Mój sposób na modlitwę.

Najbardziej lubię modlić się w kościele, może wielu wyda się to stwierdzenie truizmem i banałem, ale dla mnie tak nie jest, ponieważ odkryłem to miejsce dla siebie stosunkowo niedawno. Przez długi czas uważałem się za człowieka niewierzącego. Nie byłem wrogiem Pana Boga, czy na niego obrażonym, po prostu odszedłem z Kościoła „po angielsku”, nie czułem w sobie potrzeby wiary. Budynek kościoła omijałem szerokim łukiem, a jeśli już z jakieś okazji trafiłem na Mszę, była to dla mnie godzina nudy i męki.

Do wiary przywróciła mnie moja ukochana żona. Warto to podkreślić, bo na tym przykładzie widać wyraźnie jak ważna jest w głoszeniu Dobrej Nowiny postawa świeckich, taka na co dzień, nieudawana. Do takiego człowieka jakim byłem kiedyś duchowni nie byli w stanie dotrzeć, bo najzwyczajniej w świecie tam gdzie byli oni, nie było mnie. Nie mogły mnie zachwycić ani cudowna homilia, ani przepiękne rekolekcje, ani nawet najbardziej charyzmatyczny kaznodzieja. To co przywróciło mnie do Kościoła, to świadectwo żywej wiary mojej żony. Spotkałem Jezusa w swojej żonie, dla mnie to ona była i jest cały czas tą solą, która mnie posoliła. Odkryła dla mnie Eucharystię, zacząłem pierwszy raz w życiu słuchać, poddawać się rytmowi Liturgii, czynnie uczestniczyć w nabożeństwie, a to sprawiło, że przestał to być dla mnie czas nudy, a stał się czasem wytchnienia. Teraz na Mszy świętej odpoczywam. Właśnie tak, odrywam się od codziennych trosk i zmagań, i odczuwam spokój i wytchnienie. Kiedy idziemy razem świętować Noc Paschalną w naszej kochanej parafii na poznańskim Górczynie, kilka godzin wspaniałego misterium upływa mi momentalnie, tak szybko, że zawsze jestem zdziwiony – co już koniec?

Niestety, jako człowiekowi niezwykle zabieganemu, rzadko udaje mi się być na Mszy świętej w tygodniu. Modlę się najczęściej wracając z pracy. Wtedy gadamy sobie z Panem Bogiem zupełnie szczerze, bez ściemniania. Przecież trzeba być skończonym idiotą, żeby okłamywać Tego, który wie wszystko. Oczywiście, że są chwile zwątpienia, czas, w którym moje sumienie wykrzykuje mi: nie jesteś chrześcijaninem, jesteś takim samym poganinem jak wcześniej, to co robisz, jak się zachowujesz, jaki jesteś w pracy, to czyste pogaństwo! Wtedy nie ma już miejsca na dyplomację, nie ma miejsca na : no tak ale … . W tych chwilach kryzysu nie czas na negocjacje, wtedy pozwalam sobie na bezsilność, na ukorzenie się. Wtedy już tylko wołam: Jezusie synu Dawida pomóż mi! Jezusie synu Dawida ratuj mnie, bo sam nic nie mogę. Sam nie dam rady, jestem słaby i ułomny, i bez Twoje pomocy upadnę i nie powstanę !

Kiedy powróciłem do wiary stwierdziłem z wielkim zażenowaniem, że nie znam zupełnie Pisma Świętego. Postanowiłem to więc jak najszybciej nadrobić. Dzięki temu odkryłem, że lektura Biblii może być wspaniałą modlitwą, że Pismo nie jest monologiem Boga tylko przeciwnie, jest to Jego dialog ze mną.Czytając wersety Starego i Nowego Testamentu wiem, że mi odpowiada i to konkretnie, że to nie jest jakaś tam abstrakcja tylko prawda na moje życie! Jeśli kochany bracie i siostro masz problem z modlitwą, zacznij czytać Pismo Święte, będziesz zaskoczony jego mocą, sprawdzone w praktyce!

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Marana Tha !

W komercyjnym świecie nie ma miejsca na adwent.Zaraz jak znikną z naszych sklepów znicze, chryzantemy i dynie, zapełniają je choinki i Mikołaje. Każdy handlowiec wie doskonale, że w biznesie nie ma miejsca na Czas Ostateczny. Skoro wszystko ma się za chwilę skończyć po co kupować, brać kredyty, inwestować, zarabiać? W ludziach należy podtrzymywać przekonanie, że są nieśmiertelni, wiecznie młodzi, zdrowi i zdolni do pracy, że od kiedy mamy już w Polsce kapitalizm i demokrację będzie wyłącznie lepiej. Można a nawet trzeba dyskutować o świętości Matki Bożej, o tym czy płeć jest nam dana z natury czy to kwestia kultury i wychowania czy w ogóle jest nam potrzebny do szczęścia Bóg bylebyśmy tylko nie podważali niezachwianej wiary w kapitalizm i demokrację, gwarantów wiecznej szczęśliwości człowieka Zachodu.

Jako chrześcijanie wyznajemy, że Pan przyjdzie u kresu czasu, odłączy plewy od ziarna i rzuci je w niegasnący ogień piekła. De facto jednak nie wierzymy w to co wierzymy. Opowieści o paruzji, wiecznej chwale w Niebie lub potępieniu traktujemy z przymrużeniem oczu, że owszem tak jest powiedziane ale to się nie wydarzy za naszego życia, za życia naszych dzieci. Czekamy żeby On przyszedł ale tak na niby. W stajence, na sianku, przy choince i prezentach jako figurka z gipsu.

Tymczasem Adwent mówi nam zupełnie coś innego: „uważaj żebyś się nie zdziwił!”. Pan przyjdzie jak złodziej w nocy, a ta noc może być DZISIAJ! Adwent to klasyczne memento mori, to eschatologia. Dzisiaj w Kościele mówi się, że adwent to czas radosnego oczekiwania i jest to oczywiście prawda, tyle że radość niekoniecznie musi oznaczać: „być w głupkowatym nastroju” rodem z Facebooka. Adwent to wiara młodego Kościoła, że ostatni dzień życia tu na ziemi to pierwszy dzień życia wiecznego. To wiara pierwszych gmin chrześcijańskich: że umrzeć będzie mi lepiej. To szczera modlitwa: Przyjdź, Panie Jezu! Marana Tha!

Definicja adwentu to proste pytanie: czy wierzę w to co wyznaję? Czy faktycznie jestem przygotowany na przyjście Pana? Czy jestem pewien, że tego chcę? To ostrzeżenie proroka Amosa skierowane do nas wszystkich:

18 Biada oczekującym dnia Pańskiego.
Cóż wam po dniu Pańskim?
On jest ciemnością a nie światłem6.
19 Jakby uciekał człowiek przed lwem,
a trafił na niedźwiedzia;
jakby skrył się do domu i oparł się ręką o ścianę,
a ukąsił go wąż.(Am.5,18-19)

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Madonna. Kobieta z krwi i kości.

Dzieło sztuki można interpretować na dwa sposoby. Pierwszy z nich to dogłębna analiza przeprowadzona na podstawie merytorycznych danych, takich jak: epoka, w której działał twórca, jej obyczajowość, mentalność, prądy w sztuce jakie wówczas obowiązywały, środowisko, w którym się obracał twórca, jego stan psychiczny, materiał i techniki, w których tworzył i tak dalej. Jest to opcja profesjonalna, na skutek swojej złożoności i wymagającej specjalistycznej wiedzy z wielu dziedzin przydatna głównie historykom sztuki i znawcom tematu. Dla przeciętnego odbiorcy jest to sposób raczej niedostępny, gdyż większość z nas taką rozbudowaną wiedzą nie dysponuje.

Dla zwykłego laika, którego zachwyci jakieś dzieło sztuki polecany jest drugi sposób. Wystarczy stanąć naprzeciw dzieła i rozważyć co ono mówi do mnie, nie ma od razu potrzeby zgadywać co autor chciał powiedzieć przez … . Wystarczy, że wiem co mnie w nim zachwyca, porusza lub gorszy.

Co widzę na obrazie Edwarda Muncha „Madonna”? Widzę piękną, nagą, młodą kobietę w ekstazie uniesienia. Właśnie się dowiedziała, że zostanie matką. Po pierwszym szoku dociera do niej co właściwie się stało. Jakie wielkie rzeczy uczynił jej Wszechmogący! Od tej chwili błogosławić ją będą wszystkie pokolenia ziemi. Będzie matką Pana! Czy może dziwić, że jej uniesienie, ekstaza są pełne?  Jest nową Ewą, co w tym dziwnego, że jest naga? Czyż Ewa w Raju była ubrana? Jej ciało właśnie stało się świątynią, pod jej sercem będzie rozwijał się Król. Ciąża to kwintesencja cielesności. Przecież nie będzie trzymać zarodka w pudełku, czy pod poduszką. To w jej ciele będzie kwitnąć, pęcznieć, rozwijać się Życie. Z dziewczyny właśnie staje się kobietą. Cóż w tym dziwnego, że jest zachwycona swoją cielesnością? Jej ciało właśnie stało się najwspanialszą na świecie fabryką życia.

Maria jest kobietą bez grzechu, aby to dobrze zrozumieć musimy odpowiedzieć sobie czym tak naprawdę jest grzech. Grzech to zejście z właściwej drogi, manowce, upadek. Szatanowi wcale nie zależy na tym byśmy popełnili taki czy inny czyn, zależy mu na tym byśmy po upadku już się nie podnieśli. Kiedy wyzbywamy się grzechu wracamy  na dobrą, prawidłową drogę,wracamy do normalności. Innymi słowy mówiąc, wbrew temu co niekiedy myślimy, to właśnie Maria była normalna, a my w stanie grzechu  jesteśmy wynaturzeniem, nie odwrotnie. Podobnie było z Ewą w Raju, zanim zgrzeszyła była normalna, taką stworzył ją Bóg. Nienormalność, wynaturzenie to owoc grzechu. Gdy była bez grzechu, jej nagość nie była problemem, stała się problemem dopiero wtedy, gdy na ciało spojrzeli ona i Adam poprzez pryzmat grzechu.

Co to oznacz w praktyce? Zastanówmy się w jaki sposób patrzymy na przykład na dziewczynę idącą w letni dzień po ulicy naszego miasta w sukience, która więcej odsłania niż przykrywa. Czy widzimy piękno stworzenia, chwalimy Boga za cud natury, za to jak nas obdarowuje każdego dnia? Dziękujemy mu za stworzenie takiego piękna czy widzimy rozwiązłą ladacznicę i dziwkę. Nie znamy jej, nic o niej nie wiemy, o jej charakterze, sposobie bycia, stylu życia, nie wiemy nic. To jak ją widzimy świadczy o naszym wnętrzu, nie jej, o tym co my mamy w duszy, nie ona. To jak na nią patrzymy świadczy o tym, czy nosimy w sobie miłość do Boga i jego dzieła, czy może raczej zgniliznę, obrzydliwości, pornografię. Bóg nas stworzył nagimi i stwierdził, że to jest dobre. To pryzmat grzechu każe nam widzieć w nagim ciele kobiety rozwiązłość i zgniliznę wynaturzenia.

Ktoś pewnie pomyśli sobie: po cóż te wszystkie dywagacje? Czemu ma służyć ta pożal się Boże teologia? Temu, by bezkarnie móc patrzeć na nagie piersi? Otóż jest to fundamentalna kwestia społeczna. Jakiś czas temu w Polsce miała miejsce okrutna zbrodnia: młoda kobieta po udaniu się do mieszkania jakiegoś mężczyzny została tam zniewolona, przetrzymywana wbrew własnej woli kilka dni, gwałcona i torturowana. Równie przerażające jak samo wydarzenie  były komentarze znacznej części polskiego społeczeństwa po nagłośnieniu tej sprawy. Wiele osób mówiło, że owa kobieta sama sobie była winna, że to głupota ją zgubiła, że nie ma w tym nic dziwnego – w końcu sama poszła do tego mieszkania. Odpowiedzialność za zbrodnie zdjęto z katów i przeniesiono na ofiarę. Reakcja wcale nie była czymś zaskakującym, często gdy mowa o gwałcie pojawiają się w Polsce dywagacje: czy przypadkiem ofiara sama nie była sobie winna, może prowokowała, może źle się odezwała lub za bardzo uśmiechnęła, może prowokacyjnie ubrała?

Jakby życiem kobiety w tym kraju miały rządzić strach, czujność, nierzucanie się w oczy byle przypadkiem nie sprowokować ataku, byle nie dać pretekstu do przemocy. Jakby mężczyzna w tym kraju miał być panem i władcą mającym prawo oceniać, czy przypadkiem nie został sprowokowany do przemocy wobec kobiet. Myślisz sobie, że to przesada, że to wnioski zbyt daleko idące? W takim razie zrób sobie test: jeszcze raz zobacz obraz Edwarda Muncha i zarejestruj swoją pierwszą reakcję, jakie uczucie wywołuje w tobie widok nagiej Madonny – zachwyt czy agresję? Czytaj dalej

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Nierządnica Historia !

Każde pokolenie pisze swoją historię. Średniowieczni kronikarze pisali na zamówienie władcy i oczywiście czyny jego i jego rodu opisywali wyłącznie w jasnych barwach. Dziewiętnastowieczna historiografia to historia ku pokrzepieniu serc. W PRL-u wiadomo, nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Jednakże to co niektórzy robią z historią dzisiaj jest skandalem nie do przyjęcia.

Kreowanie tezy, że dokładnie wszystko co wiąże się z PRL-em to hańba i zdrada narodowa, a jedyni bohaterowie z tych czasów to „żołnierze wyklęci” i garstka nieugiętych przedstawia miliony polaków którzy próbowali żyć normalnie w nienormalnym systemie jako wyłącznie godnych pogardy.

Opowiem tu jedną historię z wielu z tamtych strasznych czasów. Jest mi bardzo bliska bo opowiada o moim dziadku. W 1939 trafił w głąb Rosji. Z armią gen.Andersa przewędrował pół świata by w końcu walczyć pod Monte Casino. Koniec wojny zastał go w Anglii. Miał do wyboru trzy opcje: zostać na emigracji, wrócić do kraju i próbować walczyć dalej lub powrócić do żony i dziecka i starać się żyć. Wybrał ostatnią opcję, jako że był kierowcą, jeździł karetką pogotowia i budował odradzającą się peerelowską służbę zdrowia. Był wspaniałym, dobrym człowiekiem, katolikiem, cenionym pracownikiem. Na jego pogrzebie dwie karetki pogotowia z błyskającymi światłami odprowadzały go w jego ostatniej podróży na tym świecie. Nigdy nie należał do PZPR ani innej organizacji. Oczywiście nie miał prawa być dumnym kombatantem bo służył w niewłaściwej armii. Po nie właściwej stronie. Takich historii było wiele, ludzie po latach najstraszniejszej wojny w dziejach ludzkości, nie chcieli dalej walczyć, nie potrzebowali wojny domowej. Potrzebowali Polski wreszcie spokojnej, potrzebowali pokoju.

Ci wszyscy którzy teraz taką postawę nazywają zdradą narodową jakby pluli na grób mojego dziadka. Przez cały PRL gardzono jego bohaterstwem, walką o wolną Polskę bo walczył u boku Andersa, a teraz wolna Polska pluje na swoich bohaterów bo wybrali zamiast gruzów i wojny domowej życie i budowanie.

My dzieci PRL-u uczyliśmy się w komunistycznych szkołach, z komunistycznych podręczników, uczyli nas komunistyczni nauczyciele, leczyli komunistyczni lekarze, rozrywki dostarczała nam komunistyczna telewizja, nota bene stojąca na o niebo wyższym poziomie intelektualnym niż teraz. Czy jakikolwiek dzisiejszy kabaret jest wstanie choć zbliżyć się do kunsztu „Kabaretu Starszych Panów”? Robiliśmy wszystko by żyć normalnie w nienormalnym systemie. Czy wszyscy ci stawiający pomniki ‚żołnierzom wyklętym” i zacierający wszelkie pozostałości PRL-u sugerują, że jedyną godną postawą tamtych czasów było wzajemnie się pozabijać?

To nie jest nostalgiczna podróż sentymentalna do lat młodości wychwalająca upadły system, tylko stwierdzenie prostego, logicznego faktu: wszystko co teraz mamy, jacy jesteśmy, z naszymi wadami i zaletami zawdzięczamy budowniczym PRL-u. Ludziom złym i dobrym, przyzwoitym i nieprzyzwoitym, we wszelkich odcieniach szarości i kolorów tęczy. Czarno biały świat istnieje wyłącznie w urojonych umysłach takich czy innych wichrzycieli.

Jakiś mądrala wpadł na pomysł zburzenia Pałacu Kultury i Nauki. W 1994 w Rwandzie doszło do ludobójstwa, wiele masakr dokonano w budynkach kościelnych. Ludzie byli mordowani maczetami, paleni żywcem, rozrywani na kawałki, gwałceni, czy zawiniły budynki,czy nie powinny zapaść się ze wstydu i hańby pod ziemię, czy nie powinny się pozapadać im dachu grzebiąc katów i dając wytchnienie ofiarom? Czy winne są kościoły, szpitale, stadiony wszystkie budowle, niemi świadkowie strasznych zbrodni?

Możemy zburzyć PKiN, możemy zburzyć wszystkie budynki powstałe w PRL-u, zmienić nazwy ulic, rozbić wszystkie wstydliwe pomniki ale cień PRL-u który my dzieci tego systemu nosimy w sobie i tak w nas pozostanie. Czy to się komuś podoba czy nie!

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Polska podzielona !

W publicznej dyskusji co jakiś czas pojawia się teza o głębokim podziale polskiego społeczeństwa. Generalnie trudno się z nią nie zgodzić. Nasuwa się jednak pytanie, po co ją stawiać? Czemu to ma służyć? Polskie społeczeństwo podzielone było zawsze.

Pierwsza Rzeczypospolita to był konglomerat narodów, grup etnicznych, kultur, religii i tak dalej. Oczywiście stwierdzenie, że wszyscy żyli w pięknej zgodzie i tolerancji jest mitem. Rażącym dowodem na to są zaognione stosunki między Polakami, Litwinami czy Ukraińcami po dziś dzień. Ci wszyscy którzy nawołują Ukrainę do przeproszenia za ludobójstwo na Wołyniu, nie chcą pamiętać, że nie wzięło się ono znikąd, lecz było wynikiem traktowania wschodnich rubieży Rzeczypospolitej przez polską szlachtę jak kolonię. Tak jak zachodnie mocarstwa traktowały swoje nabytki na innych kontynentach, my traktowaliśmy kresy. Wieki tyrańskiej niesprawiedliwości powodowały, że autochtoniczna ludność mieszkająca na tych terenach, panów Polaków kochać za co nie miała. Oczywiście nie jest to głos usprawiedliwiający ludobójstwo, a jedynie stwierdzenie, że kiedy oczekujemy od  braci Ukraińców bicia się w piersi, sami powinniśmy równie mocno się przed nimi ukorzyć i prosić o wybaczenie.

Drugim koronnym dowodem na głęboki podział Pierwszej Rzeczypospolitej był jej smutny koniec. Rozbiory nie były wyłącznie wynikiem knowań naszych sąsiadów ale przede wszystkim to my sami zgotowaliśmy sobie nieszczęście sobiepaństwem, egoizmem, kłótniami i zdradami.

Piękne opowieści o tym jak to Polacy potrafią się zjednoczyć w obliczu nieszczęścia są bardziej pobożnym życzeniem niż faktem. Nie mówiliśmy jednym głosem za czasów solidarności ani tym bardziej podczas drugiej wojny światowej. Nie mówimy i teraz. Teza jakoby było to zjawisko nowe jest czystym absurdem. Po co więc ten lament?

Sporo z tych, którzy głoszą to straszne rozdarcie Polski na dwie połowy mają na myśli, że to ci drudzy nie chcą myśleć tak jak oni, nie potrafią zrozumieć jak się mylą i jak są w błędzie. Dlaczego tak robią? Bo ci drudzy są głupi, tępi, niewykształceni, nic nie czytają, nie mają szerszych horyzontów, interesuje ich wyłącznie wódka i kiełbasa. Polska zjednoczy się w tedy, kiedy ci drudzy wreszcie dostrzegą, że chodzą z klapkami na oczach, nawrócą się i zaczną myśleć tak jak ci pierwsi – mądrzy i oświeceni. Cały problem w tym, że w takim klimacie, kiedy wzajemnie  obrzucamy się błotem – ciężko o dialog. Trudno się rozmawia,kiedy za punkt wyjścia przyjmuje się, że adwersarz to ciemny kmiotek i idiota.

Czy oznacza to, że stoimy w obliczu wojny domowej i nieuchronnej klęski? Niekoniecznie, Polacy to społeczeństwo dorobkiewiczów, ma to swoje złe strony i dobre. Złe: bo ciągle dominuje u nas kult cwaniaka i kombinatora, a dobre jest to, że niezwykle mocno cenimy sobie to co udało już nam się zgromadzić. Pielęgnujemy to, staramy się pomnażać i zachować dla kolejnego pokolenia. Ma to wartość stabilizującą. Polacy zdecydowanie nie lubią rewolucji, nie jesteśmy społeczeństwem szczególnie frondującym. Owszem, są tacy, którym marzy się jakiś polski Majdan ale sami Polacy ich nie słuchają, nawet jeśli uda się temu i owemu wyprowadzić ich na ulicę to są to demonstracje zdecydowanie spokojne. Nie znaczą ich podpalone samochody, powybijane szyby w sklepach czy walki z policją na szeroką skalę. Zbyt dobrze wiemy jak ciężko i długo trzeba pracować na samochód czy witrynę w sklepie. W kontekście społecznym owa letniość to zdecydowanie pozytywna cecha. Nasze narodowe rozdarcie jest raczej papierowe i mocno powierzchowne. Pan który wyzwie nas od najgorszych w internecie, uprzejmie skłoni się w windzie i porozmawia miło o pogodzie.

Oczywiście obłuda i hipokryzja to nie są szczególnie pozytywne cechy, z dwojga złego lepiej jest jednak być wyzwany werbalnie niż zaatakowany fizycznie na ulicy za swoje poglądy. Starsze pokolenie doskonale pamięta eksperyment z mówieniem jednym głosem, jednymi dopuszczalnymi poglądami, jedną wspólną wiarą, zakończył się on katastrofą, której skutki odczuwamy po dziś dzień.

