Diabeł w Kościele.

Wielu mądrych, uczonych ludzi coraz wyraźniej zwraca uwagę na problem, jaki nasila się w polskim Kościele: przesadne zainteresowanie Szatanem, opętaniami i egzorcyzmami. Zwraca uwagę, że jest to niebezpieczna tendencja zarówno jeśli chodzi o depozyt wiary, jak i o samych wiernych.

Trudno się z nimi nie zgodzić, sam mogę podać przykład z życia wzięty. Nie tak dawno temu brałem udział w spotkaniu, na którym były obecne głęboko wierzące osoby. Jedna z nich opowiadała, że jest opętana, jest w trakcie egzorcyzmów, które ciągle trwają. Dowodem jej opętania miały być nadprzyrodzone moce, które posiadała, a powodem owego opętania było to, że jej dziadek kiedyś podpisał cyrograf z Szatanem. Ku mojemu niedowierzaniu i przerażeniu, wśród obecnych osób żadna nie wyraziła chociażby powątpiewania, dokładnie wszyscy kiwali głowami z pełnym zrozumieniem.

Przecież Kościół wyraźnie i jasno naucza, że grzechy naszych dziadków nie przenoszą się w sposób bezpośredni na nas. Twierdzenie, że jakieś wydarzenie z przeszłości naszych przodków może realnie działać na nas dzisiaj, to świat zabobonów, guseł i czarów, a nie katolickiej wiary.

Osoby uważające się za opętane powinny zgłaszać się z tym problemem do specjalistów oficjalnie ustanowionych przez Kościół. Bóg również dał nam lekarzy, Bóg działa poprzez lekarzy specjalistów.Utrzymywanie przez różnej maści „znawców”, którzy nie są mianowanymi przez Kościół egzorcystami w takich osobach przeświadczenia, że ich problemy nie mogą być natury zdrowotnej, a są wyłącznie problemem duchowym, to skazywanie ich na niepotrzebne cierpienie, a w najgorszym wariancie doprowadzenie do tego, że całe swoje życie spędzą cierpiąc tylko dlatego, że nie podjęły odpowiednio wcześnie leczenia. Kazik Staszewski w utworze Toma Waitsa śpiewa: „jeśli chcesz hodować diabła, w głębokim dole trzymaj go”. Pieszczenie się szatańskimi obsesjami to zagrożenie samo w sobie, ale przenoszenie tych obsesji na innych to grzech ciężki. Kościół ma na tym polu jasne i jednoznaczne zasady, chodzi tylko o to, by je odpowiednio mocno nagłaśniać i chronić ludzi przed osobami niekompetentnymi, głoszącymi „nauki” niezgodne z  Magisterium Kościoła.

Skąd w naszym Kościele tyle szatańskich obsesji? Zapewne powodów jest wiele, warto jednak zwrócić uwagę na rozłożenie akcentów, jeśli chodzi o nauczanie Kościoła.  Wiele wierzących osób sądzi, że pierwszą i główną funkcją sakramentu chrztu jest zmazanie grzechu pierworodnego. Są też tacy, którym się wydaje, że jest to jego jedyna funkcja.  Sakrament w takim rozumieniu pełni rolę negatywną, jest uwolnieniem od, a nie działaniem pozytywnym: uwalniającym do.

Tak przyjęta optyka, postawienie grzechu na pierwszym planie sprawia, że i całe chrześcijaństwo może się nam jawić jako narzędzie do walki z grzechem, a pierwszym i podstawowym obowiązkiem chrześcijanina, dobrego katolika, jest z tym grzechem walka. To skrajny indywidualizm obecny w myśleniu człowieka Zachodu, ciągłe nastawienie na – ja , sprawiają, że wiara staje się dla wielu sposobem na samorealizację, samodoskonalenie, treningiem duchowym i tak dalej. Cała rzecz w tym, że z grzechem wygrać się nie da. Można śmiało powiedzieć, że grzech to skutek uboczny życia. Prawdą jest, że im bardziej stajemy się wierzący i bardziej nasza formacja chrześcijańska staje się doskonalsza, tym bardziej uświadamiamy sobie naszą grzeszność. Może być tak, że po tych wszystkich rekolekcjach, konferencjach, ćwiczeniach duchowych, po obejrzeniu wszystkich filmów na Youtube katolickich celebrytów dojdziemy do wniosku, że jesteśmy gorsi, a na pewno nie lepsi niż na początku drogi. Ta cała wiedza jaką dysponujemy sprawia, że jesteśmy smutni, wpadamy w depresje, nie rozumiemy dlaczego, mimo tych wszystkich wysiłków, które podjęliśmy, nasze życie wcale nie jest lepsze. Tu, z wielkim zapałem i ochotą wychodzą nam naprzeciw wszelkiej maści piewcy Szatana, którzy dają nam do rąk wytrych, klucz do wszelkich problemów: „im bardziej stajesz się wierzący, tym bardziej próbuje cię skusić Szatan”.

Skoro Szatan jest główną przeszkodą w tym, że mimo ciągłych starań, daleko nam do doskonałości, naszym podstawowym działaniem jako człowieka wiary powinna być walka ze Złym. Jednak, żeby z nim skutecznie walczyć trzeba jak najwięcej o nim wiedzieć. Tu czai się na nas, pełnych dobrej woli, ogromna w swej liczbie zgraja szarlatanów, którzy twierdzą, że o Szatanie wiedzą wszystko, bo osobiście z nim gadali, brali udział w setkach egzorcyzmów, które mogą służyć jako gotowy scenariusz do filmowych horrorów klasy b i znają jego podstępy jak nikt inny. Świat jaki kreują, to miejsce walki potęg nadprzyrodzonych, w którym ludzie to tylko igraszki, zabawki w rękach demonów, słabe i bezbronne, ochrony przed Szatanem nie gwarantuje ani stan łaski uświęcającej, ani sakramenty, jedynie oni sami, wtajemniczeni w wiedzę, znaną tylko nielicznym. Z Kościoła Powszechnego wchodzimy do Kościoła dla wtajemniczonych, Kościoła elit, które służą już tylko same sobie.

Tymczasem podstawowa funkcja chrztu to wprowadzenie w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, inicjacja wprowadzająca w Kościół – Ciało Chrystusa. Stajemy się opieczętowani, naznaczeni jako dzieci Boga, a skoro dzieci, to i Jego dziedzice. Zostajemy namaszczeni, czyli stajemy się Mesjaszami (Pomazańcami Bożymi). Oczyszczenie z grzechów, w tym z grzechu Adama sprawia, że jesteśmy nowymi stworzeniami. Umieramy dla świata, a rodzimy się dla Chrystusa i jednocześnie wszyscy jesteśmy Chrystusami. Chrzest włącza nas w obcowanie świętych, jednoczy z tymi, którzy byli przed nami, którzy żyją jak my, i z tymi, którzy przyjdą po nas. Otrzymujemy godność kapłańską. Sakrament chrztu, jak każdy inny sakrament ma moc przemieniającą, daje nam siłę do robienia rzeczy, których, bez łaski Boga, zrobić nie bylibyśmy w stanie. Mamy moc, siłę i potęgę, a naszym zadaniem jest z tego mądrze korzystać.

Jezus nie powołał Dwunastu po to, by walczyli z Szatanem, nie powołał ich po to, by walczyli z kimkolwiek. Powołał ich po to, by głosili Dobrą Nowinę. Nas również po to powołuje, mamy iść i głosić, mamy żyć i głosić, czyli żyjąc głosić. Czy jemy, czy pijemy, czy cokolwiek innego robimy, mamy to robić na chwałę Boga. Głosić Jezusa można tylko i wyłącznie słowem i czynem. To, co mówimy i to, jak żyjemy musi być kompatybilne. W każdym innym przypadku nasze głoszenie nie będzie działać, będzie fałszywe, zakłamane.

Chrześcijaninem nie jestem po to, by się zbawić. Łaską wiary jestem zbawiony, a nie przez uczynki, by się nikt nie chlubił. Chrześcijaninem jestem po to, by dzięki mnie zbawienia dostąpili ci, którzy jeszcze Jezusa nie poznali. Jestem po to, by być światłem dla pogan. Oświecać mogę tylko poprzez świadectwo swojego życia. Inaczej będzie to światło sztuczne, fałszywe. Mam być solą i moją główną troską jako chrześcijanina powinno być to: skoro sól utraci swój smak, czym ją posolić? Grzeszę, upadam, jestem słaby i ułomny, ale głoszę Dobrą Nowinę. Tam gdzie jest dobro, zło ustępuje samo, nie trzeba walczyć ze złem, wystarczy robić dobro. Zamiast wielkiego neonu z napisem: grzech, każdy wierzący w Jezusa powinien sobie zapalić wielki napis: bliźni!

A Szatan? a co mnie obchodzi Szatan, narobił sobie bigosu, niech sam się martwi.

PSALM 23(22)

Bóg pasterzem i gospodarzem

1 Psalm. Dawidowy.
Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
2 Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
3 orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię.
4 Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska
są tym, co mnie pociesza.
5 Stół dla mnie zastawiasz
wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem;
mój kielich jest przeobfity.
6 Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim
po najdłuższe czasy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

,,,,

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? (Łk 1,43)

Piękne w Niej jest to, że nie daje się zaszufladkować. Nie można Jej zamknąć w żadnych schematach. Choć trzeba przyznać, że bardzo wielu próbowało, zarówno tych w Kościele, jak i tych po za nim. Wielu mądrych ludzi pisało uczone traktaty, kim Maria jest dla Kościoła, a kim bez wątpienia nie jest, a prosty lud i tak, i tak czci ją jak boginię. Zanosi do Niej swoje modły, licząc na Nią bardziej – w końcu matka i kobieta, niż na poważnego, zasadniczego Boga – mężczyznę.

Prosta Żydówka z Nazaretu i jednoczenie królowa wyniosłego i dumnego narodu, który buduje dla niej wielkie bazyliki, w których wręcz słychać łopot husarskich skrzydeł, a potem idzie do stajenki podziwiać Ją, jak piastuje swojego Syna na sianku, z bydlętami i pastuszkami. Panienka i żona. Matka i dziewica. W stu procentach wierząca córka Izraela i pierwsza chrześcijanka jednocześnie.

Kiedyś wydawało mi się, że judaizm sprowadza się do tego, że Żydzi ciągle czekają na swojego mesjasza, natomiast my oczywiście już nie czekamy. Tak spoglądając na zagadnienie musiałem dojść do wniosku, że między Żydami i chrześcijanami rozpościera się przepaść nie do przezwyciężenia. Dziś już jednak wiem, że w judaizmie wątek mesjański to kwestia zdecydowanie drugorzędna, poboczna. Podstawą, fundamentem i wszystkim co najważniejsze dla Żydów jest przymierze. Przymierze, jakie Bóg zawarł z narodem, który sobie sam wybrał. Przymierze z Bogiem Abrahama, Jakuba i Izaaka to miejsce spotkania, w którym bez problemu może odnaleźć się i chrześcijanin, i Żyd. Na to właśnie miejsce wskazuje Maria z Nazaretu.

Kiedyś sobie myślałem, że przepisy rytualne Żydów są trochę niemądre, dziś zdaję sobie sprawę z tego, że jest to typowe myślenie człowieka Zachodu, Europejczyka. Żydzi wobec Boga nie prowadzą rozważań: mądre, niemądre. Wiara Izraela to zaufanie. Jeśli nie umiesz policzyć gwiazd na niebie, czy ziaren piasku na plaży, nie staraj się zrozumieć Boga, to przekracza zdolność twojego pojmowania. Nie chodzi tu o bezmyślność, czy brak refleksji, ale właśnie o zaufanie. Ufność w to, że dobry Bóg prowadzi nas ścieżkami nieraz trudnymi i pokrętnymi dla naszego dobra, że wszystko ma sens. Często głęboko ukryty i w danym momencie dla nas niepojęty, ale prowadzący do celu, którym jest zbawienie.

Maria z Nazaretu, ta żydowska matka, właśnie o wierze, która jest zaufaniem przypomina mi, na taką wiarę wskazuje. „Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” – to jest postawa, którą powinienem się kierować wobec Jezusa. Zrób wszystko cokolwiek ci powie, bez rozważania, czy to jest mądre, czy niemądre. Nie analizuj tylko zaufaj.

Gdybym ja się znalazł na weselu w Kanie Galilejskiej i usłyszał, że mam napełniać kamienne stągwie wodą, bez wątpienia popukałbym się w czoło i stwierdził, że to jest bez sensu, że to jakieś dziwactwo. A Matka mojego Pana mówi wyraźnie: „zapomnij o takim myśleniu, przestań ciągle kombinować, pytać po co, i dlaczego, po prostu – zaufaj. Zaufaj mojemu Synowi. Zrób wszystko co ci powie”.

Prawo rytualne Żydów ma jeszcze jeden bardzo ważny aspekt, jest prawem tożsamościowym. Sprawia, że naród wybrany wyróżnia się spośród wszystkich innych narodów. Dzięki posłusznemu trwaniu wobec przepisów, jakie nakazuje Tora, ten naród przetrwał. Przetrwał wieki diaspory, tumultów, prześladowań, Shoah. Oparł się pokusie asymilacji, nie wchłonęły go inne narody, przecież o wiele potężniejsze od niego. Matka Jezusa, wierna Prawu i Tradycji córka Izraela, swoją postawą pokazuje mi jak należy żyć w zgodzie z wiarą. Wiara powinna mnie wyróżniać, powinna być widoczna. Każdy, kto mnie spotyka powinien widzieć, że jestem chrześcijaninem. Czy tak jest? To pytanie, które cały czas mi zadaje.

Maria, Matka Jezusa jest przy Nim przez cały czas. Towarzyszy Mu od narodzin po krzyż, ale jest to obecność niezwykle dyskretna, subtelna, ukryta. Taka postawa powinna być charakterystyczna dla całego Kościoła Powszechnego. Kościół powinien wskazywać na Jezusa, nie na siebie samego. Kościół, który wskazuje na siebie staje się instytucją, która zabiegając o swoje interesy, o swoje potrzeby, dla wielu może być zgorszeniem. Może budzić sprzeciw, zakłopotanie, niezrozumienie, a przecież mamy unikać wszystkiego co ma choćby pozór zła. Ta prosta Żydówka z Nazaretu uczy mnie, że nie jestem chrześcijaninem dla siebie, chrześcijaństwo to nie program samodoskonalenia, samorealizacji, to nie psychologia rozwojowa, to nie postawa: „patrzcie jakim jestem doskonałym katolikiem”! Chrześcijaństwo to wskazywanie na Niego. Ta pierwsza chrześcijanka swoją postawą mówi mi : „Myślisz, że nosiłam Go pod sercem, urodziłam w stajence, chodziłam za nim po Ziemi Świętej i płakałam pod krzyżem, by się wywyższyć? Zrobiłam to dla ciebie, byś mógł Go poznać!” To właśnie jest istota chrześcijaństwa! Mam żyć tak, nie po to, by poznali mnie, ale Jego!

Młodziutka, ciężarna dziewczyna wyrusza w trudną, długą, trwającą dwa lub trzy dni drogę do Judei, by pomagać swojej krewnej Elżbiecie, również będącej w ciąży. Lubię sobie wyobrażać, że właśnie tak przychodzi do mnie. Nie w szatach królewskich, koronie na głowie, nie po to, by wyjawić mi największe tajemnice tego świata, ale po to, by uczyć mnie wiary najprostszej, wiary prostej Żydówki z Nazaretu, bo właśnie w tym żydowskim zaufaniu powinniśmy szukać korzeni, fundamentów naszego chrześcijaństwa. Wiara Marii czyni ją wielką, tak wielką, że kiedy do mnie przychodzi ciągle się zastanawiam:

A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Ta, która układa włosy, czyli jak Kościół poradził sobie z kobietami.

Kobiety odgrywały w życiu Jezusa rolę ogromną, a Jego podejście do nich było wręcz rewolucyjne. Pamiętajmy, że mówimy o czasach, kiedy to pobożni Żydzi modlili się: „Dzięki Ci Boże, że nie uczyniłeś mnie zwierzęciem, niewolnikiem lub kobietą.” Uczeni w Piśmie tworząc halachę utrzymywali, że kobiety i niewolnicy podlegają tym samym prawom. Jezus natomiast często i chętnie przebywał w towarzystwie kobiet i nie miał problemu z tym, żeby korzystać z ich pomocy finansowej. (Łk,8,1-3)

Kiedy jednak Kościół z młodych, spontanicznie powstających wspólnot przeradzał się w Kościół instytucjonalny zdominowany przez mężczyzn, ten niezwykle pochlebny obraz uczennic Jezusa stawał się cokolwiek niewygodny. Jak to? Kobiety były tak samo ważne dla Jezusa jak dwunastu apostołów? Nie może to być! Te, które na kartach Ewangelii pojawiały się tylko epizodycznie, dla męskiego Kościoła większego problemu nie stanowiły. Problemem, i to problemem przez wielkie P, były dwie Miriam: Matka Jezusa i Maria Magdalena. W jaki sposób z nim sobie poradzono? Przecież nie dało się o nich nie mówić w ogóle.

Sprawę łatwiejszą stanowiła Matka Boga. Tutaj wystarczyło jedynie wynieść ją na piedestał tak wysoki, żeby żadna kobieta żyjąc realnie, nie była w stanie się z Matką Boską identyfikować. Bożą Rodzicielkę wyniesiono do rangi niemal  bogini i otoczono nabożnym kultem. Nie oznacza to oczywiście, że ta niezwykła, dzielna kobieta, pierwsza chrześcijanka, bo przecież, jako pierwsza powiedziała Jezusowi „tak”, na taki kult sobie nie zasłużyła. Zasłużyła sobie na wszystko i zgodnie z nauką Kościoła, za swoje cierpienie na ziemi otrzymała wielką nagrodę w Niebie. Chodzi o to, że cześć, jaką męski Kościół ją obdarzył to „wylanie dziecka razem z kąpielą”. Miriam odebrano prawo do bycia prawdziwą, realnie żyjącą kobietą, zrobiono z niej ikonę, świętość nad świętościami do tego stopnia, że na przykład samo wyobrażenie sobie, że mogła ona w czasie okresu mieć gorsze dni i pokrzykiwać na Józefa i Jezusa dla wielu katolików po dziś dzień to świętokradztwo! Matka Boska i fizjologia? Toż to szarganie świętości. W męskim Kościele byli przecież i tacy, którzy twierdzili, że Maria nie miała bóli porodowych. Zwykłe, proste, rodzące w bólach kobiety, powinny zanosić do Matki Boskiej modły, ale nigdy twierdzić:”przecież była ona jedną z nas.” Paradoksalnie, Kościół, który dzisiaj z takim zaangażowaniem walczy z ideologią gender, z Żydówki Miriam uczynił postać odrealnioną, bezpłciową.

Większy problem stanowiła Maria Magdalena. Jak z tej apostołki apostołów zrobić ikonę? Jak ją odrealnić? Przecież nie można jej było wynieść na takie wyżyny jak Matkę Jezusa. Z pomocą przyszły tu odwieczne pragnienia, obsesje i żądze mężczyzn. Każdy mężczyzna w skrytości ducha marzy o kobiecie, która jest jednocześnie rozwiązła i święta. Każdy pragnie świętej dziwki. Posłużono się więc archetypem męskich pragnień. Uczyniono z Mari Magdaleny świętą ladacznicą. Wykorzystano motyw nieprzerwanie obecny w kulturze.

Prostytutka Rachab, ratując izraelskich szpiegów pomogła Jozuemu w zdobyciu Jerycha. Sztandarowym przykładem tego kobiecego archetypu w literaturze jest Sonia ze „Zbrodni i kary” Fiodora Dostojewskiego. W kulturze popularnej wykorzystano ten motyw w znakomitej amerykańskiej komedii – „Pretty Woman”. Maria Magdalena z uczennicy Jezusa przeobraziła się w archetyp, symbol męskich pragnień, przestała być realna.

Nie chodzi tu oczywiście o snucie spiskowych teorii, nie było tak, że ktoś usiadł i wymyślił. Wizerunki tych kobiet odrealnione i wyniesione do rangi symbolu to wynik męskiego sposobu patrzenia na świat. W ich mentalności, niepojęte było, że Maria matka Jezusa i Maria Magdalena były zwykłymi kobietami. Z ich słabościami, ułomnościami, nieczystościami i tak dalej. Były kobietami, owszem, ale jakimiś takimi specjalnymi, nie tyle super – kobietami, co nad – kobietami.

Hebrajski rzeczownik megaddela oznacza kobietę układającą włosy. Całkiem możliwe, że rozwiązanie zagadki Marii Magdaleny podają nam na tacy sami ewangeliści. Owa Maria mogła zwyczajnie trudnić się układaniem włosów kobietom, w ten sposób zarabiać na życie, a część zarobionych pieniędzy przeznaczać na pomoc Jezusowi. Z braku wiarygodnych źródeł jest to hipoteza dobra jak każda inna. Jednakże nigdy nie zapłodniła wyobraźni badaczy, nie stała się popularna. Dlaczego?

Najważniejsze wydarzenie w historii świata: Zmartwychwstały Chrystus i w centrum tych wydarzeń – fryzjerka? Pierwszym człowiekiem na ziemi, który miał zaszczyt zobaczyć Zmartwychwstałego, nie był Kefas – Skała, nie był umiłowany uczeń, który już niedługo na wyspie Padmos będzie widział smoki, ale – fryzjerka!? No nie, tego męski Kościół przetrawić nie był w stanie.

Czy przywrócenie Żydówce Miriam, matce i żonie, prawa do bycia zwykłą kobietą w jakiś sposób umniejsza jej świętości? Czy naszemu Kościołowi uwłacza to, że tą, która obwieściła światu i nam wszystkim: „widziałam Pana!” – była fryzjerką? Mam nadzieję, że my katoliccy mężczyźni dojrzeliśmy już do tego, by w swojej męskiej mentalności być w stanie przyznać: „owszem, zwykłe palestyńskie kobiety, uczennice Jezusa były równe apostołom”.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Zesłanie Ducha Świętego – moje świadectwo.

Kiedy kilka lat temu podejmowałem decyzję wiary, uczyniłem to z całkowicie racjonalnych pobudek. Zwyczajnie stwierdziłem, że bardziej mi się opłaca być wierzącym niż niewierzącym. O wiele lepiej jest żyć próbując naśladować Jezusa, niż go nie naśladować. Czy ta decyzja w jakiś realny sposób odbiła się na jakości mojego życia? Zdecydowanie tak. Przytoczę tu tylko dwa przykłady z faktów mojego życia.

Co według Jezusa stanowi największe zagrożenie w życiu każdego człowieka? Co może go skutecznie oddalać od Królestwa Bożego? Nie, nie jest to Szatan. Nie, nie jest to seks. Otóż Jezus jasno, wyraźnie i jednoznacznie, w wielu wypowiedziach i przypowieściach wskazuje na coś zupełnie innego. Wskazuje na pieniądze! To właśnie kult mamony, chciwość i czynienie z pieniądza bożka skutecznie blokuje nam drogę do Jego Królestwa. Kiedy to sobie uświadomiłem, mój stosunek do pieniądza uległ radykalnej zmianie. Wcześniej ciągle martwiłem się, czy mi starczy, czy będzie na rachunki, na obsługę kredytu we frankach, na życie. Wstępując na drogę wiary martwić się przestałem i co się wydarzyło? Otóż okazało się, że nie tylko mi starcza, ale nawet jest w nadmiarze, że stać mnie na to, by pieniędzmi się dzielić z innymi. Nie oznacza to, że nagle zacząłem więcej zarabiać, oznacza to, że dzięki wierze przestałem się bać. Jak mawiali starożytni:”kto się boi, ten jest niewolnikiem”. Dobry Bóg mocną ręką i silnym ramieniem wyprowadził mnie z Egiptu, z niewoli pieniądza.

Druga sprawa to moje małżeństwo. Żona jest osobą głęboko wierzącą, kiedy pozostawałem twardo poza Kościołem, jednocześnie wykluczałem się sam, dobrowolnie z tej części jej życia, którą stanowiła wiara. Świadomie pozbawiałem się możliwości towarzyszenia jej w czymś, co jest dla niej niezwykle ważne.To sprawiało, że trudno było mówić o nas, że jesteśmy jedno. Decyzja wiary umożliwiła mi dążenie do tej jedności. Teraz, po dziesięciu latach małżeństwa, śmiało mogę powiedzieć: ja i moja kochana żona to jedno!

W moim głębokim przekonaniu jest to działanie Ducha Świętego w moim życiu. Moje charyzmaty. Mało spektakularne? Być może. Może i by się chciało, aby ziemia drżała, żeby kalecy wstawali z wózków inwalidzkich, ślepi odzyskiwali wzrok, głusi słuch, ale widocznie to nie moje powołanie. Widocznie w moim przypadku, nie w wichrze ogromnym i nie przez burzę, ale w lekkim powiewie przyszedł do mnie Pan. W ciepłym oddechu mojej żony. Mi to wystarcza. Gdybym potrafił deklamować cztery Ewangelię po Aramejsku, a miłości mojej żony bym nie miał, byłbym niczym.

1 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
2 Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.(1 kor.13, 1-2)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Skomentuj

Szatańskie wersety, czyli jak nas widzą niewierzący. #łobuzywkościele

Polski katolik lubi o sobie myśleć jak o ostatnim bastionie zdrowia moralnego i normalności w tym zdziczałym, zdehumanizowanym świecie. Lubi obraz chrześcijanina jako ostatniego „błędnego rycerza pana Boga” na tle zlaicyzowanej i multikulturowej Europy. Niestety, to jak postrzegamy samych siebie, a to jak widzą nas inni, zdecydowanie od siebie odbiega. Polski niewierzący, albo mówiąc dokładniej człowiek, który od Kościoła Katolickiego się dystansuje i nie chce mieć z nim nic wspólnego, ma o nim jak najbardziej złe zdanie. Jeśli nie chcemy być tylko „oblężoną twierdzą” z zajadłością broniącą swoich pozycji, ale pragniemy Kościoła misyjnego, głoszącego Dobrą Nowinę tym, którzy ją odrzucili, musimy te zarzuty znać, rozumieć i starać się na krytykę odpowiadać w sposób konstruktywny, a przede wszystkim uderzyć się w pierś, tym razem swoją, a nie cudzą i przyjąć, że w wielu wypadkach ci, którzy do Kościoła mają wiele pretensji mogą mieć rację. Jeżeli wychodzimy z założenia, że racja leży wyłącznie po naszej stronie, w naszym pięknym kraju będziemy słyszeć dwa nie stykające się ze sobą monologi. Monolog obrażonych na Kościół i obrażonych na tych, co Kościół obrażają, a dwa monologi nigdy nie zsumują się w jeden dialog.

Właśnie dlatego dzisiaj, na tym katolickim blogu daję dojść do głosu na Kościół obrażonym.Tym, którzy są na niego źli i nie chcą mieć z nim nic wspólnego i lojalnie ostrzegam, będzie to wyjątkowo gorzki i nieprzyjemny tekst, wyjątkowo łobuzerski.

Zacznijmy od początku, czyli od tego jak wąż skusił Ewę. No naprawdę zbrodnia to była niesłychana, On jej zabronił, a ona zjadła. Zna to chyba każdy rodzic. Mama mówi :”nie jedz chipsów przed obiadem” – a słodka córunia wcina tylko jej się uszy trzęsą. Co zrobić, trzeba gówniarza wyrzucić z domu i klątwą obłożyć. Będziesz w bólach pracować, w bólach rodzić, a twój własny mąż będzie cię poniewierał i ciebie poniżał, a ty to przyjmiesz z pokorą jako dobra, katolicka żona, bo szanujący się katolik to mizogin i antyfeminista. W kwestii małżeństwa interesuje go tylko seks, czy był przedmałżeński, czy stosują antykoncepcję, czy uprawiają go „po bożemu”? Cała reszta jak było, niech skaczą sobie do gardeł, byle się nie rozwiedli, a jak już – nie daj Boże się rozwiodą – niech nie ważą się uprawiać seksu, bo w skali grzechów seks poza małżeństwem i prezerwatywa to przestępstwo największe. Antykoncepcja to wynalazek szatański.

Polski katolik Szatana widzi wszędzie i we wszystkim, częściej można o nim usłyszeć niż o Jezusie. Wie wszystko o jego mocach, władzy i zdolnościach. Z wypiekami na twarzy słucha wszelkiej maści egzorcystów, którzy osobiście z Szatanem gadali i wszystkiego się od niego dowiedzieli. W hierarchii ważności egzorcyści w Kościele zajmują miejsce pierwsze, stoją wyżej nawet niż sam papież, bo oczywiście ten, który obecnie zasiada na tronie św. Piotra, nie jest „nasz”, więc ufać mu tak do końca nie można.

Praktyki satanistyczne są obrzydliwe: tarot, pasjans, horoskopy, wisiorki z „pacyfką”, pentagramy i tym podobne. No wręcz zło wcielone, ohyda i zbrodnia. Do czego to może doprowadzić? Wejdzie w ciebie diabeł, będziesz lewitował, mówił straszne rzeczy w językach, których nie znasz, czytał w myślach, znał przyszłość, a w skrajnych przypadkach pluł gwoździami. Ktoś to widział? Oczywiście nie licząc kina? Nikt, ale każdy zna kogoś kto to widział i może poświadczyć. Mam znajomą, która ma znajomą, która była świadkiem, rzecz jasna wiarygodnym na sto procent.

A jak się ma sprawa na tle tego groteskowego Szatana z Bogiem wszechmocnym i miłosiernym? Wystarczy przeczytać Stary Testament, krew leje się tam nie strumieniami, a rzekami wielkimi jak Amazonka. Zbrodnia goni zbrodnię, gwałty są na porządku dziennym, morderstwa też. Seks aż kipi, bardzo często w obrębie najbliższej rodziny. Ojcowie z córkami, synowie z siostrami, no i oczywiście seksualna przemoc. Czy można się dziwić, że mając takie pisma polski katolik walczy wyłącznie o życie nienarodzone? Bo oczywiście będąc katolikiem w Polsce, nie masz prawa być pacyfistą! Musisz wielbić armię, żołnierzy, broń i zabijanie. Zabijanie w obronie ojczyzny to powód do czci i chwały. Im więcej i częściej zabijali, tym większe bohaterstwo. Księża powstańcy, żołnierze wyklęci, cichociemni, Armia Krajowa to wzór obowiązkowy dla młodzieży. Dobra katolicka młodzież to taka, która jest prawicowa, nacjonalistyczna i wielbi tą wielką hekatombę zbrodni, jaką było powstanie warszawskie. Brzydzi się lewactwem, feministkami i tą całą hołotą.

A rzeczywistość? Ta jest jeszcze gorsza od tej opisanej w Księdze. W Rwandzie sąsiad wstawał rano, brał maczetę i szedł zabijać sąsiadów, jakby wychodził na pole. Skąd mu to się wzięło? Biali, katoliccy misjonarze wpoili mu tę nienawiść, nauczyli, że Tutsi i Hutu to dwa różne plemiona, że w tak małym afrykańskim kraju  na te dwa plemiona nie ma miejsca, bo przecież trzeba się rozmnażać, bo antykoncepcja to grzech śmiertelny, gorszy od zabijania. Edukacja seksualna, zgorszenie! Prezerwatywa? Wynalazek Szatana!

Katolik w szerzeniu nienawiści jest wprawiony. Antysemityzm wyssał z mlekiem matki. Szoah to przecież wynalazek arcychrześcijańskiej Europy. Urodził się z myśli zaszczepionej w umysłach wiernych niemal od początku istnienia Kościoła. Polski katolik nienawiść wobec innych opanował w stopniu perfekcyjnym. Zresztą wystarczy zobaczyć jakich czci świętych. Maksymilian Kolbe patron narodu był antysemitą zajadłym. Założone przez niego pisma: Rycerz Niepokalanej i Mały Dziennik były wojowniczo klerykalne, nacjonalistyczne i antysemickie. Cóż, jaki naród taki święty. Wraz ze śmiercią trzech milionów Polskich Żydów, jak można by się spodziewać, polski antysemityzm nie umarł. Przemienił się tylko w szczerą nienawiść do „arabów” i muzułmanów. Nienawiść wobec islamu jest u nas w Polsce niemal powszechna.

Nienawiść płynie rwącą rzeką z polskich mediów, ław poselskich, i niestety często z kościelnych ambon. Wszyscy, którzy roszczą sobie prawo do wątpliwości to zbrodniarze, dzieciobójcy i piewcy cywilizacji śmierci. Jestem katolikiem i to daje mi pełne prawo atakować personalnie wszystkich tych, którzy myślą inaczej. Polski katolik jawi się jako typ wyjątkowo niesympatyczny, pozbawiony empatii, rasista, wierzący w jedną opcję polityczną, zarozumiały bufon nie dostrzegający nic poza czubkiem swojego nosa.

Kochany bracie i siostro, ja wcale nie twierdzę, że taki jest polski Kościół, ja tylko twierdzę, że takim go odbiera wielu spośród tych, którzy od tego Kościoła odeszli, albo nigdy w nim nie byli tak naprawdę. Dzieje się tak dlatego, że egzegeza Starego i  Nowego Testamentu w nauczaniu Kościoła jest niesłyszalna. Interesuje się nią wyłącznie wąskie grono zapaleńców, co sprawia, że większość Polaków ani nie zna, ani nie rozumie Biblii. Nauczanie Kościoła skupia się na etyce, która bez zrozumienia czym w ogóle jest chrześcijaństwo jest całkowicie nieczytelna, wywołuje zamieszanie i bunt, zamiast promować jasne zasady moralne.

W dzisiejszych czasach głównym celem Kościoła, zamiast „głoszenia” Szatana, aborcji, antykoncepcji, polityki, i tak dalej powinien być wielki powrót do Biblii i nauka podstaw wiary w tym, co jest w niej najbardziej istotne. Kościół zamiast gubić się w meandrach spraw drugorzędnych powinien powrócić do Kerygmatu. My wszyscy zaś głosząc Dobrą Nowinę powinniśmy, jak Żydzi filakterie, nosić wypisane w sercu słowa św.Pawła:

Przypominam, bracia, Ewangelię, którą wam głosiłem, którąście przyjęli i w której też trwacie. Przez nią również będziecie zbawieni, jeżeli ją zachowacie tak, jak wam rozkazałem… Chyba żebyście uwierzyli na próżno. Przekazałem wam na początku to, co przejąłem:1 że Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem: i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi2. Jestem bowiem najmniejszy ze wszystkich apostołów i niegodzien zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży3. 10 Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna; przeciwnie, pracowałem więcej od nich wszystkich, nie ja, co prawda, lecz łaska Boża ze mną. 11 Tak więc czy to ja, czy inni, tak nauczamy i tak wyście uwierzyli.(! Kor 15 1,11)

Nie jestem ani trochę lepszy od niewierzących, jestem poronionym płodem, a to, że mogę głosić Jezusa Zmartwychwstałego to żadna moja zasługa. To dar Łaski wiary, którą otrzymałem, niezasłużenie i całkiem za darmo. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Amen

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Judasz

W Wielkim Tygodniu specjalnego znaczenia nabiera postać Judasza, jednego z Dwunastu, który wydał Jezusa. Od wieków ludzie stawiają sobie pytania: kim był? Dlaczego tak postąpił? Co do tego doprowadziło? Od wieków z tymi i innymi pytaniami próbują się zmierzyć ludzie sztuki. Dante Alighieri w „Boskiej Komedii” umieszcza Judasza na samym dnie piekła. Bardziej nam współcześni twórcy starali się podążać innym tropem, próbując usprawiedliwić tę postać, czy nawet nadać jego czynowi heroicznego wymiaru. Wystarczy tu wspomnieć o tych najgłośniejszych jak „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Nikosa Kazantzakisa czy rock operę „Jesus Christ Superstar”. Co o tym człowieku dowiadujemy się z Biblii?

Informują o nim wszystkie cztery Ewangelie i Dzieje Apostolskie, wzmianki o Judaszu pojawiają się tam dwadzieścia sześć razy. Wszyscy Ewangeliści zgodnie twierdzą, że był powołany do grona Dwunastu, choć żaden nie podaje okoliczności tego powołania. Był skarbnikiem tej grupy – „miał pieczę nad trzosem”. Zdradził Jezusa za trzydzieści srebrników, po czym popełnił samobójstwo. Był synem Szymona, zwanego Iskariotą. Tyle wiadomo z Kanonu, cała reszta to domniemania, przypuszczenia, snucie domysłów, zagadka, tajemnica. Już owe – Iskariota budzi kontrowersje. Nikt nie wie co tak naprawdę miało znaczyć.

Pierwsza i najbardziej powszechna hipoteza podaje, że znaczyło to „człowiek z Karioth”, wskazując na miejsce pochodzenia, miejscowość w południowej Judei koło Hebronu, z czego by wynikało, że Judasz był jedynym Apostołem, który nie pochodził z Galilei. Być może kwestia pochodzenia sprawiła, że jako obcy był traktowany przez resztę grupy z pewną nieufnością i dystansem. Nie mogąc się całkowicie zintegrować z pozostałymi Apostołami, Judasz mógł czuć się odrzucony i przez to łatwiej mu było podjąć decyzję o zdradzie. Czyż jednak możliwe jest, że autsajderowi powierzonoby tak ważne zadanie jak dbanie o finanse grupy? Mało prawdopodobne.

Inna hipoteza zakłada, że Iskariota to błędnie zapisane sikarios, po grecku „płatny morderca”, oznaczało pospolitego zbira, ale w pewnym kontekście również człowieka występującego z bronią w ręku przeciw Rzymianom. Kogoś, kogo dziś określibyśmy mianem członka ruchu oporu. Niektórzy idąc tym tropem widzieli w Judaszu aktywistę jakiejś politycznej, militarnej organizacji, walczącej z Rzymianami o wolność Izraela.

Według Józefa Flawiusza, żydowskiego historyka – sykaryjczycy: to radykalny odłam zelotów, uzbrojony w krótkie sztylety, zwane po łacinie – sicae. Twierdził on, że z sykaryjczykami związana jest legenda Masady. Była to twierdza położona na zachodnim wybrzeżu Morza Martwego. Podczas powstania Żydów przeciwko Rzymowi, które wybuchło w 66r n.e., miała zostać opanowana właśnie przez sykaryjczyków i stawiać zaciekły opór Rzymianom przez całe powstanie. Kiedy już nie było szans na utrzymanie twierdzy, obrońcy Masady uznali, że wolą śmieć niż poddanie się. Spośród obrońców wylosowano dziesięciu mężczyzn, którzy zabili wszystkich obecnych w twierdzy, a następnie z pozostałej przy życiu dziesiątki – jednego, którego zadaniem było zadanie śmierci dziewiątce, a na samym końcu popełnienie samobójstwa.

W zależności od tego jak odczytujemy legendę Masady, może się ona jawić jako symbol niezłomnej walki do samego końca i bezprzykładnego bohaterstwa, albo bezprzykładnej głupoty i fanatyzmu.

Judasz sykaryjczyk według tego tropu albo zdradził Jezusa, bo rozczarował go jego łagodny, pacyfistyczny mesjanizm, albo według innej wersji pragnął zradykalizować działania grupy, do której należał i chciał „pomóc” Mistrzowi objawić jego prawdziwą moc.

Wreszcie są tacy, którzy twierdzą, że Judasza tak naprawdę w ogóle nie było, a postać stworzona na potrzeby Ewangelii to symbol, personifikacja postawy większości Żydów wobec Jezusa. Jak w biblijnej Księdze Judyty, imię bohaterki oznaczało po prostu: Judejka, czyli Żydówka i symbolizowała bohaterską postawę kobiety żydowskiej broniącą swój naród przed nieszczęściem, tak Judasz to Juda – Judejczyk, symbol Żyda wydającego na krzyż Jezusa.

To tylko te najbardziej typowe pomysły na tego niezwykłego, kontrowersyjnego Apostoła. Przez wieki takich pomysłów narodziło się bardzo wiele. W malowniczy sposób tę postać przedstawiają apokryfy. Większość z tych utworów stawia sobie ambitne zadanie: pragną zgłębić tajemnicę: jak to się stało, że jeden z powołanych przez Jezusa, przebywający w Jego otoczeniu w sposób tak bliski przez trzy lata – zdradził swojego Mistrza.

Czy jednak faktycznie to jest najważniejsze? Przecież zdrada to zdrada. Czy naprawdę takie istotne jest dlaczego do niej doszło? Czy to słabość charakteru, czy przeciwnie – przerost ambicji, czy to jak sugeruje się najczęściej zwykła, mała, podła chciwość? Zdrada to zdrada i tyle. Wydaje się, że kluczem do tej postaci nie jest pytanie dlaczego zdradził, ale ocena tego co zrobił po zdradzie.

Kefas też zdradził, trzykrotnie zaparł się Mistrza. Pod krzyżem były kobiety i Jan, całej reszty nie było. Można powiedzieć, że wszyscy oni zawiedli Nauczyciela, nie dali rady, nie przeszli próby. Co zrobili po ukrzyżowaniu? Jak twierdzą wyjątkowo zgodnie wszystkie cztery Ewangelię i Dzieje Apostolskie, zebrali się razem. Uczniowie, jedenastu Apostołów, kobiety trwali razem we wspólnocie żalu, strachu, bólu i żałoby. To oznacza, że czas spędzony z Jezusem nie był dla nich czasem straconym, że ciągle miał znaczenie, choć oczywiście nie wierzyli, że On zmartwychwstanie; świadczą o tym pierwsze reakcje tych, którzy zobaczyli pusty grób, to jednak jednoczyła ich potrzeba przebywania razem, wśród tych, którzy Go znali. Gdyby śmierć Jezusa uznali za absolutny koniec wszystkiego, gdyby dominującym uczuciem wśród nich było rozczarowanie, bez wątpienia nie chcieliby sobie patrzeć w oczy, bez wątpienia unikaliby siebie, wstydząc się tych trzech naiwnych lat wiary w mrzonki i utopie. Uciekliby z Jerozolimy, jeden na komorę celną, inni łowić ryby. Oni jednak intuicyjnie szukali się nawzajem i trwali we wspólnocie, nawet zanim ukazał im się Pan. Już wtedy dali początek czemuś absolutnie wielkiemu – Kościołowi.

Zupełnie inną postawę przyjął Judasz, uznał, że ciężar jego winy jest tak wielki, że nie ma czego szukać wśród tych, z którymi spędził ostatnie trzy lata, że ta Droga, którą kroczył już mu nie pomoże. Sam zdecydował o swoim wykluczeniu, indywidualnie postanowił zmierzyć się ze swoim problemem i nie podołał. Skończył na stryczku.

Myślę, że właśnie interpretacja postaci Judasza w znaczeniu eklezjologicznym ma największy sens. Wspólne trwanie tych, którzy w Niego uwierzyli w najbardziej krytycznym momencie ich Drogi sprawiło, że przetrwali, że On miał do kogo przyjść. Indywidualne mierzenie się z bólem Judasza przyniosło śmierć. Wniosek, jaki z tego wypływa, jest oczywisty, nasze zbawienie jest możliwe tylko w trwaniu we wspólnocie, prowadzi przez Kościół. Jednakże, żeby mógł on spełniać swoją podstawową funkcję, musimy unikać jak ognia postawy, która, jak się wydaje, dochodzi mocno do głosu w dzisiejszym Kościele w Polsce. Wielu w tym Kościele bowiem mówi: „owszem zdradziliśmy Jezusa, owszem zaparliśmy się Go – ale wy bardziej”.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jezus Żyd

Jezus był Żydem, wychowanym w tradycyjnej rodzinie pielęgnującej obyczaje i wartości swojego narodu, wiernie przestrzegającej przepisów Prawa. Skąd o tym wiemy? Przecież Ewangeliści nic nam nie mówią o dzieciństwie Jezusa.

Nic nie mówią poza dwoma krótkimi wzmiankami u św.Łukasza i tak się składa, że oba fragmenty dotyczą przestrzegania przepisów religijnych przez Świętą Rodzinę. W pierwszym dowiadujemy się, że Jezus zgodnie z nakazami Prawa został obrzezany, a następnie ofiarowany w Świątyni.

22 Gdy potem upłynęły dni ich6 oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. 23 Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu7. 24 Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie8, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego.(Łk 2,22-24)

Następnie spotykamy Jezusa, gdy ten miał lat dwanaście, ten ustęp mówi nam ponad wszelką wątpliwość, że Jego rodzice gorliwie przestrzegali Prawa dotyczącego Święta Paschy, rok w rok udając się do Jerozolimy.

41 Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. 42 Gdy miał lat dwanaście15, udali się tam zwyczajem świątecznym.(Łk 2,41-42)

W tym passusie możemy również odszukać bezcenną wskazówkę dotyczącą relacji łączącej Marię i Józefa. Po tym jak młodociany Jezus zagubił się i jego rodzice nic nie wiedzieli o jego losie przez całe trzy dni, matka zwraca się do niego z wyrzutem, gdy wreszcie udało się Go odnaleźć:

48 Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie».(Łk 2,48)

Maria nie mówi: „ja i Twój ojczym”,” ja i Twój opiekun”, tylko stwierdza wyraźnie: ” ja i Twój ojciec”. To oznacza, że Maria nie traktowała Józefa jako jakiegoś bodyguarda przydzielonego jej do ochrony przez samego Boga, tylko jak ojca swojego dziecka. Podkreślając, że niepokój o los Jezusa sprawił ból im obojgu, daje dowód na to, że łączyła ich silna emocjonalna więź, przynajmniej jeśli chodzi o wspólnego wychowywanie syna.

Myślę, że te ciągłe podkreślanie, że Józef był „tylko” opiekunem Jezusa jest nieuczciwe wobec tego niezwykłego – milczącego Świętego. Sądzę, że o wiele sprawiedliwiej – zgodnie ze słowami Marii – jest mówić, że Jezus był tym szczęściarzem, który miał dwóch, wspaniałych, prawdziwych ojców.

Sam Jezus, gdy już rozpoczął swoją działalność, mówił bardzo wyraźnie:

 

«Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela»(Mt.15,24)

Przyszedł do swoich, do własnego narodu i właśnie przede wszystkim od swoich oczekiwał zmiany, nawrócenia. Dlaczego jest tak ważne, żeby to sobie uświadomić? Czy chodzi o to, że dzięki temu zrozumiemy jak bliskie relację zachodzą między judaizmem a chrześcijaństwem? Czy dzięki zrozumieniu tego wreszcie odkryjemy, po wiekach ślepoty, że antysemityzm jest obrzydliwością wymierzoną w samego Jezusa i jego rodzinę? Oczywiście tak, ale chodzi przede wszystkim o coś jeszcze ważniejszego. Chodzi o to, jak powinniśmy odczytywać Nowy Testament dzisiaj.

Niestety bardzo wielu wierzących odbiera święte Księgi chrześcijan jako historyczną relację opisującą zmagania dobrych ze złymi w starożytnej Palestynie. Dobrzy to Jezus, Apostołowie i garstka uczniów i uczennic, źli – to oczywiście Żydzi z uczonymi w Piśmie i faryzeuszami na czele. Dobrzy to – nasi, źli – to oni. Po wielu perypetiach i dramatycznych zmianach akcji nasi wygrywają. Nowy Testament jawi się jako wzruszająca opowieść, zapewniająca nas o tym, jak mądrzy jesteśmy stawiając się  od początku po właściwej stronie i jak głupi byli ci, którzy mimo ewidentnych znaków i proroctw nie byli w stanie przejrzeć na oczy.

Cała rzecz w tym, że Biblia nie jest księgą historyczną, a Ewangelie to nie opowieści spisane ku pokrzepieniu serc. Słowo dostaliśmy po to, by działało w naszym życiu realnie, tu i teraz. Kiedy więc czytamy słowa Jezusa, że został posłany przede wszystkim do pogubionych owiec ze swojego domu, oznacza to, że mówi do nas. Nie do nich, tylko do nas! Przyszedł do swoich, a swoi go odrzucili, dzisiaj oznacza to tyle co : „przyszedł do Kościoła, a Kościół go odrzucił”. Powinniśmy wszędzie tam, gdzie Ewangelie mówią o uczonych w Piśmie i faryzeuszach powykreślać te wyrazy, a na ich miejsce wpisać – chrześcijanie. Dopiero wtedy dotrze do nas z pełną mocą Prawda Ewangelii, dopiero wtedy przejrzymy na oczy i zamiast w głupkowatym samozadowoleniu cieszyć się : „dobrze im powiedział”, zaczniemy ze wstydem bić się w piersi. Dopiero wtedy dotrze do nas, że ci zakłamani, fałszywi, nic nierozumiejący, ślepi faryzeusze to nikt inny jak my – chrześcijanie dzisiaj!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Łaską jesteśmy zbawieni !

Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: 9 nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. 10 Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili.(Ef.2 8-10)

Jezus Chrystus umarł na krzyżu i zmartwychwstał dla naszego zbawienia. Taka jest nasza wiara, jej fundament. Ciekawe jest, że wielu z wierzących ale również duża liczba głoszących Dobrą Nowinę, naucza jakby było zupełnie odwrotnie. Jakbyśmy musieli sobie na zbawienie zasłużyć, na nie zapracować, udowodnić, że jesteśmy tego warci. To sprawia, że wielu ludzi dobrej woli zadręcza się wątpliwością, że nie są godni, że nie dadzą rady, że coby nie robili i tak i tak pójdą do piekła bo przecież Jego wymagania są zbyt trudne, przecież to co się od nas wymaga jest po ludzku nie możliwe. Przecież ta brama jest zbyt wąska, nie do pokonania dla zwykłego człowieka. Wielu w swoim doskonaleniu duchowym, tych wszystkich rekolekcjach, ćwiczeniach, konferencjach, książkach, kursach tak się zatraca, że widzi tylko swoje – ja. Tak skupia się na samodoskonaleniu, że paradoksalnie im więcej wie o religii którą wyznaje tym bardziej staje się egoistą skoncentrowanym na swoim wnętrzu. Dla wielu wiara staje się ciężarem i bólem, a nie radością, że jestem dzieckiem bożym.

Jezus przez swój krzyż już nas zbawił, bracie i siostro – masz uszy do słuchania – to słuchaj: już jesteś zbawiony! Nie musisz robić absolutnie nic bo już to masz! Dostałeś Łaskę! Prezent – zupełnie za darmo! Nie musisz i co ważniejsze, nie możesz sam się zbawić, gdybyś mógł, wiara w Jezusa byłaby zbyteczna, wystarczyłoby same dziesięć przykazań. Nie możesz zrobić nic, żeby się zbawić ale za to możesz zrobić bardzo dużo, żeby tej Łaski nie przyjąć. Prezent który dostałeś odrzucić, powiedzieć przez swoje postępowanie – dziękuję bardzo, obejdzie się, nie potrzebuję Twojej Łaski. To jest wykładnia naszej wiary, nigdy odwrotnie.

Co z tego wynika? Bardzo dużo, przede wszystkim zmiana perspektywy, myślenia, nastawienia do świata, ludzi i samego Boga. Nie musisz patrzeć na Niego jak na strasznego satrapę, który za dobro wynagradza, a za zło karze tylko jak na Ojca, który kocha cię zupełnie za darmo i daje ci prezenty też zupełnie za darmo, a ty możesz – bo masz rozum i wolną wolę – tą Łaskę przyjąć lub nie.

Wierzysz, że zostałeś zbawiony i masz życie wieczne więc idziesz za tym który cię zbawił. Wierzysz w to, że On ma taką moc by to uczynić więc starasz się Go naśladować, starasz się żyć w zgodzie z tym w co wierzysz. On jest tym Mocarzem który cię uwolnił od grzechu i śmierci więc oczywiste jest dla ciebie, że właśnie dlatego warto za nim iść. Starasz się postępować i żyć zgodnie z Jego nauką bo taka jest twoja wiara, a nie dlatego że boisz się piekła lub starasz się zasłużyć na nagrodę. To jest właśnie ta przemiana mentalna, do której zaprasza nas Jezus. Mówi każdemu z nas :” Idź za mną i staraj się mnie naśladować i nie przejmuj się zbytnio, jak upadniesz podam ci rękę, jak odstaniesz od grupy, zaczekam, jak skręcisz nie w tą drogę co trzeba, wrócę się i cię odnajdę, bodź spokojny, zatroszczę się o ciebie – tylko mi na to pozwól. Nic więcej.”

Uczą nas, że wiara bez uczynków jest martwa i to jest oczywiście prawda, cała rzecz w tym, że dobre uczynki bez wiary również.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo”

 Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić6. 18 Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.(Mt.5, 17-18)

Kiedy Jezus wypowiada te słowa z wielką stanowczością w wielu z nas może pojawić się wątpliwość. Jak to nie przyszedł zmienić prawa? Przecież Jego przyjście na świat to jedna wielka rewolucja? Czy jesteśmy obrzezani? Czy nie jemy wieprzowiny? Czyż nie odrzuciliśmy setek zakazów i nakazów Izraela? Czy to oznacza, że Jezusa w tym przypadku nie należy słuchać dosłownie? Czy należy Jego słowa interpretować jako jakąś alegorię? A może jest zupełnie odwrotnie, Jezus powiedział dokładnie to, co chciał powiedzieć, tylko młody Kościół przeinterpretował sobie Jego słowa, tak jak mu pasowało? Musimy pamiętać, że wraz z rozwojem gmin chrześcijańskich, coraz więcej wiernych pochodziło ze środowisk pogańskich. Nie byli oni ani obrzezani, ani nie rozumieli systemu prawnego Izraela, w związku z tym uznano arbitralnie, niejako wbrew naukom Jezusa, że nie ma sensu ich do tego zmuszać. Czy taki tok myślenia jest uzasadniony? Nic z tych rzeczy! Należy słuchać Jezusa jak najbardziej dosłownie, a młody Kościół niczego nie zamataczył. Trzeba tylko rozumieć o czym w ogóle Jezus mówi. Kiedy wypowiada się on na temat Prawa, w Ewangeliach zawsze jest to ujęte za pomocą wielkiej litery. To oznacza, że Jezus mówi o Torze.

Biblia Hebrajska składa się z trzech zasadniczych części, które noszą nazwy: Tora czyli „Prawo”; Newiim – ” Prorocy” i Ketuwim – „Pisma”; całość jest często nazywana – Tanach. Kiedy więc Jezus mówi o Prawie i Prorokach, mówi o Biblii. Święte księgi Izraela były, są i mają być niezmiennym i stałym punktem odniesienia dla każdego wierzącego człowieka. Przymierze, które Bóg zawarł ze swoim ludem będzie obowiązywać na wieki i nic tego nie zmieni. Jezus nie tylko nie deprecjonuje znaczenia Tory, ale całym sobą podkreśla jej znaczenie, moc i obowiązywanie.

Nauczanie Jezusa było oczywiście rewolucyjne, ale forma w jakiej podchodził do Tanach już nie. Żydzi zawsze uważali Biblię za żywe Słowo działające na ich życie tu i teraz, w związku z tym ciągle czytali ją na nowo zastanawiając się jak ten stały wskaźnik rozumieć w ciągle zmieniających się warunkach egzystencjalnych. Czytając werset po wersecie uznawali oni, że w świętych księgach nie ma ani jednego zbędnego słowa, wszystkie są tak samo ważne – właśnie dlatego Jezus podkreśla, że nie przyszedł zmienić nawet jednej kreski – dostosowywali przykazania Tory do zmieniających się warunków życia, tworząc już bardzo konkretne przepisy odpowiadające realiom życiowym współczesnych – czyli halachę.

Założenie, że judaizm to religia stała i niezmienna od czasów Abrahama po dziś dzień jest błędne. Inaczej rzecz wyglądała za czasów Pierwszej Świątyni, inaczej podczas niewoli babilońskiej, jeszcze inaczej za czasów Drugiej Świątyni, a już całkowitym „trzęsieniem ziemi” zmieniającym wszystko było zburzenie Świątyni przez Rzymian w 70 r. n.e. Każda z tych sytuacji rodziła potrzebę czytania Prawa ciągle na nowo. To oczywiście temat na inną historię, tutaj wystarczy powiedzieć: Jezus na podstawie Prawa, Proroków i Pism – stałych i niezmiennie obowiązujących, tworzył nową, dającą początek chrześcijaństwu – halachę.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

#DziękiFranciszku

Kiedy pięć lat temu ogłoszono wybór nowego papieża byłem zdegustowany. Zawsze wydawało mi się, że Rzymski Kościół Katolicki to sprawa europejska, a chrześcijaństwo w Afryce, czy Ameryce Łacińskiej podejrzewałem o szamanizm. Cóż ten Argentyńczyk może wiedzieć o „naszej wierze”? – myślałem. W jakimś stopniu intuicja mnie nie zawiodła, faktycznie ten argentyński jezuita mocno zatrząsł naszym europejskim, wygodnie burżuazyjnym Kościołem. Bardzo szybko sprawił, być może już tym zwyczajnym: „dzień dobry”, że ze sceptyka stałem się gorącym zwolennikiem tego niezwykłego papieża.

Chrześcijaństwo to sprawa niezwykle prosta, żeby streścić jego istotę wystarczy kilka zdań. Natomiast życie to sprawa niezwykle trudna i skomplikowana, wielowymiarowa i nigdy czarno – biała. Jak się wydaje, Kościół przez bardzo długi okres, być może wbrew intencjom, wiernym przedstawiał obraz zupełnie odwrotny. Chrześcijaństwo według jego nauczania, to sprawa niezwykle skomplikowana, pełna opasłych tomów opracowań, definicji wykutych na pamięć, encyklik, których nazwy są nie do wymówienia dla przeciętnego zjadacza chleba, synodów, komisji i uczonych debat, których zrozumienie jest niemożliwe bez wszechstronnie wykształconych hierarchów, którzy te wszystkie: eschatologie, soteriologie, chrystofanie i tak dalej są dopiero w stanie przetłumaczyć prostemu ludowi. Natomiast życie to już „bułka z masłem”, wystarczy słuchać Kościoła robić to i to, nie robić tego i tego, i pójdziemy prosto do nieba. Wyniesienie wiary na wyżyny intelektualne wyabstrahowało ją z rzeczywistości, sprawiło, że wielu wiernym trudno było znaleźć w niej to, co najbardziej istotne – pocieszenie! Pawłowe pełne radości i nadziei :

Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę (Ef 2,8)

często było przedstawiane na zasadzie : „no tak, ale…” . Coraz częściej nauczanie wielu w Kościele zaczęło zbliżać się do tego, przed czym ostrzegał Jezus:

«Na katedrze2 Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą3, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi4. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. (Mt 23, 2-8)

Dla wielu Kościół stał się miejscem nieprzyjaznym, twardym i zimnym, a nie Matką Pocieszycielką przytulającą swoje zapłakane, przestraszone dzieci. Wielu z tych, którzy dostrzegali znamiona kryzysu w jego nauczaniu, mimo szczerych i uczciwych intencji nie potrafiło przeskoczyć tego myślenia. Reformę Kościoła chcieli przeprowadzić za pomocą intelektualnych debat.

Tak naprawdę reforma Kościoła jest prosta jak samo chrześcijaństwo i można ją sprowadzić do jednego zdania:

I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała.(Ez.36,26)

Wydaje się, że to jest właśnie główne przesłanie Ojca Świętego Franciszka, wstrząśnięcie naszym wygodnym, mieszczańskim, kanapowym katolicyzmem. Wyprowadzenie nas z zasobnych domów i przypomnienie nam, że naszym bliźnim nie jest tylko nasz sąsiad, który żyje bez ślubu z kobietą, ale również uchodźca, biedak, który może nawet nie jest ochrzczony, ale potrzebuje pomocy, bezdomny, wyobcowany, autsajder, że nasza wiara nie jest abstrakcyjnym systemem myślowym, tylko żywą relacją. Relacją z Jezusem i sobą nawzajem, nie instytucją, ale wspólnotą. Wspólnotą ludzi najróżniejszych, tych idących prostą drogą wiary, ale i tych, których ścieżki się poplątały, którzy bardziej od przypomnienia im twardej litery prawa potrzebują pocieszenia.

Franciszek zwraca naszą uwagę na przypowieść Jezusa :

Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik.(Łk. 18,11)

i pyta czy to przypadkiem nie o nas? Przypomina nam oczywistą prawdę, że niebezpieczeństwem dla Kościoła nie są jego przeciwnicy tylko my sami. Wstrząsa naszym samozadowoleniem i wskazuje na pytanie Jezusa:

Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?(Łk.18,8)

Nie są to czcze słowa rzucone na wiatr, tylko realne niebezpieczeństwo, szczególnie w naszej zlaicyzowanej Europie. Odpowiedź pozytywna na to pytanie nie zależy od synodów, encyklik, czy reform prawnych Kościoła, ale od moje postawy na co dzień. I twojej również.

Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | 1 komentarz