Sierpień miesiącem trzeźwości.

Mamy dziś w Kościele o czym myśleć, mówić i pisać. Za chwilę, tylko patrzeć, pojawi się nowy trudny temat, kolejna rocznica powstania warszawskiego. Śmiem twierdzić, że w tym nawale spraw uznawanych za pilne i istotne po raz kolejny zabraknie miejsca na poważne potraktowanie kwestii walki z alkoholem. Co więcej, jestem przekonany, że wielu wierzących uważa, że sam alkohol i picie nie jest czymś złym, a złe jest tylko nadużywanie, niemądre korzystanie z tego dobrodziejstwa, jakie płynie z kulturalnego raczenia się szlachetnymi trunkami. Wielu zapewne podkreśli, że alkohol jest integralną częścią kultury europejskiej i że przecież sam Jezus zamienił wodę w wino, a nie bynajmniej odwrotnie.

Wszystko się zgadza, ale zgadza się również to, że alkohol jest trucizną o działaniu psychoaktywnym zmieniającym funkcjonowanie naszego mózgu. Co więcej, te trudne tematy, które pojawiają się dziś w Kościele jak: agresja, przemoc fizyczna, psychiczna i seksualna, kłopoty edukacyjne, wychowawcze i psychiczne naszych dzieci, bezpieczeństwo w miejscach publicznych w tym bezpieczeństwo na drogach i wiele, wiele innych, wiążą się w ogromnym stopniu właśnie z piciem alkoholu. Kościół prowadzi dziś wielką walkę o rodzinę, dostrzega zagrożenia w różnych miejscach i środowiskach, a przecież największym wrogiem polskich rodzin od zawsze był i jest po dziś dzień alkohol!

Codziennie podróżując do pracy widzę ludzi zatrutych alkoholem. Jedni są spokojni, inni namolni i upierdliwi, jeszcze inni agresywni, po jednych widać to ledwo, ledwo, inni są tak zaczadzeni, że nie potrafią ustać na nogach. Pijani ludzie to stały element naszych miast, codzienny, bez wyjątku.

Ci z nas, którzy mają troszkę więcej lat, pamiętają pomysły na walkę z pijaństwem w PRL-u. Wielu śmieje się z nich po dziś dzień. Cała rzecz w tym, że te pomysły nie były złe, bo były głupie, ale dlatego, że ów ustrój w swojej istocie cechował się swoistą schizofrenią, co innego mówiło się oficjalnie, a zupełnie co innego robiło w praktyce. Państwo oficjalnie walcząc z plagą pijaństwa nieoficjalnie to picie wspierało. Przyzwolenie na picie w PRL- u było ogromne, wręcz niesamowite. Piło się wszędzie i każda okazja była dobra. Można było niemal bezkarnie pić w pracy, a na zawodowych kierowców czekała wspaniała formuła prawna – ” oddalenie się w szoku”. Kiedy kierowca pod wpływem alkoholu spowodował wypadek i dał radę o własnych siłach opuścić pojazd, uciekał, zgłaszał się na milicję kiedy już promile wywietrzały z jego organizmu, po czym twierdził, że nic nie pamięta, bo dostał szoku i po sprawie. Skutki tych i innych praktyk niańczenia pijaków i traktowania ich jak świętych krów systemu są odczuwalne po dziś dzień.

A dzisiaj? Czy pod tym względem coś się zmieniło na lepsze? Można chyba śmiało powiedzieć, że jak już, to na gorsze. Za promocję picia obecnie wzięli się zawodowcy, specjaliści wysokiej klasy od manipulacji. Pierwszą, widoczną wszędzie gołym okiem manipulacją jest przekonanie ustawodawców i po części nas wszystkich, że piwo to nie alkohol, że jest to napój taki jak każdy inny, a w związku z tym można go reklamować wszędzie. Do promocji tegoż napoju nie zawahano się wykorzystać wszystkiego co dla Polaków ważne, przyjaźni, rodzinnych spotkań przy grillowaniu, kibicowania polskiej reprezentacji, koncertów z bardzo dobrą muzyką, a nawet barw narodowych. Specom od sprzedaży udało się przekonać polskie społeczeństwo, że tak naprawdę liczy się to co pijemy. Picie tanich piw z dolnej półki to pijaństwo i alkoholizm, picie dobrych, czytaj drogich, trunków to wyraz dobrego smaku, nobilitacji i klasy. Widać to wyraźnie po portalach społecznościowych, gdzie bardzo wielu rodaków lubuje się w zamieszczaniu zdjęć z drogimi alkoholami. Tak jakby nasze bełkotanie po drogim alkoholu było jakoś bardziej szlachetne, a zataczanie się po markowym trunku bardziej eleganckie.

Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, jak silne jest to lobby, w które staram się uderzyć, już widzę oczami wyobraźni jak wielu miłośników napoi procentowych wyzywa mnie od katolickiego fanatyka i oszołoma. Skoro jednak picie nie jest problemem, skoro raczenie się dobrymi trunkami jest bezpieczne i godne pochwały, cóż stoi na przeszkodzie, by choćby przez jeden miesiąc nie sięgać po alkohol?

Pewien bardzo znany muzyk opowiadał kiedyś, iż członkom swojego zespołu powiedział, że nie pił alkoholu od dwóch tygodni. Spotkało się to z wielkim rozbawieniem i szyderstwami, zarzutami o alkoholizm. Zapytał więc: „a wam jak długo udało się nie pić?”. Jak opowiada, zapadła wtedy wielka konsternacja, uświadomili sobie bowiem w tym momencie, że od wielu, wielu lat nie zdarzyło im się mieć dłuższego okresu abstynencji.

Skoro alkohol nie jest dla nas ludzi wiary, żadnym problemem, skoro z chemii dostarczanej do mózgu wystarczy nam chemia braterskiej miłości, może stworzymy sobie na Deonie naszą prywatną Strefę Wolną Od Alkoholu?

 

Klęska Ewangelii. Czas zamknąć kościoły?

Co rano budzę swoją córeczkę do przedszkola. Nie muszę jej ubierać, umie już doskonale sama. Zaplatam jej warkocz, owszem umiem, nauczyłem się. Umiem też prać, zmywać naczynia, myć okna, odkurzać. Dzielimy się obowiązkami domowymi z żoną, która pracuje zawodowo podobnie jak ja. Czy jestem pantoflarzem? Jeśli ktoś miałby ochotę tak mnie nazwać, nie widzę problemu, mogę być pantoflarzem, czemu nie? Choć osobiście wolę o sobie myśleć – feminista.

Moja córka jest dziewczynką, tak ją uczę, wychowuję, tak traktuję, uważam to za fakt, a mądrzy ludzie nie dyskutują z faktami. Nie, nie chcę, żeby wyrosła na lesbijkę, mówię to otwarcie i wprost. Chciałbym, żeby wyrosła na piękną, mądrą kobietę, znalazła sobie dobrego męża, miała z nim dzieci. To są wartości, w które wierzę, nie wypieram się nich. Te wartości przekazuję dzieciom. Mogę im dać tylko to, co sam posiadam, nie mogę im dać tego, czego nie mam.

Poza tym, że uważam siebie za feministę, uważam się również za pacyfistę, bardzo bym nie chciał, żeby moi synowie, jeden lub drugi, zostali żołnierzami. Czy to oznacza, że nienawidzę wszystkich ludzi w mundurach, że pluję na ulicy za wojskowymi, że ich wyzywam, obrażam, krzyczę za nimi: mordercy?. Nie, to oznacza, że system wartości, w który oni wierzą nie jest moim systemem, że się z nimi nie zgadzam. Mam prawo? Mam prawo.

Jeśli moja córka będzie lesbijką, a któryś z synów zechce robić karierę wojskowego, nie wypiszę ich z rodziny, nie będę złorzeczył, wyklinał i obrażał. Przyjmę to do wiadomości, będę trzymał za nich kciuki, żeby im się udało, żeby byli szczęśliwi.

Jeżdżę do pracy środkami komunikacji publicznej, widzę życie miasta w różnych odcieniach. Przytulające się do siebie dziewczyny, całujących się mężczyzn, chłopaka w białym futerku i makijażem na twarzy, mężczyznę w błękitnej sukience, na szpilkach i z torebką w ręku, miasto należy do nich tak samo jak do mnie, mają prawo być tacy? Mają prawo!

Przemoc i pogarda w żadnym przypadku nie mogą być usprawiedliwiane i akceptowane. Trzeba wyrazić jednoznaczną dezaprobatę wobec aktów agresji, takich jak te, które miały miejsce w Białymstoku – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Paweł Rytel-Andrianik.

Podaję tą informację za oficjalną stroną Episkopatu Polski i to, moi kochani bracia i siostry w wierze, jest naszą wspólną klęską. To tak, jakbym ja na swoim blogu uznał za konieczne ogłosić, że trawa jest zielona, że Ziemia jest okrągła i kręci się wokół słońca.

My, uczniowie Jezusa, wierzący w Miłosiernego, Nieskończenie Dobrego Boga ogłaszamy, że przemoc i agresja są złe! Czy to nie jest oczywiste? Czy to nie wynika z istoty naszej wiary? Czy to nie powinno być wiadome dla wszystkich? Czy tego nie powinno być widać gołym okiem? Czy trzeba dawać oficjalny komunikat, żeby nie było wątpliwości? Czy trzeba stanowiska rzecznika Konferencji Episkopatu Polski? Jeśli faktycznie trzeba, jeśli jest to niezbędne, bo tego nie widać, nie wiadomo i to budzi wątpliwości to znaczy, że równie dobrze możemy ogłosić drugi komunikat: „Ogłaszamy, że nasza misja rozpoczęta na tych ziemiach w 966 roku zakończyła się klęską!”

 

Wychodzenie z U . . .

Żyjemy w czasach, które sprzyjają uzależnieniom, ze wszystkich stron atakują nas pokusy, reklamy, kolorowy świat sztucznego piękna na sprzedaż. Spece od marketingu, portale społecznościowe, media, wszyscy nas zapewniają, że szczęście to posiadanie, że kupowanie to sposób na całe zło tego świata.

Człowiek uzależniony to wyniszczony fizycznie ćpun, albo obszczany menel  spod Biedronki, ale przecież nie ja lub ty. To, że masz na coś ochotę wcale nie znaczy, że masz problem. Przeciwnie, używanie jest dobre. Napędzasz rynek, dajesz pracę innym. Jesteś dobrym, świadomym obywatelem.

Cała rzecz w tym, że nie do końca. Jeżeli twoje potrzeby zaczynają mieć charakter obsesyjny, jeżeli nie potrafisz sobie czegoś odmówić, może to oznaczać, że masz problem. Uzależniają nie tylko ciężkie narkotyki, hazard, czy pornografia. Tak naprawdę można się uzależnić od wszystkiego; od seriali, zakupów, jedzenia, zdrady małżeńskiej. Kiedy dojdziesz do wniosku, że masz problem, z którym sobie nie radzisz, który mimo podejmowanych wysiłków cię przerasta, warto wtedy zwrócić się po pomoc do specjalistów. O czym jednak warto wiedzieć?

Po pierwsze, jak podkreślają starzy alkoholicy, nie ma jednej „tabletki” dla wszystkich. To co dla jednego będzie skuteczne, drugiemu nie pomoże. Dla przykładu: wśród ludzi uzależnionych od alkoholu są tacy, którzy mocno angażują się w ruch AA i nie wyobrażają sobie trzeźwego życia bez chodzenia na mitingi. Ale są również i tacy, którzy twierdzą wprost:”jak to, pół życia straciłem na picie, a teraz drugie pół mam strawić na rozmawianiu o tym?”

Tu nie ma żadnej reguły, owszem możesz pytać, czytać w internecie, słuchać opinii innych, ale o tym co będzie skuteczne dla ciebie musisz się przekonać sam. Metodą prób i błędów. Jeśli jakiś sposób zawiedzie, jeśli jakaś metoda, terapia okaże się nieskuteczne, szukaj do skutku. Być może to co wybrałeś to nie jest „tabletka” dla ciebie.

Druga sprawa to powód, dla którego chcesz zerwać z nałogiem. Nie robisz tego po to, by być szczęśliwym, robisz to po to, by być zdrowym! Jeśli myślisz, że wygrana z nałogiem zapewni ci szczęście możesz być pewny, że albo szybko do nałogu wrócisz, albo znajdziesz sobie coś nowego. Robisz to, by w trzeźwy, uczciwy, realny sposób stanąć w prawdzie wobec siebie samego i świata, który cię otacza, a ta prawda może być bolesna!

Jeśli byłeś w nałogu przez dłuższy okres, może się okazać, że twoje życie to ruina i zgliszcza. Część z tych ruin to bez wątpienia skutek twojego nałogu, ale całkiem prawdopodobne, że nie wszystko. Problemy, które cię gnębiły mogły wynikać z czegoś zupełnie innego, a nałóg był tylko „kołdrą”, którą te problemy zakrywałeś. Twój nałóg sprawiał, że udawało ci się o nich „zapomnieć”, udawać, że ich wcale nie ma, lub odwlekać zmierzenie się z nimi w nieskończoność. „Zajmę się tym, ale nie dzisiaj” – mówiłeś sobie i sięgałeś po to, co cię znieczulało, co produkowało chemię przyjemnych wrażeń dla twojego skołatanego mózgu.

Zła wiadomość jest taka, że kiedy staniesz w prawdzie ze swoim życiem, może okazać się, że części problemów już nie naprawisz, że jest zło które wyrządziłeś, którego cofnąć się nie da, że żaden „wehikułu czasu” nie istnieje. Wychodzenie z uzależnienia to nierzadko trudna sztuka uczenia się z tą wiedzą życia. Musisz to przyjąć do wiadomości, musisz nauczyć się z tym żyć, są krzywdy, których już nie naprawisz, nie zmienisz, nic już z tym nie możesz zrobić. Jedyne co możesz, to możesz spróbować wybaczyć samemu sobie.

Jasne, są tacy, którzy będą twierdzić, że nigdy na nic nie jest za późno, ale to bzdury, to mądrość rodem z Facebooka. Można wręcz powiedzieć, że taka jest właśnie definicja starzenia się, wchodzenia w starość. Jesteś tym starszy, im w twoim życiu jest więcej rzeczy i spraw, na które jest już za późno.

Życie musi boleć, jeśli masz wątpliwości zapraszam cię do lektury „Kazania na górze”. Błogosławieni ci, którzy płaczą; jeśli dziś wydaje ci się, że w twoim życiu nie ma żadnego powodu do płaczu, może być tak, że nie tyle brak ci powodów, co raczej masz problem z odczuwaniem.

Być może znajdą się tacy, którzy po lekturze tego tekstu zadadzą sobie pytanie:”Skoro wychodzenie z uzależnienia to same złe wiadomości, to po co to robić? Po jaką cholerę się tak męczyć?” Wbrew pozorom to nie jest głupie pytanie. Można wręcz powiedzieć, że jest to pytanie fundamentalne. Jak mówią starzy alkoholicy, przestać pić jest całkiem łatwo. Przestajesz, idziesz na detoks i już. Problemem jest życie w trzeźwości. Wstawanie co rano i odnajdywanie powodów, dla których dzisiaj mam pozostać trzeźwym. Co mnie powstrzymuje przed tym, żeby nie pójść się napić?

Kolejna zła wiadomość jest taka, że ja nie znam odpowiedzi. Każdy musi znaleźć odpowiedź indywidualną dla siebie samego i cały problem w tym, że aby zacząć szukać, najpierw trzeba zerwać z nałogiem. Trzeba bezwzględnie być trzeźwym!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Spór wokół „Ikei”, czyli świat na opak.

Chciałbym dziś zwrócić uwagę na pewną sprawę, która wielu osobom – jak mi się wydaję – umyka, a która w doskonały sposób obrazuje ogólną tendencję naszych czasów. Dobrze znane i zrozumiałe idee, których znaczenie jeszcze do niedawna były dla nas oczywiste, dziś są przedstawiane w taki sposób, że albo znaczą coś dokładnie odwrotnego niż znaczyły, albo prezentuje się je w tak niejednoznacznym i mglistym ujęciu, że najzwyczajniej w świecie nie znaczą już nic.

W zgodzie ze starymi definicjami podział sceny politycznej na prawicę i lewicę był jasny, prosty i klarowny. Głównym wyznacznikiem były sprawy związane z ekonomią. Na prawicy stali ludzie związani z kapitałem, postulujący całkowitą, lub jak najmniej ograniczaną wolnością gospodarczą, na lewicy – ci, którzy domagali się interwencji państwa i prawa w obronie najsłabszych, biednych, wykluczonych.

Gdy przysłuchuję się dyskusjom jakie rozgorzały po tym, jak znana firma zwolniła swojego pracownika, dowiaduję się, że jest akurat odwrotnie. Wielki kapitał, finansowy moloch, za którym stoją ogromne pieniądze, rzesza prawników i gotowych na wszystko menadżerów to postępowa lewica, a stojąca naprzeciw tego giganta jednostka, samotny człowiek to reakcyjna prawica.

Widzę oczami wyobraźni jak rewolucjoniści z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, rzucający bomby domowej roboty na carskie posterunki przewracają się w grobach. Jak kolejarze, górnicy, łódzkie włókniarki, „pepeesiaki” z międzywojnia, czy żydowskie chłopaki z Bundu przecierają ze zdumienia oczy w swoim proletariackim  niebie. Ja sam, będąc człowiekiem wychowanym na punk rocku, z wielkim sceptycyzmem podchodzę do „rewolucjonistów” w białych kołnierzykach, siedzących na skórzanych kanapach i rozprawiających o lewicowej sprawiedliwości społecznej. Podejrzewam ich raczej o to, że jedyna wrażliwość jaka ich interesuje, to ta wyrażana za pomocą słupków przedstawiających procentowy wzrost sprzedaży w danym kwartale, zyski, wizerunek marki i wrażliwość rynku na działania marketingowe speców od PR.

Ktoś pewnie pomyśli sobie: no i jakie to ma znaczenie? Lewica? Prawica? Jak zwał tak zwał. Spójrzmy jednak uważnie na polską scenę polityczną: od wielu, wielu lat, nie ma na niej ani jednej poważnej partii, która oficjalnie odwołuje się do tradycji lewicowych. Te ugrupowania, które chciałyby zaistnieć na owej scenie jako lewica albo ledwie, ledwie przekraczają próg wyborczy, albo w ogóle nie mają swoich reprezentantów w sejmie. Dlaczego tak się dzieje? Czy Polska jest już tak solidarnym społecznie i ekonomicznie państwem, że żadna lewica nie jest jej potrzebna? Nie ma biedy strukturalnej, słabych, wykluczonych, przegranych na starcie? Wyrzucanych z domów za niepłacenie czynszu? Czy w tym kraju nad Wisłą lewicowi politycy nie mają już kogo bronić?

Nic z tych rzeczy, polska lewica po prostu sama odcięła się od swoich korzeni, sama zrezygnowała z naturalnego środowiska, z którego wyrosła. Z rewolucyjnych haseł:”chleba i wolności” wyrzuciła chleb. Rezygnując z własnej tożsamości, pozbawiła się wiarygodności. Ci, do których lewica dziś się umizguje wcale lewicy nie potrzebują, a ci, którzy potrzebują obrony przed kapitalizmem w polskim wydaniu takiej „lewicy” nie ufają. Bez względu na to jakie poglądy wyznajemy, myślę, że wielu zgodzi się z tą tezą: zdrowa scena polityczna nowoczesnego, demokratycznego państwa, potrzebuje równowagi. Potrzebuje lewej i prawej strony. Potrzebuje tych, którzy mądrze zarządzają kapitałem i tych, którzy wnikliwie patrzą na ręce zarządzającym. Polityka bez lewej nogi jest kulawa. Myślę, że i z tą tezą zgodzi się wielu: dzisiejsza polska scena polityczna właśnie na taką dolegliwość cierpi. Jest kulawa, nie ma alternatywy.

Jakiś czas temu na przystanku autobusowym przysłuchiwałem się rozmowie dwóch starszych pań. Rozważały niemały problem zakupu szafki do pokoju. Jedna z nich stwierdziła:”Ja do Ikei w ogóle nie chodzę, bo po co? Tam wszystko sprzedają w paczkach, ja sama sobie nie złożę, a nie mam kogo poprosić o pomoc”.

Czy to znaczy, że lewicowe uczucia lewaków w białych kołnierzykach nie obejmują troski o starszych ludzi? Czy kierując swoją ofertę do młodych, dynamicznych, nowoczesnych i zarabiających, starsze panie mają w swoich lewackich, okrytych majtkami od Hugo Bossa tyłkach?

 

 

Przypadek czy Bóg – pozorny dylemat.

  Różnicę między wierzącym w Boga a nie wierzącym można sprowadzić do jednej kwestii i wcale nie jest to pytanie związane z tym, czy On jest, czy Go nie ma. Najistotniejszą kwestią odróżniającą jednych od drugich jest to, czy wierzymy w to, że jakaś siła wyższa ma realny wpływ na nasze życie, czy nie. Inaczej mówiąc: „Czy wierzymy w to, że naszym życiem kieruje Bóg, czy przypadek?”

Przecież większość z nas zgadza się ze stwierdzeniem, że bez względu na to jakbyśmy się starali, bez względu na to jak świadome, racjonalne i zorganizowane jest nasze życie, to i tak wszystkiego nie jesteśmy w stanie zaplanować, zorganizować, przewidzieć. Są sprawy i sytuacje, które dzieją się gdzieś daleko poza nami, poza naszą wolą, bez żadnego naszego udziału, a które w taki czy inny sposób wpływają na nas.

Możemy to nazywać zbiegami okoliczności, albo boską interwencją. Możemy to nazywać cudami, lub przypadkiem. Możemy być święcie przekonani, że szczęście, które nas spotkało to interwencja takiego lub innego świętego, lub pomyślnych wiatrów, karmy, przeznaczenia, czy czegokolwiek innego. Różnica jest tak naprawdę niewielka i sprowadza się do kwestii językowych.

Kiedy popełniam jakieś świństwo mogę święcie wierzyć, że to skutek niecnych zakusów Szatana i to on mnie popchnął do tego czynu, lub mogę całkowicie odrzucać możliwość istnienia zła w postaci diabła, jest jakaś różnica? Tylko taka: albo jestem świnią wierzącą, albo niewierzącą, żadna inna.

Mogę nie wątpić w świętość Jana Pawła II, lub uważać go za polityka celebrytę, który skupiając się głównie na promocji samego siebie doprowadził swoim pontyfikatem do jednej wielkiej katastrofy Kościoła. Czy coś to zmienia? Może tylko tyle, że kiedy zawodzą ci, którym ufamy boli najbardziej, ale przecież by to stwierdzić nie ma znaczenia, czy wierzę w Boga,  czy nie, wystarczą brutalne realia prozy życia.

Chaos naszego istnienia, nad którym z lepszym lub gorszym skutkiem staramy się panować może być wynikiem Boskiego planu, lub żadnym planem nie być, w sumie dla nas wielkiej różnicy to nie robi. Boga, jeśli On jest, nie jesteśmy w stanie ani zrozumieć, ani na niego wpłynąć. Summa summarum musimy stwierdzić, że wszystkie nasze wysiłki, starania i plany życiowe można sprowadzić do jednej kwestii: jak Bóg pozwoli; jak zechce los; in shā’ Allāh. Jak zwał, tak zwał.

O co więc chodzi z tym całym chrześcijaństwem? Czy w ogólnym rozrachunku rzecz się sprowadza praktycznie tylko do kwestii języka? Patrząc na realia arcykatolickiej Polski taki wniosek wcale nie jest znowu aż tak nieuzasadniony.

Jezus przyszedł na świat po to, by nam pokazać, że możemy być tacy jak On. Jest to zadanie trudne i na całe życie, ale możliwe. Gdyby nie było możliwe przekaz całego nauczania Jezusa można by podsumować jednym zdaniem: „Możecie się starać, ale wam to i tak nic nie da!” Czyli byłoby ono całkowicie bezsensowne. Jezus, zamiast wybierać apostołów, uczniów, nauczać, zaraz po chrzcie otrzymanym od swojego kuzyna Jana mógłby równie dobrze umrzeć na krzyżu. Nie postąpił jednak w ten sposób, lecz zostawił nam „instrukcję obsługi” bycia Swoim uczniem, nie po to byśmy tylko składali ręce i modlili się o cud, ale realnie z niej korzystali każdego dnia.

Być wierzącym chrześcijaninem znaczy wierzyć, że mogę być taki jak On, że jest to do zrobienia. To właśnie taka wiara czyni różnicę.

 

 

Chrześcijanin lekkich obyczajów!

Pewnego razu na katolickiej uczelni znanego z wielkiej mądrości profesora, zapytano:

  • Profesorze czy ściąganie na egzaminach to grzech lekki, czy ciężki?
  • Nie wiem, czy to grzech lekki, czy ciężki, ale jest to na pewno świństwo – odpowiedział uczony.

Myślę, że właśnie tak może być, nie jest aż tak istotne, czy coś jest grzechem ciężkim, lekkim, czy nie jest grzechem w ogóle, ale chodzi o to, by zwyczajnie nie robić świństw. Zamiast wielkiej teologii uprawiać elementarną, ludzką przyzwoitość. Uśmiechać się do obcych, być miłym, życzliwym, uprzejmym. Poruszać się lekko, leciutko, pięć centymetrów ponad chodnikami, z kieszeniami pełnymi nieba.

Gdy inni gonią za pieniędzmi, mieć niewiele, tyle, żeby starczyło na życie. Gdy inni kłamią, żyć w prawdzie, gdy inni gonią za nowinkami, modami, plotkami, nie być światowcem. Zamiast ciężkich armat katolickich argumentów: eutanazja, aborcja, antykoncepcja, homoseksualizm, być zadowolonym z życia, z ludzi, z przyrody, z miasta.

Zamiast naiwnego optymizmu nosić w sobie pogodny pesymizm, który jest najlepszym lekarstwem na głupotę. Nie wierzyć zbytnio w cuda, bo przecież lepiej być miło zaskoczonym, niż żyć z ciągłym fochem na Pana Boga: „Ty mnie w ogóle nie słuchasz!”. Godzić się z tym, na co nie mamy wpływu, wiedzieć, że ten świat jest niezbyt fajnie urządzony i my raczej tego nie zmienimy. Mieć świadomość, że te wszystkie telefony, laptopy, mieszkania na wysoki połyski, trzy samochody w rodzinie i wczasy w tropikach, to i wszystko inne, nie zatrzymają czasu. Zegar tyka i pójdziemy gdzieś tam nadzy i z pustymi rękami, i zabierzemy ze sobą tylko bagaż naszych uczynków – nic więcej.

Nie szukać problemów tam gdzie ich nie ma, a te, z którymi się borykamy znosić z godnością. Zamiast topornym, ciężkim, zasadniczym i męczącym katolikiem, być chrześcijaninem lekkich obyczajów.

Wszystko to marność nad marnościami i pogoń za wiatrem, ale dopóki wieje, dopóki czujemy go na policzkach, znaczy, że żyjemy! A życie to wartość sama w sobie!

Krzyk, którego nie słychać, czyli po co nam ten kryzys ?

  Bóg daje nam wielki kryzys naszego Kościoła. Myślę, że warto się zastanowić dlaczego to robi. Czy za mało Mu jeszcze w Polsce wkurzonych katolików? Czy do walki ze straszną Unią Europejską, gejami, lesbijkami, lewakami, Żydami, mamy jeszcze sobie dołożyć mafię w sutannach? Czy od ścigania mafii nie jest w państwie prawa policja?

Możliwe, że dobry Bóg ma już dosyć grzechów wołających o pomstę do Nieba, że ujmuje się za tymi swoimi stworzeniami, które są najbardziej niewinne i bezbronne. Za tymi, którzy cierpią i krzyczą w rozpaczy dzisiaj.

Dzisiaj i tutaj! Nie gdzieś w trzecim świecie, w jakimś Iraku, Syrii, czy innym odległym miejscu, ale tu, w dwudziestym pierwszym wieku, w cywilizowanym kraju, w samym środku Europy.

Tutaj, na naszych oczach. Cały problem w tym, że ich krzyku nie usłyszymy w tumulcie i wrzasku. Aby ten krzyk usłyszeć, trzeba uwagi, skupienia i delikatności, bo to jest krzyk bezgłośny. To jest krzyk, który się wyraża w cichym przemykaniu pod ścianami, w udawaniu, że go wcale nie ma, nie ma tych, którzy krzyczą, bo oni chcą się schować, uciec przed spojrzeniami, przed złym światem, przed tymi, którym nie można ufać. Ten krzyk jest widoczny w problemach edukacyjnych, interpersonalnych, siniakach niewiadomego pochodzenia, wybuchach płaczu bez powodu, w przeraźliwie smutnych oczach.

Czy to jest krzyk wyłącznie dzieci? Nie, nie tylko. Tak krzyczą dziewczyny i kobiety w całej Polsce, bite, gwałcone, zmuszane do czynności seksualnych, na które nie mają ochoty, do prostytucji. Krzywdzone przez tych wszystkich mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Ojców, ojczymów, opiekunów, chłopaków, mężów, konkubentów. Przez otępiałe z bólu matki, które godzą się na wszystko, bo nie ma nikogo, kto im pomoże.

Czy ja jestem po stronie księży i biskupów? Czy staram się ich wybielać? Nie, ja jestem po stronie swoich dzieci. Nie chcę dla nich świata, w którym zawodzą ci, którzy zawodzić nie mają prawa. Nie ma znaczenia, czy to ludzie w sutannach, czy nie. Czy są to księża, nauczyciele, trenerzy, animatorzy, lekarze, czy ktokolwiek inny, którym powierzamy z ufnością nasze dzieci. Nie ma to żadnego znaczenia! Każdy, kto twierdzi, że ma, uprawia klerykalizm.

Mój dziesięcioletni syn w tamtym roku przystąpił pierwszy raz do komunii świętej. Dostał cenne prezenty i dużo pieniędzy. Na pytanie pewnej przypadkowo spotkanej pani: „O! Byłeś u pierwszej komunii! A co ci się najbardziej podobało?”Odpowiedział: „Sama komunia!” To jest prawdziwa katecheza! Lepsza od wszystkich dzieł Tomasza z Akwinu! To jest wiara!

Moja czteroletnia córka podbiega z ufnością do zupełnie obcych osób i mówi im:”Dzień dobly” i opowiada, że właśnie wraca z przedszkola, że ma piękną „fojetową” kurteczkę, wierzy, że wszyscy są dobrzy, że wszyscy to taka wielka rodzina. To jest wiara w ludzi. To jest wiara, że wszyscy jesteśmy braćmi!

Jeśli tą wiarę zniszczymy, splugawimy, zohydzimy – nie wyjdziemy z piekła. Naszym świętym obowiązkiem jest tą wiarę pielęgnować jak bezcenny skarb, bo tylko w nich jest nadzieja! W niewinnych dzieciach Bożych!

Aby to zrobić, żeby w porę dostrzec zagrożenie, usłyszeć krzyk tych najbardziej bezbronnych, którzy są krzywdzeni, potrzebujemy Kościoła, który jest wspólnotą, który tworzą ludzie, którzy faktycznie się znają, coś o sobie wiedzą, którzy trwają wspólnie, razem na modlitwie i łamaniu chleba. Dosłownie, a nie tylko metaforycznie. Nie potrzebujemy Kościoła, który walczy z mafią, od tego jest policja. Potrzebujemy wspólnoty, nie molocha o glinianych nogach. Jeśli dobry Bóg zechce, by ten moloch upadł, bardzo dobrze, niech pada, łzy za nim nie uronię!

 

 

Ten straszny, zły Episkopat!

Kochani, zanim przejdę do meritum sprawy, mam do Was jedną prośbę. Chciałbym, żebyście przyjrzeli się obrazkowi umieszczonemu nad tekstem i spróbowali odpowiedzieć na pytanie: która z zamieszczonych na rysunku linii jest dłuższa, a która krótsza?

 

Już? Łatwe prawda? Większość zapewne odpowiedziała, tak samo jak ja, gdy widziałem ten rysunek po raz pierwszy: linia narysowana wyżej jest dłuższa, a niżej krótsza. Odpowiedź jest błędna, obie linie są tej samej długości. Ten prosty przykład złudzenia optycznego doskonale obrazuje, jak łatwo nasz mózg daje się oszukiwać. Jak twierdzą eksperci, jest on w swej naturze obdarzony „lenistwem”, jeśli staje przed nim jakieś zadanie, stara się je wykonać jak najszybciej i przy wykorzystaniu jak najmniejszej energii. Zamiast podejmować się żmudnego procesu myślenia, woli „chodzić na skróty”, odwołując się do intuicji. Na ogół to się sprawdza, intuicyjne odpowiedzi naszego mózgu są poprawne, na ogół, ale jak chociażby widać to na przykładzie rysunku, nie zawsze.

Myślę, że z podobną sytuacją mamy do czynienia obecnie, jeśli chodzi o kryzys Kościoła. Wynikł on z tak obrzydliwych i strasznych powodów, że już sama myśl, iż moglibyśmy mieć z opisywanymi przez media wydarzeniami cokolwiek wspólnego jest  dla nas tak nieznośna, że z ogromną wdzięcznością rzucamy się na te wypowiedzi, które w jednoznaczny sposób zdejmują winę z nas, ludzi świeckich i cały ciężar odpowiedzialności przenoszą na duchowieństwo. To „oni”, czyli hierarchowie w sutannach są wszystkiemu winni, to na nich spada pełna odpowiedzialność za kryzys, w którym znalazł się Kościół i, co za tym idzie, to „oni” mają obowiązek wymyślić jak z tego kryzysu się wykaraskać.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: w stanie kapłańskim w Polsce pozostają ludzie wyłącznie z powołania, wszystkie przypadkowe, nieodpowiednie osoby są z niego w taki czy inny sposób usunięte. Cały polski Episkopat podaje się do dymisji. Biskupi sprzedają wszystko co mają, uzyskane pieniądze rozdają biednym, a sami w pokutnych worach wyruszają na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Czy taka sytuacja w realny sposób zmieni obraz polskiego społeczeństwa? Sądzę, że większość ludzi stwierdzi, że nie. Chociażby z tego powodu, że faktycznie na sposób życia i zachowania większej części polskiego społeczeństwa, duchowieństwo ma wpływ niewielki, albo zgoła żaden.

Inaczej mówiąc twierdzimy, że rola duchowieństwa w Polsce de facto jest niewielka i ma znikomy wpływ na to, jak żyjemy i jednocześnie, że ich społeczna rola jest przeogromna i ma decydujący wpływ na obraz Kościoła w Polsce. Jest to ewidentny błąd logiczny. Dlaczego więc z takim uporem i z taką niezachwianą pewnością się go trzymamy?

Powodów jest zapewne wiele, jeden z bardziej oczywistych jest taki, że wbrew temu, co lubimy myśleć o sobie, wcale w życiu nie kierujemy się żelazną logiką, myślimy schematami, nawykami, stereotypami itp.. Wolimy rozważać sprawy w oderwaniu od kontekstu, niż podejmować trud ujrzenia tematu w całościowym wymiarze.

Po drugie, gdy dziś mówimy: Kościół, myślimy:”oni” czyli hierarchia i instytucja zamiast wspólnota. Zachowujemy się tak, jakby chodziło o korporację, która popadła w tarapaty na skutek złego zarządzania. Jakby menadżerów, czyli naszych biskupów wyprodukowano w specjalnej fabryce duchownych, a nie, że wyszli oni z naszych domów, szkół, podwórek, układów koleżeńskich i towarzyskich.

Prawda jest jednak taka, że „oni” to „my”. Ci z nas, którzy na ścieżce kariery po prostu zaszli trochę wyżej niż większość z nas. Ich sposób myślenia, działania, system wartości to nasz sposób myślenia i system wartości. Ich potrzeby i pragnienia to nasze potrzeby i pragnienia wyssane z mlekiem naszych matek. Oni to my, którzy zbyt często mylimy bycie uczniami Jezusa z praktykowaniem katolicyzmu „tak – ale”.

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego, ale nie bardziej, nadstaw drugi policzek, ale nie bądź przy tym frajerem, sprzedaj wszystko co masz i idź za Nim, ale to przecież tylko taka palestyńska metafora. Bądź ubogi, ale przecież pieniądze są ważne i potrzebne. Zaprzyj się samego siebie i weź swój krzyż, ale przecież swoich trzeba bronić i wspierać.

Tak myślimy i tak działamy, a kiedy uda się nam awansować, takie myślenie przenosimy na coraz to wyższe stopnie kariery. Oni to my. Kościół to my. Jesteśmy zdolni do tego, by być obrzydliwi, paskudni, lubieżni, okrutni, zawistni, chciwi, skorzy do przemocy, wykorzystywania słabszych, zakochani w pieniądzu i bogactwie. Tacy jesteśmy i taki jest Kościół, który tworzymy.

Żadna, nawet najlepsza reforma nie zmieni Kościoła, jeśli zamiast myśleć: skoro są księżmi, to powinni … ; nie zaczniemy myśleć: skoro jestem chrześcijaninem, to powinienem …

 

 

 

Brat syna marnotrawnego.

Dziś taka zmyślona opowieść:

Wyobrażam sobie starego, sędziwego księdza, który dożywa swych dni w domu starców, w tej umieralni dla nikomu już niepotrzebnych kapłanów seniorów. Nikt go nie odwiedza, nikt o nim nie pamięta. Zostały mu już tylko wspomnienia, ale i z nich nowoczesny, transparentny, świadomy, młody świat chce go okraść. Dziś bycie księdzem nie jest dobrze widziane, nie jest powodem do dumy. Dziś to coś, z czego trzeba się tłumaczyć, to coś podejrzanego, wstydliwego, dziwnego, nienormalnego. Coś, co trzeba obejrzeć dokładnie pod lupą. Dziś mówią, że wszyscy księża są chciwi, że wszyscy są łasi na pieniądze, że wszyscy chcą się dorabiać, mają kochanki, nieślubne dzieci, albo to geje, pedofile, zboczeńcy.

On się nie dorobił, nie był chciwy, potrzebował bardzo mało, tyle co nic. Nie miał  kochanek, dzieci, nikogo nie molestował, nie wykorzystywał, nie gwałcił. Całe swoje życie oddał innym, całe swoje powołanie, kapłaństwo, celibat, poświęcił dla drugiego. Żył tak jak trzeba, po Bożemu, przyzwoicie.

Pewnie, że wielu z jego braci w kapłaństwie chciało pieniędzy, bogactwa, luksusu, władzy i seksu. Jak najwięcej seksu. Jasne, że tak. Chcieli mieć wspaniałe, światowe życie, uważali, że to im się należy, że mają prawo, mają dużo więcej praw niż ci wszyscy kmiotkowie, prostaczkowie, parafianie.

O tak! Z nich będzie wielka radość w Niebie, bo zaiste byli wielkimi grzesznikami. Bez wątpienia wielu z nich zdążyło już się nawrócić. Wiadomo, wraz z wiekiem spada zapotrzebowanie na światowość i seks, a wzrasta zapotrzebowanie na święty spokój. Starość dopomina się o swoje, a zdrowie już nie takie jak kiedyś, wiadomo: „jak trwoga to do Boga!” Tak: „trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się”. Tak, dla nich już tuczą cielce na ucztę, bo byli odrażającymi grzesznikami, a nawrócili się. Wyspowiadali. Ukorzyli przed Nim.

Na niego nie czeka wielka uczta, nikt go nie będzie witał z transparentami w Niebie. Może co najwyżej św Piotr klepnie go w plecy i szepnie do ucha:”Dobra robota!” A może nawet i to nie, kto to wie?

Nie ma jednak pretensji i żalu do nikogo, nikomu nie zazdrości. Gdy swoją starą, pooraną zmarszczkami twarz skieruje do lustra, nie musi odwracać wzroku. Nie ma się czego wstydzić. Gdy wreszcie położy się do łóżka i sen nie przychodzi, wiadomo starość to wielka przyjaciółka bezsenności, pod powiekami nie harcują mu demony, upiory przeszłości. Pojawiają się trochę sentymentalne, trochę melancholijne, ale jednak dobre obrazy z uczciwie przeżytych lat. Zamykając oczy jest spokojny, gotowy, bezpieczny – Marana tha!

Dziś wielu mówi: trzeba ten system zmienić, uszczelnić, poddać większej kontroli, uczynić bardziej transparentnym. Cała jednak rzecz w tym, że ten system jest jak PRL, jego się nie da ulepszyć, on jest niereformowalny!

W tym systemie pomyliliśmy Miłosierdzie Boże z pobłażliwością, konfesjonał z zsypem na śmieci. Owszem, na kartach Ewangelii mamy dużo prostytutek, złoczyńców, celników, marnotrawnych synów, ale to nie oznacza, że Jezus mówi do nas: „Bądźcie tacy jak oni, a Ja wam załatwię zbawienie”! Jezus przyszedł na świat z dokładnie odwrotnego powodu, mówi nam : „Nie bądźcie już więcej tacy jak oni, bądźcie tacy jak Ja!”

Uczyniliśmy sobie z chrześcijaństwa system religijny, filozoficzny, moralny etc., ale bycie uczniem Jezusa to nie system, to : nieustanne noszenie w sobie drugiego! Tylko tyle i aż tyle!

 

Dobry Pasterz

Gdyby tak spojrzeć na sprawę oczami Józefa, tego milczącego, dyskretnego świętego, właśnie dowiedział się, że jego ukochana jest w ciąży, bynajmniej nie z nim. Dobra, niech będzie, przyjmuje do wiadomości, że to cud, że to za sprawą Ducha Świętego, że to pierwsze i jedyne w historii ludzkości niepokalane poczęcie i przytrafiło się akurat jego Marii.

Tylko co ma z tym faktem zrobić? Ma wszystkim na lewo i prawo opowiadać, że to nie tak, jak myślą, że to nie jest tak, jak mogłoby wyglądać na pierwszy rzut oka, że owszem, może i fakty są takie, a nie inne, ale sprawy mają się zupełnie inaczej? Ma to, kurcze, opublikować na Facebooku? Na pewno mu uwierzą. Bez wątpienia zrozumieją, że jego umiłowana, jako jedyna na świecie zaszła w ciążę za sprawą Ducha Świętego. Jasne.

Chcemy wierzyć, że podejmując decyzję, nie kieruje się ślepym posłuszeństwem, obowiązkiem, że ta sytuacja to nie jest dla niego ślepy zaułek, z którego nie ma dobrego wyjścia, chcemy w jego decyzji widzieć wielką wiarę. Wiarę w to, że jego Pasterz go zna, a on zna swojego Pasterza, że mu ufa, że powołanie, do którego go wezwał, choć trudne i wymagające, jest dobre i co więcej, jest właśnie dla niego, że to on, właśnie on – Józef z Nazaretu, jest tym facetem, który najlepiej nadaje się do tego powołania.

Bierze ją do siebie, godzi się z faktem, że to nie on jest ojcem dziecka, że ludzie zawsze będą gadać i stara się żyć jak najlepiej umie. Po początkowym zamieszaniu sytuacja się normuje. Ona stara się być typową „matką polką”, dobrą katoliczką. Mają gromadkę dzieci, stosują NPR, jakoś sobie to życie układają… No nie, tym razem też nie. Maria nie jest typową żoną i matką, posłuszną katoliczką. W ogóle nie uprawiają seksu, nie mają gromadki dzieci. Poza tym pierworodnym, tym, z którego poczęciem było tyle zamieszania, w ogóle nie mają dzieci. Gdyby spojrzeć naszymi oczami na małżeństwo Józefa bez wątpienia nie da się o nim powiedzieć, że jest – „normalne”. Jest zupełnie – nie normalne, odstające od normy, dziwaczne, wielu by powiedziało wręcz, że jest niezdrowe.

Gdyby powiedzieć Józefowi, że do jego żony chcą uciekać się o pomoc wszyscy ci, którzy są nietypowi, nienormalni, niestandardowi seksualnie, wyobcowani, ci, których ludzie mają na „językach”, czy byłby zdziwiony?

Lubimy myśleć, że cała owczarnia jako taka idzie za Pasterzem w dobrym kierunku, że wszystko z nią w jak najlepszym porządku, że to tylko kilka wilków przebrało się w owczą skórę i psuje jej wizerunek, że kilku tych, którzy mieli przewodzić owczarni pobłądziło, owszem, niektórzy nawet bardzo, ale bez przesady, nie oznacza to jeszcze, że cała owczarnia błądzi. Lubimy myśleć, że ci, którzy twierdzą inaczej to oszołomy, dziwacy, lewacy, „protestanci”.

Uważamy się za takich mądrych i świętych, uważamy, że jak odbębnimy codziennie pacierz i niedzielną Mszę, to „z urzędu” wejdziemy do Nieba, bo któż na nie bardziej zasłużył? Ci, którzy mają więcej niż dwoje dzieci, podobno otwarci na życie, dziecioroby jedne, żyjące na koszt państwa? Księża, którzy mają czelność wzywać nas do nawrócenia, grzesznicy gorsi od nas? Ci, którzy opowiadają, że spotkali Jezusa, który działa w ich życiu cuda, wariaci? A może jest właśnie odwrotnie, może to tylko tych kilku „szaleńców bożych”, tych kilku świętych poszło tak naprawdę, uczciwie za Nim, odrzucając mądrości tego świata, a my „owczym pędem”, bezrefleksyjnie pędzimy ciągle za fałszywymi prorokami, ciągle mamy kreatywne podejście do Prawdy, wybieramy sobie to, co nam pasuje, a to, co jest niewygodne odrzucamy.