Różaniec do granic – promocja

Wspólna modlitwa wiernych to istota Kościoła.

 Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich». Mt 18,20

Tych, którzy sugerują, że być może nie wszyscy przystępowali do modlitwy różańcowej z czystymi intencjami uspokajam, tych modlitw, które są niegodne chrześcijanina dobry Bóg po prostu nie wysłucha. Tym, którzy kręcą nosem, że to taki katolicyzm ludowy, przypominam, że bez tej pobożności najprostszej z prostych Kościoła zwyczajnie nie ma. Jeśli uczynimy z naszej wiary ekskluzywny klub inteligencji katolickiej, wspólnota Kościoła nie przetrwa na tej ziemi. Będziemy świetnie rozumieć takie pojęcia jak: soteriologia, predestynacja, czy paruzja, ale kiedy umrzemy nie znajdzie się nikt, kto by zmówił „zdrowaśki” nad naszą trumną.

Akcję zebrania wiernych na wspólnej modlitwie należy oceniać tylko pozytywnie. Inaczej rzecz się ma z promocją tej akcji w mediach. Nie chodzi tu o to, by się do czegoś przyczepić, czy znaleźć jakąś dziurę w całym, ale o to, by wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Przystępując do akcji promocyjnej czegokolwiek pierwszym krokiem, jaki należy uczynić, to postawić sobie dwa pytania: co promujemy i kto ma być adresatem. W przypadku, gdy ludzie świeccy biorą się za organizowanie imprezy o charakterze religijnym muszą bardzo uważać, by ich działania nie stały się dla kogoś zgorszeniem.

Jeśli adresatem akcji mają być ludzie dobrze obeznani z wiarą katolicką, którzy ją rozumieją i są odpowiednio uformowani, to oczywiście można sobie pozwolić na treści trudne, nieoczywiste, wymagające pogłębionej refleksji. Kiedy jednak wychodzimy z promocją do odbiorcy masowego takich treści należy unikać. Najbezpieczniej jest założyć, że znaczna część ludzi naszej wiary albo nie zna w ogóle, albo ma o niej mgliste, często stereotypowe pojęcie. Wartości, do których się odwołujemy powinny być więc najprostsze z możliwych, jednoznaczne i przyswajalne dla wszystkich.

Promowanie modlitwy różańcowej to nie reklama majtek, prosta zasada: nie ważne co mówią, byle by mówili jest w tym przypadku niedopuszczalna. O osobie publicznej, która ma na swoim koncie dwa rozwody i trzy żony, przy zachowaniu maksimum dobrej woli trudno powiedzieć, że się pomyliła, że coś nie wyszło, raczej mowa tu o ciężkiej recydywie i przyjętym stylu życia – jeśli taką osobę wybieramy do promocji spotkania modlitewnego nie dziwmy się, że to wywołuje kontrowersje.

Kochani bracia i siostry nie każde słowa krytyki to od razu „hejt”. Jeśli ludzie wyrażają swój sprzeciw, nie musi to oznaczać mowę nienawiści, tylko to, że czegoś nie rozumieją, czują się zagubieni, lub zakłopotani. Jeśli na to zdziwienie odpowiemy: bo wy niczego nie rozumiecie i jesteście głupimi „hejterami”, wiernych Kościołowi nie przysporzymy.

Dla ludzi wiary oczywiste jest, że w chrześcijaństwie nie ma żadnych warunków wstępnych, że do Matki Bożej może zanosić swoje modlitwy każdy, że z nawróconego grzesznika jest więcej radości w Niebie, niż ze stu wierzących, ale wiara bierze się z przepowiadania, nie z reklam telewizyjnych, bo te – co oczywiste – bazują na sloganie, skrócie myślowym, stereotypie. Spoty reklamowe to nie miejsce na ewangelizację. Właśnie dlatego każdy, który chce przemawiać w imieniu Kościoła do odbiorcy masowego musi bardzo uważać, by mimo szczerych intencji i zbożnych zamiarów, nie stać się dla bliźnich zgorszeniem. Aby zamiast zachęcać do nawrócenia nie odpychać przypadkiem od Kościoła i tym samym zamykać drogę braciom do zbawienia, bo to już jest grzech ciężki!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Święte krowy polskie !

Żyjemy w czasach niczym nie skrępowanej wolności słowa, niekiedy nadużywanej lub, jak kto woli, rozumianej opacznie. Można krytykować wszystko i wszystkich, każdemu może się oberwać. Obecny rząd jest poddawany permanentnej krytyce wszystkiego do tego stopnia, że nawet ludzie, którzy zwolennikami partii rządzącej nie są czują się zażenowani i zniesmaczeni.

Można dowalić papieżowi, można krytykować biskupów, Kościół jako całość i katolików każdego z osobna, i jeśli ten i ów poczuje się tym dotknięty, zostanie wyzwany od fundamentalistów, kmiotków i zacofańców. Czy w związku z tym są w naszym kraju jeszcze jakieś świętości, jacyś nietykalni?

Owszem, jak najbardziej. Pierwszą świętą krową Polski jest sport. Żyję w mieście, w którym co pewien czas organizowane są zawody sportowe i nie mam tu na myśli tych odbywających się na stadionie. Piszę tu o imprezach lokowanych w centrum miasta, kiedy wyłącza się z ruchu poszczególne ulice lub nawet całe kwartały. Zdezorientowani kierowcy albo stoją w korkach, albo szukają jakiś objazdów tracąc czas i paliwo, czyli swoje ciężko zarobione pieniądze. Komunikacja miejska albo całkowicie zawiesza działanie poszczególnych linii, albo kieruje je na zmienione trasy, przyprawiając o ból głowy mieszkańców, którzy w dniu organizowanej imprezy nierozsądnie gdzieś się wybrali, np. do znajomych, albo co gorsza do pracy. Do obsługi tych zawodów wykorzystuje się ogromną ilość ludzi: policjantów, ratowników medycznych i tak dalej, opłacanych z publicznych pieniędzy.

O dziwo chaos komunikacyjny i marnotrawienie środków publicznych na prywatne imprezy nikomu nie przeszkadza. Przeciwnie, jeśli ktoś zasugeruje: chcecie biegać, jeździć rowerami, czy co tam jeszcze, proszę bardzo, ale róbcie to tak, by nie paraliżować dużego miasta i nie za publiczne pieniądze, zostanie bezpardonowo skrytykowany i uznany za najgorszego tępaka, który nie rozumie jak ważną rzeczą dla państwa jest sport.

Miliony Polaków podniecały się panią rzucającą jakimś przedmiotem najlepiej na świecie i bardzo pięknie, ale dlaczego owe zabawy sponsorować z pieniędzy podatników? Jeśli ktoś ma ambicje rzucać, skakać, pływać, czy kopać piłkę najlepiej na świecie, proszę bardzo, ale niech robi to za swoje pieniądze, a jeśli mu mało, są reklamodawcy, prywatni sponsorzy, a pieniądze z moich podatków niech państwo wydaje na sprawy ważne i faktycznie potrzebne.

Mam w domu dwie piękne kobiety, jedną dużą, drugą malutką, i jedna i druga potrafi cisnąć przedmiotem z naprawdę imponującą siłą, czy w związku z tym domagam się dla nich specjalnego stypendium od państwa? Ten argument większość zdrowo myślących ludzi uzna za idiotyczny, ale dokładnie tym samym ludziom wydawanie pieniędzy z naszych podatków na coś tak bezproduktywnego i bezsensownego jak sport wyczynowy już idiotyczne się nie wydaje.

Monstrualne sumy z publicznej kasy lekką ręką wydawane są na takie czy inne „polskie orły”, na niczemu nie służące obiekty, w które na dodatek jeszcze trzeba pompować miliony, by owe monstra utrzymać i wszyscy jesteśmy z tego powodu szczęśliwi, jednocześnie wylewamy morze łez nad stanem naszej chociażby służby zdrowia. Gdzie tu logika?

Mówiąc o stanie publicznej opieki medycznej dochodzimy do polskiej krowy najświętszej ze świętych. O ile krytyka sportu jako dumy narodowej może jeszcze ujść płazem, to krytyka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy grozi ostracyzmem i linczem publicznym. Jakiekolwiek uwagi krytyczne na temat tej świętej instytucji Polaków wywołuje histerię i oburzenie niespotykane w każdej innej kontrowersyjnej kwestii.

Otóż bracia i siostry, panowie i panie sytuacja, kiedy opiekę zdrowotną obywateli danego państwa biorą na swoje barki pozarządowe organizacje humanitarne jest modelem z trzeciego świata. Najbardziej znanym beneficjentem międzynarodowej pomocy humanitarnej jest od lat Sudan Południowy. Czy aby na pewno znalezienie się w tym towarzystwie jest powodem do dumy i chwały?

Dbanie o zdrowie i życie obywateli jest obowiązkiem państwa, obowiązkiem wyraźnie ujętym w konstytucji. Państwo na ten cel zabiera z kieszeni każdego z nas podatki i musi zrobić wszystko by się z tego obowiązku wywiązać. Nie ma rzeczy ważniejszej, bardziej istotnej, kluczowej dla życia państwa jak stan zdrowia jego obywateli. Sytuacja, kiedy zajmują się tym aspektem entuzjaści, amatorzy dobrej woli, a nie profesjonalna machina państwowych ekspertów jest powodem do wstydu dla każdego nowoczesnego państwa, a nie do dumy! Kiedy więc w telewizji oglądamy scenki rodzajowe, w których dzieci dziękują panu Owsiakowi za uratowanie życia, powinniśmy z przerażeniem załamywać ręce, że oto prostą drogą równamy się do krajów trzeciego świata, a nie szczerzyć zęby w uśmiechu samozadowolenia.

Godzimy się z przyklaśnięciem rąk na marnotrawienie naszych pieniędzy na rzeczy bezsensowne i dumni jesteśmy, kiedy zamiast państwa nasze dzieci leczą organizacje humanitarne jak w Sudanie i nikomu to nie przeszkadza. Zdecydowanie takie święte krowy polskie mają się dobrze!

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Skomentuj

Jeszcze raz o rozwodnikach !

Od kiedy Papież Franciszek swoją adhortacją o rodzinie „włożył kij w mrowisko”, spory o rozwodników żyjących w ponownych związkach nie ustają. Głosy tych za i tych przeciw wydają się nie mieć punktów stycznych, biegną równolegle. Dlaczego tak się dzieje? Otóż jedni i drudzy mówią o dwóch różnych sprawach. Przeciwnicy jakichkolwiek zmian, boją się, że Kościół zmieni swoje stanowisko w sprawie nierozerwalności małżeństwa i zrelatywizuje swoje nauczanie w tej kwestii. Zwolennicy dostrzegają, że przecież o małżeństwo tu w ogóle nie chodzi. Problem rozwodników to „krajobraz po bitwie”, to miejsce, w którym się znaleźli kiedy małżeństwa już nie ma.W tym przypadku jakiekolwiek zmiany czy rozważania na temat małżeństwa jako sakramentu są nieuzasadnione, bo nie da się reformować czegoś co już nie istnieje.

Zabierający głos w dyskusji na temat rozwodników, mówiąc czy pisząc jak piękną, wspaniałą i cudowną formą życia chrześcijańskiego jest stan małżeński, zwyczajnie strzelają kulą w płot. To mniej więcej tak, jakby kobiecie w średnim wieku, która jest w ciąży, ma już dzieci, opłakaną sytuację ekonomiczną i brak pomocy z jakiejkolwiek strony, rozważającą aborcję, głosić katechezę o pięknie życia w czystości.

Stanowisko wobec ludzi żyjących w nowych związkach po rozwodzie nie ma nic wspólnego ze stanowiskiem Kościoła wobec małżeństwa jako sakramentu. Jednakże ci, którzy w ogóle nie życzą sobie tej dyskusji, utrzymują, że de facto ma, że wierni uznają, że Kościół po cichu przyzwoli na rozwody.

Polacy mieniący się „narodem katolickim” masowo nie słuchają nauczania Kościoła w kwestii antykoncepcji, in vitro, uchodźców, aborcji, horoskopów i tak dalej i tak dalej, nagle hurmem usłyszą głos w sprawie rozwodników? Ciekawe założenie. Jasne, że słyszymy tylko to co chcemy usłyszeć i dociera do nas tylko to co nam pasuje, ale od kiedy to Kościół w kwestiach wiary kieruje się głosem opinii publicznej?

Druga sprawa jest o wiele delikatniejszej natury, o której głośno nie lubimy mówić, ale którą chętnie i często „wyciągają” przeciwnicy Kościoła. Właśnie dlatego i my wierzący musimy się z nią zmierzyć. Rozwodnikom żyjącym w ponownych związkach bardzo często stawia się zarzut nie tyle życia w grzechu, co niedbalstwa, lenistwa czy zaniedbania. Przecież mogliby się starać o uznanie poprzedniego małżeństwa przez Kościół jako nigdy nie zawarte i po temacie. Mogliby wtedy i przystępować do komunii świętej, i ponownie ślubować sobie przed ołtarzem, w czym problem? Czy taka postawa ludzi Kościoła nie jest cichym przyzwoleniem na rozwody?

Jeśli chodzi o naszą wiarę, być może niektórych to zdziwi, ale w czterech Ewangeliach nie znajdziemy nic na temat seksu. Ani jednego zdania. Jezus w ogóle nie odnosi się do tej sprawy. Pierwszym i podstawowym obowiązkiem, by iść za nim jest: kochać swojego Boga i swojego bliźniego. Wszystko inne powinno wynikać właśnie z takiej postawy. Wobec tego przykazania większość z nas, łącznie z piszącym te słowa, uporczywie trwa w grzechu, a mocne postanowienie poprawy jest zwykłym kłamstwem wobec Boga i siebie samego. Jasne, że grzeszymy, bo jesteśmy słabi i ułomni, ale nie oszukujmy się, wiele z naszych postaw wynika z naszej całkowicie świadomej i dobrowolnej decyzji, z grzechu pychy, bo przecież ja wiem lepiej, co mi tam Kościół będzie mówił.

W przepięknym filmie pt.: „Ziemia Maryi” jest taka scena: pewien człowiek idzie do prostytutek i głosi im: Bóg was kocha! Na pytanie czemu nie mówi tym dziewczynom, że grzeszą odpowiada z przepiękną prostotą: bo one już to wiedzą!

Daleki jestem od arogancji doradzania Franciszkowi, jakie decyzje powinien podjąć w sprawie rozwodników żyjących w ponownych związkach. Sądzę jednak, że jeśli chcemy do nich wychodzić, to nie ma sensu mówić im tego, co wiedzą od dawna. Należy im mówić, że Kościół Powszechny ich kocha, ich najbardziej, bo czyż zdrowy potrzebuje lekarza?

 

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Czy Kościół potrzebuje reformy?

Te rozważania należy rozpocząć od stwierdzenia, że Kościół nigdy nie stoi w miejscu, ciągle ewoluuje. Tworzą go przecież ludzie z krwi i kości, nieodrodne dzieci swoich epok i to oni wpływają na jego obraz. Truizmem byłoby twierdzić, że Kościół opisany w Dziejach Apostolskich i ten współczesny się od siebie różnią. Natomiast warto odnotować zmiany, jakie zaszły w polskim Kościele na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Z walki z państwem komunistycznym wyszedł on zwycięski, ale pokaleczony, z ogromnym syndromem „oblężonej twierdzy” i niezwykle mocno zaangażowany politycznie. Dzisiaj wielką, dynamiczną siłą w polskim Kościele są ludzie młodzi, dla nich lata PRL-u to już tylko i wyłącznie historia, a polityka nie absorbuje już ich tak bardzo. Wnoszą do Kościoła dynamizm i nowe spojrzenie niezwykle pozytywnie wpływając na jego kształt.

Dla niektórych to jednak ciągle za mało, oczekują nie tyle ewolucji co głębokich reform. Jak bumerang powracają tematy: celibatu księży, służby kobiet przy ołtarzu, antykoncepcji, stosunku do homoseksualizmu, rozwodników i wiele innych. Oczywiście to bardzo dobrze, że takie debaty się toczą. Wszystkie głosy zawierające w sobie szczerą troskę o Kościół należy oceniać wyłącznie pozytywnie. Należy jednak zawsze mieć w pamięci jedno: to nic nie da!

Skąd takie zdecydowane stwierdzenie? Ano stąd, że wszystkie te postulaty z nawiązką już dawno zrealizowali nasi bracia w wierze – protestanci. I co? I nic. Nie ma żadnego rozkwitu chrześcijaństwa, wybuchu szczerej wiary, renesansu Kościoła. Piszący te słowa nie jest bynajmniej światowcem, ale wszyscy ci, którzy często i dużo podróżują po Europie Zachodniej przywożą relacje wręcz odwrotne. Chrześcijaństwo jest tam w głębokiej defensywie, kościoły puste, panoszące się pogaństwo, a wiara jest wyśmiewana. Brat będący w okresie letnim w Niemczech widział na własne oczy na drzwiach budynku kościoła kartkę z napisem: nieczynne z powodu urlopu.

Kościół Katolicki to nie jest wielka korporacja. Jeśli myślimy, że wystarczy zmienić strategie, wymienić menedżerów na młodszych, inwestować w reklamę, ciąć koszty i mamy sukces to niestety, to nie zadziała. Kościół nie podlega prawom rynkowym – to pierwsze co musimy sobie uświadomić.

Coraz więcej ludzi w Polsce twierdzi, że wierzą, ale Kościoła nie potrzebują. Skoro Bóg jest wszędzie, to równie dobrze mogą się modlić na łące, czy w lesie. Nie należy tego oceniać, skoro nie potrzebują to może faktycznie tak jest. Należy zadawać pytanie: a nie przyszło ci nigdy do głowy, że może być tak, że to ty możesz być potrzebny komuś? Nie pomyślałeś, że nie zawsze musi chodzić o to, co ty potrzebujesz, że Kościół to nie firma cateringowa obsługująca twoje potrzeby, ale wspólnota wiernych, wśród których mogą być i tacy, którzy potrzebują właśnie ciebie? Może Kościół w twoim przypadku nie jest po to, by nieść ci pomoc i wsparcie tylko po to, żebyś przestał być takim cholernym egoistą?

Piszący te słowa często myśli o sobie, że jest złym chrześcijaninem, tyle, że to oksymoron! Albo jesteś zły, albo jesteś chrześcijaninem! Reformę Kościoła należy zacząć od siebie samego, od zatwardziałości swojego serca. To jedyna droga. Najpierw ja muszę się nawrócić. Ja muszę być solą i światłem. To nie jacyś inni, jacyś oni są Kościołem. To ja Nim jestem i tylko i wyłącznie od tego jakim jestem ja zależy jakim będzie Kościół Powszechny!

Zbiór pojedynczych, nawróconych – ja, to wspólnota wiernych, Kościół Katolicki.

Ostatnio przeczytałem w zupełnie nie katolickim czasopiśmie, w Polityce, taką oto maksymę:

Co to jest piekło? Kiedy w ostatni dzień swojego życia, osoba którą jesteś, spotyka osobę, którą mogłeś być!

Warto wyryć ją sobie w sercu!

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Kto nie ma w nienawiści uchodźców nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego!

Hannah Arendt pochodząca z zasymilowanej rodziny żydowskiej mieszkającej w Niemczech spotykała się z zarzutem, że nie lubi Żydów. Przyznawała się do tego skrzętnie twierdząc, że filosemityzm to nic innego ja rewers antysemityzmu. Wynik dokładnie tego samego myślenia. Skoro zakładamy, że nienawidzić ludzi z powodu ich przynależności do takiego, a nie innego narodu to czysty absurd to i założenie, że jest to wystarczający powód, by ich lubić jest równie absurdalne.

Zupełnie tak samo rzecz się ma z uchodźcami. Ludzie od zawsze opuszczali swoje miejsca zamieszkania i ruszali w nieznane, a czynili to z najróżniejszych powodów. Piszący te słowa mieszka od dziesięciu lat w Poznaniu, ale się tu nie urodził. Pochodzę z pięknego Podlasia i na dobrą sprawę też jestem uchodźcą. Nie wygoniła mnie stamtąd ani wojna, ani brak pracy, czy bieda. Nie przybyłem do Wielkopolski z myślą, że oto teraz Poznaniacy mają mi zapewnić mieszkanie i utrzymywać do końca życia. Nie domagałem się specjalnego traktowania i statusu „świętej krowy”. Nie mam nic wspólnego z Islamem, nie jestem terrorystą i nigdy w życiu nie zgwałciłem żadnej kobiety. Jedyne czego oczekiwałem od Wielkopolan, to traktowania jak zwykłego człowieka.

Założenie, że wszyscy ludzie przybywający do Europy są tacy sami i chcą tego samego to czysty absurd. Słowo – uchodźca znaczy ni mniej ni więcej, że ktoś uszedł z rodzinnej ziemi i tyle. Koniec kropka. Jednemu przybywającemu na nasz kontynent wystarczy, że otrzyma pracę, inny będzie potrzebował na przykład nauczyć się języka, są oczywiście i tacy, którym powinno się zapewnić dach nad głową i pomóc w starcie w nowej rzeczywistości, w której się znaleźli. Najgorsze co można zrobić, to upchać ich w gettach na przedmieściach, dać trochę pieniędzy i stwierdzić teraz „róbta co chceta”

Fakt bycia uchodźcą nie oznacza jeszcze, że jest się islamskim terrorystą gwałcącym kobiety, ale bynajmniej nie oznacza również, że skoro jestem uchodźcą, to nie muszę respektować norm społecznych i prawa obowiązujących w miejscu, w którym się właśnie znalazłem.

Musimy przestać myśleć o ludziach, którzy do nas przybywają jak o jakieś specjalnej grupie, a zacząć ich traktować jak siebie samych, jak swoich nowych sąsiadów. Zamieszkujesz koło mnie i całe dobrodziejstwo europejskiej opieki socjalnej ci się należy, ale również cały system norm społecznych i prawnych cię obowiązuje. Przeciwnicy przyjmowania uchodźców podają jako główny argument, że w tak ogromnej masie ludzi nie da się wyłuskać tych, którzy stanowią potencjalne zagrożenie dla europejskiego ładu społecznego, tworząc getta nie da się tego zrobić również. Tylko przyjmowanie ich do wspólnot lokalnych daje taką nadzieję. Pomoc przez aktywizację, opieka socjalna, stawianie wymagań i czujne oko społeczności lokalnej – tylko tak naprawdę sprawimy, że ci ludzie otrzymają nowe lepsze życie, a nie wpadną w strukturalną biedę i beznadzieję gett, będących pożywką dla wszelkiej maści grup przestępczych lub fundamentalistycznych.

Czy należy pomagać uchodźcom? Nie! Należy pomagać ludziom w potrzebie bez względu na ich kolor skóry, wyznanie, pochodzenie etniczne, czy sposób w jaki dostali się do Europy. Czy fakt, że pochodzisz z innego kręgu kulturowego lub wyznajesz inną religię uprawnia cię do stosowania przemocy, przedmiotowego traktowania kobiet, czy ograniczania dzieciom dostępu do publicznej edukacji? Bynajmniej! Mieszkając w moim domu masz obowiązek przestrzegać prawa, które w nim obowiązuje.

Chrześcijanin ma obowiązek pomagać bliźniemu i obowiązek napominania grzeszników. Nie może obojętnie patrzeć na ludzkie nieszczęście, ale i nie może godzić się na zachowania łamiące zasady, w które wierzy.

Nie ma znaczenia, czy chcesz pomagać uchodźcom, czy nie. Jeśli dzielisz ludzi na kategorie, rasy, narody, czy plemiona, a nie traktujesz zwyczajnie po prostu jak bliźnich, tak czy tak – jesteś rasistą!

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Zejdź Mi z oczu, szatanie!

Na dwudziestą drugą niedzielę zwykłą Kościół przygotował dla nas niezwykle trudne, ale bardzo istotne czytanie. Tydzień temu Piotr reprezentował Kościół niezachwianej wiary. Dzisiaj mówi w imieniu Kościoła wątpiących, zagubionych. Stawia pytanie w imieniu tych wszystkich, którzy nie rozumieją.

Oburza się w imieniu matki, której dziecko cierpi na raka, w imieniu kobiety, której mąż ginie w wypadku samochodowym, w imieniu mężczyzny, którego żona umiera w kwiecie wieku zostawiając go z gromadką dzieci, w imieniu starszej osoby, u której zdiagnozowano chorobę Alzheimera. W dzisiejszym czytaniu Piotr stawia jakże ludzkie pytanie: Nie można inaczej?  Bierze Jezusa na stronę i pyta: Jesteś Mesjaszem, Synem Boga żywego, nie dało się tego padołu łez i cierpienia urządzić inaczej? Lepiej, mądrzej, sprawiedliwiej?  Czemu ma służyć to całe cierpienie?

Na tak postawiony problem z niezwykłą ochotą odpowiedzi dostarcza Szatan, bo odpowiedź rozumiana po ludzku może być tylko jedna; albo jesteś Bogiem bezsilnym, albo jesteś Bogiem okrutnym! Albo nie jesteś wszechmogący, albo nie jesteś miłosierny!

Szatan to nie jest jakiś głupek zamknięty w gadżetach, to bestia niezwykle inteligentna, zna Pismo i filozofów, a przede wszystkim zna nasze najsłabsze punkty i właśnie tam uderza! Każe nam rozumować: „jesteś istotą myślącą, masz żywą, błyskotliwą inteligencję, jesteś w stanie znaleźć wszystkie odpowiedzi”. Kiedy uwierzymy, że wszystko wiemy, wszystko rozumiemy, wszystkie odpowiedzi mamy podane grubym drugiem w internecie, to po co nam wiara? Wiara stanie się religią, którą można i należy reformować, by pasowała do naszej, ludzkiej mądrości.

Właśnie dlatego Jezus tak mocno odpowiada Piotrowi. Gdy pójdziesz tą drogą, tym tokiem myślenia, wejdziesz prościutko w łapy Złego. Negując jedno, odrzucisz wszystko po kolei, sam sobie staniesz się Bogiem. Jezus mówi dziś do nas: zaufaj, uwierz! Pójdź za mną, bo tylko tak faktycznie dojdziesz do Prawdy. Przyjmij do wiadomości, że masz prawo nie wiedzieć, nie rozumieć, wątpić. Zaprzyj się tej swojej ludzkiej dumy, przestań być tą wszystko wiedzącą wyrocznią i zaufaj. Wierz, że kiedyś wszystko stanie się jasne, wszystko zostanie odkryte. Teraz, jeśli nie rozumiesz dlaczego obarczono cię tak ciężkim krzyżem, zaprzyj się samego siebie i bądź jak Szymon Cyrenejczyk!

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Wolność. Po co wam wolność ?

Kiedy z wielkim hukiem walił się w Europie komunizm wszyscy wierzyliśmy, że od teraz wreszcie będziemy wolni. Owszem, trudności ekonomiczne będą duże, pogoń za bogatym zachodem ciężka i mozolna, ale przynajmniej wolności nam i naszym dzieciom nikt nie odbierze.

Stało się dokładnie odwrotnie. Wzbogaciliśmy się o wiele szybciej i bardziej niż się spodziewaliśmy, a nasze dzieci i my sami fundujemy sobie  zniewolenia, o jakich w PRL-u nikomu się nawet nie śniło. Dawno temu Kazik Staszewski napisał słowa do piosenki „Przemówienie z dnia siódmego roku bieżącego”. Choć odnosiła się do czasów komunizmu, to jej przesłanie pozostaje aktualne po dziś dzień. Można je tylko lekko sparafrazować. Kazik śpiewał: „Wolność.Po co wam wolność? Macie przecież telewizję” my możemy dodać:”Wolność.Po co wam wolność? Macie przecież społecznościowe portale!”

Dyktatura piękna.

W internecie ogromna ilość młodych kobiet zamieszcza swoje rozebrane zdjęcia, by uzyskać popularność wyrażaną w ilości polubień i odsłon umieszczonego materiały. Nam ludziom starej daty może się wydawać, że ot, dziewczyna pod wpływem impulsu postanowiła sobie „cyknąć” spontaniczną fotkę, będąc akurat w łazience, czy przed lustrem w przedpokoju. Nic bardziej mylnego, te zdjęcia to efekt karkołomnych zabiegów, począwszy od specjalistycznego makijażu, a na różnego rodzaju filtrach czy aplikacjach do obróbki cyfrowej fotografii skończywszy. Jeśli przyjrzymy się odrobinę uważniej tym zdjęciom musimy stwierdzić, że żadna kobieta tak nie wygląda w rzeczywistości, to nie jest obraz kobiety w domowych pieleszach, tylko sztuczny ideał cyfrowo wykreowanego piękna!

Nam facetom zapewne wydaje się, że te wszystkie trudy i wysiłki są specjalnie dla nas, że one robią to wszystko, by się nam podobać. Otóż musimy pamiętać, że to świat wirtualnej rzeczywistości, a dowodem uznania są tutaj polubienia i nie ma tu znaczenia, czy klikającym w zdjęcie jest osoba o płci męskiej, czy żeńskiej, przeciwnie zamykanie się w jakiś niszach jest błędem. Nie chodzi o to, by się podobać facetom, tylko żeby się podobać wszystkim! Czy to znaczy, że  te fotki powinny być aseksualne? Nie, one są seksualne, tyle że ta seksualność jest niejednoznaczna. Dziewczyny chcą się podobać facetom i sobie nawzajem. Ludzie ze starszego pokolenia przeczesują w panice podręczniki szkolne, by sprawdzić czy do polskich szkół nie przenika ideologia gender, a tymczasem wlewa się ona do nas ogromną rzeką przez internet.

Może się wydawać, że społecznościowe portale i coraz częściej pojawiające się na wybiegach modelki plus size, robią dużo dobrego w przełamywaniu dyktatury szczupłości i jednego kanonu kobiecego piękna. W rzeczywistości nowa moda walcząc z dyktaturą „kija od szczotki” promuje inną dyktaturę: „klepsydry”. Kobieta może być okrągła i puszysta, ale tylko w pewnych konkretnych miejscach. Idealnie chude, czy idealnie grube zawsze chodzi o to samo: idealne, sztuczne piękno. Jeśli masz mały biust, duży brzuch i nie masz odpowiednio wykrojonej tali, na modelkę plus size się nie nadajesz, nie nadajesz się do niczego. Zainwestuj w kosmetyki, kremy, siłownie, a najlepiej zrób sobie operację plastyczną. Sami sobie fundujemy problemy psychiczne. Brak akceptacji własnego ciała  prowadzi prostą drogą do niskiej samooceny, kompleksów, depresji, stanów lękowych i tak dalej, i tak dalej.Często staje się pożywką dla agresji i nienawiści. Sztuczne piękno nie jest bynajmniej problemem wyłącznie kobiet, ta obsesja dotyczy również wielu mężczyzn.

Prywatność i spontaniczność.

Gdy oglądamy materiały zamieszczane na portalach społecznościowych przez naszych „znajomych” może nam się wydawać, że są to wyłącznie prywatne, spontaniczne inicjatywy i nikt tym nie steruje. Tymczasem w sieci panoszą się specjalistyczne firmy zajmujące się promocją produktów, które posiadają ogromne bazy mailowych adresów. Za ich pomocą nakłaniają ludzi, często zwyczajnie im za to płacąc, by ci na swoich prywatnych tablicach zamieszczali posty informujące o produkcie, który w danym momencie promują. My nie spodziewający się żadnego podstępu, kierowani ciekawością i dobrą wolą, wierząc, że „znajomi” wykazują własną inicjatywę, klikamy w ten materiał, stając się tym samym częścią kampanii promocyjnej nawet o tym nie wiedząc. Należy tu dodać, że produkt nie musi być rzeczą czy usługą, może nim być wszystko, z akcjami społecznymi, czy polityką włącznie.

Prawda.

W czasach przed internetem ludzie szafowali kłamstwem raczej ostrożnie nie dlatego, że  tak bardzo miłowali prawdę, tylko ze strachu przed zdemaskowaniem, które na ogół wiązało się z karą. Oczywiście nie chodzi tu o karę wiezienia tylko społeczne potępienie. W sieci ten mechanizm zupełnie nie działa. W ocenie anonimowości jakim jest internet bardzo trudno jest znaleźć człowieka odpowiedzialnego za konkretne kłamstwo, a nawet jeśli to się uda, kłamstwo raz wpuszczone do sieci ewoluuje tak szybko, że wytropienie wszystkich, którzy je rozpowszechniają jest niewykonalne. Poza tym nawet kiedy odszukamy kłamcę i ponad wszelką wątpliwość udowodnimy mu, że to co zamieścił w sieci prawdą nie jest, nie wiąże się to z automatycznym potępieniem. Przeciwnie, możemy być pewni, że kiedy zaczniemy domagać się ukarania kłamiącego delikwenta, zaleje nas fala nienawiści różnej maści „obrońców internetowej wolności”. Nikt chyba lepiej tego nie wie od artystów walczących o należne im prawo do swojej własnej twórczości.

Gdy zapoznamy się z wynikami badań opinii publicznej jakie wartości Polacy cenią sobie najbardziej, na pierwszych miejscach zawsze pojawiają się: wolność, prawo do własności prywatnej, intymności, prawda. Tymczasem za pomocą portali społecznościowych robimy wszystko, by te pojęcia zdemolować, by przestały znaczyć to co znaczą.

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Stary, bełkoczący, zaśliniony Papież

Rok temu bardzo wielu znajomych pytało mnie, czy wybieram się na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa? Odpowiadałem zawsze tak samo: „nie wybieram się, bo nie jestem już młody”. Za każdym razem spotykało się to z całkowitym niezrozumieniem. Choć gdybym powiedział, że nie wybieram się na światowe dni hutników, czy światowe dni leśników, uznano by to za oczywistość. Nie jestem ani hutnikiem, ani leśnikiem. Dlaczego więc tak trudno przyjąć do wiadomości, że ktoś już jakiś czas temu przestał być młody? Dlaczego uwielbiamy frazesy: ” młody duchem”, „każdy ma tyle lat na ile się czuję”, „druga młodość” itp.?

Czy kult młodości to de facto strach przed starością? Gdyby tak było, nie byłoby źle, bać się to rzecz ludzka. Nikomu nie marzy się bycie schorowanym, zniedołężniałym starcem. Gorzej kiedy dyktatura młodości pragnie starość unieważnić, udawać, że jej nie ma. Gdy traktuje ją jako stan patologiczny, aberrację. Mówi się często, że starzy ludzie są jak dzieci. Nic bardziej mylnego, „młode” społeczeństwo poświęca wiele uwagi swoim pociechom, dba o nie, pielęgnuje, epatuje zdjęciami na Facebooku. Starość pragniemy wyrzucić sprzed naszych oczu. Najlepiej niech sobie idzie do umieralni i tam z różańcem w ręku modli się o lekką śmierć.

Starzeję się, ale święcie wierzę, że kiedy będę starcem będę tym samym człowiekiem co teraz, tyle że starym. Będę czytał książki, oglądał filmy, zachwycał się pięknymi kobietami na ulicach Poznania. Będę kochał się ze swoją starą żoną.

Jeśli mój wiecznie młody czytelniku żenuje cię myśl o seksie ze starą kobietą, jeśli myślisz, że jest to cokolwiek obrzydliwe, pomyśl sobie od razu: mamy siebie nawzajem  traktować jak aplikacje w telefonie? Szwankuje i zaczyna się zawieszać, więc trzeba ją usunąć i zainstalować nową, albo wymienić cały aparat na nowocześniejszy? Moja piękna żona zaczyna się starzeć, powinienem powoli zacząć się rozglądać za nowszym modelem? Kiedy moja ukochana spogląda na moje siwe włosy powinna się zacząć zastanawiać, czy by go troszkę nie zaktualizować? Lubię myśleć o sobie nieskromnie, że takich modeli jak ja dziś już się nie produkuje. Gdy brak aktualizacji należy wyrzucić stary i kupić nowy aparat? Może lepiej zwyczajnie przyjąć do wiadomości, że stajemy się starzy i to jest fakt.

Nie chodzi przecież o to, by starością się upajać, twierdzić jak jest wzniosła i piękna. Chodzi tylko o to, by nie traktować jej jako wynaturzenie. Starość to normalny etap naszego życia, to coś  zupełnie normalnego. Czy to się nam podoba czy nie ona po prostu – JEST!

Pontyfikat Jana Pawła II nie wszędzie był tak pozytywnie oceniany jak w Polsce, wielu go krytykowało w Europie Zachodniej, wielu w Ameryce Łacińskiej, po dziś dzień uważa, że jego walka z teologią wyzwolenia była wylewaniem dziecka z kąpielą i jakby się do tego nie ustosunkowywać jedno jest faktem bezspornym, nikt tak wiele nie uczynił dla starości jak on.

Ten stary, bełkoczący, trzęsący się, zaśliniony Papież to krzyk do świata opętanego komercyjnym kultem młodości. To wołanie: ecce homo! Jestem człowiekiem, żyję, mam ambicje, plany, nadzieje, potrzeby. To, że jestem chorym starcem nie oznacza, że mnie nie ma. Jestem, jeszcze żyję!

Jeśli kogoś żenują słowa: „stary,bełkoczący, zaśliniony Papież”, jeśli sądzi, że o tym etapie pontyfikatu Jana Pawła II nie powinno się pamiętać, że należy eksponować jak bardzo kochał i rozumiał młodych, jak lubił kremówki i góry, a tą straszną i trudną starość należy ukryć, a najlepiej o niej zapomnieć, możliwe, że tego krzyku nie usłyszał, że tego przesłania nie zrozumiał.

W Polsce obecnie bardzo kochamy się w tradycji, pamięci, dumie narodowej. Tabuny młodych biegają w koszulkach z „żołnierzami wyklętymi”. Epatujemy wizerunkami młodych powstańców – niepomni, że wysyłanie własnych dzieci na wojnę to szczyt barbarzyństwa. Nie chcemy jednak pamiętać o tym, że tradycja, pamięć, duma narodowa jest w nich – starcach. Oni są naszymi korzeniami. Wszystko co dziś mamy, mamy dzięki nim!

Jeśli na tego starego, chorego Papieża będziemy dziś patrzeć nie z zażenowaniem, lecz z wielkim szacunkiem, może kiedy my będziemy już starcami, nasze dzieci patrząc na tą kupę nieszczęścia, którą się staliśmy pomyślą: to są moje korzenie, to moja tradycja, wszystko co mam, mam dzięki tobie – nie oddam cię do umieralni.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Sztuka a chrześcijanin czyli społeczne korzyści płynące z nagości

Jeśli jakiś artysta chce nazywać to co tworzy sztuką chrześcijańską ma do tego niezaprzeczalne prawo, a ja nie mam żadnych powodów by mu tego zabraniać. Jednakże sam nie będąc artystą, na sztukę, siłą rzeczy mogę patrzeć nie jako twórca ale wyłącznie odbiorca i z tej perspektywy mam prawo się zastanawiać czy w ogóle takie pojęcie jak sztuka chrześcijańska istnieje.

Marcel Duchamp wynosząc do rangi dzieła sztuki pisuar w sposób radykalny zanegował wszelkie ograniczenia wobec tego co można a czego nie można nazywać sztuką, otwierając tym samym drogę dla niczym nieskrępowanej wolności artysty i jego działań. Czy dobrze się stało czy nie to temat na zupełnie inną dyskusję, tutaj wystarczy powiedzieć, że co najmniej od początku dwudziestego wieku, w sztuce przestały obowiązywać jakiekolwiek kwestie formalne, sztuka została „uwolniona” od wszelkich definicji.

Skoro już nie można powiedzieć co to jest sztuka jako taka, sama w sobie, wydaje się niemożliwe nadawać jej przymiotniki. Upierając się przy określeniu sztuka chrześcijańska brniemy w ślepą uliczkę, bo jeśli istnieje coś takiego jak „sztuka chrześcijańska”, przez analogię musimy założyć, że istnieje również „sztuka nie-chrześcijańska” a to już jest taki galimatias pojęciowy z którego trudno byłoby się wygrzebać. Dlatego właśnie, wydaje się, że lepiej jest dla nas samych, kiedy porzucimy wszelkie próby definicji – z góry skazane na porażkę – i zawierzymy własnej intuicji. Sami będziemy decydować co nas porusza, a co do nas nie przemawia.

Dzisiaj chciałbym się zatrzymać na chwilę przy temacie obecnym w działaniach artystycznych od zawsze, przy nagości. Sprawa wydaje mi się niezwykle aktualny właśnie w letnich miesiącach w których słońce i wysokie temperatury sprawiają, że nasze miasta wypełniają mniej lub bardziej rozebrane kobiety.

Czy mnie jako chrześcijanina powinno to bulwersować? Myślę, że o wiele bardziej bulwersujące są te społeczności, w których to mężczyźni traktują kobiety jak przedmioty. W których uzurpują sobie prawo do decydowanie jak i w co należy ten przedmiot – kobietę – zapakować i kiedy i gdzie można go rozpakować i kto ma , a kto nie ma do tego prawo. Myślę, że dla mnie jako chrześcijanina, wolność decydowania to podstawa egzystencji. Sam Bóg obdarzył nas wolną wolą i nikt nie ma prawa nam tego odbierać. Kobiety mają pełne prawo decydować same o sobie, z prawem do rozbierania się włącznie!

Pozwolę sobie tutaj, z czystej życzliwości, na dwie uwagi. Po pierwsze, to jak bardzo kobieta ma ochotę się rozebrać wychodząc na miasto powinno zależeć nie tyle od moralności, bo jak wiadomo i z tym pojęciem podobnie jak ze sztuką mamy duże kłopoty, co zwyczajnie od zdrowego rozsądku. Wiąże się to w prosty sposób z drugą uwagą, którą pragnę poruszyć. Otóż prawo do wolności osobistej nie może być traktowane w ten sposób, że odmawia się tego prawa innym. Kiedy kobieta wychodzi z domowych pieleszy w przestrzeń publiczną ze swoją nagością musi się liczyć z tym, że ta jej nagość będzie oglądana. Ja, wolny obywatel, poruszający się w przestrzeni publicznej, mam pełne prawo przyglądać się wszystkiemu i nikt nie może mi tu stawiać ograniczeń. Dla przykładu, kiedy jadę tramwajem, a obok mnie znajduje się rozebrana kobieta, nikt nie może wymagać ode mnie, że niczym autystyczne dziecko, będę się wpatrywał w naklejkę na szybie, żeby sobie broń Boże, owa kobieta nie pomyślała, że jej się przyglądam. Owszem przyglądam się bo mam do tego pełne prawo i robię to z wielkim ukontentowaniem bo ciało kobiety jest piękne.

Należy tu jasno i stanowczo sobie powiedzieć: pogląd, który głosi, że człowiek to dychotomiczny podział na wzniosłą duszę i marną, plugawą powłokę cielesną nie jest chrześcijański.  Wywodzi się z wielkiego ruchu filozoficznego i religijnego gnostycyzmu i jest z nauką Kościoła Katolickiego zdecydowanie sprzeczny. My chrześcijanie głosimy, że dusza i ciało człowieka są tak samo ważne. Zgodnie z  wyznaniem wiary: wierzymy w ciał zmartwychwstanie i w to, że jest ono świątynią samego Boga. Jest dobre i piękne, jak dobre i piękne jest wszelkie Stworzenie. W nagości nie ma nic grzesznego i złego, Adam i Ewa w Raju byli nadzy.

W tym momencie dochodzimy do meritum sprawy, roli sztuki w kreowaniu odpowiedniego wizerunku ludzkiego ciała. W życiu codziennym, zanurzeni jesteśmy po czubki głów w komercji, ze wszystkich stron atakuje nas reklama, ze swoimi odrealnionymi wizerunkami kobiecego ciała, pragną ze wszystkich sił, utwierdzać i pielęgnować nasze kompleksy. Nie jest to zabieg jakiegoś super sadysty tylko zwykły zabieg marketingowy. Mało rzeczy na tym świecie tak skutecznie skłania nas do kupowania jak nasza niska samoocena.

Rolą sztuki powinno być ukazywanie ludzkiego ciała w prawdzie. Przecież nasza skóra nie jest idealnie jednobarwna, ma przebarwienia, znamiona, czasem blizny lub krostki, nie ma idealnych proporcji, a kilogramy i centymetry nie są kategoriami piękna, należą do przedmiotów ścisłych.

Prawdziwa kobieta nie ma idealnie proporcjonalnych piersi, nie musi mieć doskonale płaskiego brzucha czy szczupłych ud. Określenia grube, chude, krótkie, długie nie mają charakteru wartościującego, znaczeniowo są neutralne i przede wszystkim piękno nie ma wieku. Ja na przykład będąc mężczyzną po czterdziestce uwielbiam przyglądać się na mieście w te letnie dni pięknie rozebranym rówieśniczkom.

Świat komercji to dyktatura młodości do tego stopnia, że często ludzie w średnim czy starszym wieku zaczynają mieć poczucie nierealności, są do tego stopnia niezauważani, że idąc ulicą przeglądają się w witrynach sklepowych na potwierdzenie, że jeszcze istnieją.

Nikt i nic nie może lepiej tego zmienić jak właśnie sztuka. Artyści którzy potrafią pokazać, że piękno, zmysłowość, erotyka, a nawet seks nie jest domeną wyłącznie młodych i idealnie wysportowanych. Potrzebujemy tego wszyscy.

W szkolnej klasie często bywa tak, że są dziewczyny które podobają się wszystkim i te które nie podobają się nikomu. Dlaczego tak się dzieje? Otóż młodzi mężczyźni niepewni własnych sądów,  szukają potwierdzenia w oczach innych kolegów i w świecie komercji. Chociaż po nocach śni o koleżance o pełnych, grubych udach i cudownie pucułowatej, uśmiechniętej buzi, nie podejdzie do niej i nie zaprosi jej do kina bo przecież ona nie może się podobać, on nie może mieć takiego gustu. Nie rozumie, że to nie z nim jest coś nie tak, to świat który go otacza zbudowany jest na kłamstwie i stereotypach, to potwór komercji który uwielbia karmić się naszymi kompleksami i zamykać nam drogę do szczęścia bo przecież szczęścia się nie zdobywa, szczęście trzeba sobie kupić!

Ukazywanie piękna ludzkiego ciała w prawdzie, takim jakie ono jest to nie tylko kwestia estetyki to również arcyważna kwestia społeczna i mniej mamy kompleksów tym większa szansa na zbudowanie zdrowego społeczeństwa. Dlatego właśnie chwała sztuce i słońcu, chwała wszystkim kobietom, młodym, starszym, chudym, grubym, niskim, wysokim, wszystkie jesteście piękne! Rozbierajcie się na zdrowie!

Zdjęcie w nagłówku pochodzi ze strony internetowej: erinwhitephotography.com

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Świętej pamięci Charlie Gard – po co się urodziłeś?

Głośna sprawa Charliego Garda, która tak mocno poruszyła międzynarodową społeczność, zmusza nas, ludzi wierzących, by po raz koleiny stanąć w obliczu bardzo trudnych pytań. Kiedy podejmowaliśmy decyzję wiary, przynajmniej raz w życiu musieliśmy się z nimi zmierzyć i wydawało nam się, że te dylematy mamy już za sobą, że jakoś się z nimi, lepiej lub gorzej, uporaliśmy. Jednak tragedia tego malutkiego kłębuszka nieszczęścia i jego rodziców burzą pozorny spokój.  Znowu w głowie huczy od pytań. Dlaczego takie dziecko się urodziło? Po co przyszedł na świat, skoro po jedenastu miesiącach musiał umrzeć? Jeśli podążymy drogą prostej logiki, wolnej od teologicznych zawiłości, musimy dojść do niewiary.

Przyjmując proste założenie, że zło na tym świecie jest wynikiem grzechu pierworodnego, musimy dojść do wniosku, że ten Bóg, w którego wierzymy jest mściwym okrutnikiem. Po tylu wiekach, tylu pokoleniach, tylu miliardach cierpień ludzkich jeszcze mu mało? Jeszcze nie wystarczy? Tyle nieszczęść z powodu głupiego jabłka? Gdy na mnie, żyjącego w zgniliźnie grzechy faceta po czterdziestce spadnie jakieś nieszczęście, to jeszcze można to jakoś zrozumieć, wytłumaczyć, ale zemsta na niewinnym niemowlęciu? Bóg, który rzekomo jest miłością?

Można spróbować podejść to tego trochę inaczej. Charlie jednak po coś się urodził. Jego przyjście na świat miało jakiś sens. Bóg wymyślił dla niego jakieś specjalne zadanie. Może to koleina próba Boga, abyśmy my, żyjący w grzechu się wreszcie nawrócili? Ale kto stosuje tak okrutną pedagogikę? Kto chce nawracać za pomocą obarczonego strasznymi wadami dzieciątka? Na tak nieludzki sposób może wpaść jedynie zaburzony psychopata, sadysta.

Jedyną odpowiedzią ludzi wiary w tej sytuacji jest: po prostu Bóg tak chciał. Jest ona jak najbardziej poprawna logicznie, jednakże zupełnie niewystarczająca. Jeśli na tym stwierdzeniu zakończymy naszą refleksję, musimy popaść w znieczulicę, albo w fatalizm. Nie może przecież być tak, że nasza wiara poprowadzi nas do dehumanizacji, pozbawi nas prostych odruchów najzwyklejszego współczucia. Mamy powiedzieć rodzicom tego dziecka: Bóg tak chciał? Nie mamy wraz z nimi płakać, lamentować i krzyczeć do Boga w gniewie: skoroś go tak zdeformował lepiej by było dla niego gdyby się nie urodził?

Jeśli popadniemy w fatalizm, uznamy że jesteśmy tylko igraszką w rękach Boga i nic od nas nie zależy, a wszystko to marność i pogoń za wiatrem, to po co nam taka wiara i taki Bóg? Skoro już i tak wszystko postanowione, klamka dawno zapadła, o co mam się modlić? O co prosić?

Lepiej już przyjąć, że żadnego Boga nie ma, że człowiek to tylko myśląca maszyna zarządzana inżynierią praw przyrody.

Kiedy już staniemy pod ścianą, kiedy wydaje się, że z punktu widzenia czystej logiki musimy uznać, że Boga nie ma, odzywa się On sam: dałem ci przecież Swojego syna Jezusa!

To właśnie jest jedyna poprawna odpowiedź chrześcijanina: Jezus Chrystus. On jest drogą, prawdą i zbawieniem. Dotrzeć do Boga Ojca możemy jedynie i wyłącznie przez Syna. To jest odpowiedź Boga: nie kombinuj, nie wymyślaj, bo i tak nic nie wymyślisz. Umiesz policzyć gwiazdy na niebie, albo piasek morski? Nie, to idź za Nim, On cię do mnie przyprowadzi. Jezus jest samą miłością, nie ma w nim żadnego wyrachowania, żadnej spekulacji. Jezus to niezgoda na ten świat, to miecz i ogień. Chrześcijanin to ktoś kto się ciągle nawraca, a nawracać się to znaczy się zmieniać, nie racjonalizować Jeśli staramy się racjonalizować zło, wymyślać powody dlaczego istnieje, usprawiedliwiamy Złego, a przecież być chrześcijaninem nie znaczy być adwokatem Szatana, to znaczy wyrzec się go, mieć w nienawiści.

Iść za Jezusem znaczy kochać. Znaczy płakać i lamentować wraz z rodzicami Charliego i mieć nadzieję, że biedne udręczone dzieciątko cieszy się szczęściem życia wiecznego. Iść za Jezusem to modlić się tak, jak nas nauczył:

i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego. (Mt 6,13) Amen.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj