Śmierdzący Jezus.

Tak, smród jest najgorszy, zaraz po nim krosty i wrzody ale smród jest najgorszy. To ludzi odgania najskuteczniej, pozbawia współczucia i empatii. „Ja rozumiem bezdomny, ja rozumiem nie ma gdzie mieszkać ale żeby choć tak nie śmierdział !” – tak sobie myślą. Odsuwają się jak najdalej się da i układają w głowie listę dobrego katolika, który nic nie może zrobić.

” Przecież nie wezmę go do domu, mam małe dzieci, na pewno by ich czymś zaraził, a zresztą skąd mam wiedzieć czy mnie nie okradnie, albo się przyzwyczai i będzie ciągle do mnie przyłaził, będzie chciał wykorzystać moją naiwność, a przecież być wierzącym nie znaczy dać się wykorzystywać. Zresztą nie jest przecież taki stary, mógłby sobie znaleźć jakąś pracę. Kurde, przecież w tym kraju ściąga się obcokrajowców bo nie ma rąk do pracy, na pewno by coś znalazł gdyby tylko chciał.”

Oni tego nie rozumieją, nie rozumieją, że bezdomność to nie wybór. To nie jest tak, że sam sobie wybrałem takie życie, że to była moja decyzja. Zawaliło mi się samo, świat pieniędzy, rachunków, czynszów, opłat, zobowiązań zalał mnie jak fala oceanu, zaczął topić, dusić, wciągać w głębinę i nie miałem nikogo kto by mi podał rękę, powiedział jak się z tego wykaraskać, jak to wszystko ogarnąć. Jak się unosić na powierzchni. Kiedy fala cię porwie i wyrzuć na brzeg bezdomności to już jest koniec, to już jest po tobie. Z tego świata się nie wraca, z tego świata nie da się uciec. Niby jak mam znaleźć sobie pracę? Kto mnie wpuści do jakiegoś biura? Kto będzie chciał ze mną rozmawiać? Śmierdzę! Mam chorą skórę! Kto zaproponuje kont do spania? Tylko na mnie spojrzą już widzą oczami wyobraźni: pasożyty, choroby zakaźne, robactwo i to odrzuca, odpycha, każe jak najszybciej odwrócić wzrok, bo od samego patrzenia już można się ode mnie zarazić.

Tak, nie rozumieją czym jest bezdomność. Myślą sobie nie ma pracy, nie ma pieniędzy, jest nieprzystosowany, chory psychicznie, uzależniony i co tam jeszcze. Być bezdomnym oznacza wypaść z waszego skomplikowanego świata, wypaść całkowicie, tak do końca. Między światem w którym wy żyjecie, a miejscem w którym znalazłem się ja jest krata, zamknięta na kłódkę i cała rzecz w tym, że to wy macie klucze, tylko z waszej strony da się ją otworzyć. Z mojej się nie da, ja tego nie mogę i nie potrafię zrobić. Gdybym umiał, wiedział jak, miał pomysł przecież by mnie tu nie było!

Wiele razy widziałem śmierdzącego Jezusa, wiele razy odsuwałem się jak najdalej się da od Niego. Czasami myślę sobie, że przecież mam w kieszeni klucz, mógłbym choć spróbować coś zrobić, ale zamiast klucza wyciągam pieniążek i wrzucam przez kratę. Uciszam sumienie, które krzyczy!

 

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze

Getto w głowie.

Znaleźliśmy się w sytuacji w której straszne skandale rozrywają ciało Kościoła. Wielu z nas, w autentycznym zatroskaniu o losy wspólnoty Rzymskokatolickiego Kościoła zastanawia się co robić dalej. Jak ten kryzys przełamać? Jak sprawić aby już nigdy nie dochodziło do takich strasznych rzeczy, o których niemal codziennie rozpisują się media na całym świecie?

Wiele osób, pełnych dobrej woli i jakże słusznych intencji, nie potrafi zrobić jednej rzeczy. Nabrać dystansu, wyjść poza krąg myślenia: my – oni. Kościół reszta świata. Innymi słowy mówiąc, nie potrafi przekroczyć mentalnie katolickiego getta. Dobrym przykładem tego myślenia jest tytuł artykułu, który przed kilkoma dniami ukazał się na naszym ukochanym portalu DEON.PL :

Co powinieneś zrobić, gdy dowiesz się o przypadku wykorzystania seksualnego przez księdza?

Jest on tyleż samo pełen troski o dobro Kościoła, co absurdu. Kochany bracie i siostro, a cobyście zrobili gdyby ktoś was okradł? Pójdziecie do proboszcza czy na policję? Gdyby ktoś zdemolował wasze z takim trudem urządzane mieszkanie? Zgłosicie to policji czy biskupowi?

Pasterze owczarni są po to by prowadzić swoje owce tak by te przestępstw nie popełniały. Jednakże kiedy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że doszło do przestępstwa rola pasterzy się w tym momencie kończy. Sprawami przestępstw w zdrowym, pozbawionym mafijnych układów społeczeństwie zajmują się profesjonalne, specjalnie do tego powołane i utrzymywane z podatków obywateli służby. Ani ksiądz proboszcz, ani biskup, ani nawet papież nie są powołani do tego by pełnić rolę policjanta, prokuratora i sędziego jednocześnie.

W ostatnich dniach padło wiele słów na temat klerykalizmy w Kościele, jednocześnie w Polsce – nie wiem jak to jest na świecie bo światowcem nie jestem – wielu ludzi Kościoła oczekuje od biskupów ordynariuszy, że ci będą alfą i omegą, że mają się znać na wszystkim. Biskup nie tylko musi być ekspertem w kwestiach wiary, musi się znać na polityce, prawie,  na gospodarce, zarządzaniu finansami,biologii, seksie, edukacji i jeszcze w pełni kontrolować praworządność obywateli mieszkających w obrębie jego diecezji. Nie dziwmy się, że wielu z nich tak wielkiej presji nie potrafi udźwignąć. Nie dziwmy się, że niektórzy z nich w końcu, sami zaczną wierzyć, że są ekspertami od spraw wszelakich.

Podobnie, tylko na o wiele większą skalę, rzecz się ma z biskupem Rzymu czyli papieżem. Wiele osób zadaje sobie pytanie: czy ten papież odmieni oblicze Kościoła? Otóż nie da się odmienić serc miliarda ludzi pojedynczej osobie, i nie ma tu znaczenia jak wielką charyzmą jest obdarzona ta postać. Nie, papież w pojedynkę niczego nie załatwi. Jeśli autentycznie jesteśmy zatroskani dobrem Kościoła Rzymskokatolickiego musimy w proces odnowy włączyć się osobiście. Musimy zacząć wyznawać Boga żywego, obecnego w śród nas i raz na zawsze pozbyć się myślenia magicznego, zacząć wreszcie korzystać z rozumu. Gdy boli nas ząb idźmy do dentysty, gdy mamy problemy psychiczne, udajmy się do psychologa. Jeśli mamy uzasadnione podejrzenie, że mogło dojść do przestępstwa zgłośmy to na policję lub na prokuraturę. To jest nasz święty obowiązek. Pozwólmy wreszcie Kościołowi pełnić rolę do której powołał go Jezus.

Kościół instytucjonalny to nie firma usługowa, a wierni to nie konsumenci. Musimy pomóc hierarchom zdjąć z ich ramion ciężary których wcale nosić nie muszą, a nawet w wielu przypadkach, nosić nie powinni.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Kryzys Kościoła kryzysem wiary.

Kościół w swoim historycznym, ludzkim trwaniu to pasmo nieustannych kryzysów. Upadków i powstań ludzi podłych i nikczemnych, i świętych. Postaw haniebnych i wielkich, jego kondycja odpowiada kondycji człowieka. Jesteśmy zdolni do rzeczy małych i ogromnych, dotyczy to wszystkich bez wyjątku.

Jednakże kryzys, z którym musimy zmierzyć się dzisiaj jest wyjątkowo obrzydliwy, wyjątkowo straszny i odrażający. Ludzie Kościoła krzywdzili swoje własne dzieci, na co wielu w imię chorego pojmowania wartości nie umiało lub, co gorsze, nie chciało się temu sprzeciwić.

Jak do tego mogło dojść? Jak to się stało? Te pytania nurtują chyba wszystkich, wielu mądrych ludzi szuka odpowiedzi w meandrach ludzkiej psychiki, w niuansach, w kuluarach. Tymczasem odpowiedź jest prostsza niż może się wydawać i nie dotyczy niuansów, ale samego centrum, jądra naszej wiary.

Wielu w oficjalnym nauczaniu Kościoła zaczęło głosić Jezusa alegorii, Jezusa przenośni, Jezusa idei. Ogłoszono, że jedynym powodem przyjścia na świat Jezusa była śmierć krzyżowa, że urodził się On w ciele po to, by Go zabito. Skoro w absolutnym centrum wiary stanął krzyż, logicznym wydało się, że wszystko, co Jego dotyczy do tego krzyża ma prowadzić, wszystko, czego nauczał i co robił było tego krzyża zapowiedzią. Wszystko, co stało się między chrztem w Jordanie a ukrzyżowaniem, to jedynie preludium do Golgoty. Wszystkie wypowiedzi Jezusa miały nas do tego wydarzenia przygotować, skoro więc Jego nauka to po prostu zapowiedź Golgoty, dlatego więc nie można tego co mówił odbierać dosłownie, wprost. Przeciwnie, odczytywanie Ewangelii w sposób dosłowny to przejaw prostactwa, braku wykształcenia i domena maluczkich. Ewangelia to piękna alegoria, to teologia, to przenośnia. Podobnie Królestwo Niebieskie to idea, abstrakcja, Niebo. Coś nieosiągalnego w życiu doczesnym, dopiero po Sądzie Ostatecznym.

Sąd Ostateczny, choć przedstawiany przez wielu artystów w sposób niezwykle obrazowy i sugestywny, to również abstrakcja. Przecież większość z nas nie jest w stanie wyobrazić sobie własnej śmierci, a co dopiero tego, co po tej śmierci nas czeka. Zresztą czy da się normalnie żyć i funkcjonować mając ciągle przed oczami własną śmierć i Sąd? Anioły z ognistymi mieczami i kotły gotującej się smoły? Czy można bez przerwy przebywać w świecie czystych idei i nie zwariować? Nie, do abstrakcyjnego świata można tylko zaglądać od czasu do czasu. Na Mszy świętej, w modlitwie, czytając o uniesieniach mistyków, możemy poczuć na chwilę bliskość absolutu, a normalnie w życiu? Życie to życie. „Życie to nie bajka”. Życie jest trudne i ciężkie, i trzeba jakoś sobie radzić, jakoś to sobie poukładać. Jakoś umościć się w tej poczekalni. Znaleźć w miarę wygodną pozycję w tej kolejce do Nieba. Boga abstrakcji możemy poczuć tylko w ulotnych chwilach uniesienia. Bóg abstrakcji to Bóg, który bywa, a nie Bóg który  – Jest!

Czy Kościół potrzebuje reform? Dzięki reformom możemy osiągnąć bardziej demokratyczną, transparentną, nowocześnie zarządzaną korporację. Kościół potrzebuje tak naprawdę Jezusa, który żyje, który jest obok, który patrzy nam w oczy, z którym możemy nawiązać relację, który cierpi, gdy my cierpimy, ale który się cieszy, gdy my się cieszymy. Jeśli autentycznie chcemy sprawić, by bagno przestało zalewać Kościół – pozwólmy zejść Jezusowi z krzyża i usiąść koło nas. Czy odważysz się skrzywdzić dziecko, gdy Jezus będzie koło ciebie?

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Narcyzm

 

W tym roku nie wyjeżdżam nigdzie, z różnych powodów zmuszony byłem zrezygnować z brania urlopu w okresie letnim, więc i w to cudownie gorące lato zbyt wielu okazji do korzystania ze słońca nie mam. Na szczęście zdarzają się chwile wytchnienia od pracy, a lato w mieście też może być fascynujące.

W niedzielę na przykład wybraliśmy się z żoną do największego i najpiękniejszego parku w Poznaniu, na Cytadelę. Dla mnie największą atrakcją jaką można tam zobaczyć to zespół rzeźb Magdaleny Abakanowicz, „Nierozpoznani”.

Jest to instalacja składająca się ze 112 ponad dwumetrowych, żeliwnych, antropomorficznych figur w bezładnej grupie – sylwetki bez głów kroczą w różnych kierunkach. Zespół rzeźb ma wartość uniwersalną i może natchnąć do rozważań każdego. Ja jednak, jako człowiek związany z Kościołem od razu patrzę na tę wspaniałą sztukę właśnie poprzez pryzmat wiary.

W moim odczuciu jest to doskonałe wyobrażenie miasta, które nie potrzebuje wspólnoty. Wspólnoty przekraczającej wąski krąg rodziny i najbliższych znajomych, obejmującej swym zasięgiem społeczność lokalną. Jest to miasto, które nie potrzebuje parafii. Miasto które trawi choroba naszych czasów – narcyzm.

Narcyz Polski to człowiek skupiony do wewnątrz, na sobie i swoich potrzebach. Na samorealizacji i samodoskonaleniu. Narcyz Polski musi być oryginalny, interesujący, piękny i doskonały. Musi mieć piękne ciało, piękne mieszkanie, piękne meble w tym mieszkaniu, piękne wakacje, piękne samochody, piękny telefon i tak dalej. Z tym że owo piękno też jest określane przez niego samego, nie opiera się na żadnych ogólnych kanonach, to czy coś jest piękne czy nie określa on sam, bo Narcyz Polski jest miarą wszech rzeczy i sam wie wszystko najlepiej, nie potrzebuje autorytetów.  Ciało rzeźbi w fabrykach formy, zdobi tatuażami, kolczykami, biega, pływa, jeździ rowerem, korzysta z cudów chirurgii korekcyjnej. Paradoksalnie, choć wszystko robi na pokaz to wcale nie przejmuje się opinią innych. Bo inni to właśnie „abakany”, figury bez imion, twarzy, oczu, statyści zapełniający miasto, biegający gdzieś pozornie bez ładu i celu. Narcyz wcale nie potrzebuje ich znać, coś o nich wiedzieć, znać ich opinie, poglądy, uczucia, wartości, bo lustrem w którym Narcyz się przegląda jest oko kamery umieszczone w jego pięknym smartfonie. Czy Narcyz Polski jest głupi, pusty i próżny? Bynajmniej, jego największym problemem wcale nie jest brak, jego największą zmorą jest właśnie nadmiar, nadmiar wszystkiego. Potrzeb, oczekiwań, wrażeń, bodźców.

Czy Narcyz Polski jest pozbawiony empatii? Oczywiście, że nie, jego zwyczajnie w świecie na empatię nie stać. Potrzeba bycia pięknym i doskonałym generuję ogromne koszty. Dobrobyt kosztuje. Życie na poziomie do którego dąży wymaga pieniędzy, a te jak wiadomo, z nieba nie spadają trzeba je ciągle zdobywać, pogoń za pieniędzmi nie może się ograniczać do pracy zawodowej bo to na ogół nie wystarcza, ile by Narcyz nie zarobił to i tak będzie mało. Trzeba pożyczać, brać kredyty. Nie chodzi więc o to, że Narcyz nie potrafi się dzielić, często chodzi o to, że tak naprawdę nie ma on czym się dzielić bo znaczna część z tego co posiada jest pożyczona, nie jest jego własnością. Pieniędzmi które zdobywa musi w pierwszej kolejności podzielić się z bankiem, musi obsłużyć swoje zadłużenie.

Narcyzm to choroba niezwykle podstępna i  niebezpieczna, wysoce zaraźliwa, wielu z nas wybiera się do kościoła w niedzielę wyłącznie po to by zadbać o piękno własnej duszy. Na facebookowym portalu „Ostatnia ławka”, gdy temat dotyczy odpowiedniego zachowania się podczas eucharystii, wiele osób wypowiada opinie wskazujące na to, że współbracia im na mszy przeszkadzają; nie kręć się, nie odzywaj, nie rozglądaj, nie przyprowadzaj dzieci, nie oddychaj zbyt głośno, nie uśmiechaj się głupkowato, nie przeszkadzaj mi w moim skupieniu.

Przyszedł mi do głowy taki pomysł, jeśli szukasz pomysłu jak w ciekawy sposób zaktywizować ludzi ze swojej parafii, skrzyknij chętnych i przyjedźcie na poznańską Cytadelę, usiądźcie wygodnie na trawie, popatrzcie na Nierozpoznanych i dajcie się sobie poznać, zacznijcie rozmawiać, niech każdy rozpoczynając swoją wypowiedź najpierw poda swoje imię. Stańmy się wspólnotą ludzi którzy się znają. Kościołem rozpoznawalnym!

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | 3 komentarze

Kara śmierci a Kościół.

Decyzja papieża Franciszka w sprawie zmiany nauczania przez Kościół stosunku do kary śmierci wzbudziła w śród licznych wiernych niepokój a nawet sprzeciw. Głosy jakie się pojawiły na przykład w internecie można zgrupować w dwóch głównych blokach. Po pierwsze: Kościół był przychylny karze śmierci od setek lat, wielu z nas zastanawia się czy to nauczanie znane od wieków można sobie, ot tak zmieniać, i po drugie: najzwyczajniej w świecie wielu Polaków po dziś dzień chciałoby aby kara śmierci powróciła do kodeksu karnego w Polsce i decyzja Franciszka staje niejako w poprzek ich poglądów.

Czy ten strach przed zmianą może dziwić? Otóż żyjemy dziś w czasach dekonstrukcji wszystkiego. Dziś wszystko można, a nawet należy zanegować, poddać rozkładowi na czynniki pierwsze, przeanalizować, wątpić, nic nie uznawać za pewne, ani oczywiste. Dziś nie jest oczywista ani rodzina, ani płeć, ani preferencje seksualne, ani małżeństwo, a nawet sama śmierć budzi wątpliwości. Kiedy nasze funkcje życiowe podtrzymują maszyny, kiedy za nas maszyna oddycha, kiedy zamiast serca pompuje naszą krew, kiedy mózg zdaje się nie funkcjonować to czy żyjemy jeszcze my czy już tylko maszyna? Kiedy umieramy tak do końca? Czy można to umieranie przyspieszyć? Czy można komuś pomóc umrzeć? Dziś już nic nie jest pewne ani życie, ani śmierć, ani rodzenie, ani umieranie.

W czasach dekonstrukcji wszystkiego ostatnim bastionem pewności, jeszcze do niedawna jawił nam się Kościół rzymskokatolicki. Rzym stał na straży tego co pewne i niezmienne, dawał gwarancję, był podporą i fundamentem. Dziś wydaje się, że ten fundament zaczyna się chwiać, wielu z nas ma wrażenie, jakby ta skała na której zbudowany jest Kościół jakby uciekała nam z pod nóg. Nie dotyczy to zresztą tylko nauczania odnośnie kary śmierci ale całego pontyfikatu Franciszka.

Ten papież dla wielu z nas jest niekomfortowy, jest niepokojący. Cała rzecz w tym, że właśnie takie jest nasze życie. Jest ono niekończącym się napięciem. Napięciem między tym co znane i bezpieczne, a tym co nieznane i przyszłe. Kiedy kobieta dowiaduje się, że jest w stanie błogosławionym, cieszy się i raduje ale zawsze gdzieś tam głęboko w umyśle pojawia się pytanie: czy dziecko urodzi się zdrowe? Oczywiście ten niepokój można łagodzić dbając o siebie i monitorując ciąże wspólnie z lekarzem specjalistą ale pewności żadnej nie ma.

Kiedy wychodzę rano do pracy, nigdy o tym nie myślę, ale przecież gdzieś tam głęboko w sercu noszę wiedzę, że przecież mogę do domu już nie wrócić. Jakiś czas temu w środku Poznania wybuch gazu zniszczył kamienicę, nie był to nieszczęśliwy wypadek. Było to celowe działanie obłąkanego człowieka. Na skutek wybuchu zginęło wiele osób. Rzecz nie do pomyślenia! Przecież domy mogą wylatywać w powietrze w Syrii, Afganistanie, Iraku ale w środku Poznania?!

Franciszek, czy nam się to podoba czy nie, o tej prawdzie nam przypomina. Kościół w jego nauczaniu nie jest bezpieczną przystanią, to nie bujany fotel i ciepłe kapcie ale ciągłe pielgrzymowanie. Jeszcze przecież nie doszliśmy do Kanaanu, ciągle idziemy przez pustynię. W opisie biblijnym Żydzi szli przez pustynię lat czterdzieści, my chrześcijanie błąkamy się po naszej pustyni od dwóch tysięcy lat. Jasne, że to długo, że chciałoby się wreszcie zatrzymać, zdjąć buty pielgrzyma, stwierdzić:

„Kanaan to to może jeszcze nie jest ale dla mnie wystarczy”.

Ten papież jednak ciągle nas pogania, nie pozwala odpocząć, mówi:” jeszcze nie, jeszcze nie pora!” Nie można się zatrzymywać, nie można stawać w miejscu, choć w tych butach pielgrzymich mamy już wiele kamieni które nieustannie nas uwierają, a droga jest ciężka i końca nie widać – iść trzeba. Taka wizja Kościoła bez wątpienia nie jest komfortowa, nie daje tego czego pragniemy najbardziej – pewności ale jest na wskroś ewangeliczna. Jezus w wielu przypowieściach właśnie o tym nam mówi:

Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. 35 Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową17; 36 i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy18. 37 Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. 38 Kto nie bierze swego krzyża19, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. 39 Kto chce znaleźć swe życie, straci je. a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. (Mt 10,34-39)

Franciszek chce nas skłonić do tego byśmy przestali być konsumentami wiary, chce by przestała być konsumpcją a zaczęła być relacją, przemyśleniem, rozeznaniem. Kiedy głosimy, że karanie śmiercią najgorszych zbrodniarzy jest dopuszczalne z punktu widzenia Ewangelii, nie powołujmy się na tego czy innego mędrca ale spytajmy siebie samych:

„Czy faktycznie tej kary potrzebujesz, czy jesteś w stanie wziąć grubą linę zrobić pętlę, zarzucić ją na szyję delikwentowi i wykopnąć stołek. Patrzeć jak ulatuje z niego życie?”

Bo może jesteś za karą śmierci teoretycznie, jesteś za ale sam nie masz zamiaru jej wykonywać, uważasz, że powinien to robić ktoś inny. Cały pontyfikat papieża Franciszka to głos który nam mówi prawdę często dla nas bardzo niewygodną:

” Niczego nie zrobi ktoś inny, nic się nie zrobi samo. Żadnych innych nie ma. Kościół to nie inni, nie oni, nie ktosie, ale ja i Ty”

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Kara śmierci, czyli o tym czego nas nie uczy Powstanie Warszawskie.

Wśród historyków występuje szkoła twierdząca, że jest bezzasadnym mówienie o dwóch wojnach światowych, pierwszej i drugiej – faktycznie była tylko jedna, wielka, światowa wojna trwająca od 1914 roku do roku 1945, z dwudziestoletnim okresem rozejmu, potrzebnym walczącym stronom na regenerację, zmianę strategii i technologii zabijania.

Bez względu na to, czy zgodzimy się z tym twierdzeniem, czy nie, musimy zgodzić się z tym, że zarówno pierwsza wojna światowa, jak i druga zostały wywołane na skutek dokładnie tego samego myślenia: wyniesienia narodu i państwa do rangi bóstwa.

W pewnym momencie historii Europejczycy uwierzyli, że naród to wartość bezwzględna, górująca nad innymi wartościami, to wartość przewyższająca nawet samego Boga. To właśnie naród stał się bogiem, w imieniu którego można było uzasadnić postępowanie, którego nie usprawiedliwiały inne pomniejsze wartości. W imieniu narodu można, a nawet trzeba, zabijać. O ile dla każdego cywilizowanego, zdrowego psychicznie człowieka zabijanie nie jest dobrym sposobem na rozwiązywanie różnego rodzaju konfliktów, to ta zdrowa zasada automatycznie wyłączała się, gdy zaczęto mówić o interesach narodowych. W obronie tych interesów zabijanie nie tylko stawało się czymś dopuszczalnym, ale stawało się czymś chlubnym i godnym naśladowania. Zabijanie nie było przestępstwem, stawało się bohaterstwem. To myślenie doprowadziło do największej hańby, upadku i degrengolady człowieka zachodu – wojny światowej.

Wielu z nas po dziś dzień chciałaby wierzyć, że za zbrodnie wojenne odpowiadają wyłącznie naziści, cała reszta jest niewinna. Problem polega na tym, że kiedy miliony żołnierzy ginęły w okopach wielkiej wojny narodów, nikt jeszcze o nazistach nie słyszał. Co więcej, naziści nie wymyślili pojęcia narodu, ono funkcjonowało już wcześniej, nie wywołali wojny w 1914 roku, bo wtedy jeszcze ten ruch w ogóle się nie narodził. Hitler nie wymyślił wojny, on tylko opracował nowe technologie zabijania, udoskonalił logistykę wojenną. Za hańbę wojny światowej winni są wszyscy Europejczycy. Po zakończeniu działań wojennych wielu ludzi odkryło tę prawdę dla siebie, zaczął się wielki powrót do idei europejskiej wspólnoty ponadnarodowej – Europy bez granic.

Pierwsza i druga część wielkiej wojny światowej, lub jak kto woli, pierwsza i druga wojna światowa, były całkowitym upadkiem człowieka Zachodu, hańbą i klęską wszelkich wartości, zbrodnią przeciw człowiekowi i Bogu. W kraju, który tyle ucierpiał na skutek tych konfliktów, przedstawianie wojny jako czegoś pięknego, wzruszającego i godnego naśladowania powinno budzić wielkie zdziwienie. Ale nie budzi.

Wydarzenia, które doprowadziły do śmierci w strasznych męczarniach kilkuset tysięcy ludzi, które doprowadziły do całkowitego zniszczenia wielkiego, pięknego miasta, powinny wywoływać łzy żałoby, płacz i zgrozę, strach przed tym, do czego zdolny jest człowiek. Ale nie wywołują.

Gdy hierarchowie Kościoła Katolickiego w Polsce wypowiadają się na temat Powstania Warszawskiego, można by się spodziewać, iż usłyszymy słowa o tym, że oto chore pojmowanie wartości doprowadziło bliźnich – Polaków i Niemców – do rzeczy strasznych i hańbiących. Ale takich słów nie słychać. Dlaczego tak się dzieje?

Instytucjonalny Kościół Powszechny w swojej ludzkiej wędrówce w pewnym momencie swojej historii postanowił połączyć siły z państwem, zapragnął być instytucją państwową. Problem polegał na tym, że państwo, aby być skuteczne, musiało stworzyć prawa niezgodne z duchem Ewangelii. Państwo nie jest instytucją charytatywną, każdy, kto chce z nim wejść w sojusz musi za to zapłacić. Ceną jaką zapłacić musiał Kościół było usankcjonowanie prawa państwowego przez autorytet Kościoła, żeby jednak to zrobić, Kościół musiał  rozwiązać kluczowy dylemat: „jak połączyć w swoim nauczaniu myślenie, którego połączyć się nie da. Jak wytłumaczyć ludziom, że kochać to znaczy czasami zabijać?” Uciekł się do sztuczki starej jak świat, zatrudnił prawników. Ci potrafią wszystko. Kościół dzięki zawiłej teologii stworzył w swoim nauczaniu pojęcie podwójnej moralności: to, czego zwykłemu człowiekowi nie wolno, wolno państwu, jako instytucji nadrzędnej. Inaczej należy oceniać moje czyny jako człowieka, a inaczej jako obywatela.

Dziś Kościół od takiego rozumienia moralności odchodzi. Zmiana KKK odnośnie nauczania w sprawie stosowania kary śmierci nie jest tylko drobną korektą, jest zmianą fundamentalną. Ojciec Święty Franciszek, swoją decyzją dokonuje faktycznego odłączenia Kościoła od państwa. Jest to krok wielki i niezwykle ważny, ale nie ostatni. Ostatnim krokiem, którego my katolicy musimy wspólnie dokonać, jest przyjęcie założenia, że wojna, rozwiązywanie konfliktów za pomocą działań zbrojnych, wydawanie pieniędzy na maszyny służące wyłącznie do zabijania i przebieranie naszych dzieci w mundury i wmawianie im, że jest to powód do dumy i chwały, to sprawy całkowicie niegodne chrześcijanina. Święcie wierzę, że ten krok wspólnie zrobimy!

 

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Ostatnie lato bez Boga.

Byłem w grupie ludzi związanych z muzyką niezależną, alternatywną, trzecim obiegiem. Ani lewica, ani prawica, żadnej polityki. Za to dużo tolerancji wobec odmienności, inności, nawet dziwaczności. Dużo troski o siebie nawzajem. To był dobry świat wspaniałych, inteligentnych, otwartych osób. Świat, który mnie ukształtował, moje myślenie, moje postrzeganie, perspektywę. Świat, który sprawił, że gdzieś tam głęboko w duszy ciągle mam coś z punka.

Tego lata wybraliśmy się na pewien festiwal muzyczny. Słońce, kilkadziesiąt niezwykłych osób w ekipie, Mazury i jako wisienka na torcie, mój, w tamtym czasie, ulubiony zespół muzyczny na żywo. Skład międzynarodowy, ogrom instrumentów, żywiołowość wykonawców, wszystko to gwarantowało przednią zabawę.

Koncertu nie pamiętam, sporej części festiwalu też nie, połączenie alkoholu i marihuany. Nie, nie, to nie jest wpis o szkodliwości używek, ja nie wiem co jak na kogo działa i się nie wypowiadam. Ja wiem tylko jak to połączenie działa na mnie. Duża ilość marihuany i alkoholu przyjęta jednocześnie działają na mnie jak młot pneumatyczny wybijający mi dziury w mózgu. Festiwal przetrwałem bez żadnych groźnych wypadków dzięki temu, że opiekowali się mną bardziej rozsądni ode mnie przyjaciele.

Wróciłem do domu i zadałem sobie pytanie: „skoro miało być tak fajnie, to dlaczego nie było?”, a zaraz potem, drugie: „czego ty w ogóle chcesz?” Odpowiedź na pytanie drugie znałem od lat: „chcę, żeby coś się wydarzyło”. Natomiast co do wyjazdu na festiwal, to refleksja jaka mnie naszła była dla mnie zupełnie odkrywcza:

Tylko pozornie wyjechałeś trzysta kilometrów od miejsca, w którym mieszkasz. Tak naprawdę nigdzie się nie ruszyłeś. Tkwisz w tym świecie od lat i w plecaku zabierasz go ze sobą dokądkolwiek się ruszysz. Tak naprawdę jesteś ciągle w tym samym miejscu. W świecie, w którym żyjesz, gdyby coś się miało wydarzyć, już by się wydarzyło. Ten świat to twoje prywatne czekanie na Godota!

Postanowiłem zmienić coś faktycznie, nie tylko pozornie. Usłyszałem od znajomego, że zna kogoś, kto szuka ludzi do pracy, na drugim końcu Polski, w Poznaniu. Wziąłem numer telefonu, zadzwoniłem, dostałem pracę,  następnie dzięki internetowi znalazłem sobie pokój do wynajęcia, spakowałem dwie walizki i kupiłem bilet. Nocnym autobusem przejechałem czterysta kilometrów i wysiadłem na dworcu w mieście, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Aby znaleźć ulicę, na której wynająłem sobie pokój musiałem skorzystać z taksówki.

W pierwszym dniu pracy zobaczyłem blondynkę przecudnej urody, która się do mnie sympatycznie uśmiechała. Był ostatni tydzień listopada. W październiku następnego roku mieliśmy już kościelny ślub, w drodze syna i kupione małe mieszkanie na duży kredyt. Nie minął nawet rok. Czy się bałem? Ani trochę! Czy miałem wątpliwości? Żadnych!

W tym roku mija od tych wydarzeń równo dziesięć lat. Wtedy tak na to nie patrzyłem, ale dziś widzę, że to Bóg silną ręką i mocnym ramieniem postanowił wyprowadzić mnie z mojego Egiptu.

Rutyna w życiu jest potrzebna, gdybyśmy każdego dnia musieli się mierzyć z czymś nowym, gdybyśmy codziennie musieli stawać przed nieznanymi wyzwaniami, przygodami, sprawami, nasze życie byłoby naprawdę ciężkie i męczące. Czasami jednak warto z tej rutyny zrezygnować. A nie ma na to lepszej okazji jak wakacje. To świetny czas, by wyjechać, tylko uwaga! Wcale nie chodzi tu o liczbę przebytych kilometrów, bo może się okazać, że przemierzysz setki kilometrów, a tak na prawdę ciągle będziesz w domu. Zwiedzisz egzotyczne miejsca, głośno będziesz wychwalać: „ach jakie widoki, jakie krajobrazy, jakie słońce”!. A w duchu stwierdzisz, że było tak jak zawsze, że miało być tak ekstra, a nie było.

Wyjechać to znaczy zmienić na chwilę świat, w którym żyjesz na co dzień, jeśli ten świat skrzętnie upchasz do walizki i zabierzesz ze sobą może się okazać, że nigdzie nie wyjechałeś, tylko przetransportowałeś swój stary, dobrze znany świat o ileś tam kilometrów.

Dlatego w te wakacje nie pakuj niczego. Jeśli na codzień rozpoczynasz dzień od oglądania katolickich celebrytów na youtube, jeśli codziennie czytasz artykuły na Deonie, katolicką prasę, katolickie książki, oglądasz wyłącznie „katolickie” filmy, zostaw to w domu, nie martw się, jak wrócisz to będzie na ciebie czekało. W wakacje trochę zaszalej, udaj się do światów, w których nigdy nie bywasz. Posłuchaj Żydów, Muzułmanów, lewaków, feministki. Zobacz zupełnie niekatolicki film, przeczytaj skandalizującą powieść, albo kryminał, albo romans. Czy znajdziesz tam odpowiedzi na nurtujące cię pytania? Nie sądzę. Cała rzecz w tym, że ty być może wcale nie potrzebujesz nowych odpowiedzi na stare pytania. Całkiem możliwe, że ty już te odpowiedzi dobrze znasz. Być może chodzi o to, że potrzeba ci nowych pytań, że w tych nieznanych ci światach usłyszysz pytania, których nigdy sobie nie postawiłeś.

Być może jest tak, że głównym bohaterem twoich starych pytań jesteś ty sam. A przecież gdy Bóg postanowił cię stworzyć, zrobił to, bo miał wobec ciebie jakiś plan. Miał wobec ciebie jakieś marzenia, wyśnił sobie ciebie. Być może po raz pierwszy w życiu zadasz pytanie nie o siebie, spytasz na przykład:

 Tatusiu, a jakie Ty masz marzenia? Tatusiu, to gorące lato to przecież świetny czas, by któreś z Twoich marzeń zrealizować!

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Pan Bóg zakłada zespół, może było mu trochę smutno?

Robert Brylewski

Kora

Tomasz Stańko

Wieczny Odpoczynek Racz Dać Im Panie

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

NPR, czyli burżuazyjny Kościół klasy średniej.

Prowadząc rozważania na temat naturalnych metod planowania rodziny często błędnie zakładamy, że jest to dylemat: albo – albo. NPR dla katolickich małżeństw to kwestia wyłącznie sumienia, czy podjąć mozolną próbę jego stosowania, czy nie. Wszyscy jesteśmy mądrzy, wykształceni, inteligentni. Mamy ustabilizowaną sytuację finansową i prowadzimy uporządkowany tryb życia, a w naszym związku panuje pełna harmonia.

Cała rzecz w tym, że mając na myśli chrześcijańskie małżeństwa nie mówimy tylko o katolickiej burżuazji, mówimy o Kościele Powszechnym, w którym nie wszystkie pary mają tak komfortową sytuację, że mogą sprowadzić NPR do albo – albo.

Jest taki dowcip o informatykach: oni nie rozumieją, że my nie rozumiemy. Podobnie rzecz się ma, jak się zdaje, z wieloma katolickimi małżeństwami klasy średniej, nie rozumieją, że inni mogą czegoś nie rozumieć. Przecież wszystkiego można się nauczyć! Otóż są w Polsce ludzie, którzy mają problemy z uczeniem się, choć znają litery, mają problem z czytaniem ze zrozumieniem, najprostsza instrukcja obsługi ich przeraża. Mają problemy z matematyką w zakresie zupełnie podstawowym. Nie wiedzą jak docierać do potrzebnych informacji i jak teoretyczne formuły stosować w realiach codziennego życia. Ci ludzie nie są w stanie opanować metody, o której tu mowa bez pomocy specjalistów. Nawet najpiękniejsza katecheza tu nie pomoże, potrzebni są specjaliści praktycy, najlepiej małżeństwa, które od lat skutecznie z NPR sobie radzą. Często jednak ci ludzie nie mają pojęcia jak i gdzie szukać takiej pomocy.

Nie wszystkie polskie małżeństwa mają ustabilizowaną sytuację finansową. Nie wszyscy pracują na etatach od siódmej do piętnastej. Wiele osób poświęca na pracę o wiele więcej czasu niż osiem godzin na dobę. Wiele osób pracuje w systemie zmianowym. Jeśli pracować muszą jednocześnie i mąż i żona, często bywa tak, że w domu tylko się mijają. Nieregularny tryb pracy zmianowej plus gromadka małych dzieci, baraszkujących hałaśliwie od rana do nocy sprawiają, że możliwość intymnego zbliżenia małżonków kurczy się do dosłownie kilku okazji w miesiącu. Jeśli jeszcze do tego dodać abstynencję w okresach płodnych, okazuje się, że na seks małżeński czasu nie ma praktycznie wcale. Średnia raz w miesiącu to już jest bardzo dobry wynik. Kościół uczy, że zbliżenia intymne w małżeństwie są sprawą bardzo ważną, co jednak zrobić, gdy zwyczajnie nie ma kiedy się kochać fizycznie? Jak rozwiązać tą sprzeczność w nauczaniu?

Założenie, że katolickie małżeństwo to takie, w którym panuje pełna harmonia, zrozumienie i układ partnerski jest tak samo piękne co naiwne. Są niestety w Polsce związki, w których mężowie wymuszają na żonach „obowiązki małżeńskie”, są mężowie, którzy uważają, że kwestia zabezpieczenia przed ciążą to wyłącznie sprawa kobiety. Są wreszcie tacy, którzy mają zwyczajnie gdzieś, czy żona ma okres płodny, czy nie płodny. Do tego dochodzi jeszcze brak elementarnej pomocy ze strony męża w wychowywaniu i opiece nad już posiadanymi dziećmi. Oczywistym jest, że w takiej sytuacji trudno mówić o komforcie wyboru, czy stosujemy NPR, czy nie.

Te przykłady rzecz jasna nie wyczerpują tematu. Kościół Powszechny tworzą różni ludzie, są setki sytuacji trudnych, istnieje bieda, przemoc. Nie wszyscy wierzący mają tak komfortową sytuację, że o wyborze takiej, czy innej metody planowania rodziny mogą sobie rozmawiać w kulturalnej, partnerskiej atmosferze, popijając drogie napoje. No i oczywiście nie zawsze rzecz się sprowadza wyłącznie do seksu.

Jeśli komuś się wydaje, że żony kochają się ze swoimi mężami wyłącznie z dwóch powodów: dla zaspokojenia potrzeb erotycznych, lub by zajść w ciążę, jest w błędzie. Kobiety decydują się na seks z wielu różnych powodów. Nie rozumiesz w czym rzecz? Przykład hipotetyczny:

Jest piątkowy wieczór, żona zmęczona setką różnych obowiązków marzy jedynie o tym, by się wreszcie położyć do łóżka i zamknąć powieki, ale kochany małżonek wykazuje wielką ochotę na seks, stara się i widać, że mu bardzo zależy. Żona najchętniej powiedziałaby: „nie dzisiaj”, ale doskonale zna swojego partnera, zna go od lat. Wie bardzo dobrze, że jutro wstanie zły na cały świat, naburmuszony i będzie od rana pokrzykiwał na dzieci i oczywiście przy tym zaprzeczał, że chodzi o wczorajszy brak seksu tylko o to, że praca i życie go męczą.  Jeśli jednak się poświęci i da mu trochę łóżkowej rozkoszy w piątkowy wieczór, jutro będzie szczęśliwy jak „młody bóg”. Z rana wyciągnie go do marketu na zakupy, po obiedzie on zabierze dzieciaki na plac zabaw, a ona będzie miała troszkę wytchnienia. Kocha się więc z nim – dla niego.

Ktoś powie, że to zohydzona, brzydka wizja małżeńskiego seksu. Jeśli tak myślisz, nie wiesz o czym mówisz. To jest miłość w czystej postaci! Ta kobieta najpierw myśli o mężu, potem o swoich dzieciach, a gdzieś na końcu dopiero o sobie. To święta dnia powszedniego. To wilczyca, która dba o swoje małe stadko i będzie o nie walczyć do ostatka sił i wszelkimi sposobami, z własnym ciałem włącznie. Choć zawsze otoczona ludźmi, czasami wilczyca bardzo samotna.

NPR, katechizm, Magisterium Kościoła to wszystko jest bardzo ważne i potrzebne, jednak oprócz tego, my katoliccy mężowie, powinniśmy pamiętać: mamy zaszczyt i szczęście sypiać ze świętą!

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

Niewierzący Katolik, czyli o zapomnianej rewolucji!

Nie jestem w stanie podać z pamięci żadnego imienia z grona dzieci, którym w Fatimie ukazała się Maria. Nie mam pojęcia na czym polega fenomen Medziugorie. Niezbyt podniecają mnie wieści o cudach, uzdrowieniach, stygmatach. Nie jestem zainteresowany kultem relikwii, a święci to dla mnie tacy sami ludzie jak ty i ja. Taka postawa dla wielu ludzi w Kościele jest nie do przyjęcia. Wielu bez wątpienia zarzuci mi brak wiary, herezję i stwierdzi, że nie można jednocześnie deklarować się jako katolik i, na przykład, nie czcić stygmatów ojca Pio. Ja uważam, że te wszystkie rzeczy i jeszcze wiele innych, choć mogą być i bywają wielu potrzebne do umocnienia wiary, nie są wymogiem koniecznym do tego, by się uważać za katolika, co więcej – choć nierzadko piękne i wzruszające – są to zupełne peryferia wiary.

Co stanowi centrum chrześcijaństwa? Aby spróbować sobie na to odpowiedzieć należy, jak to zwykle bywa, zacząć od początku, sięgnąć do korzeni – judaizmu biblijnego. W pewnym momencie historii wiary katolickiej Kościół uznał, że Żydzi nie są nam do niczego potrzebni, że ich wiara jest zupełnie różna od naszej, że chrześcijaństwo i judaizm to dwie całkowicie różne religie. Jeśli jednak „wyrzuci się” Żydów z chrześcijaństwa, konsekwencją takiego myślenia musi być uznanie, że jest tylko kwestią przypadku, że Jezus urodził się jako Żyd, że równie dobrze mógł urodzić się jako Eskimos. Tyle tylko, że tak nie jest. Jezus to spełniona obietnica Boga, którą złożył swojemu narodowi wybranemu. To obietnica zapowiedziana przez proroków. Jezus to część historii Izraela zapisana w Biblii. Skoro chcemy zrozumieć rangę tego wydarzenia, nie możemy tego uczynić bez Żydów. Żydzi są nam potrzebni jak lustro, w którym odbija się nasze chrześcijaństwo.

Jezus Chrystus to rewolucja całkowita, bez precedensu w historii świata. Jego przyjście na świat to wydarzenie, którego rangi nie da się przecenić, to wiemy wszyscy. Czy jednak wiemy co w istocie było tą rewolucją? Sam Jezus konsekwentnie twierdził, że nie przyszedł na świat po to, by cokolwiek zmienić w Prawie, że wszystko to, co Bóg dał swojemu ludowi w postaci Tory ma, i mieć będzie znaczenie, aż do końca świata.

Wielki mędrzec judaizmu, rabin Hillel nauczał: ” Nie czyń bliźniemu tego, czego sam nienawidzisz. W tym streszcza się cała Tora. Reszta to jej komentarz”. W ustach Jezusa, zapisana przez Mateusza, Złota Reguła brzmi następująco:

Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy.(Mt.7,12)

To samo? To samo. Jest w tym jakaś rewolucja? Nie ma żadnej. W czym więc jest? Otóż Żydzi „zamknęli” swojego Boga w Świątyni, umieścili Go za zasłoną. Święte Świętych mógł nawiedzać arcykapłan tylko raz do roku. W pewnym momencie historii Bóg stwierdził, że już wystarczy, wyszedł zza zasłony i stał się człowiekiem. To jest właśnie ta rewolucja, niespotykana w skali świata, to jest właśnie największa tajemnica chrześcijaństwa – Wcielenie!

Bóg się umniejsza, żeby wywyższyć człowieka, Bóg staje się jednym z nas, dokładnie takim samym jak my. Staje się naszym bliźnim! Po co to robi? Gdyby Bóg chciał tylko swoją mocą odmienić oblicze tego świata, zrobiłby to bez wątpienia już dawno. On jednak, szanując naszą wolną wolę, którą sam nas obdarzył, zapragnął, żeby tymi, którzy odmienią ten świat byli sami ludzie. Dał nam do pomocy genialne narzędzia, własnego Syna i chrześcijaństwo.

Chrześcijaństwo i charyzmaty, którymi Bóg nas obdarza to właśnie narzędzia, którymi mamy się posługiwać, by zmienić świat. Narzędzia, a nie cel sam w sobie. Bycie chrześcijaninem to środek do celu, którym powinno być zbawienie dla wszystkich. To jest właśnie ta rewolucja, której Żydzi nie byli w stanie pojąć. Wraz z Wcieleniem wszyscy staliśmy się Izraelem. Jako nowy Izrael mamy być światłem dla pogan, mamy im zanieść Boga i otworzyć im bramy Nieba przez to, że przyjmą Jezusa jako swojego Pana.

Głównym charyzmatem, który powinien nam w tym pomagać jest rozum. Pierwszy przykład z brzegu: w Europie dzisiaj takie pojęcie jak klęska głodu nie występuje, czegoś takie go nie ma. Gdy w jakimś miejscu z jakiś powodów zabraknie takiego, czy innego produktu żywnościowego, szybko i skutecznie uruchamia się mechanizmy, dzięki którym można te produkty dostarczyć. Mamy wysoko rozwinięty transport samochodowy, kolejowy,  lotniczy. Nadprodukcja żywności, skuteczna logistyka i szereg nowoczesnych narzędzi sprawiają, że nie ma takiego miejsca na ziemi, którego nie dałoby się skutecznie zaopatrzyć w żywność. Klęska głodu to kłamstwo Szatana, nie ma czegoś takiego jak klęska głodu, jest tylko i wyłącznie klęska człowieczeństwa: złodziejstwo, nepotyzm, wykorzystywanie słabszych, bezgraniczna chciwość, okrucieństwo, przemoc, korupcja,wojna, głupota. To są prawdziwe klęski, przez które wielu z naszych braci nie ma co jeść. Z tymi klęskami można skutecznie sobie poradzić, wystarczy tylko żyć tym, co się głosi, wystarczy tylko zgodnie z rozumem robić to, co się mówi, że się robi, wystarczy tylko uwierzyć w moc wartości chrześcijańskich. Ktoś powie, że to utopia, utopia całkowita!

Przecież bardzo wielu z nas żyje i nie kradnie, i się da! Wielu z nas nie bierze łapówek i też się da! Wielu z nas poradziło sobie z chciwością, wielu z nas nie stosuje w swoim życiu żadnej przemocy, nie  pożąda żony bliźniego swego i innych jego rzeczy, i też się da! Co więcej, wielu z nas uważa, że nie jest to żadna utopia, tylko normalne, rozumne chrześcijańskie życie. Skoro nam się udaje, to niby dlaczego nie może się udać innym?

W pewnym momencie wielu w Kościele wpadło w pułapkę „judaizmu biblijnego”; tak jak Żydzi zamknęli swojego Boga w Świątyni, my zamknęliśmy naszego Boga w Niebie. Wielu z nas doszło do wniosku, że jednak się nie da, że Królestwo Niebieskie może zapanować wyłącznie po śmierci, nigdy na ziemi za naszego życia, przestaliśmy wierzyć we własne wywyższone człowieczeństwo. Przestaliśmy pamiętać o Bogu Wcielonym. Zapomnieliśmy czym  jest chrześcijaństwo:

Widzisz swojego brata? Widzisz swojego Boga! – to cała definicja, reszta to komentarz.

Przestaliśmy szukać naszego Boga w oczach naszych bliźnich, a powróciliśmy do szukania Go w znakach, cudach, mocach nadprzyrodzonych, szamańskich zaklęciach.  Zamiast patrzeć przed siebie, w poszukiwaniu Boga, wyłącznie spoglądamy w Niebo. Co więcej, stworzyliśmy sobie setki nakazów i zakazów, żeby wejście do tego Nieba maksymalnie sobie utrudnić. Dziś dostać się do Nieba jest tak trudno, że wielu poświęcając tyle trudu i sił na własne zbawienie, nie znajduje już czasu na troskę o zbawienie innych. Pierwszy przykład z brzegu: trudno sobie wyobrazić mniej skomplikowaną rzecz jak seks. Aby go uprawiać naprawdę nie potrzeba kończyć wyższej uczelni, no chyba, że jesteś katolikiem. Jeśli nim jesteś to oczywiście bez podstaw z biologii, matematyki i paru jeszcze innych dziedzin nie masz  po co się zbliżać do małżeńskiego łoża. No chyba, że uznajesz, że stanem naturalnym dla kobiety jest bycie w ciąży, ewentualnie w połogu. A żeby zrozumieć nauczanie Pawła VI rodem z „Humanae vitae”, to już nawet i wyższa szkoła teologii ci nie wystarczy, bo nawet dla wielu wysokiej klasy teologów różnica między antykoncepcją katolicką a antykatolicką w nauczaniu Pawła VI jest nieczytelna.

Oczywiście już w tym momencie widzę oczami wyobraźni, jak wielu z moich braci w wierze oburza się w duchu, bo przecież nie ma czegoś takiego jak: „antykoncepcja katolicka”!

Ostatnio na portalu „Ostatnia Ławka” na Facebooku, pewna osoba poprosiła grzecznie o kilka porad, głównie jak mi się wydaje technicznych, odnośnie rozwodów kościelnych i oczywiście, zgodnie z moimi przewidywaniami, wielu braci uznało za konieczne przywołać ją do porządku: „NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO JAK ROZWÓD KOŚCIELNY” grzmiały komentarze, a mi zawsze w takich momentach przychodzą do głowy słowa poety:

A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą –

I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!…

Wielu z nas zapomina, że największą rewolucją świata jest to, że Bóg się Wcielił, jest tuż obok nas, jest w naszym bliźnim, nie tylko w Niebie. Bez Boga nie możemy niczego, ale z Nim możemy wszystko! W pewnym momencie historii zbawienia Bóg spojrzał na swoje stworzenie i stwierdził: „sami nie dadzą rady odmienić swoich serc zatwardziałych, nie ma szans. Dam im dar największy, Syna – z Nim będą w stanie zrobić wszystko”. My, katolicy, bardzo często zachowujemy się tak, jakbyśmy mówili: „Nie, nie dzięki, zostaw Go sobie w Niebie, nam lepiej daj moc Avengersów.”

 

 

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze