Spór wokół „Ikei”, czyli świat na opak.

Chciałbym dziś zwrócić uwagę na pewną sprawę, która wielu osobom – jak mi się wydaję – umyka, a która w doskonały sposób obrazuje ogólną tendencję naszych czasów. Dobrze znane i zrozumiałe idee, których znaczenie jeszcze do niedawna były dla nas oczywiste, dziś są przedstawiane w taki sposób, że albo znaczą coś dokładnie odwrotnego niż znaczyły, albo prezentuje się je w tak niejednoznacznym i mglistym ujęciu, że najzwyczajniej w świecie nie znaczą już nic.

W zgodzie ze starymi definicjami podział sceny politycznej na prawicę i lewicę był jasny, prosty i klarowny. Głównym wyznacznikiem były sprawy związane z ekonomią. Na prawicy stali ludzie związani z kapitałem, postulujący całkowitą, lub jak najmniej ograniczaną wolnością gospodarczą, na lewicy – ci, którzy domagali się interwencji państwa i prawa w obronie najsłabszych, biednych, wykluczonych.

Gdy przysłuchuję się dyskusjom jakie rozgorzały po tym, jak znana firma zwolniła swojego pracownika, dowiaduję się, że jest akurat odwrotnie. Wielki kapitał, finansowy moloch, za którym stoją ogromne pieniądze, rzesza prawników i gotowych na wszystko menadżerów to postępowa lewica, a stojąca naprzeciw tego giganta jednostka, samotny człowiek to reakcyjna prawica.

Widzę oczami wyobraźni jak rewolucjoniści z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, rzucający bomby domowej roboty na carskie posterunki przewracają się w grobach. Jak kolejarze, górnicy, łódzkie włókniarki, „pepeesiaki” z międzywojnia, czy żydowskie chłopaki z Bundu przecierają ze zdumienia oczy w swoim proletariackim  niebie. Ja sam, będąc człowiekiem wychowanym na punk rocku, z wielkim sceptycyzmem podchodzę do „rewolucjonistów” w białych kołnierzykach, siedzących na skórzanych kanapach i rozprawiających o lewicowej sprawiedliwości społecznej. Podejrzewam ich raczej o to, że jedyna wrażliwość jaka ich interesuje, to ta wyrażana za pomocą słupków przedstawiających procentowy wzrost sprzedaży w danym kwartale, zyski, wizerunek marki i wrażliwość rynku na działania marketingowe speców od PR.

Ktoś pewnie pomyśli sobie: no i jakie to ma znaczenie? Lewica? Prawica? Jak zwał tak zwał. Spójrzmy jednak uważnie na polską scenę polityczną: od wielu, wielu lat, nie ma na niej ani jednej poważnej partii, która oficjalnie odwołuje się do tradycji lewicowych. Te ugrupowania, które chciałyby zaistnieć na owej scenie jako lewica albo ledwie, ledwie przekraczają próg wyborczy, albo w ogóle nie mają swoich reprezentantów w sejmie. Dlaczego tak się dzieje? Czy Polska jest już tak solidarnym społecznie i ekonomicznie państwem, że żadna lewica nie jest jej potrzebna? Nie ma biedy strukturalnej, słabych, wykluczonych, przegranych na starcie? Wyrzucanych z domów za niepłacenie czynszu? Czy w tym kraju nad Wisłą lewicowi politycy nie mają już kogo bronić?

Nic z tych rzeczy, polska lewica po prostu sama odcięła się od swoich korzeni, sama zrezygnowała z naturalnego środowiska, z którego wyrosła. Z rewolucyjnych haseł:”chleba i wolności” wyrzuciła chleb. Rezygnując z własnej tożsamości, pozbawiła się wiarygodności. Ci, do których lewica dziś się umizguje wcale lewicy nie potrzebują, a ci, którzy potrzebują obrony przed kapitalizmem w polskim wydaniu takiej „lewicy” nie ufają. Bez względu na to jakie poglądy wyznajemy, myślę, że wielu zgodzi się z tą tezą: zdrowa scena polityczna nowoczesnego, demokratycznego państwa, potrzebuje równowagi. Potrzebuje lewej i prawej strony. Potrzebuje tych, którzy mądrze zarządzają kapitałem i tych, którzy wnikliwie patrzą na ręce zarządzającym. Polityka bez lewej nogi jest kulawa. Myślę, że i z tą tezą zgodzi się wielu: dzisiejsza polska scena polityczna właśnie na taką dolegliwość cierpi. Jest kulawa, nie ma alternatywy.

Jakiś czas temu na przystanku autobusowym przysłuchiwałem się rozmowie dwóch starszych pań. Rozważały niemały problem zakupu szafki do pokoju. Jedna z nich stwierdziła:”Ja do Ikei w ogóle nie chodzę, bo po co? Tam wszystko sprzedają w paczkach, ja sama sobie nie złożę, a nie mam kogo poprosić o pomoc”.

Czy to znaczy, że lewicowe uczucia lewaków w białych kołnierzykach nie obejmują troski o starszych ludzi? Czy kierując swoją ofertę do młodych, dynamicznych, nowoczesnych i zarabiających, starsze panie mają w swoich lewackich, okrytych majtkami od Hugo Bossa tyłkach?

 

 

Przypadek czy Bóg – pozorny dylemat.

  Różnicę między wierzącym w Boga a nie wierzącym można sprowadzić do jednej kwestii i wcale nie jest to pytanie związane z tym, czy On jest, czy Go nie ma. Najistotniejszą kwestią odróżniającą jednych od drugich jest to, czy wierzymy w to, że jakaś siła wyższa ma realny wpływ na nasze życie, czy nie. Inaczej mówiąc: „Czy wierzymy w to, że naszym życiem kieruje Bóg, czy przypadek?”

Przecież większość z nas zgadza się ze stwierdzeniem, że bez względu na to jakbyśmy się starali, bez względu na to jak świadome, racjonalne i zorganizowane jest nasze życie, to i tak wszystkiego nie jesteśmy w stanie zaplanować, zorganizować, przewidzieć. Są sprawy i sytuacje, które dzieją się gdzieś daleko poza nami, poza naszą wolą, bez żadnego naszego udziału, a które w taki czy inny sposób wpływają na nas.

Możemy to nazywać zbiegami okoliczności, albo boską interwencją. Możemy to nazywać cudami, lub przypadkiem. Możemy być święcie przekonani, że szczęście, które nas spotkało to interwencja takiego lub innego świętego, lub pomyślnych wiatrów, karmy, przeznaczenia, czy czegokolwiek innego. Różnica jest tak naprawdę niewielka i sprowadza się do kwestii językowych.

Kiedy popełniam jakieś świństwo mogę święcie wierzyć, że to skutek niecnych zakusów Szatana i to on mnie popchnął do tego czynu, lub mogę całkowicie odrzucać możliwość istnienia zła w postaci diabła, jest jakaś różnica? Tylko taka: albo jestem świnią wierzącą, albo niewierzącą, żadna inna.

Mogę nie wątpić w świętość Jana Pawła II, lub uważać go za polityka celebrytę, który skupiając się głównie na promocji samego siebie doprowadził swoim pontyfikatem do jednej wielkiej katastrofy Kościoła. Czy coś to zmienia? Może tylko tyle, że kiedy zawodzą ci, którym ufamy boli najbardziej, ale przecież by to stwierdzić nie ma znaczenia, czy wierzę w Boga,  czy nie, wystarczą brutalne realia prozy życia.

Chaos naszego istnienia, nad którym z lepszym lub gorszym skutkiem staramy się panować może być wynikiem Boskiego planu, lub żadnym planem nie być, w sumie dla nas wielkiej różnicy to nie robi. Boga, jeśli On jest, nie jesteśmy w stanie ani zrozumieć, ani na niego wpłynąć. Summa summarum musimy stwierdzić, że wszystkie nasze wysiłki, starania i plany życiowe można sprowadzić do jednej kwestii: jak Bóg pozwoli; jak zechce los; in shā’ Allāh. Jak zwał, tak zwał.

O co więc chodzi z tym całym chrześcijaństwem? Czy w ogólnym rozrachunku rzecz się sprowadza praktycznie tylko do kwestii języka? Patrząc na realia arcykatolickiej Polski taki wniosek wcale nie jest znowu aż tak nieuzasadniony.

Jezus przyszedł na świat po to, by nam pokazać, że możemy być tacy jak On. Jest to zadanie trudne i na całe życie, ale możliwe. Gdyby nie było możliwe przekaz całego nauczania Jezusa można by podsumować jednym zdaniem: „Możecie się starać, ale wam to i tak nic nie da!” Czyli byłoby ono całkowicie bezsensowne. Jezus, zamiast wybierać apostołów, uczniów, nauczać, zaraz po chrzcie otrzymanym od swojego kuzyna Jana mógłby równie dobrze umrzeć na krzyżu. Nie postąpił jednak w ten sposób, lecz zostawił nam „instrukcję obsługi” bycia Swoim uczniem, nie po to byśmy tylko składali ręce i modlili się o cud, ale realnie z niej korzystali każdego dnia.

Być wierzącym chrześcijaninem znaczy wierzyć, że mogę być taki jak On, że jest to do zrobienia. To właśnie taka wiara czyni różnicę.

 

 

Chrześcijanin lekkich obyczajów!

Pewnego razu na katolickiej uczelni znanego z wielkiej mądrości profesora, zapytano:

  • Profesorze czy ściąganie na egzaminach to grzech lekki, czy ciężki?
  • Nie wiem, czy to grzech lekki, czy ciężki, ale jest to na pewno świństwo – odpowiedział uczony.

Myślę, że właśnie tak może być, nie jest aż tak istotne, czy coś jest grzechem ciężkim, lekkim, czy nie jest grzechem w ogóle, ale chodzi o to, by zwyczajnie nie robić świństw. Zamiast wielkiej teologii uprawiać elementarną, ludzką przyzwoitość. Uśmiechać się do obcych, być miłym, życzliwym, uprzejmym. Poruszać się lekko, leciutko, pięć centymetrów ponad chodnikami, z kieszeniami pełnymi nieba.

Gdy inni gonią za pieniędzmi, mieć niewiele, tyle, żeby starczyło na życie. Gdy inni kłamią, żyć w prawdzie, gdy inni gonią za nowinkami, modami, plotkami, nie być światowcem. Zamiast ciężkich armat katolickich argumentów: eutanazja, aborcja, antykoncepcja, homoseksualizm, być zadowolonym z życia, z ludzi, z przyrody, z miasta.

Zamiast naiwnego optymizmu nosić w sobie pogodny pesymizm, który jest najlepszym lekarstwem na głupotę. Nie wierzyć zbytnio w cuda, bo przecież lepiej być miło zaskoczonym, niż żyć z ciągłym fochem na Pana Boga: „Ty mnie w ogóle nie słuchasz!”. Godzić się z tym, na co nie mamy wpływu, wiedzieć, że ten świat jest niezbyt fajnie urządzony i my raczej tego nie zmienimy. Mieć świadomość, że te wszystkie telefony, laptopy, mieszkania na wysoki połyski, trzy samochody w rodzinie i wczasy w tropikach, to i wszystko inne, nie zatrzymają czasu. Zegar tyka i pójdziemy gdzieś tam nadzy i z pustymi rękami, i zabierzemy ze sobą tylko bagaż naszych uczynków – nic więcej.

Nie szukać problemów tam gdzie ich nie ma, a te, z którymi się borykamy znosić z godnością. Zamiast topornym, ciężkim, zasadniczym i męczącym katolikiem, być chrześcijaninem lekkich obyczajów.

Wszystko to marność nad marnościami i pogoń za wiatrem, ale dopóki wieje, dopóki czujemy go na policzkach, znaczy, że żyjemy! A życie to wartość sama w sobie!

Krzyk, którego nie słychać, czyli po co nam ten kryzys ?

  Bóg daje nam wielki kryzys naszego Kościoła. Myślę, że warto się zastanowić dlaczego to robi. Czy za mało Mu jeszcze w Polsce wkurzonych katolików? Czy do walki ze straszną Unią Europejską, gejami, lesbijkami, lewakami, Żydami, mamy jeszcze sobie dołożyć mafię w sutannach? Czy od ścigania mafii nie jest w państwie prawa policja?

Możliwe, że dobry Bóg ma już dosyć grzechów wołających o pomstę do Nieba, że ujmuje się za tymi swoimi stworzeniami, które są najbardziej niewinne i bezbronne. Za tymi, którzy cierpią i krzyczą w rozpaczy dzisiaj.

Dzisiaj i tutaj! Nie gdzieś w trzecim świecie, w jakimś Iraku, Syrii, czy innym odległym miejscu, ale tu, w dwudziestym pierwszym wieku, w cywilizowanym kraju, w samym środku Europy.

Tutaj, na naszych oczach. Cały problem w tym, że ich krzyku nie usłyszymy w tumulcie i wrzasku. Aby ten krzyk usłyszeć, trzeba uwagi, skupienia i delikatności, bo to jest krzyk bezgłośny. To jest krzyk, który się wyraża w cichym przemykaniu pod ścianami, w udawaniu, że go wcale nie ma, nie ma tych, którzy krzyczą, bo oni chcą się schować, uciec przed spojrzeniami, przed złym światem, przed tymi, którym nie można ufać. Ten krzyk jest widoczny w problemach edukacyjnych, interpersonalnych, siniakach niewiadomego pochodzenia, wybuchach płaczu bez powodu, w przeraźliwie smutnych oczach.

Czy to jest krzyk wyłącznie dzieci? Nie, nie tylko. Tak krzyczą dziewczyny i kobiety w całej Polsce, bite, gwałcone, zmuszane do czynności seksualnych, na które nie mają ochoty, do prostytucji. Krzywdzone przez tych wszystkich mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Ojców, ojczymów, opiekunów, chłopaków, mężów, konkubentów. Przez otępiałe z bólu matki, które godzą się na wszystko, bo nie ma nikogo, kto im pomoże.

Czy ja jestem po stronie księży i biskupów? Czy staram się ich wybielać? Nie, ja jestem po stronie swoich dzieci. Nie chcę dla nich świata, w którym zawodzą ci, którzy zawodzić nie mają prawa. Nie ma znaczenia, czy to ludzie w sutannach, czy nie. Czy są to księża, nauczyciele, trenerzy, animatorzy, lekarze, czy ktokolwiek inny, którym powierzamy z ufnością nasze dzieci. Nie ma to żadnego znaczenia! Każdy, kto twierdzi, że ma, uprawia klerykalizm.

Mój dziesięcioletni syn w tamtym roku przystąpił pierwszy raz do komunii świętej. Dostał cenne prezenty i dużo pieniędzy. Na pytanie pewnej przypadkowo spotkanej pani: „O! Byłeś u pierwszej komunii! A co ci się najbardziej podobało?”Odpowiedział: „Sama komunia!” To jest prawdziwa katecheza! Lepsza od wszystkich dzieł Tomasza z Akwinu! To jest wiara!

Moja czteroletnia córka podbiega z ufnością do zupełnie obcych osób i mówi im:”Dzień dobly” i opowiada, że właśnie wraca z przedszkola, że ma piękną „fojetową” kurteczkę, wierzy, że wszyscy są dobrzy, że wszyscy to taka wielka rodzina. To jest wiara w ludzi. To jest wiara, że wszyscy jesteśmy braćmi!

Jeśli tą wiarę zniszczymy, splugawimy, zohydzimy – nie wyjdziemy z piekła. Naszym świętym obowiązkiem jest tą wiarę pielęgnować jak bezcenny skarb, bo tylko w nich jest nadzieja! W niewinnych dzieciach Bożych!

Aby to zrobić, żeby w porę dostrzec zagrożenie, usłyszeć krzyk tych najbardziej bezbronnych, którzy są krzywdzeni, potrzebujemy Kościoła, który jest wspólnotą, który tworzą ludzie, którzy faktycznie się znają, coś o sobie wiedzą, którzy trwają wspólnie, razem na modlitwie i łamaniu chleba. Dosłownie, a nie tylko metaforycznie. Nie potrzebujemy Kościoła, który walczy z mafią, od tego jest policja. Potrzebujemy wspólnoty, nie molocha o glinianych nogach. Jeśli dobry Bóg zechce, by ten moloch upadł, bardzo dobrze, niech pada, łzy za nim nie uronię!

 

 

Ten straszny, zły Episkopat!

Kochani, zanim przejdę do meritum sprawy, mam do Was jedną prośbę. Chciałbym, żebyście przyjrzeli się obrazkowi umieszczonemu nad tekstem i spróbowali odpowiedzieć na pytanie: która z zamieszczonych na rysunku linii jest dłuższa, a która krótsza?

 

Już? Łatwe prawda? Większość zapewne odpowiedziała, tak samo jak ja, gdy widziałem ten rysunek po raz pierwszy: linia narysowana wyżej jest dłuższa, a niżej krótsza. Odpowiedź jest błędna, obie linie są tej samej długości. Ten prosty przykład złudzenia optycznego doskonale obrazuje, jak łatwo nasz mózg daje się oszukiwać. Jak twierdzą eksperci, jest on w swej naturze obdarzony „lenistwem”, jeśli staje przed nim jakieś zadanie, stara się je wykonać jak najszybciej i przy wykorzystaniu jak najmniejszej energii. Zamiast podejmować się żmudnego procesu myślenia, woli „chodzić na skróty”, odwołując się do intuicji. Na ogół to się sprawdza, intuicyjne odpowiedzi naszego mózgu są poprawne, na ogół, ale jak chociażby widać to na przykładzie rysunku, nie zawsze.

Myślę, że z podobną sytuacją mamy do czynienia obecnie, jeśli chodzi o kryzys Kościoła. Wynikł on z tak obrzydliwych i strasznych powodów, że już sama myśl, iż moglibyśmy mieć z opisywanymi przez media wydarzeniami cokolwiek wspólnego jest  dla nas tak nieznośna, że z ogromną wdzięcznością rzucamy się na te wypowiedzi, które w jednoznaczny sposób zdejmują winę z nas, ludzi świeckich i cały ciężar odpowiedzialności przenoszą na duchowieństwo. To „oni”, czyli hierarchowie w sutannach są wszystkiemu winni, to na nich spada pełna odpowiedzialność za kryzys, w którym znalazł się Kościół i, co za tym idzie, to „oni” mają obowiązek wymyślić jak z tego kryzysu się wykaraskać.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: w stanie kapłańskim w Polsce pozostają ludzie wyłącznie z powołania, wszystkie przypadkowe, nieodpowiednie osoby są z niego w taki czy inny sposób usunięte. Cały polski Episkopat podaje się do dymisji. Biskupi sprzedają wszystko co mają, uzyskane pieniądze rozdają biednym, a sami w pokutnych worach wyruszają na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Czy taka sytuacja w realny sposób zmieni obraz polskiego społeczeństwa? Sądzę, że większość ludzi stwierdzi, że nie. Chociażby z tego powodu, że faktycznie na sposób życia i zachowania większej części polskiego społeczeństwa, duchowieństwo ma wpływ niewielki, albo zgoła żaden.

Inaczej mówiąc twierdzimy, że rola duchowieństwa w Polsce de facto jest niewielka i ma znikomy wpływ na to, jak żyjemy i jednocześnie, że ich społeczna rola jest przeogromna i ma decydujący wpływ na obraz Kościoła w Polsce. Jest to ewidentny błąd logiczny. Dlaczego więc z takim uporem i z taką niezachwianą pewnością się go trzymamy?

Powodów jest zapewne wiele, jeden z bardziej oczywistych jest taki, że wbrew temu, co lubimy myśleć o sobie, wcale w życiu nie kierujemy się żelazną logiką, myślimy schematami, nawykami, stereotypami itp.. Wolimy rozważać sprawy w oderwaniu od kontekstu, niż podejmować trud ujrzenia tematu w całościowym wymiarze.

Po drugie, gdy dziś mówimy: Kościół, myślimy:”oni” czyli hierarchia i instytucja zamiast wspólnota. Zachowujemy się tak, jakby chodziło o korporację, która popadła w tarapaty na skutek złego zarządzania. Jakby menadżerów, czyli naszych biskupów wyprodukowano w specjalnej fabryce duchownych, a nie, że wyszli oni z naszych domów, szkół, podwórek, układów koleżeńskich i towarzyskich.

Prawda jest jednak taka, że „oni” to „my”. Ci z nas, którzy na ścieżce kariery po prostu zaszli trochę wyżej niż większość z nas. Ich sposób myślenia, działania, system wartości to nasz sposób myślenia i system wartości. Ich potrzeby i pragnienia to nasze potrzeby i pragnienia wyssane z mlekiem naszych matek. Oni to my, którzy zbyt często mylimy bycie uczniami Jezusa z praktykowaniem katolicyzmu „tak – ale”.

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego, ale nie bardziej, nadstaw drugi policzek, ale nie bądź przy tym frajerem, sprzedaj wszystko co masz i idź za Nim, ale to przecież tylko taka palestyńska metafora. Bądź ubogi, ale przecież pieniądze są ważne i potrzebne. Zaprzyj się samego siebie i weź swój krzyż, ale przecież swoich trzeba bronić i wspierać.

Tak myślimy i tak działamy, a kiedy uda się nam awansować, takie myślenie przenosimy na coraz to wyższe stopnie kariery. Oni to my. Kościół to my. Jesteśmy zdolni do tego, by być obrzydliwi, paskudni, lubieżni, okrutni, zawistni, chciwi, skorzy do przemocy, wykorzystywania słabszych, zakochani w pieniądzu i bogactwie. Tacy jesteśmy i taki jest Kościół, który tworzymy.

Żadna, nawet najlepsza reforma nie zmieni Kościoła, jeśli zamiast myśleć: skoro są księżmi, to powinni … ; nie zaczniemy myśleć: skoro jestem chrześcijaninem, to powinienem …

 

 

 

Brat syna marnotrawnego.

Dziś taka zmyślona opowieść:

Wyobrażam sobie starego, sędziwego księdza, który dożywa swych dni w domu starców, w tej umieralni dla nikomu już niepotrzebnych kapłanów seniorów. Nikt go nie odwiedza, nikt o nim nie pamięta. Zostały mu już tylko wspomnienia, ale i z nich nowoczesny, transparentny, świadomy, młody świat chce go okraść. Dziś bycie księdzem nie jest dobrze widziane, nie jest powodem do dumy. Dziś to coś, z czego trzeba się tłumaczyć, to coś podejrzanego, wstydliwego, dziwnego, nienormalnego. Coś, co trzeba obejrzeć dokładnie pod lupą. Dziś mówią, że wszyscy księża są chciwi, że wszyscy są łasi na pieniądze, że wszyscy chcą się dorabiać, mają kochanki, nieślubne dzieci, albo to geje, pedofile, zboczeńcy.

On się nie dorobił, nie był chciwy, potrzebował bardzo mało, tyle co nic. Nie miał  kochanek, dzieci, nikogo nie molestował, nie wykorzystywał, nie gwałcił. Całe swoje życie oddał innym, całe swoje powołanie, kapłaństwo, celibat, poświęcił dla drugiego. Żył tak jak trzeba, po Bożemu, przyzwoicie.

Pewnie, że wielu z jego braci w kapłaństwie chciało pieniędzy, bogactwa, luksusu, władzy i seksu. Jak najwięcej seksu. Jasne, że tak. Chcieli mieć wspaniałe, światowe życie, uważali, że to im się należy, że mają prawo, mają dużo więcej praw niż ci wszyscy kmiotkowie, prostaczkowie, parafianie.

O tak! Z nich będzie wielka radość w Niebie, bo zaiste byli wielkimi grzesznikami. Bez wątpienia wielu z nich zdążyło już się nawrócić. Wiadomo, wraz z wiekiem spada zapotrzebowanie na światowość i seks, a wzrasta zapotrzebowanie na święty spokój. Starość dopomina się o swoje, a zdrowie już nie takie jak kiedyś, wiadomo: „jak trwoga to do Boga!” Tak: „trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się”. Tak, dla nich już tuczą cielce na ucztę, bo byli odrażającymi grzesznikami, a nawrócili się. Wyspowiadali. Ukorzyli przed Nim.

Na niego nie czeka wielka uczta, nikt go nie będzie witał z transparentami w Niebie. Może co najwyżej św Piotr klepnie go w plecy i szepnie do ucha:”Dobra robota!” A może nawet i to nie, kto to wie?

Nie ma jednak pretensji i żalu do nikogo, nikomu nie zazdrości. Gdy swoją starą, pooraną zmarszczkami twarz skieruje do lustra, nie musi odwracać wzroku. Nie ma się czego wstydzić. Gdy wreszcie położy się do łóżka i sen nie przychodzi, wiadomo starość to wielka przyjaciółka bezsenności, pod powiekami nie harcują mu demony, upiory przeszłości. Pojawiają się trochę sentymentalne, trochę melancholijne, ale jednak dobre obrazy z uczciwie przeżytych lat. Zamykając oczy jest spokojny, gotowy, bezpieczny – Marana tha!

Dziś wielu mówi: trzeba ten system zmienić, uszczelnić, poddać większej kontroli, uczynić bardziej transparentnym. Cała jednak rzecz w tym, że ten system jest jak PRL, jego się nie da ulepszyć, on jest niereformowalny!

W tym systemie pomyliliśmy Miłosierdzie Boże z pobłażliwością, konfesjonał z zsypem na śmieci. Owszem, na kartach Ewangelii mamy dużo prostytutek, złoczyńców, celników, marnotrawnych synów, ale to nie oznacza, że Jezus mówi do nas: „Bądźcie tacy jak oni, a Ja wam załatwię zbawienie”! Jezus przyszedł na świat z dokładnie odwrotnego powodu, mówi nam : „Nie bądźcie już więcej tacy jak oni, bądźcie tacy jak Ja!”

Uczyniliśmy sobie z chrześcijaństwa system religijny, filozoficzny, moralny etc., ale bycie uczniem Jezusa to nie system, to : nieustanne noszenie w sobie drugiego! Tylko tyle i aż tyle!

 

Dobry Pasterz

Gdyby tak spojrzeć na sprawę oczami Józefa, tego milczącego, dyskretnego świętego, właśnie dowiedział się, że jego ukochana jest w ciąży, bynajmniej nie z nim. Dobra, niech będzie, przyjmuje do wiadomości, że to cud, że to za sprawą Ducha Świętego, że to pierwsze i jedyne w historii ludzkości niepokalane poczęcie i przytrafiło się akurat jego Marii.

Tylko co ma z tym faktem zrobić? Ma wszystkim na lewo i prawo opowiadać, że to nie tak, jak myślą, że to nie jest tak, jak mogłoby wyglądać na pierwszy rzut oka, że owszem, może i fakty są takie, a nie inne, ale sprawy mają się zupełnie inaczej? Ma to, kurcze, opublikować na Facebooku? Na pewno mu uwierzą. Bez wątpienia zrozumieją, że jego umiłowana, jako jedyna na świecie zaszła w ciążę za sprawą Ducha Świętego. Jasne.

Chcemy wierzyć, że podejmując decyzję, nie kieruje się ślepym posłuszeństwem, obowiązkiem, że ta sytuacja to nie jest dla niego ślepy zaułek, z którego nie ma dobrego wyjścia, chcemy w jego decyzji widzieć wielką wiarę. Wiarę w to, że jego Pasterz go zna, a on zna swojego Pasterza, że mu ufa, że powołanie, do którego go wezwał, choć trudne i wymagające, jest dobre i co więcej, jest właśnie dla niego, że to on, właśnie on – Józef z Nazaretu, jest tym facetem, który najlepiej nadaje się do tego powołania.

Bierze ją do siebie, godzi się z faktem, że to nie on jest ojcem dziecka, że ludzie zawsze będą gadać i stara się żyć jak najlepiej umie. Po początkowym zamieszaniu sytuacja się normuje. Ona stara się być typową „matką polką”, dobrą katoliczką. Mają gromadkę dzieci, stosują NPR, jakoś sobie to życie układają… No nie, tym razem też nie. Maria nie jest typową żoną i matką, posłuszną katoliczką. W ogóle nie uprawiają seksu, nie mają gromadki dzieci. Poza tym pierworodnym, tym, z którego poczęciem było tyle zamieszania, w ogóle nie mają dzieci. Gdyby spojrzeć naszymi oczami na małżeństwo Józefa bez wątpienia nie da się o nim powiedzieć, że jest – „normalne”. Jest zupełnie – nie normalne, odstające od normy, dziwaczne, wielu by powiedziało wręcz, że jest niezdrowe.

Gdyby powiedzieć Józefowi, że do jego żony chcą uciekać się o pomoc wszyscy ci, którzy są nietypowi, nienormalni, niestandardowi seksualnie, wyobcowani, ci, których ludzie mają na „językach”, czy byłby zdziwiony?

Lubimy myśleć, że cała owczarnia jako taka idzie za Pasterzem w dobrym kierunku, że wszystko z nią w jak najlepszym porządku, że to tylko kilka wilków przebrało się w owczą skórę i psuje jej wizerunek, że kilku tych, którzy mieli przewodzić owczarni pobłądziło, owszem, niektórzy nawet bardzo, ale bez przesady, nie oznacza to jeszcze, że cała owczarnia błądzi. Lubimy myśleć, że ci, którzy twierdzą inaczej to oszołomy, dziwacy, lewacy, „protestanci”.

Uważamy się za takich mądrych i świętych, uważamy, że jak odbębnimy codziennie pacierz i niedzielną Mszę, to „z urzędu” wejdziemy do Nieba, bo któż na nie bardziej zasłużył? Ci, którzy mają więcej niż dwoje dzieci, podobno otwarci na życie, dziecioroby jedne, żyjące na koszt państwa? Księża, którzy mają czelność wzywać nas do nawrócenia, grzesznicy gorsi od nas? Ci, którzy opowiadają, że spotkali Jezusa, który działa w ich życiu cuda, wariaci? A może jest właśnie odwrotnie, może to tylko tych kilku „szaleńców bożych”, tych kilku świętych poszło tak naprawdę, uczciwie za Nim, odrzucając mądrości tego świata, a my „owczym pędem”, bezrefleksyjnie pędzimy ciągle za fałszywymi prorokami, ciągle mamy kreatywne podejście do Prawdy, wybieramy sobie to, co nam pasuje, a to, co jest niewygodne odrzucamy.

Tęczowa Matka Boska czyli wojna o wartości

Budzę się rano, obok mnie leży Ona. Od ponad dziesięciu lat ta sama kobieta. Jest piękna, niesamowicie piękna. Zmienia się, starzeje. Jej uroda z wiekiem dojrzewa, ze słodkiego, uroczego pączka z czasem rozwinęła się w przecudnej urody kwiat. Subtelnieje i nabiera klasy, jest doskonała. Czy jest jak wino? Nie, bo ja nie znam się na winach, zresztą w ogóle już nie piję alkoholu. Nie potrzebuję. Jest jak spełniające się marzenie, kobieta – moja miłość.

Wtulam się w nią i czuję jej zapach, jej ciepło, to jest wartość w którą wierzę. To jest wartość, którą pragnę przekazać dzieciom. Co z tym zrobią? Nie wiem.Gdzie pójdą? Jakie ideały wybiorą? Co ich w świecie zachwyci, a co odrzucą jako przestarzałe i nie potrzebne? Nie mam pojęcia. Dzieci to nie moja własność, mają prawo do własnych wyborów. Ja mogę im tylko zapakować plecak na drogę. To co im tam włożę zabiorą w nieznane na zawsze. Nie wiem czy z tego skorzystają, zrobią użytek ale to tam zawsze będzie. Może kiedyś, kiedy nie będzie już nas, odszukają stary plecak, strzepną kurz i zaczną przeglądać zawartość.

To takie stare i sentymentalne – pomyślą – takie nie na czasie. Ale jak on pięknie kochał moją mamę! Jak się nią zachwycał! Jak pięknie o niej mówił! Jak wielbił jej ciało!

 

Dziś namalowali tęcze Matce Boskiej, jutro pewnie domaluje Jej ktoś wąsy i brodę, po jutrze jeszcze coś. Ile już tego było? Ile afer, aferek, skandali, skandalików, wojenek, pyskówek, krzyków i demonstracji ulicznych?  Potrwa to pięć minut, do następnego razu, do następnej rozróby, następnych kamieni rzucanych między barykadami. Ja w tym nie uczestniczę, nie mam ochoty, nie wypowiadam się.

Otulam się ciepłą, spokojną miłością małżeńską i wkładam tą wartość do plecaka na podróż dla dzieci. Nie wiem gdzie poniosą ten plecak ale wiem, że zawsze będzie z nimi – nie przeminie!

Miłość to nie pluszowy miś!

Jezus ukazuje się uczniom nad Jeziorem Tyberiadzkim i pyta Szymona Piotra: „czy mnie kochasz?” Aby wyjaśnić znaczenie tego pytania wielu odwołuje się do greki. W oryginalnym tekście szuka odpowiedzi dlaczego pada ono aż trzykrotnie. To właśnie niuanse językowe starożytnego języka mają nam dać odpowiedź, co Jezus miał na myśli pytając Piotra trzy razy, czy jest pewien swojej miłości do Niego.

Czy jednak faktycznie potrzebujemy aż tak skomplikowanej egzegezy, by na własne potrzeby zrozumieć sens opisywanego zdarzenia? Przyjrzyjmy mu się bliżej. Oto Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni uczniowie Jezusa wypływają na jezioro, by łowić ryby. Przez trzy lata chodzili z Mistrzem i słuchali jego nauki, posłani przez Niego czynili cuda, wypędzali złe duchu. Na własne oczy widzieli jak ich Nauczyciel wskrzesił Łazarza. W końcu, w Jerozolimie byli świadkami Jego męki i zmartwychwstania. To do nich jako pierwszych przybiegła Maria Magdalena z niesamowitą wiadomością : „Widziałam Pana”! Tomaszowi Jezus mówi, aby swoje własne palce włożył w Jego rany na rękach i przebity bok, jeśli nie wierzy w Jego zmartwychwstanie. I co? I nic. Po tym wszystkim wracają do swych zajęć, łowią ryby, żyją tak, jak wcześniej. Czy wierzą w zmartwychwstanie? Jasne, że tak. Czy kochają Jezusa? Oczywiście. Czy ta miłość ich w jakiś sposób przemienia – nie. Łowią ryby.

Pytanie Jezusa skierowane do Piotra, jest jednocześnie pytaniem skierowanym do każdego z nas. Czy miłość, którą wyznajesz w jakiś sposób ciebie odmienia? Kiedy mężczyzna mówi „tak” kobiecie i kiedy kobieta mówi „tak” mężczyźnie, to zmienia ich życie diametralnie. Przestają już chodzić tylko własnymi drogami, tam gdzie chcą. Przestają robić już tylko to co im się podoba. Przeciwnie, gdy ksiądz opasze ich ręce stułą, bywa, że chodzą tam gdzie nie chcą – bo kochają. Czy podobnie się ma z naszą miłością do Jezusa? Czy ta decyzja, że chcemy Go kochać faktycznie nas przemienia? Czy bycie Jego uczniem sprawia, że jesteśmy już całkiem inni? Być może jest z nami podobnie jak z apostołami, deklarujemy: „Tak Panie, Ty wiesz, że cię kocham. Ty wszystko wiesz!” I wracamy tam gdzie byliśmy, chodzimy tam gdzie chodziliśmy wcześniej. Łowimy ryby.

 

Kłamstwo.

Piołun Tomasz Budzyński

 

Ostatnio było o wolności. Dziś więc wypada zająć się tematem, który ma kluczowe znaczenie, jeśli faktycznie mamy ambicję przynajmniej spróbować żyć jako ludzie wolni, a mianowicie kłamstwem. Sprawa wbrew pozorom nie jest łatwa. Z jednej strony niby wiemy, że brzydko jest kłamać, ale z drugiej . . . No właśnie, zawsze musi być jakieś – ale.

Kłamstwo otacza nas ze wszystkich stron. Kłamią politycy, media, portale społecznościowe. Reklamy, handlowcy, a nawet, co ostatnio widać, aż za dobrze, hierarchowie Kościoła. Co więcej, nawet nasz własny mózg lubi posługiwać się kłamstwem jeśli uzna, że dla naszego własnego dobra tak będzie lepiej.

Chociażby jeśli chodzi o śmierć. Niby jest oczywiste dla nas wszystkich, że umrzemy. Nikt teoretycznie nie ma wątpliwości, że umrze. Statystyki w tym względzie są brutalnie jednoznaczne. Co więcej, jest możliwe, że możemy umrzeć w każdej chwili, nawet dzisiaj, możemy położyć się spać i rano nie wstać. Jest to twierdzenie logiczne, niezaprzeczające faktom. Jednak nasz własny mózg robi wszystko, by wymowę tych faktów maksymalnie osłabić, zbagatelizować. W praktyce mało kto wierzy w to, że umrze dzisiaj. Śmierć to pojęcie czysto abstrakcyjne, owszem kiedyś przyjdzie, pewnie, że tak, ale jest to perspektywa tak odległa i mglista, że de facto praktycznie się nią nie przejmujemy. Jest to, rzecz jasna, sprytna manipulacja naszego mózgu i oczywiście bardzo dobrze. Czy dałoby się normalnie żyć i funkcjonować nieustannie mając przed oczami śmierć?

Każda kobieta, która rodziła siłami natury, bez środków znieczulających, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, z jak strasznym bólem się to łączy. Jednakże mózg robi wszystko, by od tego faktu sprytnie odwrócić uwagę naszych dzielnych pań. Zamiast pamięci o bólu, na pierwszy plan wysuwa wspomnienia o cudzie narodzin. Zamiast wspomnienia o strasznym cierpieniu, pielęgnuje emocje związane z pierwszym kontaktem matki z ciałkiem słodkiego noworodka. Kłamstwo, że przecież wcale nie było tak źle, że aż tak nie bolało, jest podyktowane troską o przetrwanie gatunku. Czy nasze wspaniałe, odważne panie, nie ujmując im nic z ich cudownej dzielności, z taką werwą i ochotą decydowałyby się na kolejne ciąże, gdyby ich mózg nie okłamywał ich troszkę i zamiast tego zachowywał w pamięci pełen, pozbawiony upiększeń obraz porodu?

Mózg osoby uzależnionej to już prawdziwy arcymistrz kłamstwa i manipulacji. Mechanizm iluzji i zaprzeczenia przekonuje alkoholika, że alkohol mu wcale nie szkodzi, nie wpływa destrukcyjnie na jego życie. Przeciwnie, jest lekarstwem na wszystko. Pijący przecież wcale nie jest uzależniony i może przestać pić w każdym momencie, tylko akurat obecnie nie chce.

Skoro więc nawet nasz własny mózg często i chętnie ucieka się do kłamstwa, na ogół po to, by nam pomóc, by chronić nasze zdrowie psychiczne, może z tym kłamstwem sprawa nie jest wcale taka oczywista. Może, choć nieładne i mało chwalebne, jest to narzędzie niezbędne dla naszego funkcjonowania w społeczeństwie? Może tak całkiem nie kłamać i żyć normalnie się nie da?

Wielu z nas, gdzieś tam w skrytości ducha, jest przekonanych, że właśnie tak jest, że kłamstwo, choć brzydkie, od czasu do czasu jest nieodzowne w trudach życia, które, i chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości, czarno-białe bywa nad wyraz rzadko.

Uspokojeni takim rozumowaniem musimy pamiętać o jednym, życie w prawdzie wcale nie polega tylko na tym, że się nie kłamie. Polega również na tym, że nie mamy nic do ukrycia. Jeśli w naszym życiu jest jakaś wielka tajemnica nigdy nie będziemy w pełni wolni. Strach przed tym, że sekret się wyda zmusza nas do produkowania coraz to nowych kłamstw. Do ciągłego oglądania się za siebie, a co za tym idzie nie pozwala, by iść na przód. Sekret nas ogranicza. Sprawia, że stajemy się jego niewolnikami. Im dłużej go strzeżemy, tym kłamstwa się nawarstwiają i w końcu już nie wiemy, czy bardziej boimy się ujawnienia samego sekretu, czy morza kłamstw, które stworzyliśmy wokół niego. Bywa czasami tak, że prawda nas przeraża, że boimy się, że jej ujawnienie może nas zniszczyć, ale faktycznie nic nas tak nie niszczy jak kłamstwo. Prawda zawsze działa oczyszczająco.

W ogólnym rozrachunku musimy więc stwierdzić, że życie w prawdzie, choć bywa trudne, a niekiedy nawet bardzo bolesne, jest dla nas samych o wiele zdrowsze, niż zamykanie się w kajdanach kłamstwa.