Kara śmierci a Kościół.

Decyzja papieża Franciszka w sprawie zmiany nauczania przez Kościół stosunku do kary śmierci wzbudziła w śród licznych wiernych niepokój a nawet sprzeciw. Głosy jakie się pojawiły na przykład w internecie można zgrupować w dwóch głównych blokach. Po pierwsze: Kościół był przychylny karze śmierci od setek lat, wielu z nas zastanawia się czy to nauczanie znane od wieków można sobie, ot tak zmieniać, i po drugie: najzwyczajniej w świecie wielu Polaków po dziś dzień chciałoby aby kara śmierci powróciła do kodeksu karnego w Polsce i decyzja Franciszka staje niejako w poprzek ich poglądów.

Czy ten strach przed zmianą może dziwić? Otóż żyjemy dziś w czasach dekonstrukcji wszystkiego. Dziś wszystko można, a nawet należy zanegować, poddać rozkładowi na czynniki pierwsze, przeanalizować, wątpić, nic nie uznawać za pewne, ani oczywiste. Dziś nie jest oczywista ani rodzina, ani płeć, ani preferencje seksualne, ani małżeństwo, a nawet sama śmierć budzi wątpliwości. Kiedy nasze funkcje życiowe podtrzymują maszyny, kiedy za nas maszyna oddycha, kiedy zamiast serca pompuje naszą krew, kiedy mózg zdaje się nie funkcjonować to czy żyjemy jeszcze my czy już tylko maszyna? Kiedy umieramy tak do końca? Czy można to umieranie przyspieszyć? Czy można komuś pomóc umrzeć? Dziś już nic nie jest pewne ani życie, ani śmierć, ani rodzenie, ani umieranie.

W czasach dekonstrukcji wszystkiego ostatnim bastionem pewności, jeszcze do niedawna jawił nam się Kościół rzymskokatolicki. Rzym stał na straży tego co pewne i niezmienne, dawał gwarancję, był podporą i fundamentem. Dziś wydaje się, że ten fundament zaczyna się chwiać, wielu z nas ma wrażenie, jakby ta skała na której zbudowany jest Kościół jakby uciekała nam z pod nóg. Nie dotyczy to zresztą tylko nauczania odnośnie kary śmierci ale całego pontyfikatu Franciszka.

Ten papież dla wielu z nas jest niekomfortowy, jest niepokojący. Cała rzecz w tym, że właśnie takie jest nasze życie. Jest ono niekończącym się napięciem. Napięciem między tym co znane i bezpieczne, a tym co nieznane i przyszłe. Kiedy kobieta dowiaduje się, że jest w stanie błogosławionym, cieszy się i raduje ale zawsze gdzieś tam głęboko w umyśle pojawia się pytanie: czy dziecko urodzi się zdrowe? Oczywiście ten niepokój można łagodzić dbając o siebie i monitorując ciąże wspólnie z lekarzem specjalistą ale pewności żadnej nie ma.

Kiedy wychodzę rano do pracy, nigdy o tym nie myślę, ale przecież gdzieś tam głęboko w sercu noszę wiedzę, że przecież mogę do domu już nie wrócić. Jakiś czas temu w środku Poznania wybuch gazu zniszczył kamienicę, nie był to nieszczęśliwy wypadek. Było to celowe działanie obłąkanego człowieka. Na skutek wybuchu zginęło wiele osób. Rzecz nie do pomyślenia! Przecież domy mogą wylatywać w powietrze w Syrii, Afganistanie, Iraku ale w środku Poznania?!

Franciszek, czy nam się to podoba czy nie, o tej prawdzie nam przypomina. Kościół w jego nauczaniu nie jest bezpieczną przystanią, to nie bujany fotel i ciepłe kapcie ale ciągłe pielgrzymowanie. Jeszcze przecież nie doszliśmy do Kanaanu, ciągle idziemy przez pustynię. W opisie biblijnym Żydzi szli przez pustynię lat czterdzieści, my chrześcijanie błąkamy się po naszej pustyni od dwóch tysięcy lat. Jasne, że to długo, że chciałoby się wreszcie zatrzymać, zdjąć buty pielgrzyma, stwierdzić:

„Kanaan to to może jeszcze nie jest ale dla mnie wystarczy”.

Ten papież jednak ciągle nas pogania, nie pozwala odpocząć, mówi:” jeszcze nie, jeszcze nie pora!” Nie można się zatrzymywać, nie można stawać w miejscu, choć w tych butach pielgrzymich mamy już wiele kamieni które nieustannie nas uwierają, a droga jest ciężka i końca nie widać – iść trzeba. Taka wizja Kościoła bez wątpienia nie jest komfortowa, nie daje tego czego pragniemy najbardziej – pewności ale jest na wskroś ewangeliczna. Jezus w wielu przypowieściach właśnie o tym nam mówi:

Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. 35 Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową17; 36 i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy18. 37 Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. 38 Kto nie bierze swego krzyża19, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. 39 Kto chce znaleźć swe życie, straci je. a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. (Mt 10,34-39)

Franciszek chce nas skłonić do tego byśmy przestali być konsumentami wiary, chce by przestała być konsumpcją a zaczęła być relacją, przemyśleniem, rozeznaniem. Kiedy głosimy, że karanie śmiercią najgorszych zbrodniarzy jest dopuszczalne z punktu widzenia Ewangelii, nie powołujmy się na tego czy innego mędrca ale spytajmy siebie samych:

„Czy faktycznie tej kary potrzebujesz, czy jesteś w stanie wziąć grubą linę zrobić pętlę, zarzucić ją na szyję delikwentowi i wykopnąć stołek. Patrzeć jak ulatuje z niego życie?”

Bo może jesteś za karą śmierci teoretycznie, jesteś za ale sam nie masz zamiaru jej wykonywać, uważasz, że powinien to robić ktoś inny. Cały pontyfikat papieża Franciszka to głos który nam mówi prawdę często dla nas bardzo niewygodną:

” Niczego nie zrobi ktoś inny, nic się nie zrobi samo. Żadnych innych nie ma. Kościół to nie inni, nie oni, nie ktosie, ale ja i Ty”

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Kara śmierci, czyli o tym czego nas nie uczy Powstanie Warszawskie.

Wśród historyków występuje szkoła twierdząca, że jest bezzasadnym mówienie o dwóch wojnach światowych, pierwszej i drugiej – faktycznie była tylko jedna, wielka, światowa wojna trwająca od 1914 roku do roku 1945, z dwudziestoletnim okresem rozejmu, potrzebnym walczącym stronom na regenerację, zmianę strategii i technologii zabijania.

Bez względu na to, czy zgodzimy się z tym twierdzeniem, czy nie, musimy zgodzić się z tym, że zarówno pierwsza wojna światowa, jak i druga zostały wywołane na skutek dokładnie tego samego myślenia: wyniesienia narodu i państwa do rangi bóstwa.

W pewnym momencie historii Europejczycy uwierzyli, że naród to wartość bezwzględna, górująca nad innymi wartościami, to wartość przewyższająca nawet samego Boga. To właśnie naród stał się bogiem, w imieniu którego można było uzasadnić postępowanie, którego nie usprawiedliwiały inne pomniejsze wartości. W imieniu narodu można, a nawet trzeba, zabijać. O ile dla każdego cywilizowanego, zdrowego psychicznie człowieka zabijanie nie jest dobrym sposobem na rozwiązywanie różnego rodzaju konfliktów, to ta zdrowa zasada automatycznie wyłączała się, gdy zaczęto mówić o interesach narodowych. W obronie tych interesów zabijanie nie tylko stawało się czymś dopuszczalnym, ale stawało się czymś chlubnym i godnym naśladowania. Zabijanie nie było przestępstwem, stawało się bohaterstwem. To myślenie doprowadziło do największej hańby, upadku i degrengolady człowieka zachodu – wojny światowej.

Wielu z nas po dziś dzień chciałaby wierzyć, że za zbrodnie wojenne odpowiadają wyłącznie naziści, cała reszta jest niewinna. Problem polega na tym, że kiedy miliony żołnierzy ginęły w okopach wielkiej wojny narodów, nikt jeszcze o nazistach nie słyszał. Co więcej, naziści nie wymyślili pojęcia narodu, ono funkcjonowało już wcześniej, nie wywołali wojny w 1914 roku, bo wtedy jeszcze ten ruch w ogóle się nie narodził. Hitler nie wymyślił wojny, on tylko opracował nowe technologie zabijania, udoskonalił logistykę wojenną. Za hańbę wojny światowej winni są wszyscy Europejczycy. Po zakończeniu działań wojennych wielu ludzi odkryło tę prawdę dla siebie, zaczął się wielki powrót do idei europejskiej wspólnoty ponadnarodowej – Europy bez granic.

Pierwsza i druga część wielkiej wojny światowej, lub jak kto woli, pierwsza i druga wojna światowa, były całkowitym upadkiem człowieka Zachodu, hańbą i klęską wszelkich wartości, zbrodnią przeciw człowiekowi i Bogu. W kraju, który tyle ucierpiał na skutek tych konfliktów, przedstawianie wojny jako czegoś pięknego, wzruszającego i godnego naśladowania powinno budzić wielkie zdziwienie. Ale nie budzi.

Wydarzenia, które doprowadziły do śmierci w strasznych męczarniach kilkuset tysięcy ludzi, które doprowadziły do całkowitego zniszczenia wielkiego, pięknego miasta, powinny wywoływać łzy żałoby, płacz i zgrozę, strach przed tym, do czego zdolny jest człowiek. Ale nie wywołują.

Gdy hierarchowie Kościoła Katolickiego w Polsce wypowiadają się na temat Powstania Warszawskiego, można by się spodziewać, iż usłyszymy słowa o tym, że oto chore pojmowanie wartości doprowadziło bliźnich – Polaków i Niemców – do rzeczy strasznych i hańbiących. Ale takich słów nie słychać. Dlaczego tak się dzieje?

Instytucjonalny Kościół Powszechny w swojej ludzkiej wędrówce w pewnym momencie swojej historii postanowił połączyć siły z państwem, zapragnął być instytucją państwową. Problem polegał na tym, że państwo, aby być skuteczne, musiało stworzyć prawa niezgodne z duchem Ewangelii. Państwo nie jest instytucją charytatywną, każdy, kto chce z nim wejść w sojusz musi za to zapłacić. Ceną jaką zapłacić musiał Kościół było usankcjonowanie prawa państwowego przez autorytet Kościoła, żeby jednak to zrobić, Kościół musiał  rozwiązać kluczowy dylemat: „jak połączyć w swoim nauczaniu myślenie, którego połączyć się nie da. Jak wytłumaczyć ludziom, że kochać to znaczy czasami zabijać?” Uciekł się do sztuczki starej jak świat, zatrudnił prawników. Ci potrafią wszystko. Kościół dzięki zawiłej teologii stworzył w swoim nauczaniu pojęcie podwójnej moralności: to, czego zwykłemu człowiekowi nie wolno, wolno państwu, jako instytucji nadrzędnej. Inaczej należy oceniać moje czyny jako człowieka, a inaczej jako obywatela.

Dziś Kościół od takiego rozumienia moralności odchodzi. Zmiana KKK odnośnie nauczania w sprawie stosowania kary śmierci nie jest tylko drobną korektą, jest zmianą fundamentalną. Ojciec Święty Franciszek, swoją decyzją dokonuje faktycznego odłączenia Kościoła od państwa. Jest to krok wielki i niezwykle ważny, ale nie ostatni. Ostatnim krokiem, którego my katolicy musimy wspólnie dokonać, jest przyjęcie założenia, że wojna, rozwiązywanie konfliktów za pomocą działań zbrojnych, wydawanie pieniędzy na maszyny służące wyłącznie do zabijania i przebieranie naszych dzieci w mundury i wmawianie im, że jest to powód do dumy i chwały, to sprawy całkowicie niegodne chrześcijanina. Święcie wierzę, że ten krok wspólnie zrobimy!

 

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Ostatnie lato bez Boga.

Byłem w grupie ludzi związanych z muzyką niezależną, alternatywną, trzecim obiegiem. Ani lewica, ani prawica, żadnej polityki. Za to dużo tolerancji wobec odmienności, inności, nawet dziwaczności. Dużo troski o siebie nawzajem. To był dobry świat wspaniałych, inteligentnych, otwartych osób. Świat, który mnie ukształtował, moje myślenie, moje postrzeganie, perspektywę. Świat, który sprawił, że gdzieś tam głęboko w duszy ciągle mam coś z punka.

Tego lata wybraliśmy się na pewien festiwal muzyczny. Słońce, kilkadziesiąt niezwykłych osób w ekipie, Mazury i jako wisienka na torcie, mój, w tamtym czasie, ulubiony zespół muzyczny na żywo. Skład międzynarodowy, ogrom instrumentów, żywiołowość wykonawców, wszystko to gwarantowało przednią zabawę.

Koncertu nie pamiętam, sporej części festiwalu też nie, połączenie alkoholu i marihuany. Nie, nie, to nie jest wpis o szkodliwości używek, ja nie wiem co jak na kogo działa i się nie wypowiadam. Ja wiem tylko jak to połączenie działa na mnie. Duża ilość marihuany i alkoholu przyjęta jednocześnie działają na mnie jak młot pneumatyczny wybijający mi dziury w mózgu. Festiwal przetrwałem bez żadnych groźnych wypadków dzięki temu, że opiekowali się mną bardziej rozsądni ode mnie przyjaciele.

Wróciłem do domu i zadałem sobie pytanie: „skoro miało być tak fajnie, to dlaczego nie było?”, a zaraz potem, drugie: „czego ty w ogóle chcesz?” Odpowiedź na pytanie drugie znałem od lat: „chcę, żeby coś się wydarzyło”. Natomiast co do wyjazdu na festiwal, to refleksja jaka mnie naszła była dla mnie zupełnie odkrywcza:

Tylko pozornie wyjechałeś trzysta kilometrów od miejsca, w którym mieszkasz. Tak naprawdę nigdzie się nie ruszyłeś. Tkwisz w tym świecie od lat i w plecaku zabierasz go ze sobą dokądkolwiek się ruszysz. Tak naprawdę jesteś ciągle w tym samym miejscu. W świecie, w którym żyjesz, gdyby coś się miało wydarzyć, już by się wydarzyło. Ten świat to twoje prywatne czekanie na Godota!

Postanowiłem zmienić coś faktycznie, nie tylko pozornie. Usłyszałem od znajomego, że zna kogoś, kto szuka ludzi do pracy, na drugim końcu Polski, w Poznaniu. Wziąłem numer telefonu, zadzwoniłem, dostałem pracę,  następnie dzięki internetowi znalazłem sobie pokój do wynajęcia, spakowałem dwie walizki i kupiłem bilet. Nocnym autobusem przejechałem czterysta kilometrów i wysiadłem na dworcu w mieście, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Aby znaleźć ulicę, na której wynająłem sobie pokój musiałem skorzystać z taksówki.

W pierwszym dniu pracy zobaczyłem blondynkę przecudnej urody, która się do mnie sympatycznie uśmiechała. Był ostatni tydzień listopada. W październiku następnego roku mieliśmy już kościelny ślub, w drodze syna i kupione małe mieszkanie na duży kredyt. Nie minął nawet rok. Czy się bałem? Ani trochę! Czy miałem wątpliwości? Żadnych!

W tym roku mija od tych wydarzeń równo dziesięć lat. Wtedy tak na to nie patrzyłem, ale dziś widzę, że to Bóg silną ręką i mocnym ramieniem postanowił wyprowadzić mnie z mojego Egiptu.

Rutyna w życiu jest potrzebna, gdybyśmy każdego dnia musieli się mierzyć z czymś nowym, gdybyśmy codziennie musieli stawać przed nieznanymi wyzwaniami, przygodami, sprawami, nasze życie byłoby naprawdę ciężkie i męczące. Czasami jednak warto z tej rutyny zrezygnować. A nie ma na to lepszej okazji jak wakacje. To świetny czas, by wyjechać, tylko uwaga! Wcale nie chodzi tu o liczbę przebytych kilometrów, bo może się okazać, że przemierzysz setki kilometrów, a tak na prawdę ciągle będziesz w domu. Zwiedzisz egzotyczne miejsca, głośno będziesz wychwalać: „ach jakie widoki, jakie krajobrazy, jakie słońce”!. A w duchu stwierdzisz, że było tak jak zawsze, że miało być tak ekstra, a nie było.

Wyjechać to znaczy zmienić na chwilę świat, w którym żyjesz na co dzień, jeśli ten świat skrzętnie upchasz do walizki i zabierzesz ze sobą może się okazać, że nigdzie nie wyjechałeś, tylko przetransportowałeś swój stary, dobrze znany świat o ileś tam kilometrów.

Dlatego w te wakacje nie pakuj niczego. Jeśli na codzień rozpoczynasz dzień od oglądania katolickich celebrytów na youtube, jeśli codziennie czytasz artykuły na Deonie, katolicką prasę, katolickie książki, oglądasz wyłącznie „katolickie” filmy, zostaw to w domu, nie martw się, jak wrócisz to będzie na ciebie czekało. W wakacje trochę zaszalej, udaj się do światów, w których nigdy nie bywasz. Posłuchaj Żydów, Muzułmanów, lewaków, feministki. Zobacz zupełnie niekatolicki film, przeczytaj skandalizującą powieść, albo kryminał, albo romans. Czy znajdziesz tam odpowiedzi na nurtujące cię pytania? Nie sądzę. Cała rzecz w tym, że ty być może wcale nie potrzebujesz nowych odpowiedzi na stare pytania. Całkiem możliwe, że ty już te odpowiedzi dobrze znasz. Być może chodzi o to, że potrzeba ci nowych pytań, że w tych nieznanych ci światach usłyszysz pytania, których nigdy sobie nie postawiłeś.

Być może jest tak, że głównym bohaterem twoich starych pytań jesteś ty sam. A przecież gdy Bóg postanowił cię stworzyć, zrobił to, bo miał wobec ciebie jakiś plan. Miał wobec ciebie jakieś marzenia, wyśnił sobie ciebie. Być może po raz pierwszy w życiu zadasz pytanie nie o siebie, spytasz na przykład:

 Tatusiu, a jakie Ty masz marzenia? Tatusiu, to gorące lato to przecież świetny czas, by któreś z Twoich marzeń zrealizować!

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Pan Bóg zakłada zespół, może było mu trochę smutno?

Robert Brylewski

Kora

Tomasz Stańko

Wieczny Odpoczynek Racz Dać Im Panie

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

NPR, czyli burżuazyjny Kościół klasy średniej.

Prowadząc rozważania na temat naturalnych metod planowania rodziny często błędnie zakładamy, że jest to dylemat: albo – albo. NPR dla katolickich małżeństw to kwestia wyłącznie sumienia, czy podjąć mozolną próbę jego stosowania, czy nie. Wszyscy jesteśmy mądrzy, wykształceni, inteligentni. Mamy ustabilizowaną sytuację finansową i prowadzimy uporządkowany tryb życia, a w naszym związku panuje pełna harmonia.

Cała rzecz w tym, że mając na myśli chrześcijańskie małżeństwa nie mówimy tylko o katolickiej burżuazji, mówimy o Kościele Powszechnym, w którym nie wszystkie pary mają tak komfortową sytuację, że mogą sprowadzić NPR do albo – albo.

Jest taki dowcip o informatykach: oni nie rozumieją, że my nie rozumiemy. Podobnie rzecz się ma, jak się zdaje, z wieloma katolickimi małżeństwami klasy średniej, nie rozumieją, że inni mogą czegoś nie rozumieć. Przecież wszystkiego można się nauczyć! Otóż są w Polsce ludzie, którzy mają problemy z uczeniem się, choć znają litery, mają problem z czytaniem ze zrozumieniem, najprostsza instrukcja obsługi ich przeraża. Mają problemy z matematyką w zakresie zupełnie podstawowym. Nie wiedzą jak docierać do potrzebnych informacji i jak teoretyczne formuły stosować w realiach codziennego życia. Ci ludzie nie są w stanie opanować metody, o której tu mowa bez pomocy specjalistów. Nawet najpiękniejsza katecheza tu nie pomoże, potrzebni są specjaliści praktycy, najlepiej małżeństwa, które od lat skutecznie z NPR sobie radzą. Często jednak ci ludzie nie mają pojęcia jak i gdzie szukać takiej pomocy.

Nie wszystkie polskie małżeństwa mają ustabilizowaną sytuację finansową. Nie wszyscy pracują na etatach od siódmej do piętnastej. Wiele osób poświęca na pracę o wiele więcej czasu niż osiem godzin na dobę. Wiele osób pracuje w systemie zmianowym. Jeśli pracować muszą jednocześnie i mąż i żona, często bywa tak, że w domu tylko się mijają. Nieregularny tryb pracy zmianowej plus gromadka małych dzieci, baraszkujących hałaśliwie od rana do nocy sprawiają, że możliwość intymnego zbliżenia małżonków kurczy się do dosłownie kilku okazji w miesiącu. Jeśli jeszcze do tego dodać abstynencję w okresach płodnych, okazuje się, że na seks małżeński czasu nie ma praktycznie wcale. Średnia raz w miesiącu to już jest bardzo dobry wynik. Kościół uczy, że zbliżenia intymne w małżeństwie są sprawą bardzo ważną, co jednak zrobić, gdy zwyczajnie nie ma kiedy się kochać fizycznie? Jak rozwiązać tą sprzeczność w nauczaniu?

Założenie, że katolickie małżeństwo to takie, w którym panuje pełna harmonia, zrozumienie i układ partnerski jest tak samo piękne co naiwne. Są niestety w Polsce związki, w których mężowie wymuszają na żonach „obowiązki małżeńskie”, są mężowie, którzy uważają, że kwestia zabezpieczenia przed ciążą to wyłącznie sprawa kobiety. Są wreszcie tacy, którzy mają zwyczajnie gdzieś, czy żona ma okres płodny, czy nie płodny. Do tego dochodzi jeszcze brak elementarnej pomocy ze strony męża w wychowywaniu i opiece nad już posiadanymi dziećmi. Oczywistym jest, że w takiej sytuacji trudno mówić o komforcie wyboru, czy stosujemy NPR, czy nie.

Te przykłady rzecz jasna nie wyczerpują tematu. Kościół Powszechny tworzą różni ludzie, są setki sytuacji trudnych, istnieje bieda, przemoc. Nie wszyscy wierzący mają tak komfortową sytuację, że o wyborze takiej, czy innej metody planowania rodziny mogą sobie rozmawiać w kulturalnej, partnerskiej atmosferze, popijając drogie napoje. No i oczywiście nie zawsze rzecz się sprowadza wyłącznie do seksu.

Jeśli komuś się wydaje, że żony kochają się ze swoimi mężami wyłącznie z dwóch powodów: dla zaspokojenia potrzeb erotycznych, lub by zajść w ciążę, jest w błędzie. Kobiety decydują się na seks z wielu różnych powodów. Nie rozumiesz w czym rzecz? Przykład hipotetyczny:

Jest piątkowy wieczór, żona zmęczona setką różnych obowiązków marzy jedynie o tym, by się wreszcie położyć do łóżka i zamknąć powieki, ale kochany małżonek wykazuje wielką ochotę na seks, stara się i widać, że mu bardzo zależy. Żona najchętniej powiedziałaby: „nie dzisiaj”, ale doskonale zna swojego partnera, zna go od lat. Wie bardzo dobrze, że jutro wstanie zły na cały świat, naburmuszony i będzie od rana pokrzykiwał na dzieci i oczywiście przy tym zaprzeczał, że chodzi o wczorajszy brak seksu tylko o to, że praca i życie go męczą.  Jeśli jednak się poświęci i da mu trochę łóżkowej rozkoszy w piątkowy wieczór, jutro będzie szczęśliwy jak „młody bóg”. Z rana wyciągnie go do marketu na zakupy, po obiedzie on zabierze dzieciaki na plac zabaw, a ona będzie miała troszkę wytchnienia. Kocha się więc z nim – dla niego.

Ktoś powie, że to zohydzona, brzydka wizja małżeńskiego seksu. Jeśli tak myślisz, nie wiesz o czym mówisz. To jest miłość w czystej postaci! Ta kobieta najpierw myśli o mężu, potem o swoich dzieciach, a gdzieś na końcu dopiero o sobie. To święta dnia powszedniego. To wilczyca, która dba o swoje małe stadko i będzie o nie walczyć do ostatka sił i wszelkimi sposobami, z własnym ciałem włącznie. Choć zawsze otoczona ludźmi, czasami wilczyca bardzo samotna.

NPR, katechizm, Magisterium Kościoła to wszystko jest bardzo ważne i potrzebne, jednak oprócz tego, my katoliccy mężowie, powinniśmy pamiętać: mamy zaszczyt i szczęście sypiać ze świętą!

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

Niewierzący Katolik, czyli o zapomnianej rewolucji!

Nie jestem w stanie podać z pamięci żadnego imienia z grona dzieci, którym w Fatimie ukazała się Maria. Nie mam pojęcia na czym polega fenomen Medziugorie. Niezbyt podniecają mnie wieści o cudach, uzdrowieniach, stygmatach. Nie jestem zainteresowany kultem relikwii, a święci to dla mnie tacy sami ludzie jak ty i ja. Taka postawa dla wielu ludzi w Kościele jest nie do przyjęcia. Wielu bez wątpienia zarzuci mi brak wiary, herezję i stwierdzi, że nie można jednocześnie deklarować się jako katolik i, na przykład, nie czcić stygmatów ojca Pio. Ja uważam, że te wszystkie rzeczy i jeszcze wiele innych, choć mogą być i bywają wielu potrzebne do umocnienia wiary, nie są wymogiem koniecznym do tego, by się uważać za katolika, co więcej – choć nierzadko piękne i wzruszające – są to zupełne peryferia wiary.

Co stanowi centrum chrześcijaństwa? Aby spróbować sobie na to odpowiedzieć należy, jak to zwykle bywa, zacząć od początku, sięgnąć do korzeni – judaizmu biblijnego. W pewnym momencie historii wiary katolickiej Kościół uznał, że Żydzi nie są nam do niczego potrzebni, że ich wiara jest zupełnie różna od naszej, że chrześcijaństwo i judaizm to dwie całkowicie różne religie. Jeśli jednak „wyrzuci się” Żydów z chrześcijaństwa, konsekwencją takiego myślenia musi być uznanie, że jest tylko kwestią przypadku, że Jezus urodził się jako Żyd, że równie dobrze mógł urodzić się jako Eskimos. Tyle tylko, że tak nie jest. Jezus to spełniona obietnica Boga, którą złożył swojemu narodowi wybranemu. To obietnica zapowiedziana przez proroków. Jezus to część historii Izraela zapisana w Biblii. Skoro chcemy zrozumieć rangę tego wydarzenia, nie możemy tego uczynić bez Żydów. Żydzi są nam potrzebni jak lustro, w którym odbija się nasze chrześcijaństwo.

Jezus Chrystus to rewolucja całkowita, bez precedensu w historii świata. Jego przyjście na świat to wydarzenie, którego rangi nie da się przecenić, to wiemy wszyscy. Czy jednak wiemy co w istocie było tą rewolucją? Sam Jezus konsekwentnie twierdził, że nie przyszedł na świat po to, by cokolwiek zmienić w Prawie, że wszystko to, co Bóg dał swojemu ludowi w postaci Tory ma, i mieć będzie znaczenie, aż do końca świata.

Wielki mędrzec judaizmu, rabin Hillel nauczał: ” Nie czyń bliźniemu tego, czego sam nienawidzisz. W tym streszcza się cała Tora. Reszta to jej komentarz”. W ustach Jezusa, zapisana przez Mateusza, Złota Reguła brzmi następująco:

Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy.(Mt.7,12)

To samo? To samo. Jest w tym jakaś rewolucja? Nie ma żadnej. W czym więc jest? Otóż Żydzi „zamknęli” swojego Boga w Świątyni, umieścili Go za zasłoną. Święte Świętych mógł nawiedzać arcykapłan tylko raz do roku. W pewnym momencie historii Bóg stwierdził, że już wystarczy, wyszedł zza zasłony i stał się człowiekiem. To jest właśnie ta rewolucja, niespotykana w skali świata, to jest właśnie największa tajemnica chrześcijaństwa – Wcielenie!

Bóg się umniejsza, żeby wywyższyć człowieka, Bóg staje się jednym z nas, dokładnie takim samym jak my. Staje się naszym bliźnim! Po co to robi? Gdyby Bóg chciał tylko swoją mocą odmienić oblicze tego świata, zrobiłby to bez wątpienia już dawno. On jednak, szanując naszą wolną wolę, którą sam nas obdarzył, zapragnął, żeby tymi, którzy odmienią ten świat byli sami ludzie. Dał nam do pomocy genialne narzędzia, własnego Syna i chrześcijaństwo.

Chrześcijaństwo i charyzmaty, którymi Bóg nas obdarza to właśnie narzędzia, którymi mamy się posługiwać, by zmienić świat. Narzędzia, a nie cel sam w sobie. Bycie chrześcijaninem to środek do celu, którym powinno być zbawienie dla wszystkich. To jest właśnie ta rewolucja, której Żydzi nie byli w stanie pojąć. Wraz z Wcieleniem wszyscy staliśmy się Izraelem. Jako nowy Izrael mamy być światłem dla pogan, mamy im zanieść Boga i otworzyć im bramy Nieba przez to, że przyjmą Jezusa jako swojego Pana.

Głównym charyzmatem, który powinien nam w tym pomagać jest rozum. Pierwszy przykład z brzegu: w Europie dzisiaj takie pojęcie jak klęska głodu nie występuje, czegoś takie go nie ma. Gdy w jakimś miejscu z jakiś powodów zabraknie takiego, czy innego produktu żywnościowego, szybko i skutecznie uruchamia się mechanizmy, dzięki którym można te produkty dostarczyć. Mamy wysoko rozwinięty transport samochodowy, kolejowy,  lotniczy. Nadprodukcja żywności, skuteczna logistyka i szereg nowoczesnych narzędzi sprawiają, że nie ma takiego miejsca na ziemi, którego nie dałoby się skutecznie zaopatrzyć w żywność. Klęska głodu to kłamstwo Szatana, nie ma czegoś takiego jak klęska głodu, jest tylko i wyłącznie klęska człowieczeństwa: złodziejstwo, nepotyzm, wykorzystywanie słabszych, bezgraniczna chciwość, okrucieństwo, przemoc, korupcja,wojna, głupota. To są prawdziwe klęski, przez które wielu z naszych braci nie ma co jeść. Z tymi klęskami można skutecznie sobie poradzić, wystarczy tylko żyć tym, co się głosi, wystarczy tylko zgodnie z rozumem robić to, co się mówi, że się robi, wystarczy tylko uwierzyć w moc wartości chrześcijańskich. Ktoś powie, że to utopia, utopia całkowita!

Przecież bardzo wielu z nas żyje i nie kradnie, i się da! Wielu z nas nie bierze łapówek i też się da! Wielu z nas poradziło sobie z chciwością, wielu z nas nie stosuje w swoim życiu żadnej przemocy, nie  pożąda żony bliźniego swego i innych jego rzeczy, i też się da! Co więcej, wielu z nas uważa, że nie jest to żadna utopia, tylko normalne, rozumne chrześcijańskie życie. Skoro nam się udaje, to niby dlaczego nie może się udać innym?

W pewnym momencie wielu w Kościele wpadło w pułapkę „judaizmu biblijnego”; tak jak Żydzi zamknęli swojego Boga w Świątyni, my zamknęliśmy naszego Boga w Niebie. Wielu z nas doszło do wniosku, że jednak się nie da, że Królestwo Niebieskie może zapanować wyłącznie po śmierci, nigdy na ziemi za naszego życia, przestaliśmy wierzyć we własne wywyższone człowieczeństwo. Przestaliśmy pamiętać o Bogu Wcielonym. Zapomnieliśmy czym  jest chrześcijaństwo:

Widzisz swojego brata? Widzisz swojego Boga! – to cała definicja, reszta to komentarz.

Przestaliśmy szukać naszego Boga w oczach naszych bliźnich, a powróciliśmy do szukania Go w znakach, cudach, mocach nadprzyrodzonych, szamańskich zaklęciach.  Zamiast patrzeć przed siebie, w poszukiwaniu Boga, wyłącznie spoglądamy w Niebo. Co więcej, stworzyliśmy sobie setki nakazów i zakazów, żeby wejście do tego Nieba maksymalnie sobie utrudnić. Dziś dostać się do Nieba jest tak trudno, że wielu poświęcając tyle trudu i sił na własne zbawienie, nie znajduje już czasu na troskę o zbawienie innych. Pierwszy przykład z brzegu: trudno sobie wyobrazić mniej skomplikowaną rzecz jak seks. Aby go uprawiać naprawdę nie potrzeba kończyć wyższej uczelni, no chyba, że jesteś katolikiem. Jeśli nim jesteś to oczywiście bez podstaw z biologii, matematyki i paru jeszcze innych dziedzin nie masz  po co się zbliżać do małżeńskiego łoża. No chyba, że uznajesz, że stanem naturalnym dla kobiety jest bycie w ciąży, ewentualnie w połogu. A żeby zrozumieć nauczanie Pawła VI rodem z „Humanae vitae”, to już nawet i wyższa szkoła teologii ci nie wystarczy, bo nawet dla wielu wysokiej klasy teologów różnica między antykoncepcją katolicką a antykatolicką w nauczaniu Pawła VI jest nieczytelna.

Oczywiście już w tym momencie widzę oczami wyobraźni, jak wielu z moich braci w wierze oburza się w duchu, bo przecież nie ma czegoś takiego jak: „antykoncepcja katolicka”!

Ostatnio na portalu „Ostatnia Ławka” na Facebooku, pewna osoba poprosiła grzecznie o kilka porad, głównie jak mi się wydaje technicznych, odnośnie rozwodów kościelnych i oczywiście, zgodnie z moimi przewidywaniami, wielu braci uznało za konieczne przywołać ją do porządku: „NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO JAK ROZWÓD KOŚCIELNY” grzmiały komentarze, a mi zawsze w takich momentach przychodzą do głowy słowa poety:

A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą –

I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!…

Wielu z nas zapomina, że największą rewolucją świata jest to, że Bóg się Wcielił, jest tuż obok nas, jest w naszym bliźnim, nie tylko w Niebie. Bez Boga nie możemy niczego, ale z Nim możemy wszystko! W pewnym momencie historii zbawienia Bóg spojrzał na swoje stworzenie i stwierdził: „sami nie dadzą rady odmienić swoich serc zatwardziałych, nie ma szans. Dam im dar największy, Syna – z Nim będą w stanie zrobić wszystko”. My, katolicy, bardzo często zachowujemy się tak, jakbyśmy mówili: „Nie, nie dzięki, zostaw Go sobie w Niebie, nam lepiej daj moc Avengersów.”

 

 

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Kościół a starzy.

Bardzo dużo w ostatnim czasie mówi się o tym, czy współczesny Kościół chce i potrafi otworzyć się na młodych. Czy spełnia ich oczekiwania? Czy potrafi mówić ich językiem? Oczywiście to świetnie, ja jednak chciałbym zastanowić się nad tą sprawą od trochę innej strony. Czy dziś Kościół chce i potrafi otworzyć się na „starych”?

W drodze życia niektórzy z nas już doszli do tego miejsca, w którym człowiek przestaje o sobie myśleć: „mogę być”, a jest zmuszony zacząć myśleć: „jestem”. Owo „jestem” nie zawsze wygląda tak, jak sami byśmy chcieli. Miejsce, w którym się znaleźliśmy nie zawsze wygląda tak, jak to sobie kiedyś planowaliśmy. Niektórzy z nas być może są w miejscu, które jest wręcz zaprzeczeniem ich wszystkich młodzieńczych ideałów, snów i pragnień. Wielu z nas z „młodych gniewnych” gdzieś po drodze życia zamieniło się w „starych wkurzonych”.

Być może jesteś w miejscu, gdzie piętrzą się same kłopoty: z pieniędzmi,  ze zdrowiem, z pracą, z  dorastającymi dziećmi i tak dalej. I nie wiesz jak się z tego miejsca wydobyć, jak się wyrwać, bo to miejsce wciąga jak bagno i  znikąd nie widać pomocy. Nie wiesz do kogo się zwrócić, z kim pogadać, gdzie szukać ratunku.

Być może jest akurat odwrotnie, zdobyłeś wszystko co chciałeś, jesteś zwycięzcą. Masz świetną rodzinę, karierę, dom, twoje finanse prezentują się lepiej niż dobrze, ale wcale cię to nie cieszy. Jest taka legenda: Aleksander Wielki, gdy spojrzał na swoje imperium – zapłakał, bo nie było już nic do podbicia. Być może ty czujesz się właśnie tak jak on, nie wiesz co jeszcze mógłbyś zdobyć, podbić, osiągnąć, a przede wszystkim nie wiesz po co? Stanąłeś naprzeciw muru, od którego odbija się twoja głowa. Twój sukces, twój najlepszy, najwierniejszy sprzymierzeniec przez lata, nagle okazuje się być twoim największym wrogiem.

Ty, który odniosłeś sukces i ty, któremu wydaje się, że przegrałeś dokładnie wszystko co było do przegrania, obaj solidarnie jak jeden mąż wiecie jedno, że zbliża się starość. Zbliża się wielkimi krokami, jest tuż, tuż.

Ta „terra incognita” cię przeraża. Owszem, przeżyłeś już kilka przełomowych momentów w swoim życiu. Z dziecka stałeś się młodzieńcem, z młodzieńca wyrosłeś na dorosłego człowieka. Stałeś się mężem, potem ojcem  i tak dalej. Jednak ten przełom jest inny. Ten przełom prowadzi już tylko do napisu „koniec”, żadnego ciągu dalszego nie będzie. Jeśli i ten czas spieprzysz, zmarnujesz, żadnej kolejnej szansy nie ma. Ten etap to ostatnia szansa, ostatnia „deska ratunku”, ale czy starczy ci sił? Czy starczy ci zdrowia? Czy dasz radę? A jeśli staniesz się  robiącym pod siebie kaleką o mentalności małego dziecka? „Boże nie pozwól!” – chciałbyś krzyknąć. Ale już od dawna czujesz się rozczarowany Bogiem. Twoja  wiedza o Bogu rodem z pierwszej komunii od dawna już nie wystarcza, nie odpowiada na żadne z nurtujących cię dziś pytań. Tylko gdzie szukać pomocy? Czy ktoś w tym katolickim kraju naucza o Bogu starców? Wszyscy chcą się zajmować dziećmi i młodzieżą!

Wielu znajomych pytało cię : „Hej, jedziesz na spotkanie młodych do Krakowa?”  Zawsze odpowiadałeś: nie, nie jadę na spotkanie młodych do Krakowa, bo nie jestem już młody! Tak jak nie jeżdżę na pielgrzymki hutników, bo nie jestem hutnikiem, nie jeżdżę na rekolekcje dla gospodyń domowych, bo nie jestem gospodynią domową i tak dalej! Czekam, aż ktoś wpadnie na pomysł, by zorganizować spotkanie starych.

Wielu w tym kraju nad Wisłą wielbi Jana Pawła II: za kremówki, za umiłowanie gór, za kontakty z młodzieżą, za wszystko, ale ilu jest takich, którzy go kochają za jego starość? Ilu jest takich, którzy kochają go za to, że był bełkoczącym, rozdygotanym, śliniącym się starcem? Za to, że pokazywał światu: tak, starość istnieje, takim też bywa człowiek- Ecce Homo! Ilu jest takich, którzy chcą za wszelką cenę tę jego starość, tak dla nas zawstydzającą, zamieść pod dywan?

Wiele osób w Kościele „kręci nosem” na ojca Rydzyka, ale fakty są takie, że ten człowiek chce i potrafi zbierać wokół siebie ludzi, którymi w Kościele nikt zajmować się nie ma ochoty, na których mało kto w Kościele ma pomysł, którymi Kościół nowoczesny, poprawny politycznie, burżuazyjny w skrytości ducha gardzi – ludzi starych. Oczywiście nikt się do tego głośno nie przyzna, przeciwnie, wielu głośno zaprzeczy, ale tak niestety jest. Nie chodzi o to, by być adwokatem księdza Rydzyka, chodzi o to, by postawić sobie pytanie: ” ktoś ma lepszy pomysł na ten Kościół „niechcianych”, niż on?

Jeśli chcesz być chrześcijaninem, musisz chodzić pod rękę z Jezusem na każdym etapie swojego życia, twoja relacja z Nim musi być żywa. Chrześcijaństwo to nie jest program samorealizacji, czy pomysł na zbawienie swojej duszy, chrześcijaństwo to taki rodzaj twojego działania, dzięki któremu mogą się zbawić inni. To światło, którym oświetlamy innym drogę do Boga. Każdy etap życia stawia inne wyzwania, prowokuje inne pytania, wymaga innych odpowiedzi. Czasami wydaje ci się, że Polska to nie jest kraj dla starych ludzi. Czy Kościół w Polsce potrafi mówić językiem starych? W tym właśnie pytaniu zawiera się również pytanie o młodych w Kościele. Kościół starych i Kościół młodych to awers i rewers tego samego pytania. Przecież naturalnym środowiskiem, w którym młodzi ludzie powinni się dowiadywać o Bogu jest dom, rodzina, sąsiedzi, znajomi, społeczność lokalna. Pytanie o młodych w Kościele, to pytanie o kondycje wiary starych. Jeżeli nasza wiara jest sztuczna, jeżeli jest nieprawdziwa, nieautentyczna, to znaczy, że tak na prawdę jest martwa. Jeżeli tylko udajemy wierzących, jeżeli nie żyjemy tym co głosimy, to nie dziwmy się, że taka wiara jest dla młodych czymś nieatrakcyjnym, niepotrzebnym. Nie dziwmy się, że w takim Kościele być nie chcą. Odpowiedź na pytanie, czy znajdą się jeszcze tacy, którzy zechcą żyć wiarą chrześcijańską w czasach gdy nas – starych – zabraknie, jest prosta i udzielono jej już wieki temu:

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dzisiaj rano nie pójdę do Nieba.

Obudziłam się rano, obok mnie leży moja dziewczyna, moja kochanka. Pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy jest taka: gdybym dziś rano umarła, nie pójdę do Nieba, bo Niebo jest dla lesbijek zamknięte, nie wpuszczają tam zboczeńców, dziwolągów, odmieńców. Kościół też dla takich jak ja jest zamknięty, czasami miałabym nawet ochotę pójść, pomodlić się, ale wiem co tam usłyszę. Muszę się zmienić, wyprzeć samej siebie, zacząć się leczyć, iść na terapię, albo chociaż udawać, udawać, że jestem taka jak inne, znaleźć sobie miłego chłopaka, prowadzać się z nim za rękę, bo lesbijek do Nieba się nie wpuszcza, Niebo jest dla heteroseksualnych  dziewic, które hodują swoją cnotę dla męża i podają mu ją jak na tacy w noc poślubną. Dla zboczeńców Niebo jest zamknięte.

Obudziłam się rano. Obok mnie leży mężczyzna. Człowiek, którego kocham ponad życie. Człowiek, dla którego potrafiłabym zrobić wszystko. Wszystko poza jednym. Nie mogę wyjść za niego za mąż. Nie mogę stanąć z nim przed ołtarzem, nie mogę w obliczu Boga i ludzi powiedzieć mu – tak. Nie mogę wcisnąć mu na palec obrączki i ślubować, że to na zawsze, bo kiedyś, dawno temu, w czasach, gdy go nawet nie znałam, popełnił straszny błąd, ożenił się, a potem rozwiódł. Za ten jego błąd dzisiaj ja jestem karana. Karze się mnie za grzech, którego nie popełniłam, który wydarzył się dawno, dawno temu, w życiu mężczyzny, którego wtedy nawet nie znałam. Mówią mi: przecież możesz z nim być, przecież nikt ci nie broni. Nie możesz tylko mu się oddawać, nie masz prawa tylko do tego, by brać. Masz prawo cerować mu skarpety, prać jego gacie, gotować mu obiad, tylko do łóżka z nim chodzić nie możesz. Nie masz uprawnień katolickiej żony, nie masz pozwolenia. Nie możesz się z nim kochać, nie możesz mu się oddać, nie możesz szukać spełnienia. Nie należy ci się. Takie przepisy. Nie możesz dać mu dzieci, nie masz uprawnień do bycia katolicką matką, przecież nie możesz powołać na świat bękartów. Gdybym dziś rano umarła nie pójdę do Nieba, bo jestem cudzołożnicą, jawnogrzesznicą, jestem rozwiązła i zła. Dla takich Niebo jest zamknięte. Ale ja nie chcę być z nim tak tylko trochę, tak tylko na niby. Chcę być z nim naprawdę i na sto procent. Nie chcę być dla niego pomocą domową, chcę być kobietą i chcę być traktowana jak kobieta. Chcę być z nim jedno! A może dobry Bóg ma dla nas jakieś specjalne miejsce, ani nie Niebo, ani nie piekło, jakieś specjalne miejsce dla kobiet, które kochały zbyt mocno, kto wie?

Obudziłam się, zresztą nawet nie wiem, czy spałam, za bardzo boli, jestem poobijana, opuchnięta, potłuczona. Wczoraj mój pan mąż znowu miał zły dzień w pracy, a może po pracy, a może jeszcze coś. Nieważne, ważne jest to, że każdy powód jest dobry, by mnie pobić, by mną poniewierać, by po raz tysięczny przypomnieć mi, że jestem nic nie warta, jestem zerem. Nienawidzę go za to i życzę mu śmierci, i nienawidzę samej siebie, że na to pozwalam, że nie potrafię tego przerwać, że nie mam sił uciec, że nie mam dokąd uciec, chyba tylko na ulicę, ale bezdomną też być nie potrafię, nie mam siły, na nic nie mam siły. Nienawidzę za to Ciebie! Za to co mi zrobiłeś! Niczym sobie nie zasłużyłam na takie życie. Zawsze byłam miłą, grzeczną dziewczyną, wierzącą, chodziłam do kościoła, chodziłam na Oazę, wierzyłam. Dziś już nie chodzę do kościoła, po co? Ostatnio usłyszałam, że każde cierpienie uszlachetnia, że każde cierpienie ma sens, że każde prowadzi do czegoś dobrego. Moje nie prowadzi! Moje nie uszlachetnia! Moje cierpienie ciągnie mnie w dół, pozbawia mnie sił, nadziei, czegokolwiek. Moje cierpienie mnie zabija, ale nawet gdybym teraz umarła nie ma dla mnie ukojenia, odpoczynku, uwolnienia. Te, które nienawidzą, do Nieba nie wejdą, takie przepisy. Te, które żyją na ziemi w piekle, skończą w piekle po śmierci. Jako w niebie tak i na ziemi. Amen

Obudziłam się przed dzwoniącym zegarkiem, zawsze się przed nim budzę, już tak od dziesięciu lat. Trzeba wstać, ubrać się i zająć się dzieckiem. Przebrać je, umyć, nakarmić. Dzieckiem, które samo tego nie potrafi, dzieckiem, które jest chore na porażenie mózgowe, które jest zależne ode mnie we wszystkim. Tak już będzie zawsze. „Zawsze” to najbardziej okrutne słowo jakie znam, to słowo wyrok, od którego nie ma odwołania. Inne matki będą patrzeć jak ich dzieci uczą się mówić, chodzić, wyruszają do szkoły, zdobywają wiedzę, wyfruwają z gniazda, ja zawsze będę go karmić, przebierać, myć. Zawsze! Bez dnia odpoczynku, bez wolnego, bez urlopu, bez „el cztery”. Zawsze! Czasami mam takie myśli, że lepiej by było, gdyby umarło. Czasami bym chciała, żebyś go sobie zabrał. Po co go takim stworzyłeś, po co go takim powołałeś do życia? Skoro takim go chciałeś, to sobie go zabierz! Tylko co to za matka, która własnemu dziecku życzy śmierci? Kim się stałam? Potworem! Gdybym dziś rano umarła nie pójdę do Nieba, Niebo dla takich jak ja jest zamknięte. Do Nieba nie wpuszczają tych, które nienawidzą Boga, a ja Ciebie nienawidzę! Za to co zrobiłeś jemu, mojemu upragnionemu dziecku, za to co zrobiłeś mnie! Nie zasłużyłam sobie na takie życie. Nikt nie zasłużył! Poszłam do Kościoła, chciałam się wyspowiadać. Na kazaniu młody, przystojny, pachnący ksiądz mówił o tym, że dobry Bóg nigdy nie zsyła ciężarów, które są ponad nasze siły. Chciałam wstać i krzyczeć, wstać i wykrzyczeć mu w twarz: co ty wiesz o ciężarach?! Co ty o tym wiesz? Ty, za którego zawsze ktoś inny ciężary nosił, ty, który ładnie pachniesz i jeździsz samochodem klasy średniej, co ty możesz o tym wiedzieć? Co ty wiesz o moich ciężarach? Co ty wiesz o mnie?! Nie krzyknęłam, wróciłam do domu, do dziecka, bo wiem, że on nie chciał niczego złego, bo wiem, że to dobry człowiek, który tylko powtarza to, czego go nauczyli w mądrych szkołach, na mądrych wydziałach teologicznych. Nie miał na myśli niczego złego, nie miał na myśli mnie, bo ja dla niego nie istnieję, mnie nie ma. Gdybym dziś rano umarła, nie pójdę do Nieba – takie przepisy.

To cztery zmyślone historie czterech nieprawdziwych kobiet. Czy jednak faktycznie nieprawdziwych? Czy faktycznie zmyślonych? Czy nie spotykamy ich każdego dnia? Czy nie żyjemy obok nich? Czy nie są naszymi sąsiadkami? Kobiety wykluczone, kobiety gorszego boga, kobiety, które nie pójdą do Nieba, bo takie są przepisy. Czasami chciałoby się to Niebo otworzyć, wpuścić tam trochę powietrza, wypędzić stęchliznę,  nie dla siebie przecież, dla nich, dla tych kobiet. Chciałoby się im powiedzieć: wejdźcie, wejdźcie, w domu mojego Ojca jest przecież mieszkań wiele. Chodźcie, chodźcie wy, które umęczone i prześladowane jesteście, On was pokrzepi! Ale nie można, takie przepisy. Gdybym dziś rano umarł, nie wszedłbym do Nieba. Niebo dla heretyków zamknięte – takie przepisy!

 

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

Do Piotrka Żyłki, czyli w obronie wkurzonych.

Muszę przyznać, że po przeczytaniu Twojego blogowego wpisu, drogi Piotrze, o reakcjach polskich kibiców na poczynania naszych piłkarzy poczułem się „wywołany do tablicy”, ponieważ sam nie szczędziłem grubych słów reprezentantom. Ty stanąłeś w obronie piłkarzy, ja pozwalam sobie stanąć w obronie wkurzonych, rozgoryczonych, złych kibiców, czyli również w obronie siebie.

Wydaje mi się, że gdy mówimy o chrześcijaństwie, nie mamy na myśli jakiejś ogólnej formuły, zawsze liczy się kontekst. A tutaj kontekst jest taki, że nie mówimy w tym przypadku o występach amatorskiego teatrzyku dającego występ gdzieś na prowincji, gdyby tak było nigdy bym sobie nie pozwolił na wulgarny komentarz, nawet gdyby był to występ bardzo słabiutki.

Mówimy tutaj o twardych facetach, najtwardszych z twardych, współczesnych gladiatorach. Tak się składa, że sam pracuję na magazynie z samymi facetami i zapewniam cię, drogi Piotrze, że literackiej polszczyzny raczej tam nie uświadczysz. Nie ma tam zwrotów typu: „czy raczyłby drogi pan przystąpić do pracy”; „czy mógłby szanowny pan pracować nieco szybciej”. Nie, takiego języka tam nie ma. Jest język twardych facetów. Nikt się z tego powodu nie obraża, nikt nie czuje się poniżony, nikt nie ma stanów depresyjnych. Bycie twardym facetem polega na tym, że jesteś twardy, i tyle.

Bycie dorosłym człowiekiem polega na tym, że przyjmujesz konsekwencje własnych, świadomych wyborów. Jeśli wybierasz bycie twardzielem jako sposób na życie, jeśli decydujesz się, że bycie twardzielem będzie twoim sposobem na zarabianie pieniędzy, nie możesz się dziwić, że ludzie będą jak twardziela cię traktować. Kiedy rozegrasz gówniane zawody, nie możesz się spodziewać, że powiedzą: „Drogi panie Iksiński, ten mecz był nieco żenującym spektaklem, ale tuszę, że następne zawody jakie szanowny pan rozegra będą o niebo lepsze”. Możesz być pewien, że usłyszysz: „chłopie, to było gówno warte”!

Zresztą nie dotyczy to tylko twardzieli. Kiedy jakaś dziewczyna decyduje się na udział w wyborach miss, musi się liczyć z tym, że ludzie nie będą dyskutować o jej intelekcie, o walorach jej charakteru. Będą oceniać walory jej pupy. Kiedy kupuję bilet na film w kinie, roszczę sobie prawo do oceny tego dzieła. Kiedy film jest do dupy, po prostu to stwierdzam, oczywiście mam świadomość, że pracowali nad nim ludzie, którzy się starali, którzy włożyli w niego dużo pracy, ale kiedy robisz coś, co ma być oceniane, musisz się liczyć z tym, że zawsze trafią się ci, którym twoje wysiłki nie przypadną do gustu. Tak to już jest i tyle.

Nie mam zamiaru liczyć pieniędzy polskich piłkarzy, ale nie oszukujmy się drogi Piotrze, nie mówimy tutaj o chłopakach grających świńskim pęcherzem. Nie mówimy tutaj o niszowym sporcie, który ogląda pięciu kibiców na krzyż. Mówimy tu o największym spektaklu współczesnego świata, o największym cyrku nowożytnych czasów. To nie jest robota dla facetów delikatnych jak mimoza. Jeśli ktoś nie potrafi się w tym cyrku poruszać, powinien raczej pomyśleć o zmianie zawodu.

Jeśli popatrzysz drogi Piotrze na to, co dzieje się w ostatnich czasach w Hollywood, jak największe kariery padają jak domki z kart, bo udowodniono naprawdę brzydkie rzeczy  ludziom, którzy o sobie myśleli: ” jestem gwiazdą, czyli wolno mi więcej”, to zgodzisz się ze mną, że hodowanie świętych krów w społeczeństwie jest czymś niezwykle szkodliwym.

Nie jestem szczególnie dumny z tych słów, które wypowiedziałem pod adresem polskich piłkarzy, ale nie wydaje mi się, że jest wielkim upadkiem chrześcijaństwa kiedy jeden facet mówi drugiemu facetowi kilka brutalnych słów prawdy, nawet jeśli są to słowa naprawdę grube.

Na sam koniec dodam (choć wiem, że to sprawa zupełnie innego kalibru) taki przykład. Nie tak dawno temu portal Deon opublikował mój tekst blogowy. Jeden z komentatorów stwierdził, że autor (czyli ja) zapewne nie przeczytał Ewangelii, a jeśli ją przeczytał, to bez wątpienia nic nie zrozumiał. Cóż, nie były to szczególnie miłe słowa, ale bez przesady, nie uznałem ich za mowę nienawiści, nie przyprowadziły mnie one do rozpaczy, depresji, myśli samobójczych. Po prostu, decydując się na pisania bloga przyjąłem do wiadomości, że bez wątpienia znajdą się tacy, którzy to pisanie uznają za nic nie warte i tacy, którzy wyrażą to, mówiąc oględnie, w przykrej formie.

Mam nadzieję i jestem wręcz przekonany, że Ty, drogi Piotrze, nie uznasz tych kilku słów krytyki za atak na swoją osobę, zwyczajnie uznasz naszą dyskusję za sprzeczkę w rodzinie. Gdybyśmy my, blogerzy Deona, ze wszystkim się zgadzali, na wszystko patrzyli w jeden sposób i na wszystko mieli jedno zdanie, jaki byłby sens pisania tych blogów? Z wyrazami szacunku i miłości braterskiej. Paweł Jurzyk

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dary Ducha Świętego.

Apostołowie po napełnieniu Duchem Świętym otrzymali moc przemawiania językami, leczenia chorób, wypędzania złych duchów. Większość z nas dzisiaj nie ma takich mocy. Ja przynajmniej nie mam. Pytanie jakie się nasuwa brzmi: dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedzi, jakie przychodzą do głowy są dwie. Apostołowie po zesłaniu Ducha Świętego przestali być zwykłymi ludźmi, ta przemiana uczyniła z nich takich palestyńskich supermenów, ze zwykłych prostych chłopaków z Galilei przemienili się w herosów. To oczywiście sprawia, że ja, który zdecydowanie supermenem nie jestem, mogę ich podziwiać, ale żadną miarą się z nimi równać. Są dla mnie wzorem wspaniałym, acz zdecydowanie odległym.

Druga możliwość odpowiedzi jest poniekąd związana z pierwszą. Apostołowie byli tak mocni, zdolni czynić cuda siłą swojej wiary. To właśnie moc wiary sprawiała, że mogli przenosić góry, uzdrawiać, wypędzać złe duchy, mówić językami. Ja, mimo starań i ciągłej formacji chrześcijańskiej, takiej siły wiary nie posiadam. Moja wiara w porównaniu z Apostołami jest maciupeńka, malutka i nic nie znacząca.

Jednakże kiedy nad tym tematem dobrze się zastanowić, pojawia się trzecia możliwość. Ja, stary Paweł, nie jestem samotną wyspą dryfującą po oceanie, jestem częścią Kościoła Powszechnego, a tak się składa, że Kościół i cała ludzkość dary, o których tu mowa posiada niemal w stopniu doskonałym. Dziś przecież moc leczenia chorób posiada nie tylko garstka chrześcijańskich supermenów, ale jest nam dostępna w sposób masowy. Poziom medycyny, wiedza lekarska, znajomość wpływu higieny na nasze zdrowie, antybiotyki, skomplikowane operacje, transplantologia i tak dalej stanowią wiedzę powszechną, rozwiniętą jak nigdy w historii świata. Dziś nie musimy już liczyć na cud, że ktoś na nas położy ręce i nas uzdrowi. W większości wypadków wystarczy, że udamy się do lekarza. Oczywiście ten i ów narzeka na poziom usług medycznych w naszym kraju, ale przecież jeśli porównać wiedzę, jaką dysponujemy dzisiaj z wiedzą, jaką dysponowali mieszkańcy Palestyny z czasów Jezusa, to jest to absolutna przepaść.  Czyż nie jest to dar Ducha Świętego? Czyż nie jest to moc, którą nas, ludzi dwudziestego pierwszego, jak nigdy nikogo na taką skalę wcześniej w historii nie obdarował dobry Bóg?

Na „złe duchy” dobry Bóg daje nam zespół świetnie wykształconych psychiatrów, psychologów, terapeutów, specjalistów od chorób duszy. Dzięki technologiom, które posiadamy i maszynom, które jesteśmy w stanie zbudować, dzięki posiadanej wiedzy już nie tylko możemy góry przenosić, osuszać wody, latać jak ptaki, możemy nawet wysyłać człowieka w kosmos. Czy to mało? A rewolucja cyfrowa i internetowa? Każdy z nas dziś może nosić w kieszeni, w malutkim pudełeczku telefon, telewizor i komputer jednocześnie, do tego połączony dzięki satelitom z calutkim światem.

Nie tak dawno temu byłem na Mszy świętej, na której byli obecni bracia mówiący po hiszpańsku, francusku, angielsku, niemiecku, włosku i polsku. Kościół Powszechny mówi wszystkimi językami tego świata.

Gdyby dziś św. Piotr pojawił się w Polsce przecierałby oczy ze zdumienia i nie mógłby się zapewne nadziwić cudom, którymi dysponujemy. Przecież rozwój powszechnej służby zdrowia toż to cud nad cudami. Ilu ludziom w przeciągu całego życia można nałożyć ręce na głowę? Dzięki systemowi opieki medycznej, którym dziś dysponujemy można leczyć miliony. „Czymże była moja potęga w porównaniu do tego czym ci Polacy dysponują?” – musiałby bez wątpienia pomyśleć! A św.Paweł, ten Apostoł narodów? Gdyby zobaczył możliwości internetu, którymi dziś dysponuje każde dziecko, byłby zachwycony! Przecież taki list do Koryntian umieszczony w internecie – jakież to daje możliwości! Miliardy ludzi dostępne jednym kliknięciem!

To czym obdarzył Duch Święty tych prostych chłopaków z Galilei, a to czym obdarza nas dzisiaj jest nieporównywalne. Możliwości, którymi my dziś dysponujemy, a możliwości, które mieli Apostołowie to przepaść absolutna. Może trzeba tylko z tego potencjału zacząć korzystać? Może zamiast modlitw, nowenn, rekolekcji, Mszy przebłagalnych i tak dalej, trzeba wstać z kanapy i zacząć działać?

W niedzielę na Mszy świętej mój kochany proboszcz modlił się o deszcz, mamy problem z suszą w wielu miejscach Wielkopolski i o to, by nasza reprezentacja na mistrzostwach w piłce nożnej wygrała mecz. Niemal zaraz po mszy zaczęło lać. I prawie słyszałem głos z nieba: „Sławek, nie ma sprawy, deszcz to ja ci zesłać mogę, ale nawet Ja, Bóg Wszechmogący, nie mogę zrobić nic, jeśli oni nie zaczną grać!”

 

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz