Kościół a starzy.

Bardzo dużo w ostatnim czasie mówi się o tym, czy współczesny Kościół chce i potrafi otworzyć się na młodych. Czy spełnia ich oczekiwania? Czy potrafi mówić ich językiem? Oczywiście to świetnie, ja jednak chciałbym zastanowić się nad tą sprawą od trochę innej strony. Czy dziś Kościół chce i potrafi otworzyć się na „starych”?

W drodze życia niektórzy z nas już doszli do tego miejsca, w którym człowiek przestaje o sobie myśleć: „mogę być”, a jest zmuszony zacząć myśleć: „jestem”. Owo „jestem” nie zawsze wygląda tak, jak sami byśmy chcieli. Miejsce, w którym się znaleźliśmy nie zawsze wygląda tak, jak to sobie kiedyś planowaliśmy. Niektórzy z nas być może są w miejscu, które jest wręcz zaprzeczeniem ich wszystkich młodzieńczych ideałów, snów i pragnień. Wielu z nas z „młodych gniewnych” gdzieś po drodze życia zamieniło się w „starych wkurzonych”.

Być może jesteś w miejscu, gdzie piętrzą się same kłopoty: z pieniędzmi,  ze zdrowiem, z pracą, z  dorastającymi dziećmi i tak dalej. I nie wiesz jak się z tego miejsca wydobyć, jak się wyrwać, bo to miejsce wciąga jak bagno i  znikąd nie widać pomocy. Nie wiesz do kogo się zwrócić, z kim pogadać, gdzie szukać ratunku.

Być może jest akurat odwrotnie, zdobyłeś wszystko co chciałeś, jesteś zwycięzcą. Masz świetną rodzinę, karierę, dom, twoje finanse prezentują się lepiej niż dobrze, ale wcale cię to nie cieszy. Jest taka legenda: Aleksander Wielki, gdy spojrzał na swoje imperium – zapłakał, bo nie było już nic do podbicia. Być może ty czujesz się właśnie tak jak on, nie wiesz co jeszcze mógłbyś zdobyć, podbić, osiągnąć, a przede wszystkim nie wiesz po co? Stanąłeś naprzeciw muru, od którego odbija się twoja głowa. Twój sukces, twój najlepszy, najwierniejszy sprzymierzeniec przez lata, nagle okazuje się być twoim największym wrogiem.

Ty, który odniosłeś sukces i ty, któremu wydaje się, że przegrałeś dokładnie wszystko co było do przegrania, obaj solidarnie jak jeden mąż wiecie jedno, że zbliża się starość. Zbliża się wielkimi krokami, jest tuż, tuż.

Ta „terra incognita” cię przeraża. Owszem, przeżyłeś już kilka przełomowych momentów w swoim życiu. Z dziecka stałeś się młodzieńcem, z młodzieńca wyrosłeś na dorosłego człowieka. Stałeś się mężem, potem ojcem  i tak dalej. Jednak ten przełom jest inny. Ten przełom prowadzi już tylko do napisu „koniec”, żadnego ciągu dalszego nie będzie. Jeśli i ten czas spieprzysz, zmarnujesz, żadnej kolejnej szansy nie ma. Ten etap to ostatnia szansa, ostatnia „deska ratunku”, ale czy starczy ci sił? Czy starczy ci zdrowia? Czy dasz radę? A jeśli staniesz się  robiącym pod siebie kaleką o mentalności małego dziecka? „Boże nie pozwól!” – chciałbyś krzyknąć. Ale już od dawna czujesz się rozczarowany Bogiem. Twoja  wiedza o Bogu rodem z pierwszej komunii od dawna już nie wystarcza, nie odpowiada na żadne z nurtujących cię dziś pytań. Tylko gdzie szukać pomocy? Czy ktoś w tym katolickim kraju naucza o Bogu starców? Wszyscy chcą się zajmować dziećmi i młodzieżą!

Wielu znajomych pytało cię : „Hej, jedziesz na spotkanie młodych do Krakowa?”  Zawsze odpowiadałeś: nie, nie jadę na spotkanie młodych do Krakowa, bo nie jestem już młody! Tak jak nie jeżdżę na pielgrzymki hutników, bo nie jestem hutnikiem, nie jeżdżę na rekolekcje dla gospodyń domowych, bo nie jestem gospodynią domową i tak dalej! Czekam, aż ktoś wpadnie na pomysł, by zorganizować spotkanie starych.

Wielu w tym kraju nad Wisłą wielbi Jana Pawła II: za kremówki, za umiłowanie gór, za kontakty z młodzieżą, za wszystko, ale ilu jest takich, którzy go kochają za jego starość? Ilu jest takich, którzy kochają go za to, że był bełkoczącym, rozdygotanym, śliniącym się starcem? Za to, że pokazywał światu: tak, starość istnieje, takim też bywa człowiek- Ecce Homo! Ilu jest takich, którzy chcą za wszelką cenę tę jego starość, tak dla nas zawstydzającą, zamieść pod dywan?

Wiele osób w Kościele „kręci nosem” na ojca Rydzyka, ale fakty są takie, że ten człowiek chce i potrafi zbierać wokół siebie ludzi, którymi w Kościele nikt zajmować się nie ma ochoty, na których mało kto w Kościele ma pomysł, którymi Kościół nowoczesny, poprawny politycznie, burżuazyjny w skrytości ducha gardzi – ludzi starych. Oczywiście nikt się do tego głośno nie przyzna, przeciwnie, wielu głośno zaprzeczy, ale tak niestety jest. Nie chodzi o to, by być adwokatem księdza Rydzyka, chodzi o to, by postawić sobie pytanie: ” ktoś ma lepszy pomysł na ten Kościół „niechcianych”, niż on?

Jeśli chcesz być chrześcijaninem, musisz chodzić pod rękę z Jezusem na każdym etapie swojego życia, twoja relacja z Nim musi być żywa. Chrześcijaństwo to nie jest program samorealizacji, czy pomysł na zbawienie swojej duszy, chrześcijaństwo to taki rodzaj twojego działania, dzięki któremu mogą się zbawić inni. To światło, którym oświetlamy innym drogę do Boga. Każdy etap życia stawia inne wyzwania, prowokuje inne pytania, wymaga innych odpowiedzi. Czasami wydaje ci się, że Polska to nie jest kraj dla starych ludzi. Czy Kościół w Polsce potrafi mówić językiem starych? W tym właśnie pytaniu zawiera się również pytanie o młodych w Kościele. Kościół starych i Kościół młodych to awers i rewers tego samego pytania. Przecież naturalnym środowiskiem, w którym młodzi ludzie powinni się dowiadywać o Bogu jest dom, rodzina, sąsiedzi, znajomi, społeczność lokalna. Pytanie o młodych w Kościele, to pytanie o kondycje wiary starych. Jeżeli nasza wiara jest sztuczna, jeżeli jest nieprawdziwa, nieautentyczna, to znaczy, że tak na prawdę jest martwa. Jeżeli tylko udajemy wierzących, jeżeli nie żyjemy tym co głosimy, to nie dziwmy się, że taka wiara jest dla młodych czymś nieatrakcyjnym, niepotrzebnym. Nie dziwmy się, że w takim Kościele być nie chcą. Odpowiedź na pytanie, czy znajdą się jeszcze tacy, którzy zechcą żyć wiarą chrześcijańską w czasach gdy nas – starych – zabraknie, jest prosta i udzielono jej już wieki temu:

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dzisiaj rano nie pójdę do Nieba.

Obudziłam się rano, obok mnie leży moja dziewczyna, moja kochanka. Pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy jest taka: gdybym dziś rano umarła, nie pójdę do Nieba, bo Niebo jest dla lesbijek zamknięte, nie wpuszczają tam zboczeńców, dziwolągów, odmieńców. Kościół też dla takich jak ja jest zamknięty, czasami miałabym nawet ochotę pójść, pomodlić się, ale wiem co tam usłyszę. Muszę się zmienić, wyprzeć samej siebie, zacząć się leczyć, iść na terapię, albo chociaż udawać, udawać, że jestem taka jak inne, znaleźć sobie miłego chłopaka, prowadzać się z nim za rękę, bo lesbijek do Nieba się nie wpuszcza, Niebo jest dla heteroseksualnych  dziewic, które hodują swoją cnotę dla męża i podają mu ją jak na tacy w noc poślubną. Dla zboczeńców Niebo jest zamknięte.

Obudziłam się rano. Obok mnie leży mężczyzna. Człowiek, którego kocham ponad życie. Człowiek, dla którego potrafiłabym zrobić wszystko. Wszystko poza jednym. Nie mogę wyjść za niego za mąż. Nie mogę stanąć z nim przed ołtarzem, nie mogę w obliczu Boga i ludzi powiedzieć mu – tak. Nie mogę wcisnąć mu na palec obrączki i ślubować, że to na zawsze, bo kiedyś, dawno temu, w czasach, gdy go nawet nie znałam, popełnił straszny błąd, ożenił się, a potem rozwiódł. Za ten jego błąd dzisiaj ja jestem karana. Karze się mnie za grzech, którego nie popełniłam, który wydarzył się dawno, dawno temu, w życiu mężczyzny, którego wtedy nawet nie znałam. Mówią mi: przecież możesz z nim być, przecież nikt ci nie broni. Nie możesz tylko mu się oddawać, nie masz prawa tylko do tego, by brać. Masz prawo cerować mu skarpety, prać jego gacie, gotować mu obiad, tylko do łóżka z nim chodzić nie możesz. Nie masz uprawnień katolickiej żony, nie masz pozwolenia. Nie możesz się z nim kochać, nie możesz mu się oddać, nie możesz szukać spełnienia. Nie należy ci się. Takie przepisy. Nie możesz dać mu dzieci, nie masz uprawnień do bycia katolicką matką, przecież nie możesz powołać na świat bękartów. Gdybym dziś rano umarła nie pójdę do Nieba, bo jestem cudzołożnicą, jawnogrzesznicą, jestem rozwiązła i zła. Dla takich Niebo jest zamknięte. Ale ja nie chcę być z nim tak tylko trochę, tak tylko na niby. Chcę być z nim naprawdę i na sto procent. Nie chcę być dla niego pomocą domową, chcę być kobietą i chcę być traktowana jak kobieta. Chcę być z nim jedno! A może dobry Bóg ma dla nas jakieś specjalne miejsce, ani nie Niebo, ani nie piekło, jakieś specjalne miejsce dla kobiet, które kochały zbyt mocno, kto wie?

Obudziłam się, zresztą nawet nie wiem, czy spałam, za bardzo boli, jestem poobijana, opuchnięta, potłuczona. Wczoraj mój pan mąż znowu miał zły dzień w pracy, a może po pracy, a może jeszcze coś. Nieważne, ważne jest to, że każdy powód jest dobry, by mnie pobić, by mną poniewierać, by po raz tysięczny przypomnieć mi, że jestem nic nie warta, jestem zerem. Nienawidzę go za to i życzę mu śmierci, i nienawidzę samej siebie, że na to pozwalam, że nie potrafię tego przerwać, że nie mam sił uciec, że nie mam dokąd uciec, chyba tylko na ulicę, ale bezdomną też być nie potrafię, nie mam siły, na nic nie mam siły. Nienawidzę za to Ciebie! Za to co mi zrobiłeś! Niczym sobie nie zasłużyłam na takie życie. Zawsze byłam miłą, grzeczną dziewczyną, wierzącą, chodziłam do kościoła, chodziłam na Oazę, wierzyłam. Dziś już nie chodzę do kościoła, po co? Ostatnio usłyszałam, że każde cierpienie uszlachetnia, że każde cierpienie ma sens, że każde prowadzi do czegoś dobrego. Moje nie prowadzi! Moje nie uszlachetnia! Moje cierpienie ciągnie mnie w dół, pozbawia mnie sił, nadziei, czegokolwiek. Moje cierpienie mnie zabija, ale nawet gdybym teraz umarła nie ma dla mnie ukojenia, odpoczynku, uwolnienia. Te, które nienawidzą, do Nieba nie wejdą, takie przepisy. Te, które żyją na ziemi w piekle, skończą w piekle po śmierci. Jako w niebie tak i na ziemi. Amen

Obudziłam się przed dzwoniącym zegarkiem, zawsze się przed nim budzę, już tak od dziesięciu lat. Trzeba wstać, ubrać się i zająć się dzieckiem. Przebrać je, umyć, nakarmić. Dzieckiem, które samo tego nie potrafi, dzieckiem, które jest chore na porażenie mózgowe, które jest zależne ode mnie we wszystkim. Tak już będzie zawsze. „Zawsze” to najbardziej okrutne słowo jakie znam, to słowo wyrok, od którego nie ma odwołania. Inne matki będą patrzeć jak ich dzieci uczą się mówić, chodzić, wyruszają do szkoły, zdobywają wiedzę, wyfruwają z gniazda, ja zawsze będę go karmić, przebierać, myć. Zawsze! Bez dnia odpoczynku, bez wolnego, bez urlopu, bez „el cztery”. Zawsze! Czasami mam takie myśli, że lepiej by było, gdyby umarło. Czasami bym chciała, żebyś go sobie zabrał. Po co go takim stworzyłeś, po co go takim powołałeś do życia? Skoro takim go chciałeś, to sobie go zabierz! Tylko co to za matka, która własnemu dziecku życzy śmierci? Kim się stałam? Potworem! Gdybym dziś rano umarła nie pójdę do Nieba, Niebo dla takich jak ja jest zamknięte. Do Nieba nie wpuszczają tych, które nienawidzą Boga, a ja Ciebie nienawidzę! Za to co zrobiłeś jemu, mojemu upragnionemu dziecku, za to co zrobiłeś mnie! Nie zasłużyłam sobie na takie życie. Nikt nie zasłużył! Poszłam do Kościoła, chciałam się wyspowiadać. Na kazaniu młody, przystojny, pachnący ksiądz mówił o tym, że dobry Bóg nigdy nie zsyła ciężarów, które są ponad nasze siły. Chciałam wstać i krzyczeć, wstać i wykrzyczeć mu w twarz: co ty wiesz o ciężarach?! Co ty o tym wiesz? Ty, za którego zawsze ktoś inny ciężary nosił, ty, który ładnie pachniesz i jeździsz samochodem klasy średniej, co ty możesz o tym wiedzieć? Co ty wiesz o moich ciężarach? Co ty wiesz o mnie?! Nie krzyknęłam, wróciłam do domu, do dziecka, bo wiem, że on nie chciał niczego złego, bo wiem, że to dobry człowiek, który tylko powtarza to, czego go nauczyli w mądrych szkołach, na mądrych wydziałach teologicznych. Nie miał na myśli niczego złego, nie miał na myśli mnie, bo ja dla niego nie istnieję, mnie nie ma. Gdybym dziś rano umarła, nie pójdę do Nieba – takie przepisy.

To cztery zmyślone historie czterech nieprawdziwych kobiet. Czy jednak faktycznie nieprawdziwych? Czy faktycznie zmyślonych? Czy nie spotykamy ich każdego dnia? Czy nie żyjemy obok nich? Czy nie są naszymi sąsiadkami? Kobiety wykluczone, kobiety gorszego boga, kobiety, które nie pójdą do Nieba, bo takie są przepisy. Czasami chciałoby się to Niebo otworzyć, wpuścić tam trochę powietrza, wypędzić stęchliznę,  nie dla siebie przecież, dla nich, dla tych kobiet. Chciałoby się im powiedzieć: wejdźcie, wejdźcie, w domu mojego Ojca jest przecież mieszkań wiele. Chodźcie, chodźcie wy, które umęczone i prześladowane jesteście, On was pokrzepi! Ale nie można, takie przepisy. Gdybym dziś rano umarł, nie wszedłbym do Nieba. Niebo dla heretyków zamknięte – takie przepisy!

 

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Do Piotrka Żyłki, czyli w obronie wkurzonych.

Muszę przyznać, że po przeczytaniu Twojego blogowego wpisu, drogi Piotrze, o reakcjach polskich kibiców na poczynania naszych piłkarzy poczułem się „wywołany do tablicy”, ponieważ sam nie szczędziłem grubych słów reprezentantom. Ty stanąłeś w obronie piłkarzy, ja pozwalam sobie stanąć w obronie wkurzonych, rozgoryczonych, złych kibiców, czyli również w obronie siebie.

Wydaje mi się, że gdy mówimy o chrześcijaństwie, nie mamy na myśli jakiejś ogólnej formuły, zawsze liczy się kontekst. A tutaj kontekst jest taki, że nie mówimy w tym przypadku o występach amatorskiego teatrzyku dającego występ gdzieś na prowincji, gdyby tak było nigdy bym sobie nie pozwolił na wulgarny komentarz, nawet gdyby był to występ bardzo słabiutki.

Mówimy tutaj o twardych facetach, najtwardszych z twardych, współczesnych gladiatorach. Tak się składa, że sam pracuję na magazynie z samymi facetami i zapewniam cię, drogi Piotrze, że literackiej polszczyzny raczej tam nie uświadczysz. Nie ma tam zwrotów typu: „czy raczyłby drogi pan przystąpić do pracy”; „czy mógłby szanowny pan pracować nieco szybciej”. Nie, takiego języka tam nie ma. Jest język twardych facetów. Nikt się z tego powodu nie obraża, nikt nie czuje się poniżony, nikt nie ma stanów depresyjnych. Bycie twardym facetem polega na tym, że jesteś twardy, i tyle.

Bycie dorosłym człowiekiem polega na tym, że przyjmujesz konsekwencje własnych, świadomych wyborów. Jeśli wybierasz bycie twardzielem jako sposób na życie, jeśli decydujesz się, że bycie twardzielem będzie twoim sposobem na zarabianie pieniędzy, nie możesz się dziwić, że ludzie będą jak twardziela cię traktować. Kiedy rozegrasz gówniane zawody, nie możesz się spodziewać, że powiedzą: „Drogi panie Iksiński, ten mecz był nieco żenującym spektaklem, ale tuszę, że następne zawody jakie szanowny pan rozegra będą o niebo lepsze”. Możesz być pewien, że usłyszysz: „chłopie, to było gówno warte”!

Zresztą nie dotyczy to tylko twardzieli. Kiedy jakaś dziewczyna decyduje się na udział w wyborach miss, musi się liczyć z tym, że ludzie nie będą dyskutować o jej intelekcie, o walorach jej charakteru. Będą oceniać walory jej pupy. Kiedy kupuję bilet na film w kinie, roszczę sobie prawo do oceny tego dzieła. Kiedy film jest do dupy, po prostu to stwierdzam, oczywiście mam świadomość, że pracowali nad nim ludzie, którzy się starali, którzy włożyli w niego dużo pracy, ale kiedy robisz coś, co ma być oceniane, musisz się liczyć z tym, że zawsze trafią się ci, którym twoje wysiłki nie przypadną do gustu. Tak to już jest i tyle.

Nie mam zamiaru liczyć pieniędzy polskich piłkarzy, ale nie oszukujmy się drogi Piotrze, nie mówimy tutaj o chłopakach grających świńskim pęcherzem. Nie mówimy tutaj o niszowym sporcie, który ogląda pięciu kibiców na krzyż. Mówimy tu o największym spektaklu współczesnego świata, o największym cyrku nowożytnych czasów. To nie jest robota dla facetów delikatnych jak mimoza. Jeśli ktoś nie potrafi się w tym cyrku poruszać, powinien raczej pomyśleć o zmianie zawodu.

Jeśli popatrzysz drogi Piotrze na to, co dzieje się w ostatnich czasach w Hollywood, jak największe kariery padają jak domki z kart, bo udowodniono naprawdę brzydkie rzeczy  ludziom, którzy o sobie myśleli: ” jestem gwiazdą, czyli wolno mi więcej”, to zgodzisz się ze mną, że hodowanie świętych krów w społeczeństwie jest czymś niezwykle szkodliwym.

Nie jestem szczególnie dumny z tych słów, które wypowiedziałem pod adresem polskich piłkarzy, ale nie wydaje mi się, że jest wielkim upadkiem chrześcijaństwa kiedy jeden facet mówi drugiemu facetowi kilka brutalnych słów prawdy, nawet jeśli są to słowa naprawdę grube.

Na sam koniec dodam (choć wiem, że to sprawa zupełnie innego kalibru) taki przykład. Nie tak dawno temu portal Deon opublikował mój tekst blogowy. Jeden z komentatorów stwierdził, że autor (czyli ja) zapewne nie przeczytał Ewangelii, a jeśli ją przeczytał, to bez wątpienia nic nie zrozumiał. Cóż, nie były to szczególnie miłe słowa, ale bez przesady, nie uznałem ich za mowę nienawiści, nie przyprowadziły mnie one do rozpaczy, depresji, myśli samobójczych. Po prostu, decydując się na pisania bloga przyjąłem do wiadomości, że bez wątpienia znajdą się tacy, którzy to pisanie uznają za nic nie warte i tacy, którzy wyrażą to, mówiąc oględnie, w przykrej formie.

Mam nadzieję i jestem wręcz przekonany, że Ty, drogi Piotrze, nie uznasz tych kilku słów krytyki za atak na swoją osobę, zwyczajnie uznasz naszą dyskusję za sprzeczkę w rodzinie. Gdybyśmy my, blogerzy Deona, ze wszystkim się zgadzali, na wszystko patrzyli w jeden sposób i na wszystko mieli jedno zdanie, jaki byłby sens pisania tych blogów? Z wyrazami szacunku i miłości braterskiej. Paweł Jurzyk

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dary Ducha Świętego.

Apostołowie po napełnieniu Duchem Świętym otrzymali moc przemawiania językami, leczenia chorób, wypędzania złych duchów. Większość z nas dzisiaj nie ma takich mocy. Ja przynajmniej nie mam. Pytanie jakie się nasuwa brzmi: dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedzi, jakie przychodzą do głowy są dwie. Apostołowie po zesłaniu Ducha Świętego przestali być zwykłymi ludźmi, ta przemiana uczyniła z nich takich palestyńskich supermenów, ze zwykłych prostych chłopaków z Galilei przemienili się w herosów. To oczywiście sprawia, że ja, który zdecydowanie supermenem nie jestem, mogę ich podziwiać, ale żadną miarą się z nimi równać. Są dla mnie wzorem wspaniałym, acz zdecydowanie odległym.

Druga możliwość odpowiedzi jest poniekąd związana z pierwszą. Apostołowie byli tak mocni, zdolni czynić cuda siłą swojej wiary. To właśnie moc wiary sprawiała, że mogli przenosić góry, uzdrawiać, wypędzać złe duchy, mówić językami. Ja, mimo starań i ciągłej formacji chrześcijańskiej, takiej siły wiary nie posiadam. Moja wiara w porównaniu z Apostołami jest maciupeńka, malutka i nic nie znacząca.

Jednakże kiedy nad tym tematem dobrze się zastanowić, pojawia się trzecia możliwość. Ja, stary Paweł, nie jestem samotną wyspą dryfującą po oceanie, jestem częścią Kościoła Powszechnego, a tak się składa, że Kościół i cała ludzkość dary, o których tu mowa posiada niemal w stopniu doskonałym. Dziś przecież moc leczenia chorób posiada nie tylko garstka chrześcijańskich supermenów, ale jest nam dostępna w sposób masowy. Poziom medycyny, wiedza lekarska, znajomość wpływu higieny na nasze zdrowie, antybiotyki, skomplikowane operacje, transplantologia i tak dalej stanowią wiedzę powszechną, rozwiniętą jak nigdy w historii świata. Dziś nie musimy już liczyć na cud, że ktoś na nas położy ręce i nas uzdrowi. W większości wypadków wystarczy, że udamy się do lekarza. Oczywiście ten i ów narzeka na poziom usług medycznych w naszym kraju, ale przecież jeśli porównać wiedzę, jaką dysponujemy dzisiaj z wiedzą, jaką dysponowali mieszkańcy Palestyny z czasów Jezusa, to jest to absolutna przepaść.  Czyż nie jest to dar Ducha Świętego? Czyż nie jest to moc, którą nas, ludzi dwudziestego pierwszego, jak nigdy nikogo na taką skalę wcześniej w historii nie obdarował dobry Bóg?

Na „złe duchy” dobry Bóg daje nam zespół świetnie wykształconych psychiatrów, psychologów, terapeutów, specjalistów od chorób duszy. Dzięki technologiom, które posiadamy i maszynom, które jesteśmy w stanie zbudować, dzięki posiadanej wiedzy już nie tylko możemy góry przenosić, osuszać wody, latać jak ptaki, możemy nawet wysyłać człowieka w kosmos. Czy to mało? A rewolucja cyfrowa i internetowa? Każdy z nas dziś może nosić w kieszeni, w malutkim pudełeczku telefon, telewizor i komputer jednocześnie, do tego połączony dzięki satelitom z calutkim światem.

Nie tak dawno temu byłem na Mszy świętej, na której byli obecni bracia mówiący po hiszpańsku, francusku, angielsku, niemiecku, włosku i polsku. Kościół Powszechny mówi wszystkimi językami tego świata.

Gdyby dziś św. Piotr pojawił się w Polsce przecierałby oczy ze zdumienia i nie mógłby się zapewne nadziwić cudom, którymi dysponujemy. Przecież rozwój powszechnej służby zdrowia toż to cud nad cudami. Ilu ludziom w przeciągu całego życia można nałożyć ręce na głowę? Dzięki systemowi opieki medycznej, którym dziś dysponujemy można leczyć miliony. „Czymże była moja potęga w porównaniu do tego czym ci Polacy dysponują?” – musiałby bez wątpienia pomyśleć! A św.Paweł, ten Apostoł narodów? Gdyby zobaczył możliwości internetu, którymi dziś dysponuje każde dziecko, byłby zachwycony! Przecież taki list do Koryntian umieszczony w internecie – jakież to daje możliwości! Miliardy ludzi dostępne jednym kliknięciem!

To czym obdarzył Duch Święty tych prostych chłopaków z Galilei, a to czym obdarza nas dzisiaj jest nieporównywalne. Możliwości, którymi my dziś dysponujemy, a możliwości, które mieli Apostołowie to przepaść absolutna. Może trzeba tylko z tego potencjału zacząć korzystać? Może zamiast modlitw, nowenn, rekolekcji, Mszy przebłagalnych i tak dalej, trzeba wstać z kanapy i zacząć działać?

W niedzielę na Mszy świętej mój kochany proboszcz modlił się o deszcz, mamy problem z suszą w wielu miejscach Wielkopolski i o to, by nasza reprezentacja na mistrzostwach w piłce nożnej wygrała mecz. Niemal zaraz po mszy zaczęło lać. I prawie słyszałem głos z nieba: „Sławek, nie ma sprawy, deszcz to ja ci zesłać mogę, ale nawet Ja, Bóg Wszechmogący, nie mogę zrobić nic, jeśli oni nie zaczną grać!”

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Polacy, nic się nie stało! Czy na pewno?

Jeżeli założymy, że gra w piłkę nożną to sprawa prywatna piłkarzy, to nie ma tematu. Jeżeli było tak, że ci młodzi ludzie do mistrzostw świata awansowali tylko i wyłącznie dzięki swojej pracy, swojemu wysiłkowi i za swoje pieniądze, nie ma żadnej sprawy. Jeśli jednak jest tak, że z grą w narodowej reprezentacji wiąże się pomoc finansowa państwa, to temat już jest. Jeżeli piłkarze, by móc grać na mistrzostwach, korzystali z państwowych, czyli również z moich pieniędzy, oddanych państwu w formie podatków, oznacza to, że ci młodzi ludzie mają wobec mnie i wobec wszystkich obywateli zobowiązanie.

Pytanie jakie się nasuwa po pierwszym meczu polskiej reprezentacji na mistrzostwach świata w Rosji brzmi: Czy z tego zobowiązania się wywiązali? Ja, jako zwykły kibic, całkowity laik w sprawach piłkarskich, nie pytam dlaczego przegrali ten mecz, ale pytam, czy zrobili wszystko na co ich stać, żeby go wygrać, czy dołożyli wszelkich starań, by odnieść sportowy sukces tylko się nie udało, wiadomo to jest sport. Gdyby w sporcie wszystko było pewne i z góry wiadome, byłoby to najnudniejsze widowisko na świecie. W sporcie właśnie to jest piękne, że jest nieprzewidywalny, nawet teoretycznie słabsze drużyny, wspinając się na wyżyny swoich możliwości, mogą odnieść sukces. Pytanie brzmi, czy nasi piłkarze na takie wyżyny się wspięli? Może bowiem jest tak, że niektórzy z tych młodych ludzi sądzą, że gra w narodowej reprezentacji im się należy, bo są tacy wspaniali, zdolni, cudowni i nic nikomu nie są winni.

Otóż jesteście nam coś winni, jeśli korzystacie z moich pieniędzy, jeśli ja ze swoich ciężko zarobionych pieniędzy, przecież nie aż tak dużych, część z nich przeznaczam na to, abyście w komfortowych warunkach mogli przygotować się, a potem wystąpić w tych mistrzostwach, to oczekuję, że podejdziecie do tej imprezy uczciwie. Oczekuję, że wobec mnie zachowacie się uczciwie. Nie domagam się od was, abyście na pewno wygrali cały turniej, ale wymagam, żebyście zrobili wszystko co w waszej mocy, aby go wygrać.

Ten temat jednak nie dotyczy tylko piłkarzy, dotyczy nas wszystkich. Jeśli na przykład młody człowiek uczy się za pieniądze własne lub swoich rodziców, to oczywiście nie ma sprawy. Jeśli jednak pobiera naukę na państwowej wyższej uczelni, która jest utrzymywana z podatków obywateli, to nie jest tak, że to mu się należy, bo jest taki mądry i zdolny, jest tak, że wobec tych obywateli, którzy łożą na utrzymanie jego edukacji podejmuje zobowiązanie. Zobowiązuje się wiedzę, którą uzyskał w jakimś stopniu wykorzystać ku dobru wspólnemu, ku dobru Rzeczypospolitej.

Jeśli ja korzystam z pomocy państwa w utrzymywaniu swoich dzieci, nie jest tak, że moje dzieci to moja sprawa prywatna, że to jak je wychowuję to wyłącznie moja sprawa i mojego sumienia. Wyciągając ręce po pieniądze ze wspólnej kasy, podejmuję zobowiązanie, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by wychować te dzieci na dobrych i mądrych obywateli.

Dokładnie tak samo rzecz się ma z naszym chrześcijaństwem. To nigdy nie jest nasza sprawa prywatna. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Czy my w swoim komfortowym, zamożnym katolicyzmie z tego zobowiązania się wywiązujemy? Czy robimy na pewno wszystko co w naszej mocy, by być jak najlepszymi chrześcijanami? Może jest tak, że w samozadowoleniu jacy to już jesteśmy święci i wspaniali, jaki to już uzyskaliśmy poziom w formacji i wtajemniczeniu chrześcijańskim, po każdym upadku Kościoła w Polsce, po kolejnym skandalu, po kolejnej porażce klepiemy się po plecach i samym sobie śpiewamy: nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!?

Właśnie dlatego bardzo mocno bym chciał, żeby Polacy dwa pozostałe mecze w rozgrywkach grupowych wygrali, żeby zagrali uczciwie, żeby zrobili wszystko co w ich mocy i wspięli się na wyżyny w kunszcie piłkarskim, żeby stwierdzenie: jaki naród taka reprezentacja choć raz zabrzmiało z dumą! Trzymajmy kciuki za naszych!!!

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Do czego służy chrześcijaństwo?

W Polsce jest bardzo wielu ludzi, którzy odczuwają potrzebę wiary, potrzebę relacji z bytem wyższym, ale odrzucają Kościół Katolicki utrzymując, że to nie dla nich, że to religia, która nie spełnia ich potrzeb. Wydaje mi się, że w wielu przypadkach jest tak, że ci ludzie nie tyle odcinają się od Kościoła, co od własnych wyobrażeń na jego temat. Kościół Katolicki to dla nich model przestarzały, odstający od realiów życia w dwudziestym pierwszym wieku, nadający się już tylko dla babć, dziadków i różnej maści dziwaków, a nie dla ludzi młodych, dynamicznych, nowoczesnych. Niestety, często jest tak, że my – ludzie wiary, ten obraz w nich tylko utwierdzamy. Dlaczego tak się dzieje? Wynika to z prostego nieporozumienia, zakładamy, że ludzie w Polsce o chrześcijaństwie wiedzą już wszystko, a jedyna kwestia jest taka: czy to chrześcijaństwo przyjmują czy odrzucają. Promując wartości chrześcijańskie staramy się za wszelką cenę przekonać ludzi do czegoś, czego oni ani nie znają, ani nie rozumieją.

Promocja chrześcijaństwa powinna się rozpoczynać od ustalenia o czym tak naprawdę mówimy. Czym chrześcijaństwo, do którego pragniemy zachęcić, jest, a czym nie jest. Pierwszym błędem, z którym już na wstępie powinniśmy się rozprawić, jest przekonanie obecne w myśleniu bardzo wielu osób, że Kościół Katolicki to system nakazów i zakazów, to zbiór norm czego nam nie wolno, a co nam wolno. Tymczasem jest przecież tak, że Bóg dał nam dziesięć przykazań. W oceanie opcji, możliwości, setek tysięcy, czy milionów decyzji jakie podejmiemy w przeciągu naszego życia, mamy tylko dziesięć punktów, których powinniśmy się trzymać. Dziesięć! Tyle, ile palców u obu rąk. Do tego jeszcze większość z tych punktów jest zupełnie akceptowalna dla wszystkich. Przecież nie trzeba być chrześcijaninem, żeby się zgodzić z tym, że nie powinniśmy się nawzajem zabijać, okradać, oszukiwać, że dobrze jest szanować swoich rodziców.

Chrześcijaństwo to wolność. Wolno mi wszystko, choć nie wszystko przynosi korzyść. Chrześcijaństwo to milion możliwości, na które mam pełne prawo się otworzyć, to setki tysięcy przepisów, którymi mam pełne prawo się nie przejmować, bo Bóg dał mi rozum i wolną wolę, atrybuty, które są zupełnie wystarczające do tego, by osiągnąć szczęście. Skoro więc bycie chrześcijaninem oznacza bycie człowiekiem wolnym, a te marne dziesięć punktów, które powinienem mieć przed oczami równie dobrze może szanować osoba niewierząca, co w takim razie mnie, jako człowieka idącego za Jezusem, powinno wyróżniać? Otóż można to ująć kolokwialnie, pierwszym i świętym przykazaniem chrześcijanina powinno być – „nie będziesz dupkiem”.

W drodze swojego życia nie będziesz patrzył tylko na siebie, na czubek swojego nosa, na to co JA mogę, i na to czego JA nie mogę. Na pierwszym miejscu w swoim życiu postawisz Boga, a na drugim – bliźniego. Zmienisz perspektywę swojego myślenia, swoje nastawienie do świata i ludzi. Na przykład wiele osób, które nie zna zbyt dobrze Kościoła, nie rozumie jego nauczania odnośnie spraw związanych z seksem. Dlaczego nie wolno mi uprawiać seksu przed ślubem? Dlaczego mam nie używać prezerwatywy? Przecież to jest głupie? Jeśli tak spojrzysz na zagadnienie to oczywiście, że to będzie głupie.

Jako chrześcijanin najpierw rozmyślam po co Bóg dał mi seks, następnie mam przed oczami osobę, z którą ten seks chcę uprawiać, a na samym końcu siebie. Seks nie jest rozrywką, nie jest zabawą, nie jest również sportem. W zamyśle Boga seks to relacja między dwojgiem kochających się ludzi. Skoro fizycznie nie możliwe jest uprawiać seksu samemu ze sobą, oczywistym jest również, że i decyzji odnośnie miłości fizycznej nie można podejmować samemu. Zawsze będzie to decyzja podjęta w relacji z tą drugą osobą. Człowiekiem, który nie jest rzeczą, przedmiotem, który ma uczucia, upodobania, wartości, które muszę w pełni uszanować. Dorosły człowiek wie, że z seksem zawsze wiąże się potencjalna możliwość powołania do życia nowej osoby. Z tym również przed podjęciem decyzji musimy się zmierzyć. Czy jestem gotowy do tego, by to nowe życie przyjąć, czy mam możliwość się tym nowym człowiekiem zaopiekować i czy chcę to robić z osobą, z którą planuję rozpocząć życie seksualne. Dopiero po tych rozważaniach powinienem przejść do kwestii czysto technicznych. Rozpoczynając mój dialog z partnerem od tych drugich kwestii (technicznych), równie dobrze mógłbym zacząć rozmowę z osobą, z którą chcę uprawiać seks od pytania: „wolisz być na górze, czy na dole?”

Głosząc wartości chrześcijańskie odnośnie naszej seksualności, lecz zaczynając od kwestii czysto technicznych, którymi każdy myślący człowiek zajmuje się na samym końcu, wprowadzamy kompletny chaos. Przecież ja jeszcze nie zacząłem rozmawiać z partnerką, czy w ogóle chce się ze mną kochać, a już mam rozważać, czy zrobimy to z prezerwatywą, czy bez?  Właśnie dlatego tak ważne jest, by nie być zwyczajnie dupkiem, by mierzyć się najpierw z tym, czego oczekuje ode mnie Bóg, potem czego oczekuje ode mnie mój bliźni, a na samym końcu – co jest najlepsze dla mnie. Taka perspektywa, trudna i wymagająca, w końcu trzeba przełamać to co w nas bardzo mocne – nasz egoizm, pozwala nam zupełnie inaczej spojrzeć na to, czym jest chrześcijaństwo i jakie wartości z sobą niesie. Przecież, choć nie raz i nie dwa zdarzyło nam się być w życiu dupkiem, to jednak, jestem o tym przekonany, każdy gdzieś tam w głębi serca nosi w sobie pragnienie, by przeżyć życie  dupkiem nie będąc. Takie spojrzenie na wiarę sprawia, że choć jest to sprawa niezwykle trudna i wymagająca, to jednak atrakcyjna. Warto się starać.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Diabeł w Kościele.

Wielu mądrych, uczonych ludzi coraz wyraźniej zwraca uwagę na problem, jaki nasila się w polskim Kościele: przesadne zainteresowanie Szatanem, opętaniami i egzorcyzmami. Zwraca uwagę, że jest to niebezpieczna tendencja zarówno jeśli chodzi o depozyt wiary, jak i o samych wiernych.

Trudno się z nimi nie zgodzić, sam mogę podać przykład z życia wzięty. Nie tak dawno temu brałem udział w spotkaniu, na którym były obecne głęboko wierzące osoby. Jedna z nich opowiadała, że jest opętana, jest w trakcie egzorcyzmów, które ciągle trwają. Dowodem jej opętania miały być nadprzyrodzone moce, które posiadała, a powodem owego opętania było to, że jej dziadek kiedyś podpisał cyrograf z Szatanem. Ku mojemu niedowierzaniu i przerażeniu, wśród obecnych osób żadna nie wyraziła chociażby powątpiewania, dokładnie wszyscy kiwali głowami z pełnym zrozumieniem.

Przecież Kościół wyraźnie i jasno naucza, że grzechy naszych dziadków nie przenoszą się w sposób bezpośredni na nas. Twierdzenie, że jakieś wydarzenie z przeszłości naszych przodków może realnie działać na nas dzisiaj, to świat zabobonów, guseł i czarów, a nie katolickiej wiary.

Osoby uważające się za opętane powinny zgłaszać się z tym problemem do specjalistów oficjalnie ustanowionych przez Kościół. Bóg również dał nam lekarzy, Bóg działa poprzez lekarzy specjalistów.Utrzymywanie przez różnej maści „znawców”, którzy nie są mianowanymi przez Kościół egzorcystami w takich osobach przeświadczenia, że ich problemy nie mogą być natury zdrowotnej, a są wyłącznie problemem duchowym, to skazywanie ich na niepotrzebne cierpienie, a w najgorszym wariancie doprowadzenie do tego, że całe swoje życie spędzą cierpiąc tylko dlatego, że nie podjęły odpowiednio wcześnie leczenia. Kazik Staszewski w utworze Toma Waitsa śpiewa: „jeśli chcesz hodować diabła, w głębokim dole trzymaj go”. Pieszczenie się szatańskimi obsesjami to zagrożenie samo w sobie, ale przenoszenie tych obsesji na innych to grzech ciężki. Kościół ma na tym polu jasne i jednoznaczne zasady, chodzi tylko o to, by je odpowiednio mocno nagłaśniać i chronić ludzi przed osobami niekompetentnymi, głoszącymi „nauki” niezgodne z  Magisterium Kościoła.

Skąd w naszym Kościele tyle szatańskich obsesji? Zapewne powodów jest wiele, warto jednak zwrócić uwagę na rozłożenie akcentów, jeśli chodzi o nauczanie Kościoła.  Wiele wierzących osób sądzi, że pierwszą i główną funkcją sakramentu chrztu jest zmazanie grzechu pierworodnego. Są też tacy, którym się wydaje, że jest to jego jedyna funkcja.  Sakrament w takim rozumieniu pełni rolę negatywną, jest uwolnieniem od, a nie działaniem pozytywnym: uwalniającym do.

Tak przyjęta optyka, postawienie grzechu na pierwszym planie sprawia, że i całe chrześcijaństwo może się nam jawić jako narzędzie do walki z grzechem, a pierwszym i podstawowym obowiązkiem chrześcijanina, dobrego katolika, jest z tym grzechem walka. To skrajny indywidualizm obecny w myśleniu człowieka Zachodu, ciągłe nastawienie na – ja , sprawiają, że wiara staje się dla wielu sposobem na samorealizację, samodoskonalenie, treningiem duchowym i tak dalej. Cała rzecz w tym, że z grzechem wygrać się nie da. Można śmiało powiedzieć, że grzech to skutek uboczny życia. Prawdą jest, że im bardziej stajemy się wierzący i bardziej nasza formacja chrześcijańska staje się doskonalsza, tym bardziej uświadamiamy sobie naszą grzeszność. Może być tak, że po tych wszystkich rekolekcjach, konferencjach, ćwiczeniach duchowych, po obejrzeniu wszystkich filmów na Youtube katolickich celebrytów dojdziemy do wniosku, że jesteśmy gorsi, a na pewno nie lepsi niż na początku drogi. Ta cała wiedza jaką dysponujemy sprawia, że jesteśmy smutni, wpadamy w depresje, nie rozumiemy dlaczego, mimo tych wszystkich wysiłków, które podjęliśmy, nasze życie wcale nie jest lepsze. Tu, z wielkim zapałem i ochotą wychodzą nam naprzeciw wszelkiej maści piewcy Szatana, którzy dają nam do rąk wytrych, klucz do wszelkich problemów: „im bardziej stajesz się wierzący, tym bardziej próbuje cię skusić Szatan”.

Skoro Szatan jest główną przeszkodą w tym, że mimo ciągłych starań, daleko nam do doskonałości, naszym podstawowym działaniem jako człowieka wiary powinna być walka ze Złym. Jednak, żeby z nim skutecznie walczyć trzeba jak najwięcej o nim wiedzieć. Tu czai się na nas, pełnych dobrej woli, ogromna w swej liczbie zgraja szarlatanów, którzy twierdzą, że o Szatanie wiedzą wszystko, bo osobiście z nim gadali, brali udział w setkach egzorcyzmów, które mogą służyć jako gotowy scenariusz do filmowych horrorów klasy b i znają jego podstępy jak nikt inny. Świat jaki kreują, to miejsce walki potęg nadprzyrodzonych, w którym ludzie to tylko igraszki, zabawki w rękach demonów, słabe i bezbronne, ochrony przed Szatanem nie gwarantuje ani stan łaski uświęcającej, ani sakramenty, jedynie oni sami, wtajemniczeni w wiedzę, znaną tylko nielicznym. Z Kościoła Powszechnego wchodzimy do Kościoła dla wtajemniczonych, Kościoła elit, które służą już tylko same sobie.

Tymczasem podstawowa funkcja chrztu to wprowadzenie w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, inicjacja wprowadzająca w Kościół – Ciało Chrystusa. Stajemy się opieczętowani, naznaczeni jako dzieci Boga, a skoro dzieci, to i Jego dziedzice. Zostajemy namaszczeni, czyli stajemy się Mesjaszami (Pomazańcami Bożymi). Oczyszczenie z grzechów, w tym z grzechu Adama sprawia, że jesteśmy nowymi stworzeniami. Umieramy dla świata, a rodzimy się dla Chrystusa i jednocześnie wszyscy jesteśmy Chrystusami. Chrzest włącza nas w obcowanie świętych, jednoczy z tymi, którzy byli przed nami, którzy żyją jak my, i z tymi, którzy przyjdą po nas. Otrzymujemy godność kapłańską. Sakrament chrztu, jak każdy inny sakrament ma moc przemieniającą, daje nam siłę do robienia rzeczy, których, bez łaski Boga, zrobić nie bylibyśmy w stanie. Mamy moc, siłę i potęgę, a naszym zadaniem jest z tego mądrze korzystać.

Jezus nie powołał Dwunastu po to, by walczyli z Szatanem, nie powołał ich po to, by walczyli z kimkolwiek. Powołał ich po to, by głosili Dobrą Nowinę. Nas również po to powołuje, mamy iść i głosić, mamy żyć i głosić, czyli żyjąc głosić. Czy jemy, czy pijemy, czy cokolwiek innego robimy, mamy to robić na chwałę Boga. Głosić Jezusa można tylko i wyłącznie słowem i czynem. To, co mówimy i to, jak żyjemy musi być kompatybilne. W każdym innym przypadku nasze głoszenie nie będzie działać, będzie fałszywe, zakłamane.

Chrześcijaninem nie jestem po to, by się zbawić. Łaską wiary jestem zbawiony, a nie przez uczynki, by się nikt nie chlubił. Chrześcijaninem jestem po to, by dzięki mnie zbawienia dostąpili ci, którzy jeszcze Jezusa nie poznali. Jestem po to, by być światłem dla pogan. Oświecać mogę tylko poprzez świadectwo swojego życia. Inaczej będzie to światło sztuczne, fałszywe. Mam być solą i moją główną troską jako chrześcijanina powinno być to: skoro sól utraci swój smak, czym ją posolić? Grzeszę, upadam, jestem słaby i ułomny, ale głoszę Dobrą Nowinę. Tam gdzie jest dobro, zło ustępuje samo, nie trzeba walczyć ze złem, wystarczy robić dobro. Zamiast wielkiego neonu z napisem: grzech, każdy wierzący w Jezusa powinien sobie zapalić wielki napis: bliźni!

A Szatan? a co mnie obchodzi Szatan, narobił sobie bigosu, niech sam się martwi.

PSALM 23(22)

Bóg pasterzem i gospodarzem

1 Psalm. Dawidowy.
Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
2 Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
3 orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię.
4 Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska
są tym, co mnie pociesza.
5 Stół dla mnie zastawiasz
wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem;
mój kielich jest przeobfity.
6 Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim
po najdłuższe czasy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

,,,,

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? (Łk 1,43)

Piękne w Niej jest to, że nie daje się zaszufladkować. Nie można Jej zamknąć w żadnych schematach. Choć trzeba przyznać, że bardzo wielu próbowało, zarówno tych w Kościele, jak i tych po za nim. Wielu mądrych ludzi pisało uczone traktaty, kim Maria jest dla Kościoła, a kim bez wątpienia nie jest, a prosty lud i tak, i tak czci ją jak boginię. Zanosi do Niej swoje modły, licząc na Nią bardziej – w końcu matka i kobieta, niż na poważnego, zasadniczego Boga – mężczyznę.

Prosta Żydówka z Nazaretu i jednoczenie królowa wyniosłego i dumnego narodu, który buduje dla niej wielkie bazyliki, w których wręcz słychać łopot husarskich skrzydeł, a potem idzie do stajenki podziwiać Ją, jak piastuje swojego Syna na sianku, z bydlętami i pastuszkami. Panienka i żona. Matka i dziewica. W stu procentach wierząca córka Izraela i pierwsza chrześcijanka jednocześnie.

Kiedyś wydawało mi się, że judaizm sprowadza się do tego, że Żydzi ciągle czekają na swojego mesjasza, natomiast my oczywiście już nie czekamy. Tak spoglądając na zagadnienie musiałem dojść do wniosku, że między Żydami i chrześcijanami rozpościera się przepaść nie do przezwyciężenia. Dziś już jednak wiem, że w judaizmie wątek mesjański to kwestia zdecydowanie drugorzędna, poboczna. Podstawą, fundamentem i wszystkim co najważniejsze dla Żydów jest przymierze. Przymierze, jakie Bóg zawarł z narodem, który sobie sam wybrał. Przymierze z Bogiem Abrahama, Jakuba i Izaaka to miejsce spotkania, w którym bez problemu może odnaleźć się i chrześcijanin, i Żyd. Na to właśnie miejsce wskazuje Maria z Nazaretu.

Kiedyś sobie myślałem, że przepisy rytualne Żydów są trochę niemądre, dziś zdaję sobie sprawę z tego, że jest to typowe myślenie człowieka Zachodu, Europejczyka. Żydzi wobec Boga nie prowadzą rozważań: mądre, niemądre. Wiara Izraela to zaufanie. Jeśli nie umiesz policzyć gwiazd na niebie, czy ziaren piasku na plaży, nie staraj się zrozumieć Boga, to przekracza zdolność twojego pojmowania. Nie chodzi tu o bezmyślność, czy brak refleksji, ale właśnie o zaufanie. Ufność w to, że dobry Bóg prowadzi nas ścieżkami nieraz trudnymi i pokrętnymi dla naszego dobra, że wszystko ma sens. Często głęboko ukryty i w danym momencie dla nas niepojęty, ale prowadzący do celu, którym jest zbawienie.

Maria z Nazaretu, ta żydowska matka, właśnie o wierze, która jest zaufaniem przypomina mi, na taką wiarę wskazuje. „Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” – to jest postawa, którą powinienem się kierować wobec Jezusa. Zrób wszystko cokolwiek ci powie, bez rozważania, czy to jest mądre, czy niemądre. Nie analizuj tylko zaufaj.

Gdybym ja się znalazł na weselu w Kanie Galilejskiej i usłyszał, że mam napełniać kamienne stągwie wodą, bez wątpienia popukałbym się w czoło i stwierdził, że to jest bez sensu, że to jakieś dziwactwo. A Matka mojego Pana mówi wyraźnie: „zapomnij o takim myśleniu, przestań ciągle kombinować, pytać po co, i dlaczego, po prostu – zaufaj. Zaufaj mojemu Synowi. Zrób wszystko co ci powie”.

Prawo rytualne Żydów ma jeszcze jeden bardzo ważny aspekt, jest prawem tożsamościowym. Sprawia, że naród wybrany wyróżnia się spośród wszystkich innych narodów. Dzięki posłusznemu trwaniu wobec przepisów, jakie nakazuje Tora, ten naród przetrwał. Przetrwał wieki diaspory, tumultów, prześladowań, Shoah. Oparł się pokusie asymilacji, nie wchłonęły go inne narody, przecież o wiele potężniejsze od niego. Matka Jezusa, wierna Prawu i Tradycji córka Izraela, swoją postawą pokazuje mi jak należy żyć w zgodzie z wiarą. Wiara powinna mnie wyróżniać, powinna być widoczna. Każdy, kto mnie spotyka powinien widzieć, że jestem chrześcijaninem. Czy tak jest? To pytanie, które cały czas mi zadaje.

Maria, Matka Jezusa jest przy Nim przez cały czas. Towarzyszy Mu od narodzin po krzyż, ale jest to obecność niezwykle dyskretna, subtelna, ukryta. Taka postawa powinna być charakterystyczna dla całego Kościoła Powszechnego. Kościół powinien wskazywać na Jezusa, nie na siebie samego. Kościół, który wskazuje na siebie staje się instytucją, która zabiegając o swoje interesy, o swoje potrzeby, dla wielu może być zgorszeniem. Może budzić sprzeciw, zakłopotanie, niezrozumienie, a przecież mamy unikać wszystkiego co ma choćby pozór zła. Ta prosta Żydówka z Nazaretu uczy mnie, że nie jestem chrześcijaninem dla siebie, chrześcijaństwo to nie program samodoskonalenia, samorealizacji, to nie psychologia rozwojowa, to nie postawa: „patrzcie jakim jestem doskonałym katolikiem”! Chrześcijaństwo to wskazywanie na Niego. Ta pierwsza chrześcijanka swoją postawą mówi mi : „Myślisz, że nosiłam Go pod sercem, urodziłam w stajence, chodziłam za nim po Ziemi Świętej i płakałam pod krzyżem, by się wywyższyć? Zrobiłam to dla ciebie, byś mógł Go poznać!” To właśnie jest istota chrześcijaństwa! Mam żyć tak, nie po to, by poznali mnie, ale Jego!

Młodziutka, ciężarna dziewczyna wyrusza w trudną, długą, trwającą dwa lub trzy dni drogę do Judei, by pomagać swojej krewnej Elżbiecie, również będącej w ciąży. Lubię sobie wyobrażać, że właśnie tak przychodzi do mnie. Nie w szatach królewskich, koronie na głowie, nie po to, by wyjawić mi największe tajemnice tego świata, ale po to, by uczyć mnie wiary najprostszej, wiary prostej Żydówki z Nazaretu, bo właśnie w tym żydowskim zaufaniu powinniśmy szukać korzeni, fundamentów naszego chrześcijaństwa. Wiara Marii czyni ją wielką, tak wielką, że kiedy do mnie przychodzi ciągle się zastanawiam:

A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Ta, która układa włosy, czyli jak Kościół poradził sobie z kobietami.

Kobiety odgrywały w życiu Jezusa rolę ogromną, a Jego podejście do nich było wręcz rewolucyjne. Pamiętajmy, że mówimy o czasach, kiedy to pobożni Żydzi modlili się: „Dzięki Ci Boże, że nie uczyniłeś mnie zwierzęciem, niewolnikiem lub kobietą.” Uczeni w Piśmie tworząc halachę utrzymywali, że kobiety i niewolnicy podlegają tym samym prawom. Jezus natomiast często i chętnie przebywał w towarzystwie kobiet i nie miał problemu z tym, żeby korzystać z ich pomocy finansowej. (Łk,8,1-3)

Kiedy jednak Kościół z młodych, spontanicznie powstających wspólnot przeradzał się w Kościół instytucjonalny zdominowany przez mężczyzn, ten niezwykle pochlebny obraz uczennic Jezusa stawał się cokolwiek niewygodny. Jak to? Kobiety były tak samo ważne dla Jezusa jak dwunastu apostołów? Nie może to być! Te, które na kartach Ewangelii pojawiały się tylko epizodycznie, dla męskiego Kościoła większego problemu nie stanowiły. Problemem, i to problemem przez wielkie P, były dwie Miriam: Matka Jezusa i Maria Magdalena. W jaki sposób z nim sobie poradzono? Przecież nie dało się o nich nie mówić w ogóle.

Sprawę łatwiejszą stanowiła Matka Boga. Tutaj wystarczyło jedynie wynieść ją na piedestał tak wysoki, żeby żadna kobieta żyjąc realnie, nie była w stanie się z Matką Boską identyfikować. Bożą Rodzicielkę wyniesiono do rangi niemal  bogini i otoczono nabożnym kultem. Nie oznacza to oczywiście, że ta niezwykła, dzielna kobieta, pierwsza chrześcijanka, bo przecież, jako pierwsza powiedziała Jezusowi „tak”, na taki kult sobie nie zasłużyła. Zasłużyła sobie na wszystko i zgodnie z nauką Kościoła, za swoje cierpienie na ziemi otrzymała wielką nagrodę w Niebie. Chodzi o to, że cześć, jaką męski Kościół ją obdarzył to „wylanie dziecka razem z kąpielą”. Miriam odebrano prawo do bycia prawdziwą, realnie żyjącą kobietą, zrobiono z niej ikonę, świętość nad świętościami do tego stopnia, że na przykład samo wyobrażenie sobie, że mogła ona w czasie okresu mieć gorsze dni i pokrzykiwać na Józefa i Jezusa dla wielu katolików po dziś dzień to świętokradztwo! Matka Boska i fizjologia? Toż to szarganie świętości. W męskim Kościele byli przecież i tacy, którzy twierdzili, że Maria nie miała bóli porodowych. Zwykłe, proste, rodzące w bólach kobiety, powinny zanosić do Matki Boskiej modły, ale nigdy twierdzić:”przecież była ona jedną z nas.” Paradoksalnie, Kościół, który dzisiaj z takim zaangażowaniem walczy z ideologią gender, z Żydówki Miriam uczynił postać odrealnioną, bezpłciową.

Większy problem stanowiła Maria Magdalena. Jak z tej apostołki apostołów zrobić ikonę? Jak ją odrealnić? Przecież nie można jej było wynieść na takie wyżyny jak Matkę Jezusa. Z pomocą przyszły tu odwieczne pragnienia, obsesje i żądze mężczyzn. Każdy mężczyzna w skrytości ducha marzy o kobiecie, która jest jednocześnie rozwiązła i święta. Każdy pragnie świętej dziwki. Posłużono się więc archetypem męskich pragnień. Uczyniono z Mari Magdaleny świętą ladacznicą. Wykorzystano motyw nieprzerwanie obecny w kulturze.

Prostytutka Rachab, ratując izraelskich szpiegów pomogła Jozuemu w zdobyciu Jerycha. Sztandarowym przykładem tego kobiecego archetypu w literaturze jest Sonia ze „Zbrodni i kary” Fiodora Dostojewskiego. W kulturze popularnej wykorzystano ten motyw w znakomitej amerykańskiej komedii – „Pretty Woman”. Maria Magdalena z uczennicy Jezusa przeobraziła się w archetyp, symbol męskich pragnień, przestała być realna.

Nie chodzi tu oczywiście o snucie spiskowych teorii, nie było tak, że ktoś usiadł i wymyślił. Wizerunki tych kobiet odrealnione i wyniesione do rangi symbolu to wynik męskiego sposobu patrzenia na świat. W ich mentalności, niepojęte było, że Maria matka Jezusa i Maria Magdalena były zwykłymi kobietami. Z ich słabościami, ułomnościami, nieczystościami i tak dalej. Były kobietami, owszem, ale jakimiś takimi specjalnymi, nie tyle super – kobietami, co nad – kobietami.

Hebrajski rzeczownik megaddela oznacza kobietę układającą włosy. Całkiem możliwe, że rozwiązanie zagadki Marii Magdaleny podają nam na tacy sami ewangeliści. Owa Maria mogła zwyczajnie trudnić się układaniem włosów kobietom, w ten sposób zarabiać na życie, a część zarobionych pieniędzy przeznaczać na pomoc Jezusowi. Z braku wiarygodnych źródeł jest to hipoteza dobra jak każda inna. Jednakże nigdy nie zapłodniła wyobraźni badaczy, nie stała się popularna. Dlaczego?

Najważniejsze wydarzenie w historii świata: Zmartwychwstały Chrystus i w centrum tych wydarzeń – fryzjerka? Pierwszym człowiekiem na ziemi, który miał zaszczyt zobaczyć Zmartwychwstałego, nie był Kefas – Skała, nie był umiłowany uczeń, który już niedługo na wyspie Padmos będzie widział smoki, ale – fryzjerka!? No nie, tego męski Kościół przetrawić nie był w stanie.

Czy przywrócenie Żydówce Miriam, matce i żonie, prawa do bycia zwykłą kobietą w jakiś sposób umniejsza jej świętości? Czy naszemu Kościołowi uwłacza to, że tą, która obwieściła światu i nam wszystkim: „widziałam Pana!” – była fryzjerką? Mam nadzieję, że my katoliccy mężczyźni dojrzeliśmy już do tego, by w swojej męskiej mentalności być w stanie przyznać: „owszem, zwykłe palestyńskie kobiety, uczennice Jezusa były równe apostołom”.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Zesłanie Ducha Świętego – moje świadectwo.

Kiedy kilka lat temu podejmowałem decyzję wiary, uczyniłem to z całkowicie racjonalnych pobudek. Zwyczajnie stwierdziłem, że bardziej mi się opłaca być wierzącym niż niewierzącym. O wiele lepiej jest żyć próbując naśladować Jezusa, niż go nie naśladować. Czy ta decyzja w jakiś realny sposób odbiła się na jakości mojego życia? Zdecydowanie tak. Przytoczę tu tylko dwa przykłady z faktów mojego życia.

Co według Jezusa stanowi największe zagrożenie w życiu każdego człowieka? Co może go skutecznie oddalać od Królestwa Bożego? Nie, nie jest to Szatan. Nie, nie jest to seks. Otóż Jezus jasno, wyraźnie i jednoznacznie, w wielu wypowiedziach i przypowieściach wskazuje na coś zupełnie innego. Wskazuje na pieniądze! To właśnie kult mamony, chciwość i czynienie z pieniądza bożka skutecznie blokuje nam drogę do Jego Królestwa. Kiedy to sobie uświadomiłem, mój stosunek do pieniądza uległ radykalnej zmianie. Wcześniej ciągle martwiłem się, czy mi starczy, czy będzie na rachunki, na obsługę kredytu we frankach, na życie. Wstępując na drogę wiary martwić się przestałem i co się wydarzyło? Otóż okazało się, że nie tylko mi starcza, ale nawet jest w nadmiarze, że stać mnie na to, by pieniędzmi się dzielić z innymi. Nie oznacza to, że nagle zacząłem więcej zarabiać, oznacza to, że dzięki wierze przestałem się bać. Jak mawiali starożytni:”kto się boi, ten jest niewolnikiem”. Dobry Bóg mocną ręką i silnym ramieniem wyprowadził mnie z Egiptu, z niewoli pieniądza.

Druga sprawa to moje małżeństwo. Żona jest osobą głęboko wierzącą, kiedy pozostawałem twardo poza Kościołem, jednocześnie wykluczałem się sam, dobrowolnie z tej części jej życia, którą stanowiła wiara. Świadomie pozbawiałem się możliwości towarzyszenia jej w czymś, co jest dla niej niezwykle ważne.To sprawiało, że trudno było mówić o nas, że jesteśmy jedno. Decyzja wiary umożliwiła mi dążenie do tej jedności. Teraz, po dziesięciu latach małżeństwa, śmiało mogę powiedzieć: ja i moja kochana żona to jedno!

W moim głębokim przekonaniu jest to działanie Ducha Świętego w moim życiu. Moje charyzmaty. Mało spektakularne? Być może. Może i by się chciało, aby ziemia drżała, żeby kalecy wstawali z wózków inwalidzkich, ślepi odzyskiwali wzrok, głusi słuch, ale widocznie to nie moje powołanie. Widocznie w moim przypadku, nie w wichrze ogromnym i nie przez burzę, ale w lekkim powiewie przyszedł do mnie Pan. W ciepłym oddechu mojej żony. Mi to wystarcza. Gdybym potrafił deklamować cztery Ewangelię po Aramejsku, a miłości mojej żony bym nie miał, byłbym niczym.

1 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
2 Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.(1 kor.13, 1-2)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Skomentuj