Kiedy więc mówimy o podziale Polaków musimy pamiętać o dwóch sprawach, że nie jest to zjawisko nowe, wynikające z obecnych podziałów politycznych tylko coś stałego w naszej historii. Odwieczne kłótnie rodaków były przyczyną nieszczęść, które na nas spadały z utratą własnego państwa włącznie. Nie tyle więc chodzi o to kto ma rację w obecnych sporach politycznych tylko gdzie leży granica zacietrzewienia. Historia to nie moda dla nastolatków, ani zbiór absurdalnych mitów o żołnierzach wyklętych tylko nauczycielka życia, od której należy się uczyć. Kłócić się można i trzeba ale należy zamknąć ją w cywilizowane formy. Obie strony sporu muszą baczyć na to by nie radykalizować nastrojów by wygrywały nasze pozytywne cechy: zamiłowanie do spokoju i szacunek do własności prywatnej, a nie sobiepaństwo czy kult przemocy.

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jezus Król !

Obchodzimy dziś ostatnią niedzielę w roku liturgicznym i uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Słowa Ewangelii, które otrzymujemy od Kościół do dzisiejszego rozważania to klasyczna etyka chrześcijańska. Właśnie kończąc liturgiczny rok i rozpoczynając okres przygotowawczy do jednego z najpiękniejszych świąt – Bożego Narodzenia – powinniśmy zastanowić się, czy żyjemy w zgodzie z tą etyką na codzień.

Czy jednak w tym przepięknym czytaniu według św.Mateusza chodzi tylko o to, byśmy byli etyczni, czy chodzi w nim wyłącznie o to jak traktujemy innych? Czy Jezus upomina się w nim o biednych, chorych, potrzebujących? Dopieszcza tych wszystkich, którzy działają w organizacjach charytatywnych, samopomocowych, domach opieki, wszelkiej maści wolontariatach?

Zdecydowanie nie! Dzisiaj Jezus mówi do nas o sprawach ostatecznych. O czymś zdecydowanie większym niż pomoc biednym, mówi do mnie i do ciebie o Raju i piekle. O tym, że jeśli się nie nawrócimy pójdziemy na wieczną mękę. Nie chcemy tego usłyszeć, do siebie przyjąć, zdecydowanie wolimy myśleć, że Jezus to taki miły i fajny gość, który nam grozi palcem. Myślimy sobie: dam większy datek na biednych, wspomogę Caritas, obowiązkowo wesprę Owsiaka i po sprawie. Tyle, że to czytanie w ogóle o tym nie jest.

Jeśli jesteś faktycznie świętym to o tym nie wiesz. Kiedy to Ciebie Jezusie nakarmiłem, kiedy napoiłem? Ja Cię odwiedziłem w szpitalu, w więzieniu? Nigdy w życiu! To nie byłem ja! Jeśli jesteś chrześcijaninem to Jezusa widzisz w każdym. Nie wybierasz sobie komu masz ochotę pomóc, kto jest godzien twojego wsparcia, a kto na nie nie zasłużył. Jezus jest w chamskim, ciągle pijanym sąsiedzie, na którego widok przechodzisz na drugą stronę ulicy, zaszczanym i zarzyganym bezdomnym w nocnym autobusie, koledze w pracy, którego nie znosisz.

Dobre uczynki są dobre dla pogan, chrześcijanin nie robi dobrych uczynków, tylko żyje w zgodzie z Ewangelią. Kiedy tak będziemy żyć dobro będzie się czynić samo, my nawet nie będziemy o tym wiedzieć, będzie jak oddychanie. Czy musimy pamiętać o tym, by zrobić wdech?

Dziś Jezus nie mówi do nas jako fajny gość, który myśli o potrzebujących. Mówi jako Król. Pan wszechświata i wieczności.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Kościół a homoseksualizm

Do pewnego Żyda przyszedł komunista i zaczął go agitować. Ten opowiedział mu historię jednego rabina: ” Rabin w młodości też chciał naprawiać świat, ale gdy odkrył, że świat jest zbyt duży i złożony, stwierdził, że ograniczy się do naprawiania własnego kraju. Ten też okazał się wielki i złożony, więc skupił się na naprawianiu swojego miasta. Gdy dojrzał, postanowił naprawić swoją rodzinę. Na łożu śmierci wyznał – Dziś mam nadzieję, że chociaż zdołam naprawić siebie!”  To smutna historia – powiedział komunista – rabin na starość stał się egoistą. Nie – odpowiedział mu Żyd – on nadal chciał zmieniać świat, zmienił tylko taktykę!

Chrześcijaństwo to sprawa niezwykle trudna, tak trudna, że niemal niemożliwa. Tak trudna, że udała się niewielu. Prawdą jest, że w domu naszego Ojca jest wiele mieszkań, ale i prawdą jest, że dostać się tam możemy wyłącznie przez wąską bramę. Stać się chrześcijaninem to znaczy umrzeć, a umieranie to nie jest łatwa i przyjemna sprawa. Każdy, kto twierdzi inaczej sam się oszukuje. W pierwszych gminach chrześcijańskich katechumeni przystępowali do chrztu nago, zrzucali z siebie szaty starego człowieka, którego topili po to, by mógł się narodzić z wody, człowiek nowy .

W ostatnich czasach w publicznej dyskusji, również na portalu Deon, pojawia się temat stosunku Kościoła do homoseksualistów. Moim obowiązkiem, jeśli faktycznie pragnę być chrześcijaninem, jest miłość bliźniego. Każdego bliźniego, bez wyjątku i bez warunków wstępnych. Jako człowiek wierzący nie mam prawa, ani powodu odnosić się do sfery seksualnej moich braci. Bóg podarował ludziom miłość fizyczną jako intymną więź męża i żony, i w tym układzie nie ma miejsca na kogoś trzeciego. Jaki użytek zrobił z tego daru mój brat, sam rozliczy się przed Bogiem, nie ja. W czterech Ewangeliach nie ma ani jednego zdania na temat seksu, nie bądźmy mądrzejsi od Ewangelistów. Głośmy Jezusa Chrystusa, nie siebie!

Wszelkiej maści stowarzyszenia, organizacje zajmujące się seksualną sferą życia to nie miejsce dla nas. Kluby gejowskie to nie jest miejsce dla chrześcijanina. Stosunek Kościoła do homoseksualizmu jasno, prosto i ponad wszelką wątpliwość przedstawia św. Paweł:

Ponieważ, choć Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce. 22 Podając się za mądrych stali się głupimi. 23 I zamienili chwałę6 niezniszczalnego Boga na podobizny i obrazy śmiertelnego człowieka, ptaków, czworonożnych zwierząt i płazów. 24 Dlatego wydał ich Bóg poprzez pożądania ich serc na łup nieczystości, tak iż dopuszczali się bezczeszczenia własnych ciał. 25 Prawdę Bożą przemienili oni w kłamstwo i stworzeniu oddawali cześć, i służyli jemu, zamiast służyć Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki. Amen. 26 Dlatego to wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. 27 Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. 28 A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi. (Rz 1, 21-28)

To wystarczy, nic więcej nie ma potrzeby tu dodawać. Ci wszyscy, którzy chcą być bardziej pawłowi od św.Pawła muszą sobie zadać pytanie: czy z jego stanowczością mają również jego niezachwianą wiarę w Jezusa Chrystusa i miłość bliźniego? Bo te słowa obdarte z miłości bliźniego mogą być i będą odebrane jako nawoływanie do nienawiści, do prześladowania, do szykanowania, czyli do postawy, której jednoznacznie Kościół się sprzeciwia.

Ci wszyscy, którzy chcą św.Pawła cenzurować, reinterpretować, którzy starają się udowodnić, że wcale nie powiedział tego co powiedział, że nie liczy się płeć tylko uczucie, muszą uważać, by nie popaść w herezję, by nie prezentować stanowiska przeciwnego do nauczania Kościoła.

Jeśli chcemy być chrześcijanami musimy zmienić taktykę, zacząć naprawiać świat od siebie samego. Przyjrzeć się, czy nasza własna sfera intymna jest czysta, czy my sami na pewno jesteśmy wolni od zboczeń. Naszym obowiązkiem ludzi wierzących jest osiągnąć świętość, a nie karmić nasze demony grzechami naszych braci.

Historię, którą przytoczyłem na wstępie zaczerpnąłem z książki: „Tłumacząc Hannah” Ronaldo Wrobel, Wrocław 2017

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

List otwarty do księdza Bonieckiego

Żyjemy w kraju, w którym umiłowanie do cierpienia wysysamy z mlekiem matki, w którym edukacja obywatelska sprowadza się do wyliczania kto i kiedy nas skrzywdził. Wrogowie nas pobili, przyjaciele oszukali, sprzymierzeńcy opuścili.

Szamani od zdrowia psychicznego szkolą nas w stawianiu diagnoz. Jesteśmy pełni bólu i nieszczęścia, bo rodzice nas nie kochali lub kochali źle, bo się rozwiedli, bo ojciec pił, bo bił i tak dalej i tak dalej. W tej „edukacji” zapominają dodać, że postawienie diagnozy to początek, to punkt wyjścia, a nie zamknięcie. Zdiagnozowany problem powinien być pierwszym krokiem do lepszego, normalniejszego, zdrowego życia, a nie ostatnim do wewnętrznego piekła cierpienia.

Człowiekowi, który swoją egzystencję, swoje „być”, zamienił w krzyk, zamienił w ogień. W ból.

Egzystencję zamienioną w ból trzeba i można leczyć. Teza, że skoro cierpię bardziej od innych, to jestem od innych lepszy, wrażliwszy, bardziej przenikliwy jest tezą nieodpowiedzialną. Skutkuje tym, że ludzie zamiast stawiać na terapię, karmią swoje demony całymi latami. Pielęgnują własne cierpienie jak najcenniejszy skarb.

Skutkuje tym, że są ludzie w tym kraju, którzy całe dorosłe życie toczą w bólu i cierpieniu, nie potrafiąc wyjść z traumy, która spotkała ich dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Żyją i umierają w wewnętrznych mękach, bo nie znalazł się nikt, kto by im pomógł przegonić z duszy demony.

Piotr był z tych, którzy widzą ostrzej, widzą to, czego większość ludzi nie dostrzega, czuje drgania sejsmiczne, których wielu nie czuje, widzi rysy na murze, stłuczony dzban i złamany kołowrót, widzi symptomy katastrofy. Wierzy, że może ostrzec. Wie, że to uczynić musi.

Nawet najbardziej trafna diagnoza, najbardziej wrażliwy sejsmograf, jeśli nie jest drogowskazem do normalności i zdrowia, jest tylko bezużytecznym krzykiem Kasandry.

Płonący, żywy, cierpiący z potwornego bólu człowiek to akt antyhumanitarny, antyludzki i antychrześcijański. To obraz upadku, a nie wzniosłości – albo tak uważam, albo nie. Czy aby ocenić ten czyn, stając w prawdzie, należy pytać: kto podpala zapałkę? Czy widząc płonącą ludzką postać, pytanie o motywy jest pytaniem moralnym?

Na ziemi, która wchłonęła w siebie tyle krwi niewinnej, na której było tyle nieszczęść, zbrodni, wojen, w kraju, w którym tak niedawno temu dymiły kominy krematoriów mówienie, że spalony żywcem człowiek to miłość jest zdumiewające! Ja tego pojąć nie potrafię!

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze

Talenty !

Chrześcijaństwo to Jezus Chrystus. Do Boga możemy się zbliżyć tylko przez Niego. Wszystko inne to sprawy drugorzędne.Kiedy o tym zapominamy i skupiamy się na zagadnieniach mało istotnych dla naszej wiary zaczynamy błądzić.

Mądrzy, wykształceni, światli ludzie, zmagający się z fundamentalnymi pytaniami o sens ludzkiej egzystencji często wpadają w pułapkę mylenia wiary z filozofią, psychologią czy teologią. Zagłębiając się w niuansach tracą z przed oczu cel główny – Jezusa.

Doskonały materiał by po raz koleiny zadać sobie pytanie: czym jest wiara? Daje nam Kościół w postaci Ewangelii przygotowanej na niedzielę zwykłą 19 listopada czyli za tydzień.

Usłyszymy bardzo znaną i często przytaczaną przypowieść Jezusa o talentach. Mogłoby się wydawać, że Słowo jest tak oczywiste dla wszystkich, że nie ma większego sensu się nad nim zastanawiać. Czyżby?

Wielu nawet z pośród wierzących słysząc słowo – talent, od razu myśli – predyspozycja. Otrzymaliśmy od Boga różne zdolności, jedni większe, drudzy mniejsze ale każdy z nas ma obowiązek dobrze wykorzystać je na Chwałę Bożą. Jeśli tego nie zrobimy sprzeniewierzamy się Jego woli.

Ktoś ma umysł ścisły, jest doskonały z matematyki ale nie zostaje naukowcem, nie ma tytułu profesora. Jest nikim. Jest zerem tu na ziemi to i będzie zerem w Królestwie Niebieskim albo raczej mniej niż zerem bo i to nic, to mało które jakoś tam zgromadził będzie mu odebrane.

Ktoś inny otrzymał talent do języków obcych ale nie wykorzystał go dobrze, nie tłumaczy książek z greki czy łaciny, nie jest tłumaczem symultanicznym, nie zrobił kariery. Jest zerem tu na ziemi, będzie mniej niż zerem w Niebie.

Mocne i trudne jest to Słowo ale i niezwykle motywujące, pytanie brzmi; motywujące do czego? Czy Jezus to trener od rozwoju osobowości, psycholog społeczny, autor poradników jak osiągnąć sukces? Co w takim razie zrobić ze słowami z kazania na górze, jak rozumieć osiem błogosławieństw? Co począć z zaproszeniem: zostaw wszystko co masz i choć za mną? O co chodzi z tym: nie troszczcie się zbytnio czy macie co jeść i pić ? Czy Jezus jest niekonsekwentny? Czy sam sobie przeczy ?

Talent o którym czytamy w Ewangelii to nie predyspozycje, to nie inteligencja, zdolności manualne, wrażliwość artystyczna i tak dalej, to On sam! To Jezus Chrystus! Mamy wielki dar od Boga, że mogliśmy poznać Jego Syna, a przecież nie każdy miał to szczęście, po dziś dzień na całym świecie żyją tacy, którzy Go nie znają, którzy nigdy o Nim nie słyszeli. To jest talent który mamy pomnażać i z tego daru będziemy wszyscy rozliczeni. Nie z kariery, osiągnięć zawodowych, inteligencji, rozumu. Dostaliśmy Jezusa Chrystusa i mamy obowiązek nieść go na cały świat. To właśnie jest chrześcijaństwo – nic innego!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Marcin Wójcik „Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu”.

W moje ręce trafiła książka Marcina Wójcika „Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu”. Wielu porządnych katolików zapewne uzna, że takich obrzydliwości nie ma sensu czytać, bo nic dobrego z tego wyniknąć nie może. Właśnie z tego powodu postanowiłem napisać o swoich odczuciach po jej przeczytaniu.

Czy książka pana Wójcika jest obrzydliwa? Bez wątpienia są w niej sceny obrzydliwe, a nawet i bardzo obrzydliwe. Jest to pozycja wyłącznie dla ludzi dorosłych. Mimo wszystko jednak my katolicy powinniśmy ją przeczytać i to wcale nie ze względu na jej temat główny, czyli celibat. Ważne jednak, aby nie podchodzić do niej z założeniami wstępnymi. Jeśli z góry ktoś uzna, że jest to bezpardonowy atak na Kościół i księży bez wątpienia takie treści w niej znajdzie. Jeśli ktoś ma wyrobione zdanie na temat celibatu, że jest zły, po pobieżnej lekturze może uznać, że książka tylko tę tezę potwierdza. Jeśli ktoś sięgnie po nią wyłącznie w poszukiwaniu taniej sensacji, będzie usatysfakcjonowany aż nadto.

Nie mam ambicji występować tu w roli adwokata pana Wójcika, czy zaglądać do głowy reportera i tłumaczyć co chciał powiedzieć, i co miał na myśli pisząc ten reportaż. Przedstawiam tu tylko swoje prywatne refleksje po lekturze i nie upieram się, czy są zgodne z intencjami autora, czy się z nimi rozmijają.

Choć wyżej napisałem, że dla mnie główną wartością tej pozycji wcale nie jest kwestia celibatu, należy tu kilka zdań temu tematowi poświęcić. Wbrew temu co można by sądzić, autor nie podchodzi do zagadnienia w „łopatologicznie” prosty sposób. Nie stawia prostej, acz banalnej tezy: celibat jest zły – nie ma celibatu, nie ma problemu.

Żona, dzieci, życie rodzinne to nie tylko i nie wyłącznie usłana różami sielanka, to trud, choć inny, to wcale nie mniejszy niż zmagania z czystością seksualną. Łączenie obciążeń wynikających z obowiązków głowy rodziny i duszpasterza może szybko okazać się nie do pogodzenia, a myślenie pt.: „wszystko byłoby lepiej gdybym miał żonę” w zderzeniu z realiami życia rodzinnego, mogło być jedynie żalem nad samym sobą – „wszędzie dobrze gdzie nas niema”. Zresztą czy dobrym, świeckim, katolickim ojcom rodzin i mężom swoich żon nie zdarzyło się przynajmniej raz w życiu pomyśleć: „taki ksiądz to ma dobrze, przynajmniej ma święty spokój”?

Założenie, że dobry ksiądz będzie równie dobrym ojcem i mężem jest zdecydowanie na wyrost. Twierdzenie, że wraz ze zniesieniem celibatu zmieni się podejście społeczeństwa do księży jest naiwne tym bardziej. Jest takie ludowe porzekadło: „jeśli ktoś chce uderzyć psa to i kij znajdzie”. Teraz zarzucamy duchownym, że to, że tamto, po zniesieniu celibatu znajdziemy inne powody: „patrz! żona księdza, a jak się zachowuje, zobacz! córka księdza, a co wyprawia”. Idąc dalej, skoro dorosłym mężczyzną targają tak wielkie namiętności, że brakuje mu siły, by dochować przysięgę złożoną Kościołowi, czy wystarczy mu siły charakteru, by dochować wierności jednej kobiecie? Pawłowe przesłanie: „lepiej mieć żonę niż płonąć” jest piękne, ale czy aby na pewno wystarczające na wszystkie płomienie naszych zbłąkanych dusz?

Odrębnym tematem, gdy chodzi o kwestię celibatu są księża homoseksualiści, dla nich pozwolenie Kościoła na zawieranie małżeństw nie jest żadnym rozwiązaniem. Czy Kościół Katolicki kiedykolwiek zgodzi się na związki w obrębie tej samej płci?

W moim odczuciu doskonałą klamrą tej książki jest ostatni reportaż. Opowiada on  o patologicznej, destruktywnej rodzinie prawosławnego księdza. W moim odczuciu jest to celna riposta dla tych wszystkich, którzy za koronny argument przeciw celibatowi powołują się na protestantów i prawosławie. Skoro im się udaje, dlaczego nie może się to udać w Kościele Katolickim? Czy pewne jest, że im się udaje?

Książka nie daje prostej odpowiedzi w kwestii celibatu. Teza: „żonaty ksiądz, to szczęśliwy ksiądz” jest zwyczajnie naiwna. Po co w związku z tym ją czytać? Czego możemy się z niej wartościowego nauczyć?

Otóż największą siłą tej pozycji jest to, że w niezwykle mocny sposób opowiada o samotności i wyalienowaniu ze społeczeństwa osób duchownych. Ksiądz to ani nie człowiek, ani nie mężczyzna, to papierowa, jednowymiarowa postać o nieokreślonej płci, wobec której stawia się wyłącznie wymagania i nie daje żadnej taryfy ulgowej. To taki anioł bez skrzydeł, chodzący ideał, wzór do naśladowania. Sam fakt posiadania koloratki ma sprawić, że owa postać jest o wiele bliżej Boga, niż my zwykli śmiertelnicy.

Takie wymagania stawia przed księżmi społeczeństwo i w takim duchu „produkują” księży seminaria. Presja społeczna jaka jest wywierana na osoby duchowne sprawia, że dźwigać potrafią ją osoby niezwykle silne psychicznie. Ci słabsi załamują się, wpadają w depresję, alkoholizm, seksoholizm, chciwość.

Samotność wśród ludzi to największy problem, z jakim zmagają się księża w reportażach pana Wójcika. Również wyalienowanie. Kiedy byliśmy młodzi, część z nas chciała za wszelką cenę wyrwać się spod kontroli społecznej, dziś już większość z nas rozumie, że wszechobecne zasady życia społecznego to najlepszy z możliwych sposób na normalność. Co dzieje się ze społecznościami, gdy zasady ładu społecznego przestają funkcjonować widać najlepiej po takich miejscach jak chociażby Syria. Gdyby nie bat i kaganiec kontroli społecznej, piszący te słowa nie wie gdzie by był? Może na ławce pod „Biedronką” w ostatnim stadium alkoholizmu? Praca, rodzina, obowiązki to coś, co ciągle stawia nas do pionu, nie pozwala upaść zbyt nisko. Księża pozamykani na plebaniach, sam na sam ze swoją samotnością muszą się zmagać z demonami bez niczyjej pomocy. W tym świecie, do którego nie mamy wstępu są skazani wyłącznie na siebie, a to może nie wystarczyć.

Znajomy kapłan opowiadał taką historię: chodząc „po kolędzie” zapytał pewnej pani czy może skorzystać z toalety, owa dama zareagowała przemożnym zdziwieniem pytając – „to ksiądz też sika?”

Owszem księża sikają, robią kupę, puszczają gazy, boli ich głowa i brzuch; są dokładnie tacy sami jak my, dokładnie tacy sami! Sam fakt chodzenia w sutannie jeszcze nie czyni z nich świętych. My, świeccy w Kościele Katolickim nie tyle powinniśmy zajmować się problemem celibatu – niech tę sprawę rozeznaje papież – co sprawiać, by księża nie czuli się wśród nas tak strasznie samotni. Powinniśmy zdjąć ich z piedestałów, przestać traktować jak guru, czy szamanów, ale jak współbraci identycznie słabych i grzesznych jak my.

Ktoś być może powie: przecież oczywiste jest, że od osób duchownych należy oczekiwać więcej, w końcu sami sobie taki sposób na życie wybrali. Owszem, racja, ale pamiętaj bracie, który tak mówisz: jeśli sam, dobrowolnie określasz się jako chrześcijanin – od ciebie też należy wymagać więcej!

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj