Internet to bardzo fajna sprawa, oczywiście jak niemal wszystko na tej Ziemi ma swoje ograniczenia. Jednym z poważniejszych, moim zdaniem jest to, że zmusza nas do coraz wyraźniejszego chodzenia na skróty jeśli chodzi o myślenie. Informacje, którymi jesteśmy wręcz zalewani każdego dnia pojawiają się bardzo szybko i bardzo szybko zostają zastąpione nowymi, a stare trafiają w odmęty cyfrowego zsypu na śmieci. Jeśli więc chcemy na nie reagować, musimy to robić błyskawicznie, intuicyjnie, bez dłuższej chwili zastanowienia. Bez patrzenia na szerszy kontekst, bez uogólnia i szerszej perspektywy. Informacja – reakcja, albo coś lubię, albo czegoś nie lubię. Problem pojawia się wtedy, gdy nasze „internetowe” myślenie przenosimy do świata realnego.
Oczywiście intuicja to piękna sprawa i bardzo często podpowiada nam jakże słuszne rozwiązania. Często, jednak nie zawsze. Czasami prowadzi nas na manowce, wikła w sprzecznościach i braku logiki. Prosty przykład. Nie tak dawno temu w internecie pojawiła się informacja o pewnej dużej firmie produkującej między innymi piwo, że zaproponowała ludziom odpoczywającym nad morzem ciekawy happening. Jak wiadomo na nadmorskich plażach wielu odpoczywających korzysta z parawanów, którymi odgradzają się nie tyle od wiatru ciągnącego znad morza, co raczej od innych wypoczywających. Aby to zmienić owa firma ustawiła na plaży wielki namiot i tym, którzy zrezygnują ze swoich prywatnych parawanów oferowała darmowe piwo. Zdawać by się mogło, że to inicjatywa ze wszech miar piękna i godna popierania. Otwartość, nawiązywanie kontaktów, rozmowy, poznawanie nowych ludzi na urlopie, wszystko bardzo ładnie i pięknie. Popieramy. Unosimy kciuk do góry w wyraźnym i niepozostawiającym żadnych wątpliwości symbolu – „Lubię to!”
Gdy tylko pojawią się pierwsze upały i rozpoczyna się sezon letni, policja w całym kraju apeluje, prosi, ostrzega, grozi i straszy konsekwencjami. Z naszych ciężko oddanych państwu pieniędzy organizuje dodatkowe patrole kontrolujące okolice akwenów wodnych: „Woda i alkohol to połączenie śmiertelnie niebezpieczne!” Śmiertelne w sensie całkowicie dosłownym. Co roku w naszym piękny kraju ogromna ilość ludzi traci życie wskutek utonięcia, a bardzo częstym powodem tych zdarzeń jest spożywanie alkoholu i kąpanie się będąc pod jego wpływem.
Firma, która na plaży, nad samym brzegiem morza promuje alkohol i wręcz zachęca do picia jest skrajnie nieodpowiedzialna, a tego typu promocje powinniśmy uznać za całkowicie niedopuszczalne i godne najwyższego potępienia. A jednak wielu ludzi bezmyślnie stawia „lajka” tej inicjatywie.
Inny przykład. Jakiś czas temu, jadąc do pracy środkami komunikacji publicznej widziałem dziewczynę. Ubrana była w bluzkę z tkaniny, nie znam się na materiałach, więc powiem, że z takiej, z której robi się firanki, tyle, że bez żadnych wzorków. Bluzka bardzo dokładnie przylegała do ciała tej młodej osoby i była całkowicie przezroczysta. Jej młody, dorodny biust prężył się pod nią w całej swojej okazałości. Dodam, że owa młoda dama nie miała na sobie biustonosza. Czego w takich okolicznościach oczekiwalibyśmy od naszych hierarchów kościelnych? Że zabiją brawo? Krzykną w zachwycie:”Cóż za odwaga! Cóż za bezkompromisowa wolność!”? Śmiem twierdzić, że dzisiaj w Polsce nie ma ani jednego biskupa Kościoła Katolickiego, który by popierał poruszanie się środkami transportu publicznego z obnażonym biustem.
Hannah Arendt, sama będąc Żydówką twierdziła, że filosemityzm i antysemityzm to awers i rewers tego samego myślenia. Gdy twierdzę, że nie lubię Żydów tylko dlatego, że są Żydami jestem rasistą. Gdy jednak twierdzę, że kogoś lubię tylko dlatego, że należy do jakiejś szerokiej grupy, bez patrzenia na jego cechy indywidualne: jaki jest, jak się zachowuje, w jaki sposób wyraża swoje poglądy, jaki ma stosunek do mnie i innych ludzi, zwierząt i tak dalej i tak dalej, to nie jestem? Gdy lubię kogoś za to, że jest Żydem, a nie za to jakim jest człowiekiem to nie jest forma rasizmu?
Popieram społeczność LGBT – nie popieram społeczności LGBT to awers i rewers tego samego myślenia. Uprzedmiotowienie ludzi, ich stygmatyzacja. Sprowadzenie jednostki tym razem nie tylko i wyłącznie do rasy, ale w tym przypadku do jej seksualności.
Chrześcijaństwo to relacja ja – Jezus, z tej relacji powinno wynikać moje zachowanie wobec innych. Kościół Powszechny to wspólnota poszczególnych, indywidualnych „ja” w łamaniu chleba i wspólnej modlitwie. Mój Kościół to nie zbiór partii, stronnictw, społeczności, lecz to bracia i siostry, którzy mają swoją odrębną, indywidualną historię, swoje specyficzne problemy, wątpliwości, grzechy. Wszyscy, bez wyjątku.
Sądzę, że mało takich się znajdzie, którzy by nie znali baśni o brzydkim kaczątku. Ten pisklak, szary, bury i odstający wyraźnie od reszty stada przeżywa katusze z powodu swojego wyglądu, odrzucenia, nieprzystosowania, inności. Po jakimś czasie jednak z brzydkiego pisklaka przemienia się w pięknego łabędzia. Myślę, że wielu z nas czuje się w swoim ciele podobnie jak owo kaczątko, problem jest jednak taki, że w realnym świecie baśń się nie rozwija tak jakbyśmy tego oczekiwali, staje w połowie opowieści. Czas leci, latka płyną, a z brzydkiego kaczątka nie wyrasta żadne piękno, nic się nie dzieje, nic nie zmienia.
Dziś wielu mówi, że Kościół powinien stać się bardziej otwarty, a ja się zastanawiam czy jeszcze bardziej się da? Wyobraźmy sobie taką oto zmyśloną historyjkę:
O kształcie narodu decydują jego elity: ludzie intelektu, kultury, sztuki, filozofii, miłujący wiedzę i klasyczne wykształcenie. Ci, którzy pragną zniszczyć jakiś naród wiedzą o tym doskonale. Uderzają najpierw właśnie w jego elity. Nie inaczej robili Hitler i Stalin.
Mamy dziś w Kościele o czym myśleć, mówić i pisać. Za chwilę, tylko patrzeć, pojawi się nowy trudny temat, kolejna rocznica powstania warszawskiego. Śmiem twierdzić, że w tym nawale spraw uznawanych za pilne i istotne po raz kolejny zabraknie miejsca na poważne potraktowanie kwestii walki z alkoholem. Co więcej, jestem przekonany, że wielu wierzących uważa, że sam alkohol i picie nie jest czymś złym, a złe jest tylko nadużywanie, niemądre korzystanie z tego dobrodziejstwa, jakie płynie z kulturalnego raczenia się szlachetnymi trunkami. Wielu zapewne podkreśli, że alkohol jest integralną częścią kultury europejskiej i że przecież sam Jezus zamienił wodę w wino, a nie bynajmniej odwrotnie.
Co rano budzę swoją córeczkę do przedszkola. Nie muszę jej ubierać, umie już doskonale sama. Zaplatam jej warkocz, owszem umiem, nauczyłem się. Umiem też prać, zmywać naczynia, myć okna, odkurzać. Dzielimy się obowiązkami domowymi z żoną, która pracuje zawodowo podobnie jak ja. Czy jestem pantoflarzem? Jeśli ktoś miałby ochotę tak mnie nazwać, nie widzę problemu, mogę być pantoflarzem, czemu nie? Choć osobiście wolę o sobie myśleć – feminista.
Chciałbym dziś zwrócić uwagę na pewną sprawę, która wielu osobom – jak mi się wydaję – umyka, a która w doskonały sposób obrazuje ogólną tendencję naszych czasów. Dobrze znane i zrozumiałe idee, których znaczenie jeszcze do niedawna były dla nas oczywiste, dziś są przedstawiane w taki sposób, że albo znaczą coś dokładnie odwrotnego niż znaczyły, albo prezentuje się je w tak niejednoznacznym i mglistym ujęciu, że najzwyczajniej w świecie nie znaczą już nic.
Różnicę między wierzącym w Boga a nie wierzącym można sprowadzić do jednej kwestii i wcale nie jest to pytanie związane z tym, czy On jest, czy Go nie ma. Najistotniejszą kwestią odróżniającą jednych od drugich jest to, czy wierzymy w to, że jakaś siła wyższa ma realny wpływ na nasze życie, czy nie. Inaczej mówiąc: „Czy wierzymy w to, że naszym życiem kieruje Bóg, czy przypadek?”
Pewnego razu na katolickiej uczelni znanego z wielkiej mądrości profesora, zapytano: