Teologia fotografii

W fotografii szukam minimalizmu, oszczędności, prostoty. Innymi słowy, fotografując szukam tego czego szukam w życiu.

W życiu poszukuję, tego co najprostsze. Prostych uczyć, wartości, sytuacji, relacji, zachowań. Staram się by Tak było Tak, a Nie było Nie bo reszta pochodzi od Złego.

Oczywiście prostota nie musi oznaczać – prostactwo. Przeciwnie, to co zwyczajne, potoczne, codzienne, normalne zobaczone pod odpowiednim kontem może się objawić jako harmonijne piękno.

Jasne, że nie ma nic złego w pięknie ośnieżonych szczytów Himalajów tyle że to nie dla mnie. Ja szukam tego co jest blisko, obok, na wyciągnięcie ręki. Szukam w powszedniości dnia codziennego. Staram się by tam gdzie spodziewamy się zobaczyć banał, znaleźć zachwyt, zdziwienie.

To prowadzi do kontemplacji stworzenia, że nie jest ono ani banalne, ani oczywiste przeciwnie, jest cudem! Kontemplacja stworzenia prowadzi prostą drogą do Stwórcy, do kontemplacji Boga.

Fotografowanie staje się teologią!

Przymusowa izolacja, a samooszukiwanie się.

Sytuacja w której dziś się wszyscy znajdujemy nie jest normalna. Jest całkowicie nienormalna. Jest zaprzeczeniem zdrowego społecznego funkcjonowania. Nieszczęście które spadło na świat, jest dla nas całkowicie nowe, nigdy nie byliśmy jeszcze w takiej sytuacji, w związku z tym próbujemy się w tym wszystkim odnaleźć jakoś tak ‚po omacku”. Wielu z nas próbuje obecną sytuację możliwe jak najbardziej oswoić, zrobić wszystko by przynajmniej udawać, że tak naprawdę niewiele się zmieniło, że jest tak jak było tylko trochę inaczej, tak bardziej wirtualnie.

Wielu ludzi robi wszystko by przekonać nas, że da się przenieść normalne, zdrowe, prawdziwe życie do „sieci”. Można za pomocą internetu, uczyć, leczyć a nawet uczestniczyć w życiu Kościoła. Są tacy, którzy przekonują nas, że patrzenie w pudełeczko mniejszych czy większych rozmiarów, siedząc na kanapie w domu, jest jak najbardziej realnym, prawdziwym uczestnictwem we mszy świętej, że istnieje coś takiego jak „komunia duchowa”, że można, jak się bardzo chce zastąpić spowiedź uszną, że drugi, brat, bliźni, nie jest tak naprawdę niezbędny, że wystarczą światłowody.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, kochające się małżeństwo na skutek przyczyn od nich niezależnych, musi przebywać przez jakiś czas w oddaleniu od siebie. Owszem może do siebie pisać, dzwonić, korzystać z nowoczesnych technologii, ale nie może się dotykać, pocałować, przytulić, pogładzić po włosach, poczuć zapach, ciepło ciała. Nie może się kochać fizycznie. Ci wszyscy wielbiciele nowych technologi mogą stawać na rzęsach, mogą zaklinać się i nas zapewniać, że za pomocą internetu da się wszystko ale wszystkiego się nie da, nie można się kochać przez internet!

Cud eucharystyczny który dokonuje się na ołtarzu podczas mszy świętej nie jest symbolem, nie jest wspomnieniem, nie jest pamiątką ostatniej wieczerzy, jest realnym zdarzeniem które się dzieje! Nie da się przyjąć Ciała Jezusa inaczej jak realnie, fizycznie, traktowanie uczty eucharystycznej jako czegoś jedynie duchowego to nic innego jak odejście od wielowiekowej nauki Kościoła Katolickiego, na rzecz poglądów głoszonych przez protestantów. Jeszcze przed pandemią wielu mówiło:”jestem wierzący owszem ale nie potrzebuję chodzić do świątyni, Bóg jest wszędzie, wierzę ale nie potrzebuję wspólnoty, wierzę ale po co mi się spowiadać przed jakimś księdzem”. Dziś wielu ludzi Kościoła mówi nam to samo!

Pieniądze, egzotyczne podróże, samochody, kariera, rozrywki, nowoczesne gadżety to były rzeczy i sprawy które wielu z nas zajmowały przed pandemią. Zaraza która przyszła na ten zmaterializowany globalny świat powinna zweryfikować w nas to co jest tak naprawdę ważne, a tak naprawdę ważny jest ten drugi, kontakt z nim, bliskość, dobry dotyk, ciepło. Możliwość patrzenia sobie w oczy bez strachu. Braterskie klepnięcie w plecy, podanie sobie ręki i słowa: pokój nam wszystkim”.

Dobry Bóg wyprowadził nas na pustynie abyśmy z realiów tego pustkowia zobaczyli czego tak naprawdę nam potrzeba do życia, czego nam brakuje, o co powinniśmy zabiegać. Nie wyprowadził nas po to abyśmy możliwie jak najwygodniej umościli się na tej pustyni. Mamy tęsknić, potrzebować, szukać, zmieniać się. Pustynia jest po to żeby się nawracać. Im nam bardziej niewygodnie, źle, trudno na tej pustyni tym lepiej dla nas, tym nasza tęsknota za drugim, za bliźnim jest większa. Jeśli dobremu Bogu spodoba się nas z tej pustyni wyprowadzić, jest szansa, że: wyjdziemy z tego lepsi, bardziej wrażliwi, współodczuwający. Jeśli uwierzymy w nieprawdziwy, wirtualny świat wykreowany przez internet, staniemy się jeszcze bardziej egocentryczni, zamknięci, samolubni, wyobcowani.

Żonaty ksiądz.

W dyskusji, jaka rozgorzała ostatnio z nową mocą na temat kapłaństwa żonatych mężczyzn, czy całkowitego zniesienia celibatu w Kościele Katolickim, pojawiają się argumenty, tyleż pełne dobrej woli i troski, co naiwności. Przyjrzyjmy się tym najbardziej popularnym.

Pierwszy argument wypływa z odniesienia do historii Kościoła, samych jego początków i brzmi bardzo prosto:”na samym początku tak nie było”. Cóż, tęsknota za powrotem do korzeni jest tak stara jak sam Kościół. Wystarczy chociażby tylko przypomnieć sobie wielki ruch braciszków od św.Franciszka postulujący Kościół ubogi, Kościół, który niczego nie posiada. Spór o to, czy Jezus był ubogi, czy posiadał jakieś dobra na własność, z niezwykłą erudycją, pasją i wątkiem kryminalnym w tle przybliża nam wszystkim Umberto Eco w swojej genialnej książce „Imię Róży”.

Zakonom żebraczym, takim jak franciszkanie, czy dominikanie można jak sądzę sporo zarzucić, ze świętą inkwizycją i „Młotem na czarownice” na czele, ale na pewno nie to, że są to zakony ubogie!

42 Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba11 i w modlitwach. 43 Bojaźń ogarniała każdego, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów 44 Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne12. 45 Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby. 46 Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali posiłek z radością i prostotą serca.47 Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś przymnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia.(Dz 2,,42 47)

W Kościele i dziś nie brakuje ludzi odważnych, zaangażowanych, pełnych pasji, sądzę jednak, że nawet najbardziej radykalni z nich sceptycznie zapatrują się na możliwość przekształcenia Kościoła Katolickiego we wspólnotę ludzi niczego nie  posiadających na własność i żyjących wszyscy razem w jakiś komunach.

Kościół historyczny osadzony jest zawsze w realiach swoich czasów, myśli i działa tak, jak dana epoka. Przeniesienie realiów, czy myślenia sprzed stu, dwustu, czy dwóch tysięcy lat na grunt dzisiejszy jest zwyczajnie niewykonalne.

Drugi koronny argument zwolenników zniesienia celibatu w Kościele to twierdzenie:”Co taki ksiądz może wiedzieć o życiu rodzinnym, czy małżeńskim?” Równie dobrze takie pytanie mógłby zadać alkoholik swojemu terapeucie: „Nigdy nie obudziłeś się we własnych wymiotach, na potwornym kacu, nie pamiętając kompletnie nic z ostatnich kilku godzin swojego życia, to co ty możesz wiedzieć o uzależnieniu!? ” Albo chory na raka lekarzowi:”Nie żyjesz z podpisanym wyrokiem, nie umierasz z bólu i ze strachu, nie faszerują cię trucizną, która podobno jest lekarstwem, więc co ty możesz wiedzieć o nowotworze!?”

Czy fakt spłodzenia trójki, piątki, czy nawet dziesiątki dzieci czyni mnie ojcem? Czy fakt, że posiadam dzieci czyni mnie ekspertem od ich wychowywania? Bycie w wieloletnim związku z kobietą czyni ekspertem od płci pięknej? Śmiem twierdzić, że wiele kobiet w konfesjonale mówi księdzu o sprawach, o których nigdy nie powie własnemu mężowi. Śmiem twierdzić, że konfesjonał to miejsce, w którym księża zdobywają wiedzę o naturze człowieka, która nam zwykłym śmiertelnikom dana jest bardzo rzadko.

Ksiądz to nie zawód, to nie praca na etacie od ósmej do szesnastej. To powołanie absorbujące siły, myśli i czas. Czy można je skutecznie realizować kiedy trzeba zawieść syna na basen, iść na wywiadówkę, na zakupy do marketu i załatwić przy okazji setki spraw? Nie zaniedbując potrzeb żony i samego siebie, czy da się jeszcze wygospodarować czas dla owczarni? Ryzyko, że zawsze coś będzie się odbywać kosztem czegoś jest bardzo duże, albo to będzie ojciec i mąż, którego nigdy nie ma w domu albo ksiądz, którego nigdy nie ma w parafii, albo ksiądz – robot nie mający czasu na modlitwę, kontemplację, własny rozwój duchowy. Czy wyeksploatowany do granic możliwości kapłan to faktycznie ratunek dla Kościoła?

Sprawa celibatu to temat bez wątpienia ważny dla samych księży, ale czy kluczowy dla odnowy Kościoła? Dla świeckich w Kościele? Nie jestem fanatykiem celibatu, nie przeraza mnie wizja żonatych księży, nie sądzę jednak, że jego zniesienie znacząco zmieni oblicze Kościoła. Co mogłoby je zmienić? Święcenia kapłańskie dla kobiet. Przecież, czy żonaci, czy nie, ciągle mówimy o mężczyznach. Przewietrzenie tego towarzystwa, wpuszczenie świeżego powiewu w postaci innego myślenia, innej mentalności, wrażliwości, innego widzenia świata, kobieca ręka wśród pasterzy, to mogłoby zmienić oblicze owczarni. Czy jednak dzisiejszy męski Kościół jest skłonny dzielić się władzą dusz z kobietami? Sądzę, że nie.

 

 

Powołanie

W Polsce jeszcze do niedawna temat celibatu i święceń kapłańskich dla żonatych mężczyzn pojawiał się rzadko, po cichu, gdzieś na marginesie poważnych teologicznych dyskusji. Polski Kościół był potężny, niezachwiany, nie dotyczyły go żadne afery. Pełen tłumów, a do seminariów rok w rok zgłaszało się wielu młodych mężczyzn chętnych wstąpić na drogę kapłaństwa. Nie było wielkiej potrzeby toczyć debaty na temat celibatu.

Dziś wszystko się zmieniło, wielka rzeka powołań zdaje się coraz wyraźniej wysychać. Coraz częściej pojawiają się głosy, że Kościół z uporem obstający przy wyświecaniu na księży wyłącznie nieżonatych mężczyzn trwa w jakimś anachronizmie. Z maniackim uporem chce utrzymać rozwiązania nie zrozumiałe w dzisiejszych czasach, w brew naturze i bardziej szkodzące niż niosące pożytek.

Czy jednak problem dotyczy tylko powołań do  stanu duchownego? Czyż podobnie sprawa nie wygląda z powołaniami na przykład do małżeństwa? Czyż nie mamy do czynienia z problemem powołań jako takich, powołań w ogóle?

Statystyki mówią wyraźnie, że coraz więcej młodych ludzi w Polsce decyduje się na związki pozamałżeńskie. Coraz więcej twierdzi, że „papierek” w związku nie jest im do niczego potrzebny. Coraz więcej mamy w naszym kraju rozwodów, rozbitych rodzin, związków patchworkowych. Czy to by nie znaczyło, że i instytucja małżeństwa to jakiś anachronizm? Czy i tutaj nie należałoby wprowadzić jakiś zmian? Na przykład zliberalizować przysięgę małżeńską. Wyrzucić z niej takie anachronizmy jak uczciwość i wierność, zostawić samą miłość i oczywiście zamienić:”do końca życia”, na jakieś mniej radykalne:”o ile nam się uda”;”dopóki, nie uznamy inaczej”,”jak Bóg i czas zechcą”?

Powołanie to nie zawód, to nie hobby, to nie jest pomysł na samorealizację. Powołanie to misja, to poświęcenie siebie jakiejś sprawie. Wiara w to, że jest coś do zrobienia, zmienienia, ulepszenia czegoś. To wiara w to, że to coś mogę i powinienem zrobić właśnie ja.

W roku 1989 upadł w Polsce komunizm, po ciężkim i bolesnym okresie transformacji dotarliśmy w końcu do tablicy z wielkim napisem „demokracja zachodnia”. Stwierdziliśmy wtedy niemal zgodnie, że to wreszcie koniec drogi, że dalej iść już nie trzeba, że dalej iść już nie ma gdzie i nie ma  poco. Teraz wreszcie należy się zatrzymać, okopać, dorobić, umościć sobie wygodne gniazdko. Gdy tylko na horyzoncie pojawiają się jakieś wybory czy to parlamentarne czy prezydenckie, wielcy i mądrzy ludzie w tym przekonaniu nas tylko utwierdzają. Wmawiają nam, że głosowanie to nie tylko nasz przywilej i nasze prawo ale przede wszystkim nasz obowiązek. Każdy kto myśli inaczej jest nie tylko nie mądry i nic nie rozumie ale wręcz jest szkodliwy i niebezpieczny. To jakiś oszołom, mitoman albo i nawet faszysta!

Demokracja zachodnia to system:”my na was głosujemy, a wy zarządzajcie”, my w tym czasie będziemy pracować, dorabiać się, zarabiać pieniądze, a jak wasze rządy nam się nie spodobaj to was zmienimy za cztery lata. To system kupno – sprzedaż. My wam sprzedajemy nasze głosy, a wy je kupujecie obietnicą, że wszystkim się zajmiecie w taki sposób, żeby nam nie utrudniać życia czyli dorabiania się, kupowania rzeczy, bogacenia. W tym systemie ważne jest dobrze kupić i dobrze się sprzedać, skorzystać z szansy, nie przegapić okazji, promocji. W tym systemie ksiądz to zawód jak każdy inny, a małżeństwo to nie żadna misja tylko dobrze pojęty interes pod tytułem „gospodarstwo domowe”. Zawód, gdy czujesz się wypalony możesz i powinieneś zmienić na inny. W przypadku interesu skoro nie idzie tak jak to sobie wyobrażaliśmy trzeba renegocjować warunki, zmienić partnera albo całkowicie zamknąć.

Chrześcijaństwo w systemie kupno – sprzedaż nie jest Drogą pełną poświęceń i wyrzeczeń ale starą, sentymentalną tradycją w którą można się pobawić w czasie wolnym od pracy.

Kryzys Kościoła!

W chwili, gdy człowiek podniósł rękę na Boga, przybił Go do krzyża, powiedział:”Nie chcemy Cię”;”Nie potrzebujemy, tylko nam mącisz w głowach!”;”Wolimy Barabasza!”, rozpoczął się wielki kryzys chrześcijaństwa, który trwa po dzień dzisiejszy.

Wielki, potężny Kościół, Kościół dumny, bogaty, zadowolony sam z siebie jest Kościołem nieautentycznym, nieprawdziwym. Jest kłamstwem, pozorem, oszustwem. Natomiast Kościół na kolanach, Kościół słaby, grzeszny, pełen brudu, to Kościół, który mówi nam prawdę o nas. Pokazuje:”Tacy jesteśmy”;”Taka jest jakość naszej wiary, naszego chrześcijaństwa”.

Kościół, który drażni, męczy, przeszkadza, pokazuje prawdę, Kościół, który jest naszym lustrem, to dobry Kościół. Kościół miły, fajny, sympatyczny i przyjazny przestaje pełnić swoją funkcję. Dziś wiele osób stawia pod adresem Kościoła zarzut:”W moim Kościele nic się nie dzieje”,”W mojej parafii niczego się nie organizuje”. „Księża nie mają charyzmy”! A niby co ma się dziać, czego oczekujesz, celebrytów w sutannach?

Jeśli komuś się marzy spektakl, powinien się wybrać do teatru. Jeśli chcesz widowiska w wielkim stylu, świetnie się do tego nadaje kino pełne efektów specjalnych. Cuda, dziwy i królik wyciągnięty z kapelusza to domena cyrku. Na tańce i pląsy świetnym miejscem jest dyskoteka. Chcesz hal sportowych wypełnionych po brzegi ludźmi, idź obejrzeć polskich siatkarzy, ci faceci umieją zrobić świetne widowisko! Kościół nie jest od dostarczania rozrywek, jest od ratowania duszy.

Tak samo jak w Kościele, tak w naszych duszach pełno jest brudów zamiecionych pod dywan, trupów w szafie, kłamstwa, a to nie są sprawy rozrywkowe, są to sprawy bardzo poważne.

Wchodzisz do budynku Kościoła, a tam tylko kilka starszych pań cicho modlących się na różańcu, myślisz sobie jak tu smutno i pusto. Pomyśl inaczej, że jutro ty będziesz starszą panią, starszym panem. Myślisz sobie, że masz jeszcze czas? Teraz jest pora na rozrywkę i zabawę, a na refleksję, zadumę, ciszę będzie czas kiedy indziej? Nie masz już czasu.

„Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie” (Mt 5, 1 – 12a).

Ślepnąc od świateł.

Jesteśmy coraz bogatsi. Mamy coraz więcej pieniędzy i rzeczy. Żyje nam się coraz wygodniej i lepiej. To dobro które nas otacza z zewnątrz zaczyna również promieniować do naszego wnętrza. Jesteśmy po prostu dobrymi ludźmi. Dostrzegamy to w duchu, a i coraz częściej publicznie, na forum, mówimy głośno: „Dobrze, że nie jestem jako ten celnik, jak ten fundamentalista, fanatyk, oszołom, homofob”.

Jesteśmy nowocześni, otwarci, tolerancyjni i nic na nam nie przeszkadza, nic nie męczy, nasze sumienie jest spokojne. Wiemy dobrze, że każdy ma swoją rację, każdy ma prawo, a prawda zawsze leży gdzieś po środku. Właśnie tak! Staliśmy się wyznawcami „prawdy środkowej”. Z radością i ochotą przyjęliśmy jako własną filozofię Poncjusza Piłata: „Cóż to jest prawda?”. Nasze ręce są czyste, umyte.

33 Wtedy powtórnie wszedł Piłat do pretorium, a przywoławszy Jezusa rzekł do Niego: «Czy Ty jesteś Królem Żydowskim?» 34 Jezus odpowiedział: «Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?» 35 Piłat odparł: «Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?» 36 Odpowiedział Jezus: «Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd». 37 Piłat zatem powiedział do Niego: «A więc jesteś królem?» Odpowiedział Jezus: «Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie14. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu». 38 Rzekł do Niego Piłat: «Cóż to jest prawda?» (J 18 33,38)

Oczywiście, że tak ale czasy są inne. Co mam robić: „Założyć sandały, skórę z wielbłąda, rozdać wszystko co mam i jeść szarańczę?” Nie przesadzajmy! Coś mi się przecież należy od życia, przecież mam prawo, jestem tego warty. Trzeba znaleźć jakiś rozsądny kompromis, złoty środek. „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”.

Nie jestem ideałem, mam swoje małe i duże słabości, nałogi, obsesje ale nie przesadzajmy, ogólnie rzecz biorąc jestem dobrym człowiekiem. Moje sumienie jest czyste.

Wygoda nas rozleniwia, dobrobyt usypia, nic nam się w życiu nie pali i nie wali więc wszystko jest tak jak trzeba. Nie widzimy problemu. Głuchniemy od hałasu. Ślepniemy od świateł!

Teoria Wszystkiego

Wielu pobożnych katolików zastanawia się nad istotą grzechu. Czy to, co robię lub zrobiłem, co myślę lub myślałem wcześniej, to już jest grzech, czy jeszcze nie? Jeśli moje myśli lub postępowanie są grzeszne, to czy jest to grzech lekki, czy ciężki? A może półciężki, średnio lekki, nie do końca ciężki? Gubimy się w domysłach i rozterkach duchowych, a ci, którzy niejako z definicji powinni nam w tym pomagać tylko sprawy gmatwają. Jeden ksiądz mówi to, drugi tamto. Ten teolog jest takiego zdania, a tamten mu wręcz przeczy i krzyczy: „Ależ skąd, nie masz racji!”

Gdyby tak dało się znaleźć jedną odpowiedź na wszystkie pytania. Jedną prostą formułę wyjaśniającą wszystkie dylematy. Gdyby tak można było stworzyć: Teorię Wszystkiego!

Świat, w którym żyjemy jest niezwykle skomplikowany, a życie jakie prowadzimy nie jest czarno-białe. Nie przypomina animowanych kreskówek dla dzieci, w których od początku wiadomo kto jest czarnym, a kto białym charakterem. Taka teoria wydaje się więc niemożliwa. Nie do wymyślenia. Każdy problem, dylemat, każdą rozterkę musimy rozpatrywać indywidualnie, zawsze patrząc na kontekst.

Jednakoż  fajnie i inspirująco jest podejmować próby robienia rzeczy niemożliwych, może by tak jednak warto spróbować stworzyć taką Teorię Wszystkiego? Od czego należałoby zacząć? Oczywiście na początek trzeba ustalić jakieś założenie wstępne. Znaleźć pewnik. Aksjomatem dla każdego chrześcijanina jest to, że Bóg jest Stwórcą, a Szatan niszczycielem. Tworzenie, działanie, kreowanie to domena boskości, a niszczenie, demolowanie, chaos to poletko diabła.

Kiedy więc nasze myśli lub czyny prowadzą nas do budowania, jako działanie pochodzące od Boga muszą być dobre, a to co wprowadza chaos i zniszczenie, jako domena szatańska jest bez wątpienia złe i grzeszne. Oczywiście nie chodzi tutaj o intencje, przesłanki i motywy, ale zawsze o konsekwencje.

Na przykład ktoś może powiedzieć, że budowanie broni palnej jest bez wątpienia aktem twórczym, często wręcz pełnym inwencji i polotu. Czyż to nie jest akt pochodzący od samego Boga? Jednakże konsekwencją używania broni palnej jest zawsze ból, cierpienie, a nawet śmierć, czyli zniszczenie, a więc zdecydowanie poletko Szatana. Niszczenie nigdy nie jest dobre, zawsze jest grzeszne, tak więc bez względu na to, co by nam nie mówili inni, bez względu na wszelkie próby usprawiedliwiania przemocy z użyciem broni, na teorie o obronie koniecznej, sprawiedliwej wojnie i tak dalej, my wiemy dobrze, broń palna to coś co niszczy, a więc bez względu na opinie innych, ja wiem swoje: nie kupuję, nie produkuję, nie sprzedaję i nie używam broni palnej, bo to zniszczenie, czyli poletko Szatana i grzech.

Bóg to tworzenie, Szatan zniszczenie i chaos. Wszystko co prowadzi mnie do wzrastania, budowania, rozwoju jest dobre. Wszystko co zadaje rany, ból i zniszczenie  mojemu bliźniemu albo mnie samemu, to działanie szatańskie, a więc grzech.

Taką Teorię Wszystkiego można stosować dokładnie w każdej sytuacji. Wystarczy, że zastanowimy się nad skutkami naszych myśli lub czynów. Jeśli w konsekwencji doprowadzą one nas do budowania, wiemy, że robimy dobrze i nie ma mowy o grzechu. Jeśli jednak nasze działania, mimo dobrych intencji, czy słusznych przesłanek prowadzą do zniszczenia, znaczy to niechybnie, że wkraczamy na pole Szatana i grzechu.

Teoria Wszystkiego nie jest oczywiście pogardą wobec opinii innych, dobrych rad, czy aroganckim: „ja wiem lepiej”. Jest wewnętrzną busolą, którą powinien posiadać każdy chrześcijanin, kompasem, którego używamy w tych sytuacjach, kiedy wskutek natłoku wątpliwości i sprzecznych opinii nie wiemy jaki obrać kierunek. Jest wiarą w to, że na ten nasz wewnętrzny kompas działa nie tyle pole magnetyczne, co sam Bóg!

 

 

Nadzieja

Nasz portal Deon.pl zaproponował niedawno ciekawy konkurs, rzecz dotyczyła nadziei. Tematu ważnego dla każdego z nas. Absolutnego fundamentu naszej wiary, a i przecież podstawy funkcjonowania człowieka nie wierzącego. Nadzieja bowiem to silnik. Maszyna napędzająca nas do działania, wstawania z łóżka, kroczenia wbrew trudnościom dnia codziennego, stawiania czoła małym i dużym tragediom naszego życia. Kiedy padamy, kiedy świat się wali w gruzy to właśnie ona – nadzieja daje nam siły by powstać, walczyć dalej.

Czym jest ta siła? Skąd się bierze? Kto ją daję? Bez wątpienia nadzieja nie jest naiwnością, nie jest banalnym optymizmem, nie jest pobożnym życzeniem w stylu: „Jakoś to będzie”. Czym w takim razie jest?

Dawno, dawno temu była sobie dziewczyna, która podarowała mi wiersz. Niestety nie pamiętam autora ( jeśli ktoś z was go zna, bardzo proszę o informację) ale treść utworu mam w głowie po dziś dzień:

Nie bardzo wiem poco to wszystko

Ale chcę pragnę muszę

Nie bardzo wiem czego chcę

Ale wiem że chcę na pewno wiem że muszę

Czasami jest tak, że głupie, podłe zło, okrutne w swoim braku logiki stawia pod znakiem zapytania sens tego świata i to, że ktoś wymyślił go dobrze. Czasami jest tak, że w niebo już nie wierzy się wcale, a w piekło wcale wierzyć nie trzeba bo żyje się w nim na co dzień. Czasami jest tak, że już nie wiesz po co to wszystko, że ci się nie chce, nie masz siły, nie masz wiary i ochoty. Czasami jest tak, że masz ochotę machnąć na wszystko ręką, odpuścić, podać się, przegrać ale mimo to albo wbrew temu trwasz przy Nim. Choć by się waliło i paliło jesteś przy Nim bo wiesz, że warto. Nie znasz żadnych odpowiedzi, same pytania ale na jedno pytanie odpowiedź znasz: wiesz, że zawsze warto w Niego wierzyć, trwać przy Nim. Na pewno wiesz, że warto.

To właśnie jest nadzieja, nadzieja w wymiarze chrześcijańskim.

Myślenie na skróty

Internet to bardzo fajna sprawa, oczywiście jak niemal wszystko na tej Ziemi ma swoje ograniczenia. Jednym z poważniejszych, moim zdaniem jest to, że zmusza nas do coraz wyraźniejszego chodzenia na skróty jeśli chodzi o myślenie. Informacje, którymi jesteśmy wręcz zalewani każdego dnia pojawiają się bardzo szybko i bardzo szybko zostają zastąpione nowymi, a stare trafiają w odmęty cyfrowego zsypu na śmieci. Jeśli więc chcemy na nie reagować, musimy to robić błyskawicznie, intuicyjnie, bez dłuższej chwili zastanowienia. Bez patrzenia na szerszy kontekst, bez uogólnia i szerszej perspektywy. Informacja – reakcja, albo coś lubię, albo czegoś nie lubię. Problem pojawia się wtedy, gdy nasze „internetowe” myślenie przenosimy do świata realnego.

Oczywiście intuicja to piękna sprawa i bardzo często podpowiada nam jakże słuszne rozwiązania. Często, jednak nie zawsze. Czasami prowadzi nas na manowce, wikła w sprzecznościach i braku logiki. Prosty przykład. Nie tak dawno temu w internecie pojawiła się informacja o pewnej dużej firmie produkującej między innymi piwo, że zaproponowała ludziom odpoczywającym nad morzem ciekawy happening. Jak wiadomo na nadmorskich plażach wielu odpoczywających korzysta z parawanów, którymi odgradzają się nie tyle od wiatru ciągnącego znad morza, co raczej od innych wypoczywających. Aby to zmienić owa firma ustawiła na plaży wielki namiot i tym, którzy zrezygnują ze swoich prywatnych parawanów oferowała darmowe piwo. Zdawać by się mogło, że to inicjatywa ze wszech miar piękna i godna popierania. Otwartość, nawiązywanie kontaktów, rozmowy, poznawanie nowych ludzi na urlopie, wszystko bardzo ładnie i pięknie. Popieramy. Unosimy kciuk do góry w wyraźnym i niepozostawiającym żadnych wątpliwości symbolu – „Lubię to!”

Gdy tylko pojawią się pierwsze upały i rozpoczyna się sezon letni, policja w całym kraju apeluje, prosi, ostrzega, grozi i straszy konsekwencjami. Z naszych ciężko oddanych państwu pieniędzy organizuje dodatkowe patrole kontrolujące okolice akwenów wodnych: „Woda i alkohol to połączenie śmiertelnie niebezpieczne!” Śmiertelne w sensie całkowicie dosłownym. Co roku w naszym piękny kraju ogromna ilość ludzi traci życie wskutek utonięcia, a bardzo częstym powodem tych zdarzeń jest spożywanie alkoholu i kąpanie się będąc pod jego wpływem.

Firma, która na plaży, nad samym brzegiem morza promuje alkohol i wręcz zachęca do picia jest skrajnie nieodpowiedzialna, a tego typu promocje powinniśmy uznać za całkowicie niedopuszczalne i godne najwyższego potępienia. A jednak wielu ludzi bezmyślnie stawia „lajka” tej inicjatywie.

Inny przykład. Jakiś czas temu, jadąc do pracy środkami komunikacji publicznej widziałem dziewczynę. Ubrana była w bluzkę z tkaniny, nie znam się na materiałach, więc powiem, że z takiej, z której robi się firanki, tyle, że bez żadnych wzorków. Bluzka bardzo dokładnie przylegała do ciała tej młodej osoby i była całkowicie przezroczysta. Jej młody, dorodny biust prężył się pod nią w całej swojej okazałości. Dodam, że owa młoda dama nie miała na sobie biustonosza. Czego w takich okolicznościach oczekiwalibyśmy od naszych hierarchów kościelnych? Że zabiją brawo? Krzykną w zachwycie:”Cóż za odwaga! Cóż za bezkompromisowa wolność!”? Śmiem twierdzić, że dzisiaj w Polsce nie ma ani jednego biskupa Kościoła Katolickiego, który by popierał poruszanie się środkami transportu publicznego z obnażonym biustem.

Hannah Arendt, sama  będąc Żydówką twierdziła, że filosemityzm i antysemityzm to awers i rewers tego samego myślenia. Gdy twierdzę, że nie lubię Żydów tylko dlatego, że są Żydami jestem rasistą. Gdy jednak twierdzę, że kogoś lubię tylko dlatego, że należy do jakiejś szerokiej grupy, bez patrzenia na jego cechy indywidualne: jaki jest, jak się zachowuje, w jaki sposób wyraża swoje poglądy, jaki ma stosunek do mnie i innych ludzi, zwierząt i tak dalej i tak dalej, to nie jestem? Gdy lubię kogoś za to, że jest Żydem, a nie za to jakim jest człowiekiem to nie jest forma rasizmu?

Popieram społeczność LGBT – nie popieram społeczności LGBT to awers i rewers tego samego myślenia. Uprzedmiotowienie ludzi, ich stygmatyzacja. Sprowadzenie jednostki tym razem nie tylko i wyłącznie do rasy, ale w tym przypadku do jej seksualności.

Chrześcijaństwo to relacja ja – Jezus, z tej relacji powinno wynikać moje zachowanie wobec innych. Kościół Powszechny to wspólnota poszczególnych, indywidualnych „ja” w łamaniu chleba i wspólnej modlitwie. Mój Kościół to nie zbiór partii, stronnictw, społeczności, lecz to bracia i siostry, którzy mają swoją odrębną, indywidualną historię, swoje specyficzne problemy, wątpliwości, grzechy. Wszyscy, bez wyjątku.

 

Kształt Wody

Sądzę, że mało takich się znajdzie, którzy by nie znali baśni o brzydkim kaczątku. Ten pisklak, szary, bury i odstający wyraźnie od reszty stada przeżywa katusze z powodu swojego wyglądu, odrzucenia, nieprzystosowania, inności. Po jakimś czasie jednak z brzydkiego pisklaka przemienia się w pięknego łabędzia. Myślę, że wielu z nas czuje się w swoim ciele podobnie jak owo kaczątko, problem jest jednak taki, że w realnym świecie baśń się nie rozwija tak jakbyśmy tego oczekiwali, staje w połowie opowieści. Czas leci, latka płyną, a z brzydkiego kaczątka nie wyrasta żadne piękno, nic się nie dzieje, nic nie zmienia.

O tym właśnie opowiada piękny i wzruszający film Guillermo del Toro „Kształt Wody”. Młoda dziewczyna, sierota i niemowa wiedzie proste, samotne, uporządkowane życie. W rytuałach dnia codziennego próbuje znaleźć sposób na radzenie sobie z trudami egzystencji osoby wyalienowanej. Pracuje jako sprzątaczka w tajnym rządowym instytucie, do którego trafia wyłowiony gdzieś z Amazonki dziwny, straszny stwór. Rząd Stanów Zjednoczonych pragnie poddać go serii brutalnych eksperymentów, a następnie uśmiercić i zbadać jego przedziwny organizm, by uzyskać wiedzę do celów wojskowych. Dziewczyna postanawia zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić i stwora uratować. Z pomocą jej przychodzi garstka ludzi, którzy choć sami wiodą nieudane żywoty, trapione problemami, to jednak potrafią w tej egzystencji ocalić to co najważniejsze: humanitaryzm, przyzwoitość, poczucie obowiązku.

Del Toro po raz kolejny udowadnia, że potrafi kręcić piękne, baśniowe filmy. Tym razem daje nam jedną z najpiękniejszych definicji miłości jaką można wymyślić, główna bohaterka filmu w pewnym momencie mówi o stworze, w którym zdążyła się zakochać:

On patrzy na mnie tak jakby mi niczego nie brakowało!

Czy nie o to właśnie nam chodzi? By On/Ona patrzyli na nas tak, jakby nam niczego nie brakowało? Czy nie pragniemy być kochani tak po prostu? Za wszystko? Za nic? Za to, że jesteśmy. By w oczach tego jedynego/tej jedynej odnaleźć bezwarunkową miłość bez żadnych „tak ale …” ; bez żadnych: „szkoda,że on/ona nie jest taki a taki. Mógłby być/ mogła by być trochę bardziej taka a taka”. Zobaczyć w oczach bliskiej nam osoby własne odbicie, które jest pełne, kompletne, któremu nic nie brakuje. Czyż o takiej miłości nie marzy każdy z nas?

„Kształt Wody” porusza jeszcze jeden niezwykle ważny i delikatny temat. Miłość głównej bohaterki filmu nie jest platoniczna, pozostająca jedynie w sferze idei, jest zmysłowa, erotyczna, seksualna. Piękno tej miłości wyraża się w tym, że przecież jej wybranek, stosując kryteria klasycznej męskiej urody bynajmniej Adonisem nie jest.

Twórcy filmu przypominają nam o prawdzie starej jak świat. W miłości cielesnej nie potrzebujemy wagi, linijki, miary, gdy para dwojga zakochanych splecie się w miłosnym uścisku, nie o żurnale z modą i zdjęcia na portalach społecznościowych tu idzie. Ona nie musi wyglądać jak modelka, by zabrać cię w podróż do Nieba, on nie musi być super modelem, by dać ci rozkosz spełnienia. Nie, nie jest to tylko piękna utopia, tęsknota za czymś co zdarza się tylko w baśniach. Mogą to potwierdzić dojrzałe pary małżeńskie zakochane w sobie od wielu lat. On już z niejednym siwym włosem na skroni i ciałem bynajmniej nie atlety, ona też już nie młodziutka, z ciałem po kilku porodach, a w łóżku ciągle Raj!

Głowna bohaterka filmu ratując stwora ocala również siebie. Myślę, że ten film warto polecić ludziom młodym, którzy dopiero wyruszają na poszukiwania swojej drugiej połówki. W świecie zdominowanym przez obraz, w czasach, w których oczekujemy, że każde urządzenie będzie miało aparat fotograficzny w standardzie, komputer, telefon, zegarek, może warto mniej ufać wzrokowi, a bardziej wsłuchać się w to co podpowiada serce. Całkiem możliwe, że gdzieś blisko ciebie żyje jakieś brzydkie kaczątko, którym warto się zainteresować. Całkiem możliwe, że czar miłości sprawi, że w swoich oczach staniecie się cudownymi łabędziami, a przecież, o czym warto pamiętać, te majestatyczne stworzenia łączą się w pary na całe życie!