Brat syna marnotrawnego.

Dziś taka zmyślona opowieść:

Wyobrażam sobie starego, sędziwego księdza, który dożywa swych dni w domu starców, w tej umieralni dla nikomu już niepotrzebnych kapłanów seniorów. Nikt go nie odwiedza, nikt o nim nie pamięta. Zostały mu już tylko wspomnienia, ale i z nich nowoczesny, transparentny, świadomy, młody świat chce go okraść. Dziś bycie księdzem nie jest dobrze widziane, nie jest powodem do dumy. Dziś to coś, z czego trzeba się tłumaczyć, to coś podejrzanego, wstydliwego, dziwnego, nienormalnego. Coś, co trzeba obejrzeć dokładnie pod lupą. Dziś mówią, że wszyscy księża są chciwi, że wszyscy są łasi na pieniądze, że wszyscy chcą się dorabiać, mają kochanki, nieślubne dzieci, albo to geje, pedofile, zboczeńcy.

On się nie dorobił, nie był chciwy, potrzebował bardzo mało, tyle co nic. Nie miał  kochanek, dzieci, nikogo nie molestował, nie wykorzystywał, nie gwałcił. Całe swoje życie oddał innym, całe swoje powołanie, kapłaństwo, celibat, poświęcił dla drugiego. Żył tak jak trzeba, po Bożemu, przyzwoicie.

Pewnie, że wielu z jego braci w kapłaństwie chciało pieniędzy, bogactwa, luksusu, władzy i seksu. Jak najwięcej seksu. Jasne, że tak. Chcieli mieć wspaniałe, światowe życie, uważali, że to im się należy, że mają prawo, mają dużo więcej praw niż ci wszyscy kmiotkowie, prostaczkowie, parafianie.

O tak! Z nich będzie wielka radość w Niebie, bo zaiste byli wielkimi grzesznikami. Bez wątpienia wielu z nich zdążyło już się nawrócić. Wiadomo, wraz z wiekiem spada zapotrzebowanie na światowość i seks, a wzrasta zapotrzebowanie na święty spokój. Starość dopomina się o swoje, a zdrowie już nie takie jak kiedyś, wiadomo: „jak trwoga to do Boga!” Tak: „trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się”. Tak, dla nich już tuczą cielce na ucztę, bo byli odrażającymi grzesznikami, a nawrócili się. Wyspowiadali. Ukorzyli przed Nim.

Na niego nie czeka wielka uczta, nikt go nie będzie witał z transparentami w Niebie. Może co najwyżej św Piotr klepnie go w plecy i szepnie do ucha:”Dobra robota!” A może nawet i to nie, kto to wie?

Nie ma jednak pretensji i żalu do nikogo, nikomu nie zazdrości. Gdy swoją starą, pooraną zmarszczkami twarz skieruje do lustra, nie musi odwracać wzroku. Nie ma się czego wstydzić. Gdy wreszcie położy się do łóżka i sen nie przychodzi, wiadomo starość to wielka przyjaciółka bezsenności, pod powiekami nie harcują mu demony, upiory przeszłości. Pojawiają się trochę sentymentalne, trochę melancholijne, ale jednak dobre obrazy z uczciwie przeżytych lat. Zamykając oczy jest spokojny, gotowy, bezpieczny – Marana tha!

Dziś wielu mówi: trzeba ten system zmienić, uszczelnić, poddać większej kontroli, uczynić bardziej transparentnym. Cała jednak rzecz w tym, że ten system jest jak PRL, jego się nie da ulepszyć, on jest niereformowalny!

W tym systemie pomyliliśmy Miłosierdzie Boże z pobłażliwością, konfesjonał z zsypem na śmieci. Owszem, na kartach Ewangelii mamy dużo prostytutek, złoczyńców, celników, marnotrawnych synów, ale to nie oznacza, że Jezus mówi do nas: „Bądźcie tacy jak oni, a Ja wam załatwię zbawienie”! Jezus przyszedł na świat z dokładnie odwrotnego powodu, mówi nam : „Nie bądźcie już więcej tacy jak oni, bądźcie tacy jak Ja!”

Uczyniliśmy sobie z chrześcijaństwa system religijny, filozoficzny, moralny etc., ale bycie uczniem Jezusa to nie system, to : nieustanne noszenie w sobie drugiego! Tylko tyle i aż tyle!

 

Dobry Pasterz

Gdyby tak spojrzeć na sprawę oczami Józefa, tego milczącego, dyskretnego świętego, właśnie dowiedział się, że jego ukochana jest w ciąży, bynajmniej nie z nim. Dobra, niech będzie, przyjmuje do wiadomości, że to cud, że to za sprawą Ducha Świętego, że to pierwsze i jedyne w historii ludzkości niepokalane poczęcie i przytrafiło się akurat jego Marii.

Tylko co ma z tym faktem zrobić? Ma wszystkim na lewo i prawo opowiadać, że to nie tak, jak myślą, że to nie jest tak, jak mogłoby wyglądać na pierwszy rzut oka, że owszem, może i fakty są takie, a nie inne, ale sprawy mają się zupełnie inaczej? Ma to, kurcze, opublikować na Facebooku? Na pewno mu uwierzą. Bez wątpienia zrozumieją, że jego umiłowana, jako jedyna na świecie zaszła w ciążę za sprawą Ducha Świętego. Jasne.

Chcemy wierzyć, że podejmując decyzję, nie kieruje się ślepym posłuszeństwem, obowiązkiem, że ta sytuacja to nie jest dla niego ślepy zaułek, z którego nie ma dobrego wyjścia, chcemy w jego decyzji widzieć wielką wiarę. Wiarę w to, że jego Pasterz go zna, a on zna swojego Pasterza, że mu ufa, że powołanie, do którego go wezwał, choć trudne i wymagające, jest dobre i co więcej, jest właśnie dla niego, że to on, właśnie on – Józef z Nazaretu, jest tym facetem, który najlepiej nadaje się do tego powołania.

Bierze ją do siebie, godzi się z faktem, że to nie on jest ojcem dziecka, że ludzie zawsze będą gadać i stara się żyć jak najlepiej umie. Po początkowym zamieszaniu sytuacja się normuje. Ona stara się być typową „matką polką”, dobrą katoliczką. Mają gromadkę dzieci, stosują NPR, jakoś sobie to życie układają… No nie, tym razem też nie. Maria nie jest typową żoną i matką, posłuszną katoliczką. W ogóle nie uprawiają seksu, nie mają gromadki dzieci. Poza tym pierworodnym, tym, z którego poczęciem było tyle zamieszania, w ogóle nie mają dzieci. Gdyby spojrzeć naszymi oczami na małżeństwo Józefa bez wątpienia nie da się o nim powiedzieć, że jest – „normalne”. Jest zupełnie – nie normalne, odstające od normy, dziwaczne, wielu by powiedziało wręcz, że jest niezdrowe.

Gdyby powiedzieć Józefowi, że do jego żony chcą uciekać się o pomoc wszyscy ci, którzy są nietypowi, nienormalni, niestandardowi seksualnie, wyobcowani, ci, których ludzie mają na „językach”, czy byłby zdziwiony?

Lubimy myśleć, że cała owczarnia jako taka idzie za Pasterzem w dobrym kierunku, że wszystko z nią w jak najlepszym porządku, że to tylko kilka wilków przebrało się w owczą skórę i psuje jej wizerunek, że kilku tych, którzy mieli przewodzić owczarni pobłądziło, owszem, niektórzy nawet bardzo, ale bez przesady, nie oznacza to jeszcze, że cała owczarnia błądzi. Lubimy myśleć, że ci, którzy twierdzą inaczej to oszołomy, dziwacy, lewacy, „protestanci”.

Uważamy się za takich mądrych i świętych, uważamy, że jak odbębnimy codziennie pacierz i niedzielną Mszę, to „z urzędu” wejdziemy do Nieba, bo któż na nie bardziej zasłużył? Ci, którzy mają więcej niż dwoje dzieci, podobno otwarci na życie, dziecioroby jedne, żyjące na koszt państwa? Księża, którzy mają czelność wzywać nas do nawrócenia, grzesznicy gorsi od nas? Ci, którzy opowiadają, że spotkali Jezusa, który działa w ich życiu cuda, wariaci? A może jest właśnie odwrotnie, może to tylko tych kilku „szaleńców bożych”, tych kilku świętych poszło tak naprawdę, uczciwie za Nim, odrzucając mądrości tego świata, a my „owczym pędem”, bezrefleksyjnie pędzimy ciągle za fałszywymi prorokami, ciągle mamy kreatywne podejście do Prawdy, wybieramy sobie to, co nam pasuje, a to, co jest niewygodne odrzucamy.

Tęczowa Matka Boska czyli wojna o wartości

Budzę się rano, obok mnie leży Ona. Od ponad dziesięciu lat ta sama kobieta. Jest piękna, niesamowicie piękna. Zmienia się, starzeje. Jej uroda z wiekiem dojrzewa, ze słodkiego, uroczego pączka z czasem rozwinęła się w przecudnej urody kwiat. Subtelnieje i nabiera klasy, jest doskonała. Czy jest jak wino? Nie, bo ja nie znam się na winach, zresztą w ogóle już nie piję alkoholu. Nie potrzebuję. Jest jak spełniające się marzenie, kobieta – moja miłość.

Wtulam się w nią i czuję jej zapach, jej ciepło, to jest wartość w którą wierzę. To jest wartość, którą pragnę przekazać dzieciom. Co z tym zrobią? Nie wiem.Gdzie pójdą? Jakie ideały wybiorą? Co ich w świecie zachwyci, a co odrzucą jako przestarzałe i nie potrzebne? Nie mam pojęcia. Dzieci to nie moja własność, mają prawo do własnych wyborów. Ja mogę im tylko zapakować plecak na drogę. To co im tam włożę zabiorą w nieznane na zawsze. Nie wiem czy z tego skorzystają, zrobią użytek ale to tam zawsze będzie. Może kiedyś, kiedy nie będzie już nas, odszukają stary plecak, strzepną kurz i zaczną przeglądać zawartość.

To takie stare i sentymentalne – pomyślą – takie nie na czasie. Ale jak on pięknie kochał moją mamę! Jak się nią zachwycał! Jak pięknie o niej mówił! Jak wielbił jej ciało!

 

Dziś namalowali tęcze Matce Boskiej, jutro pewnie domaluje Jej ktoś wąsy i brodę, po jutrze jeszcze coś. Ile już tego było? Ile afer, aferek, skandali, skandalików, wojenek, pyskówek, krzyków i demonstracji ulicznych?  Potrwa to pięć minut, do następnego razu, do następnej rozróby, następnych kamieni rzucanych między barykadami. Ja w tym nie uczestniczę, nie mam ochoty, nie wypowiadam się.

Otulam się ciepłą, spokojną miłością małżeńską i wkładam tą wartość do plecaka na podróż dla dzieci. Nie wiem gdzie poniosą ten plecak ale wiem, że zawsze będzie z nimi – nie przeminie!

Miłość to nie pluszowy miś!

Jezus ukazuje się uczniom nad Jeziorem Tyberiadzkim i pyta Szymona Piotra: „czy mnie kochasz?” Aby wyjaśnić znaczenie tego pytania wielu odwołuje się do greki. W oryginalnym tekście szuka odpowiedzi dlaczego pada ono aż trzykrotnie. To właśnie niuanse językowe starożytnego języka mają nam dać odpowiedź, co Jezus miał na myśli pytając Piotra trzy razy, czy jest pewien swojej miłości do Niego.

Czy jednak faktycznie potrzebujemy aż tak skomplikowanej egzegezy, by na własne potrzeby zrozumieć sens opisywanego zdarzenia? Przyjrzyjmy mu się bliżej. Oto Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni uczniowie Jezusa wypływają na jezioro, by łowić ryby. Przez trzy lata chodzili z Mistrzem i słuchali jego nauki, posłani przez Niego czynili cuda, wypędzali złe duchu. Na własne oczy widzieli jak ich Nauczyciel wskrzesił Łazarza. W końcu, w Jerozolimie byli świadkami Jego męki i zmartwychwstania. To do nich jako pierwszych przybiegła Maria Magdalena z niesamowitą wiadomością : „Widziałam Pana”! Tomaszowi Jezus mówi, aby swoje własne palce włożył w Jego rany na rękach i przebity bok, jeśli nie wierzy w Jego zmartwychwstanie. I co? I nic. Po tym wszystkim wracają do swych zajęć, łowią ryby, żyją tak, jak wcześniej. Czy wierzą w zmartwychwstanie? Jasne, że tak. Czy kochają Jezusa? Oczywiście. Czy ta miłość ich w jakiś sposób przemienia – nie. Łowią ryby.

Pytanie Jezusa skierowane do Piotra, jest jednocześnie pytaniem skierowanym do każdego z nas. Czy miłość, którą wyznajesz w jakiś sposób ciebie odmienia? Kiedy mężczyzna mówi „tak” kobiecie i kiedy kobieta mówi „tak” mężczyźnie, to zmienia ich życie diametralnie. Przestają już chodzić tylko własnymi drogami, tam gdzie chcą. Przestają robić już tylko to co im się podoba. Przeciwnie, gdy ksiądz opasze ich ręce stułą, bywa, że chodzą tam gdzie nie chcą – bo kochają. Czy podobnie się ma z naszą miłością do Jezusa? Czy ta decyzja, że chcemy Go kochać faktycznie nas przemienia? Czy bycie Jego uczniem sprawia, że jesteśmy już całkiem inni? Być może jest z nami podobnie jak z apostołami, deklarujemy: „Tak Panie, Ty wiesz, że cię kocham. Ty wszystko wiesz!” I wracamy tam gdzie byliśmy, chodzimy tam gdzie chodziliśmy wcześniej. Łowimy ryby.

 

Kłamstwo.

Piołun Tomasz Budzyński

 

Ostatnio było o wolności. Dziś więc wypada zająć się tematem, który ma kluczowe znaczenie, jeśli faktycznie mamy ambicję przynajmniej spróbować żyć jako ludzie wolni, a mianowicie kłamstwem. Sprawa wbrew pozorom nie jest łatwa. Z jednej strony niby wiemy, że brzydko jest kłamać, ale z drugiej . . . No właśnie, zawsze musi być jakieś – ale.

Kłamstwo otacza nas ze wszystkich stron. Kłamią politycy, media, portale społecznościowe. Reklamy, handlowcy, a nawet, co ostatnio widać, aż za dobrze, hierarchowie Kościoła. Co więcej, nawet nasz własny mózg lubi posługiwać się kłamstwem jeśli uzna, że dla naszego własnego dobra tak będzie lepiej.

Chociażby jeśli chodzi o śmierć. Niby jest oczywiste dla nas wszystkich, że umrzemy. Nikt teoretycznie nie ma wątpliwości, że umrze. Statystyki w tym względzie są brutalnie jednoznaczne. Co więcej, jest możliwe, że możemy umrzeć w każdej chwili, nawet dzisiaj, możemy położyć się spać i rano nie wstać. Jest to twierdzenie logiczne, niezaprzeczające faktom. Jednak nasz własny mózg robi wszystko, by wymowę tych faktów maksymalnie osłabić, zbagatelizować. W praktyce mało kto wierzy w to, że umrze dzisiaj. Śmierć to pojęcie czysto abstrakcyjne, owszem kiedyś przyjdzie, pewnie, że tak, ale jest to perspektywa tak odległa i mglista, że de facto praktycznie się nią nie przejmujemy. Jest to, rzecz jasna, sprytna manipulacja naszego mózgu i oczywiście bardzo dobrze. Czy dałoby się normalnie żyć i funkcjonować nieustannie mając przed oczami śmierć?

Każda kobieta, która rodziła siłami natury, bez środków znieczulających, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, z jak strasznym bólem się to łączy. Jednakże mózg robi wszystko, by od tego faktu sprytnie odwrócić uwagę naszych dzielnych pań. Zamiast pamięci o bólu, na pierwszy plan wysuwa wspomnienia o cudzie narodzin. Zamiast wspomnienia o strasznym cierpieniu, pielęgnuje emocje związane z pierwszym kontaktem matki z ciałkiem słodkiego noworodka. Kłamstwo, że przecież wcale nie było tak źle, że aż tak nie bolało, jest podyktowane troską o przetrwanie gatunku. Czy nasze wspaniałe, odważne panie, nie ujmując im nic z ich cudownej dzielności, z taką werwą i ochotą decydowałyby się na kolejne ciąże, gdyby ich mózg nie okłamywał ich troszkę i zamiast tego zachowywał w pamięci pełen, pozbawiony upiększeń obraz porodu?

Mózg osoby uzależnionej to już prawdziwy arcymistrz kłamstwa i manipulacji. Mechanizm iluzji i zaprzeczenia przekonuje alkoholika, że alkohol mu wcale nie szkodzi, nie wpływa destrukcyjnie na jego życie. Przeciwnie, jest lekarstwem na wszystko. Pijący przecież wcale nie jest uzależniony i może przestać pić w każdym momencie, tylko akurat obecnie nie chce.

Skoro więc nawet nasz własny mózg często i chętnie ucieka się do kłamstwa, na ogół po to, by nam pomóc, by chronić nasze zdrowie psychiczne, może z tym kłamstwem sprawa nie jest wcale taka oczywista. Może, choć nieładne i mało chwalebne, jest to narzędzie niezbędne dla naszego funkcjonowania w społeczeństwie? Może tak całkiem nie kłamać i żyć normalnie się nie da?

Wielu z nas, gdzieś tam w skrytości ducha, jest przekonanych, że właśnie tak jest, że kłamstwo, choć brzydkie, od czasu do czasu jest nieodzowne w trudach życia, które, i chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości, czarno-białe bywa nad wyraz rzadko.

Uspokojeni takim rozumowaniem musimy pamiętać o jednym, życie w prawdzie wcale nie polega tylko na tym, że się nie kłamie. Polega również na tym, że nie mamy nic do ukrycia. Jeśli w naszym życiu jest jakaś wielka tajemnica nigdy nie będziemy w pełni wolni. Strach przed tym, że sekret się wyda zmusza nas do produkowania coraz to nowych kłamstw. Do ciągłego oglądania się za siebie, a co za tym idzie nie pozwala, by iść na przód. Sekret nas ogranicza. Sprawia, że stajemy się jego niewolnikami. Im dłużej go strzeżemy, tym kłamstwa się nawarstwiają i w końcu już nie wiemy, czy bardziej boimy się ujawnienia samego sekretu, czy morza kłamstw, które stworzyliśmy wokół niego. Bywa czasami tak, że prawda nas przeraża, że boimy się, że jej ujawnienie może nas zniszczyć, ale faktycznie nic nas tak nie niszczy jak kłamstwo. Prawda zawsze działa oczyszczająco.

W ogólnym rozrachunku musimy więc stwierdzić, że życie w prawdzie, choć bywa trudne, a niekiedy nawet bardzo bolesne, jest dla nas samych o wiele zdrowsze, niż zamykanie się w kajdanach kłamstwa.

 

Wolność na łańcuchu.

Tagi

 

Dwa księżyce – Tomasz Budzyński

Pełzające robactwo, węże, bagno, gnój, zero plus grzech. Czy tak tylko myślą o osobie ludzie pogrążeni w ciężkiej depresji? Czy są to słowa zarezerwowane dla tych, którzy samych siebie nienawidzą? Niekoniecznie, te słowa często są nam, ludziom wiary, proponowane jako temat do modlitwy i rozważań.

Rozważań, w których nasza wolna wola mierzona jest długością łańcucha, na którym jesteśmy trzymani. Za jeden koniec ciągnie demon, za drugi Bóg. My, bezwolne marionetki, złapane w kleszcze mocarzy, możemy jedynie starać się odrobine ten łańcuch poluźnić. Skoro nie będzie nas aż tak uwierał, skoro nie będziemy go czuć aż do bólu, do krwi, możemy poczuć w sobie ułudę wolności, wrażenie, że jednak być może, coś tam zależy od nas. Taka wolność karalucha, który, żeby nie dać się zdeptać, zawsze może próbować schować się gdzieś w szczelinie podłogowych desek.

W karaluszej wolności mamy prawo do tego, by wołać o ratunek, mamy prawo prosić, by nas nie zdeptano, mamy święte prawo do miłosierdzia. Może i nie jest to wolność spektakularna i piękna, ale daje nam jakieś tam ukojenie. Daje nam prawo do rozgrzeszenia, bo nie oszukujmy się, czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie wolność absolutną? To tak, jakby małe dziecko kochający rodzice wystawili za drzwi i zamykając je powiedzieli: „proszę bardzo, jesteś wolny, możesz robić co tylko chcesz”.

Czyż nie jest tak, że gdzieś w głębi duszy, za najstraszniejszą karę za zjedzenie owocu, obok wypędzenia z Raju, uznajemy to, że Bóg swoim ukochanym dzieciom, powiedział: „proszę bardzo, jesteście wolni, róbcie co chcecie!” ? Czyż nie jest tak, że najstraszniejszą karą za grzech pierworodny jest właśnie wolna wola? Czy w skrytości ducha, wszyscy solidarnie, wierzący i niewierzący, nie pragniemy uciec w opiekuńcze ramiona Boga? Stać się na powrót boskimi niewolnikami?

Dziś świat mówi nam coś innego. Przekonuje, że wolność to fajna sprawa, miła, sympatyczna i całkiem łatwa, a kiedy kupimy sobie SUV-a, albo sześciopak piwa, albo nową koszulę od znanego projektanta, to będziemy wolni jeszcze bardziej, a nasza wolność będzie jeszcze fajniejsza i bardziej widoczna.

Całkiem jednak możliwe, że wolność, którą Bóg nas obdarzył to wcale nie nagroda, to zadanie do wykonania. Potwornie trudne i skomplikowane. To ciężar i brzemię, którego najchętniej byśmy się pozbyli, ale które musimy dźwigać i którego musimy się ciągle od nowa uczyć, bo to jedyna droga powrotu. Czyż Bóg, gdyby życzył sobie, abyśmy wrócili do Raju pełzając, nie uczynił by nas raczej karaluchami?

Rozważania na Wielki Post – Jezus, którego nie potrzebuję!

Tomasz Budzyński – Ukrzyżowanie drugie

Nie zdradzam żony, bo ją kocham. Nie kradnę, bo uważam, że tak powinno się postępować. Nie używam przemocy fizycznej, nie życzę nikomu śmierci i dla nikogo kary śmierci się nie domagam. Mamona nie jest moim bożkiem. Prowadzę proste, skromne życie. Staram się, by było ono przyzwoite. Nie robię tego ze strachu przed piekłem, w nadziei na niebo, bo takie są przykazania. Staram się tak żyć, bo uważam, że to jest słuszne, że tak trzeba, że tak wypada. Nie potrzebuję do tego Boga.

Kiedy jestem chory idę do lekarza. Kiedy mam problemy psychiczne – do terapeuty. Kiedy potrzebuję duchowości czytam książki. Do dobrego, wartościowego, godnego życia nie potrzebuję chrześcijaństwa. A jednak chcę być Jego uczniem.

Chcę iść do Getsemani, by usiąść koło Niego i powiedzieć Mu: Nie przychodzę do Ciebie, bo czegoś potrzebuję, bo czegoś chcę, bo mam nadzieję coś sobie załatwić. Jezusie, synu Dawida, niczego nie chcę od Ciebie! Przychodzę, bo jesteś tu sam, choć powinni tu być Twoi uczniowie, którzy śpią. Przychodzę, bo się boisz, cierpisz, pocisz się krwią i jesteś przerażony. Nie wiem jak Cię pocieszyć. Nie wiem dlaczego tak to On wymyślił, dlaczego nie dało się jakoś inaczej, jakoś bardziej humanitarnie, jakoś bardziej po ludzku. Może inni to wiedzą, rozumieją, są mądrzejsi. Ja nie wiem. Nie umiem Ci pomóc, ale mogę posiedzieć przy Tobie, żebyś nie czuł się tak strasznie samotny, żebyś wiedział, że masz mnie, że jestem przy Tobie. Dobra, może i nie jestem najlepszym, najwartościowszym z Twoich uczniów, ale tu jestem, z Tobą, bo Cię kocham!

Kiedy do mnie przyjdzie Wielka Sobota ze swoim strasznym milczeniem Boga, kiedy moje życie stanie się trudne i pełne bólu, kiedy zawali się jak domek z kart i okaże się, że budowałem je na piasku, nie będę Cię wyzywał. Nie będę złorzeczył. Nie będę krzyczał, że w Ciebie zwątpiłem. Będę kochał Cię za nic, bo taka jest miłość. Takie jest chrześcijaństwo!

 

Rozważanie na Wielki Post, czyli wszyscy jesteśmy Judaszami.

 23 Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, 24 zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! 25 9 Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. 26 Zaprawdę, powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz.(Mt.5,23 26)

Wielu, rozważając temat tajemnicy Judasza podkreśla fakt, że jego największą tragedią nie było to, że zdradził, tylko to, że popadł w rozpacz, że stracił nadzieję i popełnił samobójstwo. Gdyby ukorzył się przed Jezusem, gdyby prosił o wybaczenie, bez wątpienia dostąpiłby miłosierdzia.

Jest to dla nas niezwykle istotna wiadomość. Problem nie leży w naszych zdradach. Wszyscy jesteśmy grzeszni, wszyscy sprzeniewierzamy się Bogu. Kwestią kluczową jest nasza postawa po zdradzie. Czy grzech sprowadza nas w przepaść rozpaczy, czy motywuje do naprawy wyrządzonych krzywd? Czy jednak faktycznie największym dramatem Judasza był zły wybór? Czy w ogóle mógł wybierać?

Judasz, Żyd, dziecko swojej epoki i swojej wiary, musiał być monoteistą z krwi i kości, mentalnie nie był w stanie pojąć czegoś tak wysoce wysublimowanego teologicznie jak idea Trójcy Świętej. Nie wiemy za kogo uważał Jezusa, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy założyć, że nie uznawał Go za Boga. Bez większego ryzyka możemy przyjąć również, że nie był wstanie przewidzieć tego, że Jezus po trzech dniach zmartwychwstanie. Gdy więc dotarło do niego, że na skutek jego czynu przeleją krew niewinną, że konsekwencją jego zdrady będzie śmierć niewinnego człowieka, zrozumiał jednocześnie, że jego czyn ma charakter nieodwracalny. Mistrz, którego zdradził miał umrzeć.

Judasz bez względu na to jak bardzo by tego chciał, nie mógł już niczego naprawić, odkręcić, zmienić. Jedyne co mu pozostało to czarna, bezdenna rozpacz. Rozpacz, która doprowadziła go do samobójstwa. Największym dramatem Judasza było nie to, że zdradził Boga, jego największym dramatem było to, że zdradził człowieka! Jego grzech i jego rozpacz nie miały nic wspólnego z moralnością, abstrakcją, były realnie namacalne, były brutalnym „tu i teraz”.

Czyż nie jest czasami tak, że my, w przeciwieństwie do Judasza, za wszelką cenę próbujemy nasze grzechy z brutalnej realności życia przenieść na poziom abstrakcji, moralności, teologii. Czyż nasz żal za grzechy nie staramy się zanieść „bezpośrednio do Boga”, sprytnie omijając odpowiedzialność wobec człowieka?

Dziś, w dobie rozliczeń wobec zła w Kościele, wielu z nas zastanawia się: jak to jest możliwe do pogodzenia? Jak można jednocześnie być księdzem i tym, który krzywdzi dzieci? Może właśnie tu leży klucz do zagadki.

Jestem księdzem, człowiekiem wykształconym, rozumnym, inteligentnym, nie mogę udawać, że nie wiem, że czynię zło, że popełniam straszną zbrodnię, ale mogę wziąć ten grzech i zanieść go bezpośrednio przed oblicze Boga, do konfesjonału. Wyspowiadać się, żałować za grzechy i postanowić poprawę. I co dalej? Ano nic. Żyję, moje postanowienie poprawy kurczy się, blednie, obumiera, aż do następnego razu. Krzywdzę znowu, znowu robię to samo. Cierpię, brzydzę się sobą i co? Idę do spowiedzi. Koło się zamyka. Jestem tak bardzo katolicki, że zapominam być zwyczajnie ludzki. Jako człowiek, który wie, że robi źle, zamiast prosto do konfesjonału, najpierw powinienem iść do rodziców dziecka, które skrzywdziłem, do terapeuty, psychiatry, zgłosić się na prokuraturę. Realnie zadziałać, by wyplenić swój grzech, nie tylko wyabstrahować go na poziom transcendentnej wiary. Konsekwencją takich działań być może byłoby to, że otwarcie przyznając się do zbrodni zabiłbym księdza, ale może dzięki temu, uratowałbym w sobie człowieka.

W Wielkim Poście może właśnie jest czas na to, by z poziomu abstrakcji przenieść naszą wiarę do poziomu realnego życia. Może stwierdzenie, że wszyscy jesteśmy jak Judasz to jeszcze za mało? Może nie wystarczy, że się przyznamy do grzechu, może czas i pora zabić grzesznika? Może właśnie potrzeba nam judaszowej odwagi? Może w tym Wielkim Poście zamiast rezygnować z cukierków, alkoholu, seriali czas i pora na popełnienie „samobójstwa”?

 

 

#tomniezmienilo Dezyderata

Tagi

O tak, byłem na rekolekcjach, które dawały do myślenia, burzyły spokój, wywoływały trzęsienie ziemi. O tak, chciałem się zmienić, chciałem rewolucji. Chciałem sprzedać wszystko co mam i ruszyć za Nim.

A potem? A potem było jak zawsze. Przeszło. Przeminęło. Odechciało się. W tysiącach spraw i rzeczy powszednich, nudzie, rutynie dnia codziennego, tych samych grzechach szeptanych po raz nie wiadomo który podczas spowiedzi, trzeba było się zgodzić z prostym stwierdzeniem: „ludzie się nie zmieniają”.

Było wiele filmów, obrazów, zdarzeń robiących bałagan w głowie, wołających o zmianę, o odmienienie swojego życia, losu, sposobu myślenia, burzących spokój samozadowolenia. I co? I nic. Jak zawsze. Zapomniało się o nich. Wielkie ideały pokurczyły się w małych świństwach dni nieróżniących się niczym od siebie.

Porywały mnie ważne dyskusje o polityce, Kościele, sprawach istotnych. Kłóciłem się, spierałem i owszem, nie raz i nie dwa krzyczałem: „nie macie racji!; niczego nie rozumiecie”! Raziły mnie porozrywane, zakrwawione płody na fotografiach wykorzystywane do walki o prawo do życia. Czerwone serduszka za miliony złotych mające zaświadczać  o naszej małej prostej dobroczynności. Politycy z katolicyzmem w klapach marynarek i jadem na ustach.

I co? I nic! Nikt tego nie słyszał, nikt moim krzykiem się nie przejął. Wielki świat ze swoimi wielkimi sprawami toczył się gdzieś indziej. Daleko poza mną.

Można od tego zgorzknieć, rozczarować się, odpuścić sobie, machnąć ręką i przyjąć za własną ulubioną filozofię ludzi styranych codziennością: „jakoś to będzie”.

Czy jednak tylko rewolucje niosą zmiany? Czy tylko w huraganie, burzy, hałasie można usłyszeć wołanie o potrzebie nawrócenia się, bo czas jest bliski? Czy czasami nie bywa odwrotnie? Czyż wołania o potrzebę odmiany  nie słyszy się najlepiej w ciszy, w pustce, w próżni, w bylejakości życia, w samotności wśród ludzi? Czyż nie lepiej od rewolucji, które niczego tak naprawdę nie zmieniają, budować trwałe zmiany w konsekwencji małych kroków naprzód? W mozolnej, mało spektakularnej pracy nad sobą? Prostej prawdzie? Elementarnej uczciwości? Czyż od wielkich natchnień i gromów z nieba nie lepsza bywa czasami mała, zwyczajna przyzwoitość?

Dzisiaj, od trąb jerychońskich o wiele bardziej potrzeba mi tego:

 

Dezyderata

Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu,
pamiętaj jaki spokój może być w ciszy.

Tak dalece jak to możliwe, nie wyrzekając się siebie,
bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi.

Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchając też tego, co mówią inni: nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swą opowieść.

Jeżeli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.

Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakkolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu.

Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach – świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty; wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie jest pełne heroizmu.

Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć; nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa.

Przyjmuj pogodnie to, co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości.
Rozwijaj siłę ducha, by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni.
Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie. Jesteś dzieckiem wszechświata: nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj i czy to jest dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz o Jego istnieniu i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia; w zgiełku ulicznym, zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą.

Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny…

Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.

Desiderata została napisana przez Maxa Ehrmanna (1872+1945) w 1927 roku

 

 

Nastolatek Jezus.

41 Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. 42 Gdy miał lat dwanaście15, udali się tam zwyczajem świątecznym. 43 Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. 44 Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. 45 Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go.
46 Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. 47 Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. 48 Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie». 49 Lecz On im odpowiedział: «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy16 do mego Ojca?» 50 Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. 51 Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. 52 Jezus zaś czynił postępy w mądrości17, w latach i w łasce17 u Boga i u ludzi. (Łk2,41-52)

Czytanie, które dostaliśmy do rozważania w ostatnią niedzielę minionego roku jest niezwykłe pod wieloma względami. Po pierwsze to zupełnie wyjątkowa scena rodzinna z wczesnej młodości Jezusa, młodości, o której, poza tą sceną, nic nie wiemy i po drugie: fragment ten u wielu z nas wywołuje pewne napięcie. Zapewne szczególnie u tych, którzy sami są rodzicami.

Z jednej strony nie mamy wątpliwości, że młody Jezus postąpił nieroztropnie, a jego nieodpowiedzialne zachowanie przyprawiło o wielki ból głowy jego rodziców. Z drugiej boimy się przyznać nawet przed samymi sobą, że nasze wnioskowanie jest poprawne. Jak to, Jezus mógł zachować się nieodpowiedzialnie? Mógł przysporzyć zmartwień swoim rodzicom? Takie myślenie to przecież herezja!

Wielu, jak sądzę, zastanawia się, dlaczego ewangelista Łukasz pragnąc opowiedzieć cokolwiek z wczesnego okresu życia Jezusa, posłużył się właśnie tą sceną. Nie mógł przedstawić jakiejś pouczającej i ujmującej scenki przedstawiającej, jak wyjątkowym i cudownym dzieckiem był nastoletni Jezus? A może, jak chcą niektórzy komentatorzy Pisma, Józef, Maria i my, wszyscy rodzice wszech czasów, żyjący na przestrzeni dziejów, błędnie interpretujemy zachowanie Jezusa, może to nie On postąpił nierozważnie, ale to my nie dostrzegliśmy w tej scenie jego geniuszu, cudowności i wiedzy tajemnej, którą dysponował już od najmłodszych lat?

Otóż nic z tych rzeczy, zgodnie z prawdą wiary, którą wyznaje Kościół „od zawsze” Jezus był człowiekiem takim samym jak my wszyscy z wyjątkiem grzechu i właśnie Łukaszowe opowiadanie daje nam tego dowód w sposób genialnie prosty. Jezus nie urodził się jako supermen, noworodek z umysłem Boga, urodził się z kobiety jako normalne, zwyczajne dziecko. Rósł, dorastał, przechodził wszystkie etapy rozwojowe jak wszystkie dzieci świata, jak wszystkie dzieciaki wszech czasów. Łukasz w sposób niezwykle trafny nas o tym zapewnia. Jezus zachowywał się jak nastolatek. Był nastolatkiem! Nie, nie był w pełni ukształtowanym, dorosłym, dwunastolatkiem z krzyżem na plecach. Był dzieciakiem, jak kiedyś my wszyscy!

Nie, nie grzeszył, nie, nie chciał źle, po prostu jak wszyscy chłopcy w jego wieku, nie miał umysłu swoich rodziców, miał umysł dziecka, które oczekuje od swojej mamy i swojego taty, że ci muszą się domyślić, odgadnąć, sami wpaść na to co chodzi ich kochanemu synkowi po głowie. Jezus pyta z naiwnością nastolatka: „nie wiedzieliście gdzie mnie szukać, nie domyśleliście się?”, a jego mama odpowiedziała mu jak wszystkie mamy wszech czasów:” nie, nie wpadliśmy na to, mogłeś po prostu nam powiedzieć, że chcesz zostać w Świątyni!”

Łukaszowa scena przedstawia nam Jezusa bliskiego, zrozumiałego, dziecko z krwi i kości, nastolatka na pewnym etapie rozwoju psychologicznego, młodego człowieka z którym my wszyscy, duzi i mali, możemy się utożsamiać. Gdyby ewangelista, na potrzeby swojej opowieści, wykreował postać oświeconą aureolą, wszech mądrą i wszechwiedzącą, opowiadającą w wieku lat dwunastu o swojej śmierci krzyżowej, czy ktokolwiek by uwierzył, że Jezus rzeczywiście był taki sam jak my z wyjątkiem grzechu?

Z tej sceny płynie dla nas jeszcze jedna nauka. Jeśli chcemy być zrozumiani przez bliskich, musimy rozmawiać. Jeśli oczekujemy od naszej żony, męża, dzieci takich, a nie innych zachowań, powiedzmy im o tym. Założenie, że wszyscy wokół nas sami powinni się domyśleć co chodzi nam po głowie, to pewna droga do bycia samotnym wśród ludzi, do spędzenia życia w poczuciu bycia niezrozumianym, odrzuconym, wyobcowanym.

Z okazji początku 2019 roku wszystkim przyjaciołom Deona życzę:

Rozmawiajmy ze sobą!