Pan Bóg zakłada zespół, może było mu trochę smutno?

Robert Brylewski

Kora

Tomasz Stańko

Wieczny Odpoczynek Racz Dać Im Panie

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

NPR, czyli burżuazyjny Kościół klasy średniej.

Prowadząc rozważania na temat naturalnych metod planowania rodziny często błędnie zakładamy, że jest to dylemat: albo – albo. NPR dla katolickich małżeństw to kwestia wyłącznie sumienia, czy podjąć mozolną próbę jego stosowania, czy nie. Wszyscy jesteśmy mądrzy, wykształceni, inteligentni. Mamy ustabilizowaną sytuację finansową i prowadzimy uporządkowany tryb życia, a w naszym związku panuje pełna harmonia.

Cała rzecz w tym, że mając na myśli chrześcijańskie małżeństwa nie mówimy tylko o katolickiej burżuazji, mówimy o Kościele Powszechnym, w którym nie wszystkie pary mają tak komfortową sytuację, że mogą sprowadzić NPR do albo – albo.

Jest taki dowcip o informatykach: oni nie rozumieją, że my nie rozumiemy. Podobnie rzecz się ma, jak się zdaje, z wieloma katolickimi małżeństwami klasy średniej, nie rozumieją, że inni mogą czegoś nie rozumieć. Przecież wszystkiego można się nauczyć! Otóż są w Polsce ludzie, którzy mają problemy z uczeniem się, choć znają litery, mają problem z czytaniem ze zrozumieniem, najprostsza instrukcja obsługi ich przeraża. Mają problemy z matematyką w zakresie zupełnie podstawowym. Nie wiedzą jak docierać do potrzebnych informacji i jak teoretyczne formuły stosować w realiach codziennego życia. Ci ludzie nie są w stanie opanować metody, o której tu mowa bez pomocy specjalistów. Nawet najpiękniejsza katecheza tu nie pomoże, potrzebni są specjaliści praktycy, najlepiej małżeństwa, które od lat skutecznie z NPR sobie radzą. Często jednak ci ludzie nie mają pojęcia jak i gdzie szukać takiej pomocy.

Nie wszystkie polskie małżeństwa mają ustabilizowaną sytuację finansową. Nie wszyscy pracują na etatach od siódmej do piętnastej. Wiele osób poświęca na pracę o wiele więcej czasu niż osiem godzin na dobę. Wiele osób pracuje w systemie zmianowym. Jeśli pracować muszą jednocześnie i mąż i żona, często bywa tak, że w domu tylko się mijają. Nieregularny tryb pracy zmianowej plus gromadka małych dzieci, baraszkujących hałaśliwie od rana do nocy sprawiają, że możliwość intymnego zbliżenia małżonków kurczy się do dosłownie kilku okazji w miesiącu. Jeśli jeszcze do tego dodać abstynencję w okresach płodnych, okazuje się, że na seks małżeński czasu nie ma praktycznie wcale. Średnia raz w miesiącu to już jest bardzo dobry wynik. Kościół uczy, że zbliżenia intymne w małżeństwie są sprawą bardzo ważną, co jednak zrobić, gdy zwyczajnie nie ma kiedy się kochać fizycznie? Jak rozwiązać tą sprzeczność w nauczaniu?

Założenie, że katolickie małżeństwo to takie, w którym panuje pełna harmonia, zrozumienie i układ partnerski jest tak samo piękne co naiwne. Są niestety w Polsce związki, w których mężowie wymuszają na żonach „obowiązki małżeńskie”, są mężowie, którzy uważają, że kwestia zabezpieczenia przed ciążą to wyłącznie sprawa kobiety. Są wreszcie tacy, którzy mają zwyczajnie gdzieś, czy żona ma okres płodny, czy nie płodny. Do tego dochodzi jeszcze brak elementarnej pomocy ze strony męża w wychowywaniu i opiece nad już posiadanymi dziećmi. Oczywistym jest, że w takiej sytuacji trudno mówić o komforcie wyboru, czy stosujemy NPR, czy nie.

Te przykłady rzecz jasna nie wyczerpują tematu. Kościół Powszechny tworzą różni ludzie, są setki sytuacji trudnych, istnieje bieda, przemoc. Nie wszyscy wierzący mają tak komfortową sytuację, że o wyborze takiej, czy innej metody planowania rodziny mogą sobie rozmawiać w kulturalnej, partnerskiej atmosferze, popijając drogie napoje. No i oczywiście nie zawsze rzecz się sprowadza wyłącznie do seksu.

Jeśli komuś się wydaje, że żony kochają się ze swoimi mężami wyłącznie z dwóch powodów: dla zaspokojenia potrzeb erotycznych, lub by zajść w ciążę, jest w błędzie. Kobiety decydują się na seks z wielu różnych powodów. Nie rozumiesz w czym rzecz? Przykład hipotetyczny:

Jest piątkowy wieczór, żona zmęczona setką różnych obowiązków marzy jedynie o tym, by się wreszcie położyć do łóżka i zamknąć powieki, ale kochany małżonek wykazuje wielką ochotę na seks, stara się i widać, że mu bardzo zależy. Żona najchętniej powiedziałaby: „nie dzisiaj”, ale doskonale zna swojego partnera, zna go od lat. Wie bardzo dobrze, że jutro wstanie zły na cały świat, naburmuszony i będzie od rana pokrzykiwał na dzieci i oczywiście przy tym zaprzeczał, że chodzi o wczorajszy brak seksu tylko o to, że praca i życie go męczą.  Jeśli jednak się poświęci i da mu trochę łóżkowej rozkoszy w piątkowy wieczór, jutro będzie szczęśliwy jak „młody bóg”. Z rana wyciągnie go do marketu na zakupy, po obiedzie on zabierze dzieciaki na plac zabaw, a ona będzie miała troszkę wytchnienia. Kocha się więc z nim – dla niego.

Ktoś powie, że to zohydzona, brzydka wizja małżeńskiego seksu. Jeśli tak myślisz, nie wiesz o czym mówisz. To jest miłość w czystej postaci! Ta kobieta najpierw myśli o mężu, potem o swoich dzieciach, a gdzieś na końcu dopiero o sobie. To święta dnia powszedniego. To wilczyca, która dba o swoje małe stadko i będzie o nie walczyć do ostatka sił i wszelkimi sposobami, z własnym ciałem włącznie. Choć zawsze otoczona ludźmi, czasami wilczyca bardzo samotna.

NPR, katechizm, Magisterium Kościoła to wszystko jest bardzo ważne i potrzebne, jednak oprócz tego, my katoliccy mężowie, powinniśmy pamiętać: mamy zaszczyt i szczęście sypiać ze świętą!

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

Niewierzący Katolik, czyli o zapomnianej rewolucji!

Nie jestem w stanie podać z pamięci żadnego imienia z grona dzieci, którym w Fatimie ukazała się Maria. Nie mam pojęcia na czym polega fenomen Medziugorie. Niezbyt podniecają mnie wieści o cudach, uzdrowieniach, stygmatach. Nie jestem zainteresowany kultem relikwii, a święci to dla mnie tacy sami ludzie jak ty i ja. Taka postawa dla wielu ludzi w Kościele jest nie do przyjęcia. Wielu bez wątpienia zarzuci mi brak wiary, herezję i stwierdzi, że nie można jednocześnie deklarować się jako katolik i, na przykład, nie czcić stygmatów ojca Pio. Ja uważam, że te wszystkie rzeczy i jeszcze wiele innych, choć mogą być i bywają wielu potrzebne do umocnienia wiary, nie są wymogiem koniecznym do tego, by się uważać za katolika, co więcej – choć nierzadko piękne i wzruszające – są to zupełne peryferia wiary.

Co stanowi centrum chrześcijaństwa? Aby spróbować sobie na to odpowiedzieć należy, jak to zwykle bywa, zacząć od początku, sięgnąć do korzeni – judaizmu biblijnego. W pewnym momencie historii wiary katolickiej Kościół uznał, że Żydzi nie są nam do niczego potrzebni, że ich wiara jest zupełnie różna od naszej, że chrześcijaństwo i judaizm to dwie całkowicie różne religie. Jeśli jednak „wyrzuci się” Żydów z chrześcijaństwa, konsekwencją takiego myślenia musi być uznanie, że jest tylko kwestią przypadku, że Jezus urodził się jako Żyd, że równie dobrze mógł urodzić się jako Eskimos. Tyle tylko, że tak nie jest. Jezus to spełniona obietnica Boga, którą złożył swojemu narodowi wybranemu. To obietnica zapowiedziana przez proroków. Jezus to część historii Izraela zapisana w Biblii. Skoro chcemy zrozumieć rangę tego wydarzenia, nie możemy tego uczynić bez Żydów. Żydzi są nam potrzebni jak lustro, w którym odbija się nasze chrześcijaństwo.

Jezus Chrystus to rewolucja całkowita, bez precedensu w historii świata. Jego przyjście na świat to wydarzenie, którego rangi nie da się przecenić, to wiemy wszyscy. Czy jednak wiemy co w istocie było tą rewolucją? Sam Jezus konsekwentnie twierdził, że nie przyszedł na świat po to, by cokolwiek zmienić w Prawie, że wszystko to, co Bóg dał swojemu ludowi w postaci Tory ma, i mieć będzie znaczenie, aż do końca świata.

Wielki mędrzec judaizmu, rabin Hillel nauczał: ” Nie czyń bliźniemu tego, czego sam nienawidzisz. W tym streszcza się cała Tora. Reszta to jej komentarz”. W ustach Jezusa, zapisana przez Mateusza, Złota Reguła brzmi następująco:

Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy.(Mt.7,12)

To samo? To samo. Jest w tym jakaś rewolucja? Nie ma żadnej. W czym więc jest? Otóż Żydzi „zamknęli” swojego Boga w Świątyni, umieścili Go za zasłoną. Święte Świętych mógł nawiedzać arcykapłan tylko raz do roku. W pewnym momencie historii Bóg stwierdził, że już wystarczy, wyszedł zza zasłony i stał się człowiekiem. To jest właśnie ta rewolucja, niespotykana w skali świata, to jest właśnie największa tajemnica chrześcijaństwa – Wcielenie!

Bóg się umniejsza, żeby wywyższyć człowieka, Bóg staje się jednym z nas, dokładnie takim samym jak my. Staje się naszym bliźnim! Po co to robi? Gdyby Bóg chciał tylko swoją mocą odmienić oblicze tego świata, zrobiłby to bez wątpienia już dawno. On jednak, szanując naszą wolną wolę, którą sam nas obdarzył, zapragnął, żeby tymi, którzy odmienią ten świat byli sami ludzie. Dał nam do pomocy genialne narzędzia, własnego Syna i chrześcijaństwo.

Chrześcijaństwo i charyzmaty, którymi Bóg nas obdarza to właśnie narzędzia, którymi mamy się posługiwać, by zmienić świat. Narzędzia, a nie cel sam w sobie. Bycie chrześcijaninem to środek do celu, którym powinno być zbawienie dla wszystkich. To jest właśnie ta rewolucja, której Żydzi nie byli w stanie pojąć. Wraz z Wcieleniem wszyscy staliśmy się Izraelem. Jako nowy Izrael mamy być światłem dla pogan, mamy im zanieść Boga i otworzyć im bramy Nieba przez to, że przyjmą Jezusa jako swojego Pana.

Głównym charyzmatem, który powinien nam w tym pomagać jest rozum. Pierwszy przykład z brzegu: w Europie dzisiaj takie pojęcie jak klęska głodu nie występuje, czegoś takie go nie ma. Gdy w jakimś miejscu z jakiś powodów zabraknie takiego, czy innego produktu żywnościowego, szybko i skutecznie uruchamia się mechanizmy, dzięki którym można te produkty dostarczyć. Mamy wysoko rozwinięty transport samochodowy, kolejowy,  lotniczy. Nadprodukcja żywności, skuteczna logistyka i szereg nowoczesnych narzędzi sprawiają, że nie ma takiego miejsca na ziemi, którego nie dałoby się skutecznie zaopatrzyć w żywność. Klęska głodu to kłamstwo Szatana, nie ma czegoś takiego jak klęska głodu, jest tylko i wyłącznie klęska człowieczeństwa: złodziejstwo, nepotyzm, wykorzystywanie słabszych, bezgraniczna chciwość, okrucieństwo, przemoc, korupcja,wojna, głupota. To są prawdziwe klęski, przez które wielu z naszych braci nie ma co jeść. Z tymi klęskami można skutecznie sobie poradzić, wystarczy tylko żyć tym, co się głosi, wystarczy tylko zgodnie z rozumem robić to, co się mówi, że się robi, wystarczy tylko uwierzyć w moc wartości chrześcijańskich. Ktoś powie, że to utopia, utopia całkowita!

Przecież bardzo wielu z nas żyje i nie kradnie, i się da! Wielu z nas nie bierze łapówek i też się da! Wielu z nas poradziło sobie z chciwością, wielu z nas nie stosuje w swoim życiu żadnej przemocy, nie  pożąda żony bliźniego swego i innych jego rzeczy, i też się da! Co więcej, wielu z nas uważa, że nie jest to żadna utopia, tylko normalne, rozumne chrześcijańskie życie. Skoro nam się udaje, to niby dlaczego nie może się udać innym?

W pewnym momencie wielu w Kościele wpadło w pułapkę „judaizmu biblijnego”; tak jak Żydzi zamknęli swojego Boga w Świątyni, my zamknęliśmy naszego Boga w Niebie. Wielu z nas doszło do wniosku, że jednak się nie da, że Królestwo Niebieskie może zapanować wyłącznie po śmierci, nigdy na ziemi za naszego życia, przestaliśmy wierzyć we własne wywyższone człowieczeństwo. Przestaliśmy pamiętać o Bogu Wcielonym. Zapomnieliśmy czym  jest chrześcijaństwo:

Widzisz swojego brata? Widzisz swojego Boga! – to cała definicja, reszta to komentarz.

Przestaliśmy szukać naszego Boga w oczach naszych bliźnich, a powróciliśmy do szukania Go w znakach, cudach, mocach nadprzyrodzonych, szamańskich zaklęciach.  Zamiast patrzeć przed siebie, w poszukiwaniu Boga, wyłącznie spoglądamy w Niebo. Co więcej, stworzyliśmy sobie setki nakazów i zakazów, żeby wejście do tego Nieba maksymalnie sobie utrudnić. Dziś dostać się do Nieba jest tak trudno, że wielu poświęcając tyle trudu i sił na własne zbawienie, nie znajduje już czasu na troskę o zbawienie innych. Pierwszy przykład z brzegu: trudno sobie wyobrazić mniej skomplikowaną rzecz jak seks. Aby go uprawiać naprawdę nie potrzeba kończyć wyższej uczelni, no chyba, że jesteś katolikiem. Jeśli nim jesteś to oczywiście bez podstaw z biologii, matematyki i paru jeszcze innych dziedzin nie masz  po co się zbliżać do małżeńskiego łoża. No chyba, że uznajesz, że stanem naturalnym dla kobiety jest bycie w ciąży, ewentualnie w połogu. A żeby zrozumieć nauczanie Pawła VI rodem z „Humanae vitae”, to już nawet i wyższa szkoła teologii ci nie wystarczy, bo nawet dla wielu wysokiej klasy teologów różnica między antykoncepcją katolicką a antykatolicką w nauczaniu Pawła VI jest nieczytelna.

Oczywiście już w tym momencie widzę oczami wyobraźni, jak wielu z moich braci w wierze oburza się w duchu, bo przecież nie ma czegoś takiego jak: „antykoncepcja katolicka”!

Ostatnio na portalu „Ostatnia Ławka” na Facebooku, pewna osoba poprosiła grzecznie o kilka porad, głównie jak mi się wydaje technicznych, odnośnie rozwodów kościelnych i oczywiście, zgodnie z moimi przewidywaniami, wielu braci uznało za konieczne przywołać ją do porządku: „NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO JAK ROZWÓD KOŚCIELNY” grzmiały komentarze, a mi zawsze w takich momentach przychodzą do głowy słowa poety:

A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą –

I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!…

Wielu z nas zapomina, że największą rewolucją świata jest to, że Bóg się Wcielił, jest tuż obok nas, jest w naszym bliźnim, nie tylko w Niebie. Bez Boga nie możemy niczego, ale z Nim możemy wszystko! W pewnym momencie historii zbawienia Bóg spojrzał na swoje stworzenie i stwierdził: „sami nie dadzą rady odmienić swoich serc zatwardziałych, nie ma szans. Dam im dar największy, Syna – z Nim będą w stanie zrobić wszystko”. My, katolicy, bardzo często zachowujemy się tak, jakbyśmy mówili: „Nie, nie dzięki, zostaw Go sobie w Niebie, nam lepiej daj moc Avengersów.”

 

 

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Kościół a starzy.

Bardzo dużo w ostatnim czasie mówi się o tym, czy współczesny Kościół chce i potrafi otworzyć się na młodych. Czy spełnia ich oczekiwania? Czy potrafi mówić ich językiem? Oczywiście to świetnie, ja jednak chciałbym zastanowić się nad tą sprawą od trochę innej strony. Czy dziś Kościół chce i potrafi otworzyć się na „starych”?

W drodze życia niektórzy z nas już doszli do tego miejsca, w którym człowiek przestaje o sobie myśleć: „mogę być”, a jest zmuszony zacząć myśleć: „jestem”. Owo „jestem” nie zawsze wygląda tak, jak sami byśmy chcieli. Miejsce, w którym się znaleźliśmy nie zawsze wygląda tak, jak to sobie kiedyś planowaliśmy. Niektórzy z nas być może są w miejscu, które jest wręcz zaprzeczeniem ich wszystkich młodzieńczych ideałów, snów i pragnień. Wielu z nas z „młodych gniewnych” gdzieś po drodze życia zamieniło się w „starych wkurzonych”.

Być może jesteś w miejscu, gdzie piętrzą się same kłopoty: z pieniędzmi,  ze zdrowiem, z pracą, z  dorastającymi dziećmi i tak dalej. I nie wiesz jak się z tego miejsca wydobyć, jak się wyrwać, bo to miejsce wciąga jak bagno i  znikąd nie widać pomocy. Nie wiesz do kogo się zwrócić, z kim pogadać, gdzie szukać ratunku.

Być może jest akurat odwrotnie, zdobyłeś wszystko co chciałeś, jesteś zwycięzcą. Masz świetną rodzinę, karierę, dom, twoje finanse prezentują się lepiej niż dobrze, ale wcale cię to nie cieszy. Jest taka legenda: Aleksander Wielki, gdy spojrzał na swoje imperium – zapłakał, bo nie było już nic do podbicia. Być może ty czujesz się właśnie tak jak on, nie wiesz co jeszcze mógłbyś zdobyć, podbić, osiągnąć, a przede wszystkim nie wiesz po co? Stanąłeś naprzeciw muru, od którego odbija się twoja głowa. Twój sukces, twój najlepszy, najwierniejszy sprzymierzeniec przez lata, nagle okazuje się być twoim największym wrogiem.

Ty, który odniosłeś sukces i ty, któremu wydaje się, że przegrałeś dokładnie wszystko co było do przegrania, obaj solidarnie jak jeden mąż wiecie jedno, że zbliża się starość. Zbliża się wielkimi krokami, jest tuż, tuż.

Ta „terra incognita” cię przeraża. Owszem, przeżyłeś już kilka przełomowych momentów w swoim życiu. Z dziecka stałeś się młodzieńcem, z młodzieńca wyrosłeś na dorosłego człowieka. Stałeś się mężem, potem ojcem  i tak dalej. Jednak ten przełom jest inny. Ten przełom prowadzi już tylko do napisu „koniec”, żadnego ciągu dalszego nie będzie. Jeśli i ten czas spieprzysz, zmarnujesz, żadnej kolejnej szansy nie ma. Ten etap to ostatnia szansa, ostatnia „deska ratunku”, ale czy starczy ci sił? Czy starczy ci zdrowia? Czy dasz radę? A jeśli staniesz się  robiącym pod siebie kaleką o mentalności małego dziecka? „Boże nie pozwól!” – chciałbyś krzyknąć. Ale już od dawna czujesz się rozczarowany Bogiem. Twoja  wiedza o Bogu rodem z pierwszej komunii od dawna już nie wystarcza, nie odpowiada na żadne z nurtujących cię dziś pytań. Tylko gdzie szukać pomocy? Czy ktoś w tym katolickim kraju naucza o Bogu starców? Wszyscy chcą się zajmować dziećmi i młodzieżą!

Wielu znajomych pytało cię : „Hej, jedziesz na spotkanie młodych do Krakowa?”  Zawsze odpowiadałeś: nie, nie jadę na spotkanie młodych do Krakowa, bo nie jestem już młody! Tak jak nie jeżdżę na pielgrzymki hutników, bo nie jestem hutnikiem, nie jeżdżę na rekolekcje dla gospodyń domowych, bo nie jestem gospodynią domową i tak dalej! Czekam, aż ktoś wpadnie na pomysł, by zorganizować spotkanie starych.

Wielu w tym kraju nad Wisłą wielbi Jana Pawła II: za kremówki, za umiłowanie gór, za kontakty z młodzieżą, za wszystko, ale ilu jest takich, którzy go kochają za jego starość? Ilu jest takich, którzy kochają go za to, że był bełkoczącym, rozdygotanym, śliniącym się starcem? Za to, że pokazywał światu: tak, starość istnieje, takim też bywa człowiek- Ecce Homo! Ilu jest takich, którzy chcą za wszelką cenę tę jego starość, tak dla nas zawstydzającą, zamieść pod dywan?

Wiele osób w Kościele „kręci nosem” na ojca Rydzyka, ale fakty są takie, że ten człowiek chce i potrafi zbierać wokół siebie ludzi, którymi w Kościele nikt zajmować się nie ma ochoty, na których mało kto w Kościele ma pomysł, którymi Kościół nowoczesny, poprawny politycznie, burżuazyjny w skrytości ducha gardzi – ludzi starych. Oczywiście nikt się do tego głośno nie przyzna, przeciwnie, wielu głośno zaprzeczy, ale tak niestety jest. Nie chodzi o to, by być adwokatem księdza Rydzyka, chodzi o to, by postawić sobie pytanie: ” ktoś ma lepszy pomysł na ten Kościół „niechcianych”, niż on?

Jeśli chcesz być chrześcijaninem, musisz chodzić pod rękę z Jezusem na każdym etapie swojego życia, twoja relacja z Nim musi być żywa. Chrześcijaństwo to nie jest program samorealizacji, czy pomysł na zbawienie swojej duszy, chrześcijaństwo to taki rodzaj twojego działania, dzięki któremu mogą się zbawić inni. To światło, którym oświetlamy innym drogę do Boga. Każdy etap życia stawia inne wyzwania, prowokuje inne pytania, wymaga innych odpowiedzi. Czasami wydaje ci się, że Polska to nie jest kraj dla starych ludzi. Czy Kościół w Polsce potrafi mówić językiem starych? W tym właśnie pytaniu zawiera się również pytanie o młodych w Kościele. Kościół starych i Kościół młodych to awers i rewers tego samego pytania. Przecież naturalnym środowiskiem, w którym młodzi ludzie powinni się dowiadywać o Bogu jest dom, rodzina, sąsiedzi, znajomi, społeczność lokalna. Pytanie o młodych w Kościele, to pytanie o kondycje wiary starych. Jeżeli nasza wiara jest sztuczna, jeżeli jest nieprawdziwa, nieautentyczna, to znaczy, że tak na prawdę jest martwa. Jeżeli tylko udajemy wierzących, jeżeli nie żyjemy tym co głosimy, to nie dziwmy się, że taka wiara jest dla młodych czymś nieatrakcyjnym, niepotrzebnym. Nie dziwmy się, że w takim Kościele być nie chcą. Odpowiedź na pytanie, czy znajdą się jeszcze tacy, którzy zechcą żyć wiarą chrześcijańską w czasach gdy nas – starych – zabraknie, jest prosta i udzielono jej już wieki temu:

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dzisiaj rano nie pójdę do Nieba.

Obudziłam się rano, obok mnie leży moja dziewczyna, moja kochanka. Pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy jest taka: gdybym dziś rano umarła, nie pójdę do Nieba, bo Niebo jest dla lesbijek zamknięte, nie wpuszczają tam zboczeńców, dziwolągów, odmieńców. Kościół też dla takich jak ja jest zamknięty, czasami miałabym nawet ochotę pójść, pomodlić się, ale wiem co tam usłyszę. Muszę się zmienić, wyprzeć samej siebie, zacząć się leczyć, iść na terapię, albo chociaż udawać, udawać, że jestem taka jak inne, znaleźć sobie miłego chłopaka, prowadzać się z nim za rękę, bo lesbijek do Nieba się nie wpuszcza, Niebo jest dla heteroseksualnych  dziewic, które hodują swoją cnotę dla męża i podają mu ją jak na tacy w noc poślubną. Dla zboczeńców Niebo jest zamknięte.

Obudziłam się rano. Obok mnie leży mężczyzna. Człowiek, którego kocham ponad życie. Człowiek, dla którego potrafiłabym zrobić wszystko. Wszystko poza jednym. Nie mogę wyjść za niego za mąż. Nie mogę stanąć z nim przed ołtarzem, nie mogę w obliczu Boga i ludzi powiedzieć mu – tak. Nie mogę wcisnąć mu na palec obrączki i ślubować, że to na zawsze, bo kiedyś, dawno temu, w czasach, gdy go nawet nie znałam, popełnił straszny błąd, ożenił się, a potem rozwiódł. Za ten jego błąd dzisiaj ja jestem karana. Karze się mnie za grzech, którego nie popełniłam, który wydarzył się dawno, dawno temu, w życiu mężczyzny, którego wtedy nawet nie znałam. Mówią mi: przecież możesz z nim być, przecież nikt ci nie broni. Nie możesz tylko mu się oddawać, nie masz prawa tylko do tego, by brać. Masz prawo cerować mu skarpety, prać jego gacie, gotować mu obiad, tylko do łóżka z nim chodzić nie możesz. Nie masz uprawnień katolickiej żony, nie masz pozwolenia. Nie możesz się z nim kochać, nie możesz mu się oddać, nie możesz szukać spełnienia. Nie należy ci się. Takie przepisy. Nie możesz dać mu dzieci, nie masz uprawnień do bycia katolicką matką, przecież nie możesz powołać na świat bękartów. Gdybym dziś rano umarła nie pójdę do Nieba, bo jestem cudzołożnicą, jawnogrzesznicą, jestem rozwiązła i zła. Dla takich Niebo jest zamknięte. Ale ja nie chcę być z nim tak tylko trochę, tak tylko na niby. Chcę być z nim naprawdę i na sto procent. Nie chcę być dla niego pomocą domową, chcę być kobietą i chcę być traktowana jak kobieta. Chcę być z nim jedno! A może dobry Bóg ma dla nas jakieś specjalne miejsce, ani nie Niebo, ani nie piekło, jakieś specjalne miejsce dla kobiet, które kochały zbyt mocno, kto wie?

Obudziłam się, zresztą nawet nie wiem, czy spałam, za bardzo boli, jestem poobijana, opuchnięta, potłuczona. Wczoraj mój pan mąż znowu miał zły dzień w pracy, a może po pracy, a może jeszcze coś. Nieważne, ważne jest to, że każdy powód jest dobry, by mnie pobić, by mną poniewierać, by po raz tysięczny przypomnieć mi, że jestem nic nie warta, jestem zerem. Nienawidzę go za to i życzę mu śmierci, i nienawidzę samej siebie, że na to pozwalam, że nie potrafię tego przerwać, że nie mam sił uciec, że nie mam dokąd uciec, chyba tylko na ulicę, ale bezdomną też być nie potrafię, nie mam siły, na nic nie mam siły. Nienawidzę za to Ciebie! Za to co mi zrobiłeś! Niczym sobie nie zasłużyłam na takie życie. Zawsze byłam miłą, grzeczną dziewczyną, wierzącą, chodziłam do kościoła, chodziłam na Oazę, wierzyłam. Dziś już nie chodzę do kościoła, po co? Ostatnio usłyszałam, że każde cierpienie uszlachetnia, że każde cierpienie ma sens, że każde prowadzi do czegoś dobrego. Moje nie prowadzi! Moje nie uszlachetnia! Moje cierpienie ciągnie mnie w dół, pozbawia mnie sił, nadziei, czegokolwiek. Moje cierpienie mnie zabija, ale nawet gdybym teraz umarła nie ma dla mnie ukojenia, odpoczynku, uwolnienia. Te, które nienawidzą, do Nieba nie wejdą, takie przepisy. Te, które żyją na ziemi w piekle, skończą w piekle po śmierci. Jako w niebie tak i na ziemi. Amen

Obudziłam się przed dzwoniącym zegarkiem, zawsze się przed nim budzę, już tak od dziesięciu lat. Trzeba wstać, ubrać się i zająć się dzieckiem. Przebrać je, umyć, nakarmić. Dzieckiem, które samo tego nie potrafi, dzieckiem, które jest chore na porażenie mózgowe, które jest zależne ode mnie we wszystkim. Tak już będzie zawsze. „Zawsze” to najbardziej okrutne słowo jakie znam, to słowo wyrok, od którego nie ma odwołania. Inne matki będą patrzeć jak ich dzieci uczą się mówić, chodzić, wyruszają do szkoły, zdobywają wiedzę, wyfruwają z gniazda, ja zawsze będę go karmić, przebierać, myć. Zawsze! Bez dnia odpoczynku, bez wolnego, bez urlopu, bez „el cztery”. Zawsze! Czasami mam takie myśli, że lepiej by było, gdyby umarło. Czasami bym chciała, żebyś go sobie zabrał. Po co go takim stworzyłeś, po co go takim powołałeś do życia? Skoro takim go chciałeś, to sobie go zabierz! Tylko co to za matka, która własnemu dziecku życzy śmierci? Kim się stałam? Potworem! Gdybym dziś rano umarła nie pójdę do Nieba, Niebo dla takich jak ja jest zamknięte. Do Nieba nie wpuszczają tych, które nienawidzą Boga, a ja Ciebie nienawidzę! Za to co zrobiłeś jemu, mojemu upragnionemu dziecku, za to co zrobiłeś mnie! Nie zasłużyłam sobie na takie życie. Nikt nie zasłużył! Poszłam do Kościoła, chciałam się wyspowiadać. Na kazaniu młody, przystojny, pachnący ksiądz mówił o tym, że dobry Bóg nigdy nie zsyła ciężarów, które są ponad nasze siły. Chciałam wstać i krzyczeć, wstać i wykrzyczeć mu w twarz: co ty wiesz o ciężarach?! Co ty o tym wiesz? Ty, za którego zawsze ktoś inny ciężary nosił, ty, który ładnie pachniesz i jeździsz samochodem klasy średniej, co ty możesz o tym wiedzieć? Co ty wiesz o moich ciężarach? Co ty wiesz o mnie?! Nie krzyknęłam, wróciłam do domu, do dziecka, bo wiem, że on nie chciał niczego złego, bo wiem, że to dobry człowiek, który tylko powtarza to, czego go nauczyli w mądrych szkołach, na mądrych wydziałach teologicznych. Nie miał na myśli niczego złego, nie miał na myśli mnie, bo ja dla niego nie istnieję, mnie nie ma. Gdybym dziś rano umarła, nie pójdę do Nieba – takie przepisy.

To cztery zmyślone historie czterech nieprawdziwych kobiet. Czy jednak faktycznie nieprawdziwych? Czy faktycznie zmyślonych? Czy nie spotykamy ich każdego dnia? Czy nie żyjemy obok nich? Czy nie są naszymi sąsiadkami? Kobiety wykluczone, kobiety gorszego boga, kobiety, które nie pójdą do Nieba, bo takie są przepisy. Czasami chciałoby się to Niebo otworzyć, wpuścić tam trochę powietrza, wypędzić stęchliznę,  nie dla siebie przecież, dla nich, dla tych kobiet. Chciałoby się im powiedzieć: wejdźcie, wejdźcie, w domu mojego Ojca jest przecież mieszkań wiele. Chodźcie, chodźcie wy, które umęczone i prześladowane jesteście, On was pokrzepi! Ale nie można, takie przepisy. Gdybym dziś rano umarł, nie wszedłbym do Nieba. Niebo dla heretyków zamknięte – takie przepisy!

 

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

Do Piotrka Żyłki, czyli w obronie wkurzonych.

Muszę przyznać, że po przeczytaniu Twojego blogowego wpisu, drogi Piotrze, o reakcjach polskich kibiców na poczynania naszych piłkarzy poczułem się „wywołany do tablicy”, ponieważ sam nie szczędziłem grubych słów reprezentantom. Ty stanąłeś w obronie piłkarzy, ja pozwalam sobie stanąć w obronie wkurzonych, rozgoryczonych, złych kibiców, czyli również w obronie siebie.

Wydaje mi się, że gdy mówimy o chrześcijaństwie, nie mamy na myśli jakiejś ogólnej formuły, zawsze liczy się kontekst. A tutaj kontekst jest taki, że nie mówimy w tym przypadku o występach amatorskiego teatrzyku dającego występ gdzieś na prowincji, gdyby tak było nigdy bym sobie nie pozwolił na wulgarny komentarz, nawet gdyby był to występ bardzo słabiutki.

Mówimy tutaj o twardych facetach, najtwardszych z twardych, współczesnych gladiatorach. Tak się składa, że sam pracuję na magazynie z samymi facetami i zapewniam cię, drogi Piotrze, że literackiej polszczyzny raczej tam nie uświadczysz. Nie ma tam zwrotów typu: „czy raczyłby drogi pan przystąpić do pracy”; „czy mógłby szanowny pan pracować nieco szybciej”. Nie, takiego języka tam nie ma. Jest język twardych facetów. Nikt się z tego powodu nie obraża, nikt nie czuje się poniżony, nikt nie ma stanów depresyjnych. Bycie twardym facetem polega na tym, że jesteś twardy, i tyle.

Bycie dorosłym człowiekiem polega na tym, że przyjmujesz konsekwencje własnych, świadomych wyborów. Jeśli wybierasz bycie twardzielem jako sposób na życie, jeśli decydujesz się, że bycie twardzielem będzie twoim sposobem na zarabianie pieniędzy, nie możesz się dziwić, że ludzie będą jak twardziela cię traktować. Kiedy rozegrasz gówniane zawody, nie możesz się spodziewać, że powiedzą: „Drogi panie Iksiński, ten mecz był nieco żenującym spektaklem, ale tuszę, że następne zawody jakie szanowny pan rozegra będą o niebo lepsze”. Możesz być pewien, że usłyszysz: „chłopie, to było gówno warte”!

Zresztą nie dotyczy to tylko twardzieli. Kiedy jakaś dziewczyna decyduje się na udział w wyborach miss, musi się liczyć z tym, że ludzie nie będą dyskutować o jej intelekcie, o walorach jej charakteru. Będą oceniać walory jej pupy. Kiedy kupuję bilet na film w kinie, roszczę sobie prawo do oceny tego dzieła. Kiedy film jest do dupy, po prostu to stwierdzam, oczywiście mam świadomość, że pracowali nad nim ludzie, którzy się starali, którzy włożyli w niego dużo pracy, ale kiedy robisz coś, co ma być oceniane, musisz się liczyć z tym, że zawsze trafią się ci, którym twoje wysiłki nie przypadną do gustu. Tak to już jest i tyle.

Nie mam zamiaru liczyć pieniędzy polskich piłkarzy, ale nie oszukujmy się drogi Piotrze, nie mówimy tutaj o chłopakach grających świńskim pęcherzem. Nie mówimy tutaj o niszowym sporcie, który ogląda pięciu kibiców na krzyż. Mówimy tu o największym spektaklu współczesnego świata, o największym cyrku nowożytnych czasów. To nie jest robota dla facetów delikatnych jak mimoza. Jeśli ktoś nie potrafi się w tym cyrku poruszać, powinien raczej pomyśleć o zmianie zawodu.

Jeśli popatrzysz drogi Piotrze na to, co dzieje się w ostatnich czasach w Hollywood, jak największe kariery padają jak domki z kart, bo udowodniono naprawdę brzydkie rzeczy  ludziom, którzy o sobie myśleli: ” jestem gwiazdą, czyli wolno mi więcej”, to zgodzisz się ze mną, że hodowanie świętych krów w społeczeństwie jest czymś niezwykle szkodliwym.

Nie jestem szczególnie dumny z tych słów, które wypowiedziałem pod adresem polskich piłkarzy, ale nie wydaje mi się, że jest wielkim upadkiem chrześcijaństwa kiedy jeden facet mówi drugiemu facetowi kilka brutalnych słów prawdy, nawet jeśli są to słowa naprawdę grube.

Na sam koniec dodam (choć wiem, że to sprawa zupełnie innego kalibru) taki przykład. Nie tak dawno temu portal Deon opublikował mój tekst blogowy. Jeden z komentatorów stwierdził, że autor (czyli ja) zapewne nie przeczytał Ewangelii, a jeśli ją przeczytał, to bez wątpienia nic nie zrozumiał. Cóż, nie były to szczególnie miłe słowa, ale bez przesady, nie uznałem ich za mowę nienawiści, nie przyprowadziły mnie one do rozpaczy, depresji, myśli samobójczych. Po prostu, decydując się na pisania bloga przyjąłem do wiadomości, że bez wątpienia znajdą się tacy, którzy to pisanie uznają za nic nie warte i tacy, którzy wyrażą to, mówiąc oględnie, w przykrej formie.

Mam nadzieję i jestem wręcz przekonany, że Ty, drogi Piotrze, nie uznasz tych kilku słów krytyki za atak na swoją osobę, zwyczajnie uznasz naszą dyskusję za sprzeczkę w rodzinie. Gdybyśmy my, blogerzy Deona, ze wszystkim się zgadzali, na wszystko patrzyli w jeden sposób i na wszystko mieli jedno zdanie, jaki byłby sens pisania tych blogów? Z wyrazami szacunku i miłości braterskiej. Paweł Jurzyk

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dary Ducha Świętego.

Apostołowie po napełnieniu Duchem Świętym otrzymali moc przemawiania językami, leczenia chorób, wypędzania złych duchów. Większość z nas dzisiaj nie ma takich mocy. Ja przynajmniej nie mam. Pytanie jakie się nasuwa brzmi: dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedzi, jakie przychodzą do głowy są dwie. Apostołowie po zesłaniu Ducha Świętego przestali być zwykłymi ludźmi, ta przemiana uczyniła z nich takich palestyńskich supermenów, ze zwykłych prostych chłopaków z Galilei przemienili się w herosów. To oczywiście sprawia, że ja, który zdecydowanie supermenem nie jestem, mogę ich podziwiać, ale żadną miarą się z nimi równać. Są dla mnie wzorem wspaniałym, acz zdecydowanie odległym.

Druga możliwość odpowiedzi jest poniekąd związana z pierwszą. Apostołowie byli tak mocni, zdolni czynić cuda siłą swojej wiary. To właśnie moc wiary sprawiała, że mogli przenosić góry, uzdrawiać, wypędzać złe duchy, mówić językami. Ja, mimo starań i ciągłej formacji chrześcijańskiej, takiej siły wiary nie posiadam. Moja wiara w porównaniu z Apostołami jest maciupeńka, malutka i nic nie znacząca.

