przemysł ciężki, wywołała lawinowy odpływ ludności wiejskiej do miasta; ciężar budowy infrastruktury przemysłowej i nowych dzielnic, lub nawet całych miast spadł głównie na barki ludności imigrującej ze wsi.

Chłopi cechowali się bardzo wysoką religijnością, owa wiara była niezbyt ortodoksyjna i zupełnie nieintelektualna, ale szczera i zakorzeniona w ziemi, mówiąc szerzej w przyrodzie. W czerwcu, na św. Jana, chrzciło się wodę, w sierpniu – dziękowano Matce Boskiej za plony, na wiosnę wraz z Wielkanocą wszystko się odradzało i tak dalej. Cykle roczne i wieloletnie wyznaczały wespół przyroda i kalendarz liturgiczny. Wiosna, lato, zima przeplatały się, z czasem postu, adwentu i karnawału, ton życia nadawały: chrzty, śluby w kościele i pogrzeby, mogiła z obowiązkowym krzyżem stanowiła kres ziemskiej wędrówki.

Wraz z tak zwanym awansem społecznym, przejściem ze wsi do miasta, owa wielka grupa społeczna została gwałtownie odcięta od własnych korzeni, ot tego, wokół czego do tej pory kręciło się jej całe życie – od ziemi. W normalnych warunkach migracji naturalnej, gdy ludzie ze wsi trafiali do dużych skupisk miejskich, z silnym mieszczaństwem, potęga kulturotwórcza miasta działała na tyle mocno, że szybko asymilowali się do nowych warunków, przyjmując zastaną kulturę jako własną. Jednakże po drugiej wojnie światowej o żadnej normalności mowy być nie mogło. Miasta były zniszczone i wyludnione, a mieszczaństwo, jeśli było w ogóle, to niezwykle słabe i nieliczne. Masowość tej migracji była tak wielka, że to właśnie ta grupa bardzo szybko zaczęła dominować na terenach do których przybywała.

Ludzie ci znaleźli się w swoistej pustce kulturowej, z jednej strony byli odcięci od korzeni, od tego co znali, z drugiej nie mogli liczyć na silną kulturę mieszczańską, której zwyczajnie nie było. Ową pustkę starała się wypełnić komunistyczna władza lansująca nową wizję człowieka. Początkowo odniosła nawet pewien sukces, społeczeństwo wyniszczone wojną, skupione na odbudowie kraju, uwierzyło nawet, że podnoszące się z ruiny państwo to zasługa nowej władzy. Bardzo szybko jednak okazało się, że to, co głosi oficjalna propaganda, a to, co widać przez okno to dwie zupełnie inne rzeczywistości. Nastawał czas schizofrenii kulturowej, rozdwojenia jaźni na to co oficjalne i państwowe, i to co prywatne.

Owa schizofrenia nie dawała jednak żadnego oparcia, żadnego zakorzenienia, punktu odniesienia. Cykl życia musiał więc opierać się na starym, znanym modelu, czyli na religii, kalendarzu liturgicznym. Problem polegał na tym, że wiejska religijność oparta o ziemię i przyrodę, oczywista i zrozumiała dla starszych, przeniesiona do miasta dla nowego pokolenia oczywista już być nie mogła. Pozbawiona korzeni i treści stawała się tylko rytuałem. Tak właśnie rodził się polski katolik ludowy. Obywatel komunistycznego, laickiego państwa, żyjący zgodnie z rytmem kościelnego kalendarza, balansujący między oficjalną propagandą, a cyklem życia wyznaczonym przez chrzest, pierwszą komunię, ślub przed ołtarzem i pochówek, koniecznie z księdzem.

To, że nasz polski katolicyzm ludowy jest zjawiskiem obyczajowym, a nie kwestią wiary najlepiej widać właśnie na przykładzie takich ludowych świąt jak – tłusty czwartek. W tym dniu wszyscy, jak kraj długi i szeroki, zajadamy się pączkami. Choć teoretycznie związany jest on w swojej istocie z kalendarzem liturgicznym, to żadnych odniesień do wiary w nim de facto niema. Jemy pączki, bo taka jest tradycja. Na czym polega ta tradycja? Na jedzeniu pączków i koło się zamyka.

W polskim katolicyzmie ludowym w ogóle nie ma Jezusa. Dla przeciętnego Polaka Jezus to taki sympatyczny gość, który miał kilka fajnych sentencji i trochę pięknych, acz zupełnie nierealnych pomysłów na życie. W sumie OK, tylko może trochę zbyt shipisiały. Natomiast Kościół to instytucja usługowa, potężna i zachłanna na pieniądze i władzę.

Tłusty czwartek to soczewka, obraz polskiego społeczeństwa, które deklaratywnie jest niemal w stu procentach katolickie, ale owego katolicyzmu w ogóle nie odnosi do Jezusa. Kościół traktuje jako instytucję księży, zakonnic i biskupów, i nie odczuwa z nim praktycznie żadnej wspólnoty. Religia to system zakazów i nakazów na ogół nieadekwatnych do realiów życia w dwudziestym pierwszym wieku.

Każdy, któremu leży na sercu jakość wiary w tym kraju powinien pamiętać o jednym: musimy głosić Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Rozpoczynanie ewangelizacji od etyki chrześcijańskiej, od tego, co nam chrześcijanom wolno, a czego nie wolno, bez Jezusa nic nie da.

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj