Kryzys Kościoła. Problem z interpretacją.

Nie potrzeba kończyć szkół medycznych by rozumieć taką oto sytuację: „Jeśli lekarz poprawnie rozpoznając objawy, na ich podstawie stawia błędną diagnozę to na wyleczenie choroby szanse są mizerne albo choroba minie sama albo pacjent umrze.

Podobnie dziś jest z polskim Kościołem. Na podstawie prawidłowych objawów wielu z nas stawia błędną diagnozę. Upadek kościelnych autorytetów jest bezdyskusyjny. Kompromitacja hierarchii i ogólnie rzecz ujmując stanu duchownego oczywista. Kościół jako instytucja uległ strasznej korozji i stąd mamy kryzys. Ludzie zmęczeni brudami Kościoła marzą o nowej, czystej, nieskalanej duchowości. Tylko więc głęboka reforma tej skostniałej instytucji może nas uratować przed wielką, spektakularną klęską.

Obawiam się, że tak właśnie nie jest. Skąd taka myśl? Z historii! Skandale w Kościele to sprawa stara jak samo chrześcijaństwo, upadek duchowieństwa również rzecz nie nowa. Na przestrzeni wieków nawet sami papieże nie raz i nie dwa byli przyczyną wielkiego zgorszenia. Zawsze jednak gdy Kościół jako instytucja popadał w poważne tarapaty, rodziły się wielkie ruchy oddolne. Ludzie rozczarowani hierarchią poszukiwali autentycznej duchowości gdzie indziej. Następował wysyp różnego rodzaju ruchów mistycznych, zakonów żebraczych, pojawiali się samozwańczy prorocy, wędrowni apostołowie, kaznodzieje. Rosły w siłę przeróżne sekty. Katarzy, Albigensi, zwolennicy Jana Husa i tak dalej. Wreszcie wielką odpowiedzią na skandale instytucjonalnego Kościoła była reformacja.

Dziś w Polsce nic takiego się nie dzieje, niczego takiego nie obserwujemy. Nie ma żadnej oddolnej próby stworzenia duchowości alternatywnej do instytucji Kościoła. Dlaczego? Odpowiedź jest boleśnie prosta. Polacy w swojej masie nie chcą już chrześcijaństwa jako takiego. Pragną „zachodniego” pogaństwa. Wielkie skandale Kościoła to tylko pretekst by się od tego chrześcijaństwa wreszcie uwolnić, wreszcie dać sobie spokój. Pretekst, który Kościół podał im na „złotej tacy”.

Chrześcijaństwo jest trudne, wymagające, męczące, rodzi dyskomfort i wyrzuty sumienia, jest przyczyną rozdwojenia jaźni, przecież większość Polaków w ogóle nie wierzy w to co wyznaje. Poglądy Polaków stoją w jawnej sprzeczności z nauką Kościoła. Jasne, że nie wszystkich ale przecież wystarczy się wsłuchać w głos Polaków wszędzie wokół nas. Śledzić wartości promowane w nowych mediach, słuchać ludzi na ulicy, w pracy, w barach, klubach, na spotkaniach rodzinnych i przystankach autobusowych, w praktyce od dawna chrześcijaństwa tam już nie ma. Obecne nagłośnienie skandali, skandali znanych wiernym polskiego Kościoła Katolickiego przecież od zawsze, to świetny pretekst by ten stan faktyczny usankcjonować oficjalnie. To świetna okazja by wreszcie formalnie ogłosić koniec Polski Katolickiej i wkroczyć do upragnionej pogańskiej Europy.

Tak stawiając problem widzimy, że żadne reformy Kościoła instytucjonalnego nic nie dadzą bo ludzie nie chcą Kościoła w ogóle. Podobnie robienie „słodkich oczu” do liberałów czy próba uczynienia z Kościoła „fajnego”, „rozrywkowego” przyjaznego dla wszystkich miejsca. Poważny człowiek Kościoła, który na siłę próbuje przedstawić wulgaryzmy i chamstwo jako spontaniczny akt radosnej twórczości jedyne co może osiągnąć to narazić się na śmieszność. Nie tędy droga.

Co więc pozostało tym nielicznym, którzy chcą jeszcze być w Polsce chrześcijanami? Trzeba nam żyć w świetle. Prosto, uczciwie, przyzwoicie. Mieć tak za tak, nie za nie. Trzeba żeby nasze życie było przejrzyste, krystalicznie czyste jak łza. Żadnych „trupów w szafie”, „żadnych brudów zamiatanych pod dywan”. Trzeba nam żyć tak jak to głosimy by czyny, myśli, słowa były ze sobą w zgodzie.

Nie jest to metoda spektakularna, ani rokująca szybkie efekty. Przeciwnie, na owoce możemy się nie doczekać w naszym życiu. Zanim Polacy zachłystną się pogaństwem i odkryją fałsz i pustkę tego błyszczącego sztucznym światłem świata bez wątpienia upłynie dużo czasu. Jak mawia mój kolega z pracy: „Ech, ciężko jest łatwo żyć” i być może wielu tym ‚łatwym życiem” bez wartości srogo się zawiedzie ale, że nastąpi to szybko na to bym za bardzo nie liczył.

Na co więc liczę? Na życie wieczne! Bo tak się składa, że jest to jedyna oferta Kościoła w której jest bezkonkurencyjny.

 

 

Bunt ulicy. Błąd interpretacji

Jednym z głównych haseł które jednoczy demonstrujących na ulicach ludzi jest: „Kobieta ma prawo decydować o własnym ciele!” Ja się w takim razie pytam: po co więc Wam jest potrzebna aborcja?

Nie lepiej od razu zadecydować, że będziecie rodzić tylko i wyłącznie zdrowe, śliczne, bezproblemowe bobasy? Nie da się? Nie możecie o tym decydować? To jak to jest z tym prawem decydowania o własnym ciele? Może jest tak że, rządzą nim odwieczne prawa biologii, a Wasz wpływ na nie jest dramatycznie niewielki? Może decyzje o własnym ciele to te na jaki kolor pomalować paznokcie i nie wiele więcej? Może właśnie w tym cała rzecz? Może bunt kobiet, to nie jest wyraz siły tylko zmęczenia.

Ciężka to sprawa być kobietą. Te cykle menstruacyjne, napięcia, skoki nastroju, babranie się co miesiąc z tymi podpaskami, tamponami, a jeszcze trzeba cały czas być czujną czy ubranie jest czyste czy nic nie widać czy nic się nie ubrudziło.

No i ta potencjalna ciąża stojąca jak „kat nad dobrą duszą”. Ciągła troska o to  by „nie zajść” z tym z kim nie trzeba. By „nie zajść” nie w czas, nie w porę, nie w tedy kiedy się nie chce. Do tego jeszcze odwieczne problemy z antykoncepcją, co wybrać, co stosować by było pewnie? Problemy z hormonami? Obce ciało, które wyjaławia naturalne środowisko pochwy, może trudy i samodyscyplinę metody naturalnej? Ale skąd brać na to czas i siłę? Wszystkie one mają swoje ograniczenia ale niech to, niech już będą upierdliwe tylko żeby przynajmniej były skuteczne ale nie, nie ma szans. Niech tylko trochę opóźni się okres już jest stres, ból głowy.

Tak, Pan Bóg mógł wymyśleć to lepiej, mógł bardziej ulgowo potraktować kobiety ale czy to jest wina Pis-u? Czy partia rządząca za to odpowiada? Może ataki na pana Kaczyńskiego to tak na prawdę głośny krzyk skierowany do polskich mężczyzn w ogóle?

Wszystko zostawiają na głowach kobiet, o wszystko One muszą się martwić. Męskiego wsparcia w trudach życia jest tyle co kot napłakał. Tylko pretensje, wieczne oczekiwania, kobiety to przecież maszyny do seksu a i nierzadko ofiary przemocy, agresji, męskiej szowinistycznej odwiecznej głupoty. Wielu mężczyzn na Facebooku deklaruje: „kobiety jesteśmy z Wami” czy na pewno? Czy jesteśmy z nimi w trudach życia dnia codziennego? Czy ten kraj to kraina przyjaciół kobiet czy może odwrotnie, to miejsce pełne mężczyzn nienawidzących kobiet?

Wielu katolików dzisiaj wierzy w tyle samo nośne co złudne hasło: „wszystko przez ten straszny, zły episkopat”! Za całe zło w polskim Kościele odpowiedzialność ponoszą hierarchowie i ich sojusz z władzą polityczną. Taki punkt widzenia świetnie usprawiedliwia „ochy” i „achy” wielu katolików gdy widzą rzesze ludzi z wulgarnymi hasłami na kartonowych banerach. Przecież oni nie plują na nas tylko na Kościół biskupów. To nie o nas, dobrych katolikach tylko o sojuszu „ołtarza z tronem”.

Może jednak to jest o nas? Może w Polsce różnica między katolikiem a nie-katolikiem sprowadza się do medalika na szyi bo w zachowaniu tego nijak nie widać. Może ten katolicyzm jest niedostrzegalny w mowie, uczynkach, zachowaniu, szacunku dla wartości w które rzekomo się wierzy? Skoro nie ma żadnej różnicy to po co przepłacać? Szkoda czasu i pieniędzy na taki Kościół.

Może właśnie dokładnie tacy jesteśmy jak ten bunt? Może po raz pierwszy w historii uczciwie, bez „ściemniania” pokazujemy prawdę o tym jacy jesteśmy? Używamy takiego języka jakim posługujemy się na co dzień, jesteśmy wulgarni, prostaccy, pełni jadu i nienawiści. Obrażamy ludzi których nie znamy. Wypisujemy o nich najgorsze świństwa z tą różnicą, że nie w Internecie tylko na kartonowych pudełkach. Nie potrzebujemy Dekalogu i nauki Kościoła bo wcale nie wierzymy w to co deklarujemy, że wierzymy. Chrześcijańskie wartości nie są dla nas bo nikt poza garstką szaleńców nie jest w stanie ich wprowadzić realnie w życie.

Może właśnie ten bunt to cała prawda o nas, tyle że nie tak fajna jak by się chciało? Nie przesadzajmy więc z tą pogłębioną interpretacją, może lepiej stwórzmy kolejnego mema o panu Kaczyńskim i jego kocie, nic to nie kosztuje a ubaw po pachy!

 

Teologia fotografii

W fotografii szukam minimalizmu, oszczędności, prostoty. Innymi słowy, fotografując szukam tego czego szukam w życiu.

W życiu poszukuję, tego co najprostsze. Prostych uczyć, wartości, sytuacji, relacji, zachowań. Staram się by Tak było Tak, a Nie było Nie bo reszta pochodzi od Złego.

Oczywiście prostota nie musi oznaczać – prostactwo. Przeciwnie, to co zwyczajne, potoczne, codzienne, normalne zobaczone pod odpowiednim kontem może się objawić jako harmonijne piękno.

Jasne, że nie ma nic złego w pięknie ośnieżonych szczytów Himalajów tyle że to nie dla mnie. Ja szukam tego co jest blisko, obok, na wyciągnięcie ręki. Szukam w powszedniości dnia codziennego. Staram się by tam gdzie spodziewamy się zobaczyć banał, znaleźć zachwyt, zdziwienie.

To prowadzi do kontemplacji stworzenia, że nie jest ono ani banalne, ani oczywiste przeciwnie, jest cudem! Kontemplacja stworzenia prowadzi prostą drogą do Stwórcy, do kontemplacji Boga.

Fotografowanie staje się teologią!

Przymusowa izolacja, a samooszukiwanie się.

Sytuacja w której dziś się wszyscy znajdujemy nie jest normalna. Jest całkowicie nienormalna. Jest zaprzeczeniem zdrowego społecznego funkcjonowania. Nieszczęście które spadło na świat, jest dla nas całkowicie nowe, nigdy nie byliśmy jeszcze w takiej sytuacji, w związku z tym próbujemy się w tym wszystkim odnaleźć jakoś tak ‚po omacku”. Wielu z nas próbuje obecną sytuację możliwe jak najbardziej oswoić, zrobić wszystko by przynajmniej udawać, że tak naprawdę niewiele się zmieniło, że jest tak jak było tylko trochę inaczej, tak bardziej wirtualnie.

Wielu ludzi robi wszystko by przekonać nas, że da się przenieść normalne, zdrowe, prawdziwe życie do „sieci”. Można za pomocą internetu, uczyć, leczyć a nawet uczestniczyć w życiu Kościoła. Są tacy, którzy przekonują nas, że patrzenie w pudełeczko mniejszych czy większych rozmiarów, siedząc na kanapie w domu, jest jak najbardziej realnym, prawdziwym uczestnictwem we mszy świętej, że istnieje coś takiego jak „komunia duchowa”, że można, jak się bardzo chce zastąpić spowiedź uszną, że drugi, brat, bliźni, nie jest tak naprawdę niezbędny, że wystarczą światłowody.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, kochające się małżeństwo na skutek przyczyn od nich niezależnych, musi przebywać przez jakiś czas w oddaleniu od siebie. Owszem może do siebie pisać, dzwonić, korzystać z nowoczesnych technologii, ale nie może się dotykać, pocałować, przytulić, pogładzić po włosach, poczuć zapach, ciepło ciała. Nie może się kochać fizycznie. Ci wszyscy wielbiciele nowych technologi mogą stawać na rzęsach, mogą zaklinać się i nas zapewniać, że za pomocą internetu da się wszystko ale wszystkiego się nie da, nie można się kochać przez internet!

Cud eucharystyczny który dokonuje się na ołtarzu podczas mszy świętej nie jest symbolem, nie jest wspomnieniem, nie jest pamiątką ostatniej wieczerzy, jest realnym zdarzeniem które się dzieje! Nie da się przyjąć Ciała Jezusa inaczej jak realnie, fizycznie, traktowanie uczty eucharystycznej jako czegoś jedynie duchowego to nic innego jak odejście od wielowiekowej nauki Kościoła Katolickiego, na rzecz poglądów głoszonych przez protestantów. Jeszcze przed pandemią wielu mówiło:”jestem wierzący owszem ale nie potrzebuję chodzić do świątyni, Bóg jest wszędzie, wierzę ale nie potrzebuję wspólnoty, wierzę ale po co mi się spowiadać przed jakimś księdzem”. Dziś wielu ludzi Kościoła mówi nam to samo!

Pieniądze, egzotyczne podróże, samochody, kariera, rozrywki, nowoczesne gadżety to były rzeczy i sprawy które wielu z nas zajmowały przed pandemią. Zaraza która przyszła na ten zmaterializowany globalny świat powinna zweryfikować w nas to co jest tak naprawdę ważne, a tak naprawdę ważny jest ten drugi, kontakt z nim, bliskość, dobry dotyk, ciepło. Możliwość patrzenia sobie w oczy bez strachu. Braterskie klepnięcie w plecy, podanie sobie ręki i słowa: pokój nam wszystkim”.

Dobry Bóg wyprowadził nas na pustynie abyśmy z realiów tego pustkowia zobaczyli czego tak naprawdę nam potrzeba do życia, czego nam brakuje, o co powinniśmy zabiegać. Nie wyprowadził nas po to abyśmy możliwie jak najwygodniej umościli się na tej pustyni. Mamy tęsknić, potrzebować, szukać, zmieniać się. Pustynia jest po to żeby się nawracać. Im nam bardziej niewygodnie, źle, trudno na tej pustyni tym lepiej dla nas, tym nasza tęsknota za drugim, za bliźnim jest większa. Jeśli dobremu Bogu spodoba się nas z tej pustyni wyprowadzić, jest szansa, że: wyjdziemy z tego lepsi, bardziej wrażliwi, współodczuwający. Jeśli uwierzymy w nieprawdziwy, wirtualny świat wykreowany przez internet, staniemy się jeszcze bardziej egocentryczni, zamknięci, samolubni, wyobcowani.

Żonaty ksiądz.

W dyskusji, jaka rozgorzała ostatnio z nową mocą na temat kapłaństwa żonatych mężczyzn, czy całkowitego zniesienia celibatu w Kościele Katolickim, pojawiają się argumenty, tyleż pełne dobrej woli i troski, co naiwności. Przyjrzyjmy się tym najbardziej popularnym.

Pierwszy argument wypływa z odniesienia do historii Kościoła, samych jego początków i brzmi bardzo prosto:”na samym początku tak nie było”. Cóż, tęsknota za powrotem do korzeni jest tak stara jak sam Kościół. Wystarczy chociażby tylko przypomnieć sobie wielki ruch braciszków od św.Franciszka postulujący Kościół ubogi, Kościół, który niczego nie posiada. Spór o to, czy Jezus był ubogi, czy posiadał jakieś dobra na własność, z niezwykłą erudycją, pasją i wątkiem kryminalnym w tle przybliża nam wszystkim Umberto Eco w swojej genialnej książce „Imię Róży”.

Zakonom żebraczym, takim jak franciszkanie, czy dominikanie można jak sądzę sporo zarzucić, ze świętą inkwizycją i „Młotem na czarownice” na czele, ale na pewno nie to, że są to zakony ubogie!

42 Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba11 i w modlitwach. 43 Bojaźń ogarniała każdego, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów 44 Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne12. 45 Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby. 46 Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali posiłek z radością i prostotą serca.47 Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś przymnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia.(Dz 2,,42 47)

W Kościele i dziś nie brakuje ludzi odważnych, zaangażowanych, pełnych pasji, sądzę jednak, że nawet najbardziej radykalni z nich sceptycznie zapatrują się na możliwość przekształcenia Kościoła Katolickiego we wspólnotę ludzi niczego nie  posiadających na własność i żyjących wszyscy razem w jakiś komunach.

Kościół historyczny osadzony jest zawsze w realiach swoich czasów, myśli i działa tak, jak dana epoka. Przeniesienie realiów, czy myślenia sprzed stu, dwustu, czy dwóch tysięcy lat na grunt dzisiejszy jest zwyczajnie niewykonalne.

Drugi koronny argument zwolenników zniesienia celibatu w Kościele to twierdzenie:”Co taki ksiądz może wiedzieć o życiu rodzinnym, czy małżeńskim?” Równie dobrze takie pytanie mógłby zadać alkoholik swojemu terapeucie: „Nigdy nie obudziłeś się we własnych wymiotach, na potwornym kacu, nie pamiętając kompletnie nic z ostatnich kilku godzin swojego życia, to co ty możesz wiedzieć o uzależnieniu!? ” Albo chory na raka lekarzowi:”Nie żyjesz z podpisanym wyrokiem, nie umierasz z bólu i ze strachu, nie faszerują cię trucizną, która podobno jest lekarstwem, więc co ty możesz wiedzieć o nowotworze!?”

Czy fakt spłodzenia trójki, piątki, czy nawet dziesiątki dzieci czyni mnie ojcem? Czy fakt, że posiadam dzieci czyni mnie ekspertem od ich wychowywania? Bycie w wieloletnim związku z kobietą czyni ekspertem od płci pięknej? Śmiem twierdzić, że wiele kobiet w konfesjonale mówi księdzu o sprawach, o których nigdy nie powie własnemu mężowi. Śmiem twierdzić, że konfesjonał to miejsce, w którym księża zdobywają wiedzę o naturze człowieka, która nam zwykłym śmiertelnikom dana jest bardzo rzadko.

Ksiądz to nie zawód, to nie praca na etacie od ósmej do szesnastej. To powołanie absorbujące siły, myśli i czas. Czy można je skutecznie realizować kiedy trzeba zawieść syna na basen, iść na wywiadówkę, na zakupy do marketu i załatwić przy okazji setki spraw? Nie zaniedbując potrzeb żony i samego siebie, czy da się jeszcze wygospodarować czas dla owczarni? Ryzyko, że zawsze coś będzie się odbywać kosztem czegoś jest bardzo duże, albo to będzie ojciec i mąż, którego nigdy nie ma w domu albo ksiądz, którego nigdy nie ma w parafii, albo ksiądz – robot nie mający czasu na modlitwę, kontemplację, własny rozwój duchowy. Czy wyeksploatowany do granic możliwości kapłan to faktycznie ratunek dla Kościoła?

Sprawa celibatu to temat bez wątpienia ważny dla samych księży, ale czy kluczowy dla odnowy Kościoła? Dla świeckich w Kościele? Nie jestem fanatykiem celibatu, nie przeraza mnie wizja żonatych księży, nie sądzę jednak, że jego zniesienie znacząco zmieni oblicze Kościoła. Co mogłoby je zmienić? Święcenia kapłańskie dla kobiet. Przecież, czy żonaci, czy nie, ciągle mówimy o mężczyznach. Przewietrzenie tego towarzystwa, wpuszczenie świeżego powiewu w postaci innego myślenia, innej mentalności, wrażliwości, innego widzenia świata, kobieca ręka wśród pasterzy, to mogłoby zmienić oblicze owczarni. Czy jednak dzisiejszy męski Kościół jest skłonny dzielić się władzą dusz z kobietami? Sądzę, że nie.

 

 

Powołanie

W Polsce jeszcze do niedawna temat celibatu i święceń kapłańskich dla żonatych mężczyzn pojawiał się rzadko, po cichu, gdzieś na marginesie poważnych teologicznych dyskusji. Polski Kościół był potężny, niezachwiany, nie dotyczyły go żadne afery. Pełen tłumów, a do seminariów rok w rok zgłaszało się wielu młodych mężczyzn chętnych wstąpić na drogę kapłaństwa. Nie było wielkiej potrzeby toczyć debaty na temat celibatu.

Dziś wszystko się zmieniło, wielka rzeka powołań zdaje się coraz wyraźniej wysychać. Coraz częściej pojawiają się głosy, że Kościół z uporem obstający przy wyświecaniu na księży wyłącznie nieżonatych mężczyzn trwa w jakimś anachronizmie. Z maniackim uporem chce utrzymać rozwiązania nie zrozumiałe w dzisiejszych czasach, w brew naturze i bardziej szkodzące niż niosące pożytek.

Czy jednak problem dotyczy tylko powołań do  stanu duchownego? Czyż podobnie sprawa nie wygląda z powołaniami na przykład do małżeństwa? Czyż nie mamy do czynienia z problemem powołań jako takich, powołań w ogóle?

Statystyki mówią wyraźnie, że coraz więcej młodych ludzi w Polsce decyduje się na związki pozamałżeńskie. Coraz więcej twierdzi, że „papierek” w związku nie jest im do niczego potrzebny. Coraz więcej mamy w naszym kraju rozwodów, rozbitych rodzin, związków patchworkowych. Czy to by nie znaczyło, że i instytucja małżeństwa to jakiś anachronizm? Czy i tutaj nie należałoby wprowadzić jakiś zmian? Na przykład zliberalizować przysięgę małżeńską. Wyrzucić z niej takie anachronizmy jak uczciwość i wierność, zostawić samą miłość i oczywiście zamienić:”do końca życia”, na jakieś mniej radykalne:”o ile nam się uda”;”dopóki, nie uznamy inaczej”,”jak Bóg i czas zechcą”?

Powołanie to nie zawód, to nie hobby, to nie jest pomysł na samorealizację. Powołanie to misja, to poświęcenie siebie jakiejś sprawie. Wiara w to, że jest coś do zrobienia, zmienienia, ulepszenia czegoś. To wiara w to, że to coś mogę i powinienem zrobić właśnie ja.

W roku 1989 upadł w Polsce komunizm, po ciężkim i bolesnym okresie transformacji dotarliśmy w końcu do tablicy z wielkim napisem „demokracja zachodnia”. Stwierdziliśmy wtedy niemal zgodnie, że to wreszcie koniec drogi, że dalej iść już nie trzeba, że dalej iść już nie ma gdzie i nie ma  poco. Teraz wreszcie należy się zatrzymać, okopać, dorobić, umościć sobie wygodne gniazdko. Gdy tylko na horyzoncie pojawiają się jakieś wybory czy to parlamentarne czy prezydenckie, wielcy i mądrzy ludzie w tym przekonaniu nas tylko utwierdzają. Wmawiają nam, że głosowanie to nie tylko nasz przywilej i nasze prawo ale przede wszystkim nasz obowiązek. Każdy kto myśli inaczej jest nie tylko nie mądry i nic nie rozumie ale wręcz jest szkodliwy i niebezpieczny. To jakiś oszołom, mitoman albo i nawet faszysta!

Demokracja zachodnia to system:”my na was głosujemy, a wy zarządzajcie”, my w tym czasie będziemy pracować, dorabiać się, zarabiać pieniądze, a jak wasze rządy nam się nie spodobaj to was zmienimy za cztery lata. To system kupno – sprzedaż. My wam sprzedajemy nasze głosy, a wy je kupujecie obietnicą, że wszystkim się zajmiecie w taki sposób, żeby nam nie utrudniać życia czyli dorabiania się, kupowania rzeczy, bogacenia. W tym systemie ważne jest dobrze kupić i dobrze się sprzedać, skorzystać z szansy, nie przegapić okazji, promocji. W tym systemie ksiądz to zawód jak każdy inny, a małżeństwo to nie żadna misja tylko dobrze pojęty interes pod tytułem „gospodarstwo domowe”. Zawód, gdy czujesz się wypalony możesz i powinieneś zmienić na inny. W przypadku interesu skoro nie idzie tak jak to sobie wyobrażaliśmy trzeba renegocjować warunki, zmienić partnera albo całkowicie zamknąć.

Chrześcijaństwo w systemie kupno – sprzedaż nie jest Drogą pełną poświęceń i wyrzeczeń ale starą, sentymentalną tradycją w którą można się pobawić w czasie wolnym od pracy.

Kryzys Kościoła!

W chwili, gdy człowiek podniósł rękę na Boga, przybił Go do krzyża, powiedział:”Nie chcemy Cię”;”Nie potrzebujemy, tylko nam mącisz w głowach!”;”Wolimy Barabasza!”, rozpoczął się wielki kryzys chrześcijaństwa, który trwa po dzień dzisiejszy.

Wielki, potężny Kościół, Kościół dumny, bogaty, zadowolony sam z siebie jest Kościołem nieautentycznym, nieprawdziwym. Jest kłamstwem, pozorem, oszustwem. Natomiast Kościół na kolanach, Kościół słaby, grzeszny, pełen brudu, to Kościół, który mówi nam prawdę o nas. Pokazuje:”Tacy jesteśmy”;”Taka jest jakość naszej wiary, naszego chrześcijaństwa”.

Kościół, który drażni, męczy, przeszkadza, pokazuje prawdę, Kościół, który jest naszym lustrem, to dobry Kościół. Kościół miły, fajny, sympatyczny i przyjazny przestaje pełnić swoją funkcję. Dziś wiele osób stawia pod adresem Kościoła zarzut:”W moim Kościele nic się nie dzieje”,”W mojej parafii niczego się nie organizuje”. „Księża nie mają charyzmy”! A niby co ma się dziać, czego oczekujesz, celebrytów w sutannach?

Jeśli komuś się marzy spektakl, powinien się wybrać do teatru. Jeśli chcesz widowiska w wielkim stylu, świetnie się do tego nadaje kino pełne efektów specjalnych. Cuda, dziwy i królik wyciągnięty z kapelusza to domena cyrku. Na tańce i pląsy świetnym miejscem jest dyskoteka. Chcesz hal sportowych wypełnionych po brzegi ludźmi, idź obejrzeć polskich siatkarzy, ci faceci umieją zrobić świetne widowisko! Kościół nie jest od dostarczania rozrywek, jest od ratowania duszy.

Tak samo jak w Kościele, tak w naszych duszach pełno jest brudów zamiecionych pod dywan, trupów w szafie, kłamstwa, a to nie są sprawy rozrywkowe, są to sprawy bardzo poważne.

Wchodzisz do budynku Kościoła, a tam tylko kilka starszych pań cicho modlących się na różańcu, myślisz sobie jak tu smutno i pusto. Pomyśl inaczej, że jutro ty będziesz starszą panią, starszym panem. Myślisz sobie, że masz jeszcze czas? Teraz jest pora na rozrywkę i zabawę, a na refleksję, zadumę, ciszę będzie czas kiedy indziej? Nie masz już czasu.

„Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie” (Mt 5, 1 – 12a).

Ślepnąc od świateł.

Jesteśmy coraz bogatsi. Mamy coraz więcej pieniędzy i rzeczy. Żyje nam się coraz wygodniej i lepiej. To dobro które nas otacza z zewnątrz zaczyna również promieniować do naszego wnętrza. Jesteśmy po prostu dobrymi ludźmi. Dostrzegamy to w duchu, a i coraz częściej publicznie, na forum, mówimy głośno: „Dobrze, że nie jestem jako ten celnik, jak ten fundamentalista, fanatyk, oszołom, homofob”.

Jesteśmy nowocześni, otwarci, tolerancyjni i nic na nam nie przeszkadza, nic nie męczy, nasze sumienie jest spokojne. Wiemy dobrze, że każdy ma swoją rację, każdy ma prawo, a prawda zawsze leży gdzieś po środku. Właśnie tak! Staliśmy się wyznawcami „prawdy środkowej”. Z radością i ochotą przyjęliśmy jako własną filozofię Poncjusza Piłata: „Cóż to jest prawda?”. Nasze ręce są czyste, umyte.

33 Wtedy powtórnie wszedł Piłat do pretorium, a przywoławszy Jezusa rzekł do Niego: «Czy Ty jesteś Królem Żydowskim?» 34 Jezus odpowiedział: «Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?» 35 Piłat odparł: «Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?» 36 Odpowiedział Jezus: «Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd». 37 Piłat zatem powiedział do Niego: «A więc jesteś królem?» Odpowiedział Jezus: «Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie14. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu». 38 Rzekł do Niego Piłat: «Cóż to jest prawda?» (J 18 33,38)

Oczywiście, że tak ale czasy są inne. Co mam robić: „Założyć sandały, skórę z wielbłąda, rozdać wszystko co mam i jeść szarańczę?” Nie przesadzajmy! Coś mi się przecież należy od życia, przecież mam prawo, jestem tego warty. Trzeba znaleźć jakiś rozsądny kompromis, złoty środek. „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”.

Nie jestem ideałem, mam swoje małe i duże słabości, nałogi, obsesje ale nie przesadzajmy, ogólnie rzecz biorąc jestem dobrym człowiekiem. Moje sumienie jest czyste.

Wygoda nas rozleniwia, dobrobyt usypia, nic nam się w życiu nie pali i nie wali więc wszystko jest tak jak trzeba. Nie widzimy problemu. Głuchniemy od hałasu. Ślepniemy od świateł!

Teoria Wszystkiego

Wielu pobożnych katolików zastanawia się nad istotą grzechu. Czy to, co robię lub zrobiłem, co myślę lub myślałem wcześniej, to już jest grzech, czy jeszcze nie? Jeśli moje myśli lub postępowanie są grzeszne, to czy jest to grzech lekki, czy ciężki? A może półciężki, średnio lekki, nie do końca ciężki? Gubimy się w domysłach i rozterkach duchowych, a ci, którzy niejako z definicji powinni nam w tym pomagać tylko sprawy gmatwają. Jeden ksiądz mówi to, drugi tamto. Ten teolog jest takiego zdania, a tamten mu wręcz przeczy i krzyczy: „Ależ skąd, nie masz racji!”

Gdyby tak dało się znaleźć jedną odpowiedź na wszystkie pytania. Jedną prostą formułę wyjaśniającą wszystkie dylematy. Gdyby tak można było stworzyć: Teorię Wszystkiego!

Świat, w którym żyjemy jest niezwykle skomplikowany, a życie jakie prowadzimy nie jest czarno-białe. Nie przypomina animowanych kreskówek dla dzieci, w których od początku wiadomo kto jest czarnym, a kto białym charakterem. Taka teoria wydaje się więc niemożliwa. Nie do wymyślenia. Każdy problem, dylemat, każdą rozterkę musimy rozpatrywać indywidualnie, zawsze patrząc na kontekst.

Jednakoż  fajnie i inspirująco jest podejmować próby robienia rzeczy niemożliwych, może by tak jednak warto spróbować stworzyć taką Teorię Wszystkiego? Od czego należałoby zacząć? Oczywiście na początek trzeba ustalić jakieś założenie wstępne. Znaleźć pewnik. Aksjomatem dla każdego chrześcijanina jest to, że Bóg jest Stwórcą, a Szatan niszczycielem. Tworzenie, działanie, kreowanie to domena boskości, a niszczenie, demolowanie, chaos to poletko diabła.

Kiedy więc nasze myśli lub czyny prowadzą nas do budowania, jako działanie pochodzące od Boga muszą być dobre, a to co wprowadza chaos i zniszczenie, jako domena szatańska jest bez wątpienia złe i grzeszne. Oczywiście nie chodzi tutaj o intencje, przesłanki i motywy, ale zawsze o konsekwencje.

Na przykład ktoś może powiedzieć, że budowanie broni palnej jest bez wątpienia aktem twórczym, często wręcz pełnym inwencji i polotu. Czyż to nie jest akt pochodzący od samego Boga? Jednakże konsekwencją używania broni palnej jest zawsze ból, cierpienie, a nawet śmierć, czyli zniszczenie, a więc zdecydowanie poletko Szatana. Niszczenie nigdy nie jest dobre, zawsze jest grzeszne, tak więc bez względu na to, co by nam nie mówili inni, bez względu na wszelkie próby usprawiedliwiania przemocy z użyciem broni, na teorie o obronie koniecznej, sprawiedliwej wojnie i tak dalej, my wiemy dobrze, broń palna to coś co niszczy, a więc bez względu na opinie innych, ja wiem swoje: nie kupuję, nie produkuję, nie sprzedaję i nie używam broni palnej, bo to zniszczenie, czyli poletko Szatana i grzech.

Bóg to tworzenie, Szatan zniszczenie i chaos. Wszystko co prowadzi mnie do wzrastania, budowania, rozwoju jest dobre. Wszystko co zadaje rany, ból i zniszczenie  mojemu bliźniemu albo mnie samemu, to działanie szatańskie, a więc grzech.

Taką Teorię Wszystkiego można stosować dokładnie w każdej sytuacji. Wystarczy, że zastanowimy się nad skutkami naszych myśli lub czynów. Jeśli w konsekwencji doprowadzą one nas do budowania, wiemy, że robimy dobrze i nie ma mowy o grzechu. Jeśli jednak nasze działania, mimo dobrych intencji, czy słusznych przesłanek prowadzą do zniszczenia, znaczy to niechybnie, że wkraczamy na pole Szatana i grzechu.

Teoria Wszystkiego nie jest oczywiście pogardą wobec opinii innych, dobrych rad, czy aroganckim: „ja wiem lepiej”. Jest wewnętrzną busolą, którą powinien posiadać każdy chrześcijanin, kompasem, którego używamy w tych sytuacjach, kiedy wskutek natłoku wątpliwości i sprzecznych opinii nie wiemy jaki obrać kierunek. Jest wiarą w to, że na ten nasz wewnętrzny kompas działa nie tyle pole magnetyczne, co sam Bóg!

 

 

Nadzieja

Nasz portal Deon.pl zaproponował niedawno ciekawy konkurs, rzecz dotyczyła nadziei. Tematu ważnego dla każdego z nas. Absolutnego fundamentu naszej wiary, a i przecież podstawy funkcjonowania człowieka nie wierzącego. Nadzieja bowiem to silnik. Maszyna napędzająca nas do działania, wstawania z łóżka, kroczenia wbrew trudnościom dnia codziennego, stawiania czoła małym i dużym tragediom naszego życia. Kiedy padamy, kiedy świat się wali w gruzy to właśnie ona – nadzieja daje nam siły by powstać, walczyć dalej.

Czym jest ta siła? Skąd się bierze? Kto ją daję? Bez wątpienia nadzieja nie jest naiwnością, nie jest banalnym optymizmem, nie jest pobożnym życzeniem w stylu: „Jakoś to będzie”. Czym w takim razie jest?

Dawno, dawno temu była sobie dziewczyna, która podarowała mi wiersz. Niestety nie pamiętam autora ( jeśli ktoś z was go zna, bardzo proszę o informację) ale treść utworu mam w głowie po dziś dzień:

Nie bardzo wiem poco to wszystko

Ale chcę pragnę muszę

Nie bardzo wiem czego chcę

Ale wiem że chcę na pewno wiem że muszę

Czasami jest tak, że głupie, podłe zło, okrutne w swoim braku logiki stawia pod znakiem zapytania sens tego świata i to, że ktoś wymyślił go dobrze. Czasami jest tak, że w niebo już nie wierzy się wcale, a w piekło wcale wierzyć nie trzeba bo żyje się w nim na co dzień. Czasami jest tak, że już nie wiesz po co to wszystko, że ci się nie chce, nie masz siły, nie masz wiary i ochoty. Czasami jest tak, że masz ochotę machnąć na wszystko ręką, odpuścić, podać się, przegrać ale mimo to albo wbrew temu trwasz przy Nim. Choć by się waliło i paliło jesteś przy Nim bo wiesz, że warto. Nie znasz żadnych odpowiedzi, same pytania ale na jedno pytanie odpowiedź znasz: wiesz, że zawsze warto w Niego wierzyć, trwać przy Nim. Na pewno wiesz, że warto.

To właśnie jest nadzieja, nadzieja w wymiarze chrześcijańskim.