Jednakże kiedy nad tym tematem dobrze się zastanowić, pojawia się trzecia możliwość. Ja, stary Paweł, nie jestem samotną wyspą dryfującą po oceanie, jestem częścią Kościoła Powszechnego, a tak się składa, że Kościół i cała ludzkość dary, o których tu mowa posiada niemal w stopniu doskonałym. Dziś przecież moc leczenia chorób posiada nie tylko garstka chrześcijańskich supermenów, ale jest nam dostępna w sposób masowy. Poziom medycyny, wiedza lekarska, znajomość wpływu higieny na nasze zdrowie, antybiotyki, skomplikowane operacje, transplantologia i tak dalej stanowią wiedzę powszechną, rozwiniętą jak nigdy w historii świata. Dziś nie musimy już liczyć na cud, że ktoś na nas położy ręce i nas uzdrowi. W większości wypadków wystarczy, że udamy się do lekarza. Oczywiście ten i ów narzeka na poziom usług medycznych w naszym kraju, ale przecież jeśli porównać wiedzę, jaką dysponujemy dzisiaj z wiedzą, jaką dysponowali mieszkańcy Palestyny z czasów Jezusa, to jest to absolutna przepaść.  Czyż nie jest to dar Ducha Świętego? Czyż nie jest to moc, którą nas, ludzi dwudziestego pierwszego, jak nigdy nikogo na taką skalę wcześniej w historii nie obdarował dobry Bóg?

Na „złe duchy” dobry Bóg daje nam zespół świetnie wykształconych psychiatrów, psychologów, terapeutów, specjalistów od chorób duszy. Dzięki technologiom, które posiadamy i maszynom, które jesteśmy w stanie zbudować, dzięki posiadanej wiedzy już nie tylko możemy góry przenosić, osuszać wody, latać jak ptaki, możemy nawet wysyłać człowieka w kosmos. Czy to mało? A rewolucja cyfrowa i internetowa? Każdy z nas dziś może nosić w kieszeni, w malutkim pudełeczku telefon, telewizor i komputer jednocześnie, do tego połączony dzięki satelitom z calutkim światem.

Nie tak dawno temu byłem na Mszy świętej, na której byli obecni bracia mówiący po hiszpańsku, francusku, angielsku, niemiecku, włosku i polsku. Kościół Powszechny mówi wszystkimi językami tego świata.

Gdyby dziś św. Piotr pojawił się w Polsce przecierałby oczy ze zdumienia i nie mógłby się zapewne nadziwić cudom, którymi dysponujemy. Przecież rozwój powszechnej służby zdrowia toż to cud nad cudami. Ilu ludziom w przeciągu całego życia można nałożyć ręce na głowę? Dzięki systemowi opieki medycznej, którym dziś dysponujemy można leczyć miliony. „Czymże była moja potęga w porównaniu do tego czym ci Polacy dysponują?” – musiałby bez wątpienia pomyśleć! A św.Paweł, ten Apostoł narodów? Gdyby zobaczył możliwości internetu, którymi dziś dysponuje każde dziecko, byłby zachwycony! Przecież taki list do Koryntian umieszczony w internecie – jakież to daje możliwości! Miliardy ludzi dostępne jednym kliknięciem!

To czym obdarzył Duch Święty tych prostych chłopaków z Galilei, a to czym obdarza nas dzisiaj jest nieporównywalne. Możliwości, którymi my dziś dysponujemy, a możliwości, które mieli Apostołowie to przepaść absolutna. Może trzeba tylko z tego potencjału zacząć korzystać? Może zamiast modlitw, nowenn, rekolekcji, Mszy przebłagalnych i tak dalej, trzeba wstać z kanapy i zacząć działać?

W niedzielę na Mszy świętej mój kochany proboszcz modlił się o deszcz, mamy problem z suszą w wielu miejscach Wielkopolski i o to, by nasza reprezentacja na mistrzostwach w piłce nożnej wygrała mecz. Niemal zaraz po mszy zaczęło lać. I prawie słyszałem głos z nieba: „Sławek, nie ma sprawy, deszcz to ja ci zesłać mogę, ale nawet Ja, Bóg Wszechmogący, nie mogę zrobić nic, jeśli oni nie zaczną grać!”

 

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze

Polacy, nic się nie stało! Czy na pewno?

Jeżeli założymy, że gra w piłkę nożną to sprawa prywatna piłkarzy, to nie ma tematu. Jeżeli było tak, że ci młodzi ludzie do mistrzostw świata awansowali tylko i wyłącznie dzięki swojej pracy, swojemu wysiłkowi i za swoje pieniądze, nie ma żadnej sprawy. Jeśli jednak jest tak, że z grą w narodowej reprezentacji wiąże się pomoc finansowa państwa, to temat już jest. Jeżeli piłkarze, by móc grać na mistrzostwach, korzystali z państwowych, czyli również z moich pieniędzy, oddanych państwu w formie podatków, oznacza to, że ci młodzi ludzie mają wobec mnie i wobec wszystkich obywateli zobowiązanie.

Pytanie jakie się nasuwa po pierwszym meczu polskiej reprezentacji na mistrzostwach świata w Rosji brzmi: Czy z tego zobowiązania się wywiązali? Ja, jako zwykły kibic, całkowity laik w sprawach piłkarskich, nie pytam dlaczego przegrali ten mecz, ale pytam, czy zrobili wszystko na co ich stać, żeby go wygrać, czy dołożyli wszelkich starań, by odnieść sportowy sukces tylko się nie udało, wiadomo to jest sport. Gdyby w sporcie wszystko było pewne i z góry wiadome, byłoby to najnudniejsze widowisko na świecie. W sporcie właśnie to jest piękne, że jest nieprzewidywalny, nawet teoretycznie słabsze drużyny, wspinając się na wyżyny swoich możliwości, mogą odnieść sukces. Pytanie brzmi, czy nasi piłkarze na takie wyżyny się wspięli? Może bowiem jest tak, że niektórzy z tych młodych ludzi sądzą, że gra w narodowej reprezentacji im się należy, bo są tacy wspaniali, zdolni, cudowni i nic nikomu nie są winni.

Otóż jesteście nam coś winni, jeśli korzystacie z moich pieniędzy, jeśli ja ze swoich ciężko zarobionych pieniędzy, przecież nie aż tak dużych, część z nich przeznaczam na to, abyście w komfortowych warunkach mogli przygotować się, a potem wystąpić w tych mistrzostwach, to oczekuję, że podejdziecie do tej imprezy uczciwie. Oczekuję, że wobec mnie zachowacie się uczciwie. Nie domagam się od was, abyście na pewno wygrali cały turniej, ale wymagam, żebyście zrobili wszystko co w waszej mocy, aby go wygrać.

Ten temat jednak nie dotyczy tylko piłkarzy, dotyczy nas wszystkich. Jeśli na przykład młody człowiek uczy się za pieniądze własne lub swoich rodziców, to oczywiście nie ma sprawy. Jeśli jednak pobiera naukę na państwowej wyższej uczelni, która jest utrzymywana z podatków obywateli, to nie jest tak, że to mu się należy, bo jest taki mądry i zdolny, jest tak, że wobec tych obywateli, którzy łożą na utrzymanie jego edukacji podejmuje zobowiązanie. Zobowiązuje się wiedzę, którą uzyskał w jakimś stopniu wykorzystać ku dobru wspólnemu, ku dobru Rzeczypospolitej.

Jeśli ja korzystam z pomocy państwa w utrzymywaniu swoich dzieci, nie jest tak, że moje dzieci to moja sprawa prywatna, że to jak je wychowuję to wyłącznie moja sprawa i mojego sumienia. Wyciągając ręce po pieniądze ze wspólnej kasy, podejmuję zobowiązanie, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by wychować te dzieci na dobrych i mądrych obywateli.

Dokładnie tak samo rzecz się ma z naszym chrześcijaństwem. To nigdy nie jest nasza sprawa prywatna. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Czy my w swoim komfortowym, zamożnym katolicyzmie z tego zobowiązania się wywiązujemy? Czy robimy na pewno wszystko co w naszej mocy, by być jak najlepszymi chrześcijanami? Może jest tak, że w samozadowoleniu jacy to już jesteśmy święci i wspaniali, jaki to już uzyskaliśmy poziom w formacji i wtajemniczeniu chrześcijańskim, po każdym upadku Kościoła w Polsce, po kolejnym skandalu, po kolejnej porażce klepiemy się po plecach i samym sobie śpiewamy: nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!?

Właśnie dlatego bardzo mocno bym chciał, żeby Polacy dwa pozostałe mecze w rozgrywkach grupowych wygrali, żeby zagrali uczciwie, żeby zrobili wszystko co w ich mocy i wspięli się na wyżyny w kunszcie piłkarskim, żeby stwierdzenie: jaki naród taka reprezentacja choć raz zabrzmiało z dumą! Trzymajmy kciuki za naszych!!!

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Do czego służy chrześcijaństwo?

W Polsce jest bardzo wielu ludzi, którzy odczuwają potrzebę wiary, potrzebę relacji z bytem wyższym, ale odrzucają Kościół Katolicki utrzymując, że to nie dla nich, że to religia, która nie spełnia ich potrzeb. Wydaje mi się, że w wielu przypadkach jest tak, że ci ludzie nie tyle odcinają się od Kościoła, co od własnych wyobrażeń na jego temat. Kościół Katolicki to dla nich model przestarzały, odstający od realiów życia w dwudziestym pierwszym wieku, nadający się już tylko dla babć, dziadków i różnej maści dziwaków, a nie dla ludzi młodych, dynamicznych, nowoczesnych. Niestety, często jest tak, że my – ludzie wiary, ten obraz w nich tylko utwierdzamy. Dlaczego tak się dzieje? Wynika to z prostego nieporozumienia, zakładamy, że ludzie w Polsce o chrześcijaństwie wiedzą już wszystko, a jedyna kwestia jest taka: czy to chrześcijaństwo przyjmują czy odrzucają. Promując wartości chrześcijańskie staramy się za wszelką cenę przekonać ludzi do czegoś, czego oni ani nie znają, ani nie rozumieją.

Promocja chrześcijaństwa powinna się rozpoczynać od ustalenia o czym tak naprawdę mówimy. Czym chrześcijaństwo, do którego pragniemy zachęcić, jest, a czym nie jest. Pierwszym błędem, z którym już na wstępie powinniśmy się rozprawić, jest przekonanie obecne w myśleniu bardzo wielu osób, że Kościół Katolicki to system nakazów i zakazów, to zbiór norm czego nam nie wolno, a co nam wolno. Tymczasem jest przecież tak, że Bóg dał nam dziesięć przykazań. W oceanie opcji, możliwości, setek tysięcy, czy milionów decyzji jakie podejmiemy w przeciągu naszego życia, mamy tylko dziesięć punktów, których powinniśmy się trzymać. Dziesięć! Tyle, ile palców u obu rąk. Do tego jeszcze większość z tych punktów jest zupełnie akceptowalna dla wszystkich. Przecież nie trzeba być chrześcijaninem, żeby się zgodzić z tym, że nie powinniśmy się nawzajem zabijać, okradać, oszukiwać, że dobrze jest szanować swoich rodziców.

Chrześcijaństwo to wolność. Wolno mi wszystko, choć nie wszystko przynosi korzyść. Chrześcijaństwo to milion możliwości, na które mam pełne prawo się otworzyć, to setki tysięcy przepisów, którymi mam pełne prawo się nie przejmować, bo Bóg dał mi rozum i wolną wolę, atrybuty, które są zupełnie wystarczające do tego, by osiągnąć szczęście. Skoro więc bycie chrześcijaninem oznacza bycie człowiekiem wolnym, a te marne dziesięć punktów, które powinienem mieć przed oczami równie dobrze może szanować osoba niewierząca, co w takim razie mnie, jako człowieka idącego za Jezusem, powinno wyróżniać? Otóż można to ująć kolokwialnie, pierwszym i świętym przykazaniem chrześcijanina powinno być – „nie będziesz dupkiem”.

W drodze swojego życia nie będziesz patrzył tylko na siebie, na czubek swojego nosa, na to co JA mogę, i na to czego JA nie mogę. Na pierwszym miejscu w swoim życiu postawisz Boga, a na drugim – bliźniego. Zmienisz perspektywę swojego myślenia, swoje nastawienie do świata i ludzi. Na przykład wiele osób, które nie zna zbyt dobrze Kościoła, nie rozumie jego nauczania odnośnie spraw związanych z seksem. Dlaczego nie wolno mi uprawiać seksu przed ślubem? Dlaczego mam nie używać prezerwatywy? Przecież to jest głupie? Jeśli tak spojrzysz na zagadnienie to oczywiście, że to będzie głupie.

Jako chrześcijanin najpierw rozmyślam po co Bóg dał mi seks, następnie mam przed oczami osobę, z którą ten seks chcę uprawiać, a na samym końcu siebie. Seks nie jest rozrywką, nie jest zabawą, nie jest również sportem. W zamyśle Boga seks to relacja między dwojgiem kochających się ludzi. Skoro fizycznie nie możliwe jest uprawiać seksu samemu ze sobą, oczywistym jest również, że i decyzji odnośnie miłości fizycznej nie można podejmować samemu. Zawsze będzie to decyzja podjęta w relacji z tą drugą osobą. Człowiekiem, który nie jest rzeczą, przedmiotem, który ma uczucia, upodobania, wartości, które muszę w pełni uszanować. Dorosły człowiek wie, że z seksem zawsze wiąże się potencjalna możliwość powołania do życia nowej osoby. Z tym również przed podjęciem decyzji musimy się zmierzyć. Czy jestem gotowy do tego, by to nowe życie przyjąć, czy mam możliwość się tym nowym człowiekiem zaopiekować i czy chcę to robić z osobą, z którą planuję rozpocząć życie seksualne. Dopiero po tych rozważaniach powinienem przejść do kwestii czysto technicznych. Rozpoczynając mój dialog z partnerem od tych drugich kwestii (technicznych), równie dobrze mógłbym zacząć rozmowę z osobą, z którą chcę uprawiać seks od pytania: „wolisz być na górze, czy na dole?”

Głosząc wartości chrześcijańskie odnośnie naszej seksualności, lecz zaczynając od kwestii czysto technicznych, którymi każdy myślący człowiek zajmuje się na samym końcu, wprowadzamy kompletny chaos. Przecież ja jeszcze nie zacząłem rozmawiać z partnerką, czy w ogóle chce się ze mną kochać, a już mam rozważać, czy zrobimy to z prezerwatywą, czy bez?  Właśnie dlatego tak ważne jest, by nie być zwyczajnie dupkiem, by mierzyć się najpierw z tym, czego oczekuje ode mnie Bóg, potem czego oczekuje ode mnie mój bliźni, a na samym końcu – co jest najlepsze dla mnie. Taka perspektywa, trudna i wymagająca, w końcu trzeba przełamać to co w nas bardzo mocne – nasz egoizm, pozwala nam zupełnie inaczej spojrzeć na to, czym jest chrześcijaństwo i jakie wartości z sobą niesie. Przecież, choć nie raz i nie dwa zdarzyło nam się być w życiu dupkiem, to jednak, jestem o tym przekonany, każdy gdzieś tam w głębi serca nosi w sobie pragnienie, by przeżyć życie  dupkiem nie będąc. Takie spojrzenie na wiarę sprawia, że choć jest to sprawa niezwykle trudna i wymagająca, to jednak atrakcyjna. Warto się starać.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Diabeł w Kościele.

Wielu mądrych, uczonych ludzi coraz wyraźniej zwraca uwagę na problem, jaki nasila się w polskim Kościele: przesadne zainteresowanie Szatanem, opętaniami i egzorcyzmami. Zwraca uwagę, że jest to niebezpieczna tendencja zarówno jeśli chodzi o depozyt wiary, jak i o samych wiernych.

Trudno się z nimi nie zgodzić, sam mogę podać przykład z życia wzięty. Nie tak dawno temu brałem udział w spotkaniu, na którym były obecne głęboko wierzące osoby. Jedna z nich opowiadała, że jest opętana, jest w trakcie egzorcyzmów, które ciągle trwają. Dowodem jej opętania miały być nadprzyrodzone moce, które posiadała, a powodem owego opętania było to, że jej dziadek kiedyś podpisał cyrograf z Szatanem. Ku mojemu niedowierzaniu i przerażeniu, wśród obecnych osób żadna nie wyraziła chociażby powątpiewania, dokładnie wszyscy kiwali głowami z pełnym zrozumieniem.

Przecież Kościół wyraźnie i jasno naucza, że grzechy naszych dziadków nie przenoszą się w sposób bezpośredni na nas. Twierdzenie, że jakieś wydarzenie z przeszłości naszych przodków może realnie działać na nas dzisiaj, to świat zabobonów, guseł i czarów, a nie katolickiej wiary.

Osoby uważające się za opętane powinny zgłaszać się z tym problemem do specjalistów oficjalnie ustanowionych przez Kościół. Bóg również dał nam lekarzy, Bóg działa poprzez lekarzy specjalistów.Utrzymywanie przez różnej maści „znawców”, którzy nie są mianowanymi przez Kościół egzorcystami w takich osobach przeświadczenia, że ich problemy nie mogą być natury zdrowotnej, a są wyłącznie problemem duchowym, to skazywanie ich na niepotrzebne cierpienie, a w najgorszym wariancie doprowadzenie do tego, że całe swoje życie spędzą cierpiąc tylko dlatego, że nie podjęły odpowiednio wcześnie leczenia. Kazik Staszewski w utworze Toma Waitsa śpiewa: „jeśli chcesz hodować diabła, w głębokim dole trzymaj go”. Pieszczenie się szatańskimi obsesjami to zagrożenie samo w sobie, ale przenoszenie tych obsesji na innych to grzech ciężki. Kościół ma na tym polu jasne i jednoznaczne zasady, chodzi tylko o to, by je odpowiednio mocno nagłaśniać i chronić ludzi przed osobami niekompetentnymi, głoszącymi „nauki” niezgodne z  Magisterium Kościoła.

Skąd w naszym Kościele tyle szatańskich obsesji? Zapewne powodów jest wiele, warto jednak zwrócić uwagę na rozłożenie akcentów, jeśli chodzi o nauczanie Kościoła.  Wiele wierzących osób sądzi, że pierwszą i główną funkcją sakramentu chrztu jest zmazanie grzechu pierworodnego. Są też tacy, którym się wydaje, że jest to jego jedyna funkcja.  Sakrament w takim rozumieniu pełni rolę negatywną, jest uwolnieniem od, a nie działaniem pozytywnym: uwalniającym do.

Tak przyjęta optyka, postawienie grzechu na pierwszym planie sprawia, że i całe chrześcijaństwo może się nam jawić jako narzędzie do walki z grzechem, a pierwszym i podstawowym obowiązkiem chrześcijanina, dobrego katolika, jest z tym grzechem walka. To skrajny indywidualizm obecny w myśleniu człowieka Zachodu, ciągłe nastawienie na – ja , sprawiają, że wiara staje się dla wielu sposobem na samorealizację, samodoskonalenie, treningiem duchowym i tak dalej. Cała rzecz w tym, że z grzechem wygrać się nie da. Można śmiało powiedzieć, że grzech to skutek uboczny życia. Prawdą jest, że im bardziej stajemy się wierzący i bardziej nasza formacja chrześcijańska staje się doskonalsza, tym bardziej uświadamiamy sobie naszą grzeszność. Może być tak, że po tych wszystkich rekolekcjach, konferencjach, ćwiczeniach duchowych, po obejrzeniu wszystkich filmów na Youtube katolickich celebrytów dojdziemy do wniosku, że jesteśmy gorsi, a na pewno nie lepsi niż na początku drogi. Ta cała wiedza jaką dysponujemy sprawia, że jesteśmy smutni, wpadamy w depresje, nie rozumiemy dlaczego, mimo tych wszystkich wysiłków, które podjęliśmy, nasze życie wcale nie jest lepsze. Tu, z wielkim zapałem i ochotą wychodzą nam naprzeciw wszelkiej maści piewcy Szatana, którzy dają nam do rąk wytrych, klucz do wszelkich problemów: „im bardziej stajesz się wierzący, tym bardziej próbuje cię skusić Szatan”.

Skoro Szatan jest główną przeszkodą w tym, że mimo ciągłych starań, daleko nam do doskonałości, naszym podstawowym działaniem jako człowieka wiary powinna być walka ze Złym. Jednak, żeby z nim skutecznie walczyć trzeba jak najwięcej o nim wiedzieć. Tu czai się na nas, pełnych dobrej woli, ogromna w swej liczbie zgraja szarlatanów, którzy twierdzą, że o Szatanie wiedzą wszystko, bo osobiście z nim gadali, brali udział w setkach egzorcyzmów, które mogą służyć jako gotowy scenariusz do filmowych horrorów klasy b i znają jego podstępy jak nikt inny. Świat jaki kreują, to miejsce walki potęg nadprzyrodzonych, w którym ludzie to tylko igraszki, zabawki w rękach demonów, słabe i bezbronne, ochrony przed Szatanem nie gwarantuje ani stan łaski uświęcającej, ani sakramenty, jedynie oni sami, wtajemniczeni w wiedzę, znaną tylko nielicznym. Z Kościoła Powszechnego wchodzimy do Kościoła dla wtajemniczonych, Kościoła elit, które służą już tylko same sobie.

Tymczasem podstawowa funkcja chrztu to wprowadzenie w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, inicjacja wprowadzająca w Kościół – Ciało Chrystusa. Stajemy się opieczętowani, naznaczeni jako dzieci Boga, a skoro dzieci, to i Jego dziedzice. Zostajemy namaszczeni, czyli stajemy się Mesjaszami (Pomazańcami Bożymi). Oczyszczenie z grzechów, w tym z grzechu Adama sprawia, że jesteśmy nowymi stworzeniami. Umieramy dla świata, a rodzimy się dla Chrystusa i jednocześnie wszyscy jesteśmy Chrystusami. Chrzest włącza nas w obcowanie świętych, jednoczy z tymi, którzy byli przed nami, którzy żyją jak my, i z tymi, którzy przyjdą po nas. Otrzymujemy godność kapłańską. Sakrament chrztu, jak każdy inny sakrament ma moc przemieniającą, daje nam siłę do robienia rzeczy, których, bez łaski Boga, zrobić nie bylibyśmy w stanie. Mamy moc, siłę i potęgę, a naszym zadaniem jest z tego mądrze korzystać.

Jezus nie powołał Dwunastu po to, by walczyli z Szatanem, nie powołał ich po to, by walczyli z kimkolwiek. Powołał ich po to, by głosili Dobrą Nowinę. Nas również po to powołuje, mamy iść i głosić, mamy żyć i głosić, czyli żyjąc głosić. Czy jemy, czy pijemy, czy cokolwiek innego robimy, mamy to robić na chwałę Boga. Głosić Jezusa można tylko i wyłącznie słowem i czynem. To, co mówimy i to, jak żyjemy musi być kompatybilne. W każdym innym przypadku nasze głoszenie nie będzie działać, będzie fałszywe, zakłamane.

Chrześcijaninem nie jestem po to, by się zbawić. Łaską wiary jestem zbawiony, a nie przez uczynki, by się nikt nie chlubił. Chrześcijaninem jestem po to, by dzięki mnie zbawienia dostąpili ci, którzy jeszcze Jezusa nie poznali. Jestem po to, by być światłem dla pogan. Oświecać mogę tylko poprzez świadectwo swojego życia. Inaczej będzie to światło sztuczne, fałszywe. Mam być solą i moją główną troską jako chrześcijanina powinno być to: skoro sól utraci swój smak, czym ją posolić? Grzeszę, upadam, jestem słaby i ułomny, ale głoszę Dobrą Nowinę. Tam gdzie jest dobro, zło ustępuje samo, nie trzeba walczyć ze złem, wystarczy robić dobro. Zamiast wielkiego neonu z napisem: grzech, każdy wierzący w Jezusa powinien sobie zapalić wielki napis: bliźni!

A Szatan? a co mnie obchodzi Szatan, narobił sobie bigosu, niech sam się martwi.

PSALM 23(22)

Bóg pasterzem i gospodarzem

1 Psalm. Dawidowy.
Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
2 Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
3 orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię.
4 Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska
są tym, co mnie pociesza.
5 Stół dla mnie zastawiasz
wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem;
mój kielich jest przeobfity.
6 Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim
po najdłuższe czasy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

,,,,

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj