Rozeznanie w czym rzecz ?

Nauczanie papieża Franciszka dla wielu wydaje się niezrozumiałe. Przeglądając internetowe wpisy, można odnieść wrażenie, że część ludzi Kościoła uważa je za wręcz szkodliwe, niebezpieczne „rozmiękczanie” doktryny, przesadny liberalizm czy wręcz herezję. Zastanówmy się przez chwilę czym jest owo sławne i rzekomo obrazoburcze „rozeznanie”. Najlepiej posłuży nam do tego klasyczny przykład : mąż bijący żonę i znęcający się nad dziećmi.

Jezus nauczał; „co Bóg złączył niech człowiek nie rozłącza”, „weź swój krzyż i choć za Mną”, „nadstaw drugi policzek”. Mogłoby to sugerować, że dobra, wierząca katoliczka powinna cierpliwie i pokornie znosić razy, cierpieć, modlić się i oczekiwać swojej nagrody w Niebie.

Jeżeli jest tak faktycznie, nie może dziwić, że dla wielu religia katolicka jawi się jako okrutny, bezduszny i bezmyślny system zakazów i nakazów z którym nie chcą mieć nic wspólnego. Dla wielu jest to system czysto abstrakcyjny, który nie da się przenieść wprost do realnego życia, a co za tym idzie należy wybierać co jest do przyjęcia, a resztę wyrzucić do lamusa jako przestarzałe i nie pasujące do realiów współczesnego świata. To, że jest takich wielu potwierdzają badania socjologiczne prowadzone zarówno przez instytucje laickie jak i związane z Kościołem. Wiele osób deklarujących się jako katolicy jednocześnie głoszą poglądy całkowicie niezgodne z nauczaniem Kościoła Katolickiego.

Z czego to wynika? Z „łopatologicznego” czytania Pisma Świętego bez odnoszenia się do Tradycji i nauczania Magisterium Kościoła. Z wyrywania zdań z kontekstu i nie zrozumienia Dobrej Nowiny jako całości. Wszystko co Jezus głosił i czynił, dokładnie cała Jego krytyka faryzeuszy i uczonych w Piśmie sprowadzała się do sprzeciw wobec traktowania wiary jako bezdusznego systemy. Dokładnie wszystkie zakazy i nakazy Prawa powinny być przepuszczone przez pryzmat miłości. Ewangelia to nie abstrakcja, to nie świat idei to realne życie na co dzień. Żeby to dobrze zrozumieć wróćmy do naszego przykładu.

Jak należy rozumieć pojęcie miłości w ujęciu chrześcijańskim? Jest to dążenie do tego abym ja i moi bliźni dostąpili zbawienia. Życie i to życie w ciele to dar od Boga, godzenie się na poniewieranie ciała jest grzechem wobec Stworzenia i wykroczeniem przeciw piątemu przykazaniu. Dopuszczanie do sytuacji w której całymi latami dzieci żyją w piekle przemocy nie ma nic wspólnego z miłością, jest grzechem przeciw bliźniemu. Co więcej, jak zgodnie dowodzą specjaliści, funkcjonowanie w patologicznej rodzinie przekłada się na dorosłe życie dzieci. Często albo nie potrafią założyć własnej rodziny w ogóle albo tworzą równie toksyczne związki co ich rodziców. Mamy tu do czynienie z klasyczną sytuacją, kiedy grzechy rodziców przechodzą na ich dzieci, z pokolenia na pokolenie. Przyzwolenie na uporczywe trwanie w grzechu własnemu mężowi również nie ma nic wspólnego z miłością w wymiarze chrześcijańskim, w wymiarze małżeństwa jako Sakramentu. Miłość jako troska o zbawienie bliźniego, w tym przypadku musi przejawiać się zrobieniem wszystkiego by tego człowieka z uporczywego trwania w grzechu wyrwać. Jeśli z takich czy innych powodów działania terapeutyczne są niemożliwe, należy odizolować go od rodziny z zamknięciem w więzieniu włącznie. Cała rzecz w tym, że kobieta, ofiara przemocy rzadko kiedy jest w stanie sama sobie pomóc i tu jest właśnie rola Kościoła jako wspólnoty wiernych. Ksiądz, spowiednik, proboszcz i parafianie nie tylko nie mają prawa utwierdzać ją w błędnym przekonaniu, że jej trwanie w patologii przemocy to przejaw wiary chrześcijańskiej, mają obowiązek zrobić absolutnie wszystko aby przekonać ją, że jej związek to trwanie w grzechu i śmierci dla niej, jej męża i dzieci i że musi zrobić wszystko by zmartwychwstać, nawet jeśli to zmartwychwstanie będzie niezwykle trudne i wymagające radykalnych działań.

Tym właśnie jest nauczanie Franciszka, radykalnym powrotem do miłości, miłości wymagającej i trudnej, żeby kochać w wymiarze chrześcijańskim należy odnosić każdy przejaw naszego realnego życia do najważniejszego przykazania ze wszystkich:

34 Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, 35 a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał Go, wystawiając Go na próbę: 36 «Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?» 37 On mu odpowiedział: «Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. 38 To jest największe i pierwsze przykazanie. 39 Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. 40 Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy». (Mt 22,34,40)

Należy każdy jeden czyn i każdego jednego człowieka rozeznawać osobno, należy pytać Boga i swoje sumienie kiedy nasze działania są wynikiem miłości, a kiedy wynikają z  bezmyślnego, bezdusznego abstrakcyjnego systemu. Dopiero wtedy i tylko wtedy zrozumiemy nauczanie Jezusa, odkryjemy Dobrą Nowinę ! Zrozumiemy Papieża!

 

Idźcie do Galilei !

Papież Franciszek w improwizowanej homilii podczas Mszy w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego mówił:

„Skoro Pan Zmartwychwstał, czemu dzieją się takie rzeczy? Czemu jest tyle nieszczęść, chorób, handel ludźmi, tyle wojen, zniszczenia, okaleczania, zemst i nienawiści. Gdzie jest Pan?”.

 

Następnie papież podkreślił: „Wczoraj zadzwoniłem do ciężko chorego chłopaka, światłego człowieka, inżyniera i rozmawiając z nim, by dać znak wiary, powiedziałem mu: >>nie ma wyjaśnienia dla tego, co przydarza się Tobie; popatrz na Jezusa na krzyżu, Bóg zrobił to ze swoim synem i nie ma wytłumaczenia<<. A on mi odpowiedział: >>Tak, ale on zapytał syna, który się zgodził. A mnie nie zapytano, czy tego chcę<<. I to nas wzrusza ( cytat za https://www.deon.pl )

Dla wielu wierzących te słowa mogą wydawać się skandalem, jak to nie wiadomo, skoro wiadomo wszystko?! Wytłumaczenie jest proste i wynika wprost z Ewangelii:

Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. (Ewang. J 3,16)

Potem mówił do wszystkich: «Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! 24 Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa.” (Łk 9 23,24)

Czyżby papież nie znał Nowego Testamentu? Franciszek nie tylko zna, ale na dodatek rozumie. Wie doskonale, że jeśli ktoś chce spotkać Jezusa Zmartwychwstałego same Pismo nie wystarczy, nie wystarczy znajomość teorii. Żeby Go spotkać trzeba kochać, trzeba zanurzyć się w prawdziwe, realne życie, w zmartwienia, klęski, porażki, pracę,dom,codzienność. Trzeba iść do Galilei.

Bez tej wiedzy wprost z życia i bez miłości do bliźniego będziemy jak faryzeusze i uczeni w Piśmie sprzed dwóch tysięcy lat. Ten komu się wydaje, że świetnie zrozumiał Dobrą Nowinę niech najpierw pójdzie do hospicjum i powie umierającemu na raka małemu chłopcu: „nigdy nie zagrasz w polskiej reprezentacji  piłki nożnej, bo umierasz, nigdy nie będziesz jeździł śmieciarą jak zawsze chciałeś, bo umierasz, nie pójdziesz na pierwszą randkę, nie zakochasz się w dziewczynie, nie posadzisz drzewa, nie zbudujesz domu, bo umierasz ale ciesz się i raduj, bo Pan dał ci wielki i wspaniały krzyż!” Jeśli umiesz i potrafisz to powiedzieć, to może i znasz Pismo, ale masz serce z kamienia, nie z ciała.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
2 Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadł wszelką wiedzę,
i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał –
byłbym niczym.( 1Kor 13,1,2)

Jezus mówiący „weź krzyż i chodź za mną”, mówi to do mnie i wyłącznie o moim prywatnym krzyżu, nie mówi weź krzyż i załóż go na ramiona swojego brata, chrześcijaństwo nie polega na tym, że mamy rozdawać na lewo i prawo krzyże bliźnim. Być chrześcijaninem to znaczy nieść swój własny krzyż, a kiedy spotkam bliźniego, którego Bóg z nieznanych mi powodów obdarował krzyżem ponad jego siły, to mam być jak Szymon z Cyreny, a nie ten co podawał gwoździe! Jeśli chcemy zrozumieć naprawdę Dobrą Nowinę i spotkać Zmartwychwstałego nie wystarczy zamknąć się w bibliotece wiedzy i mądrości. Musimy ruszyć do Galilei dnia codziennego!

 

Misja czyli ewangelia według Kajfasza

Będąc ciągle pod wielkim wrażeniem filmu Martina Scorsese „Milczenie”, postanowiłem wrócić do innego obrazu podejmującego temat jezuickich misji w odległych zakątkach świata. Do dzieła Ronalda  Joffé „Misja”.

Po raz pierwszy obejrzałem ten film jako młody człowiek, do tego zdeklarowany przeciwnik Kościoła Katolickiego. Wtedy za głównego, pozytywnego bohatera tego obrazu uznałem Rodrigo Mendozę widząc w nim człowieka, który na skutek traumatycznych doświadczeń przechodzi głęboką przemianę duchową, broni i oddaje życie za tych, których wcześniej prześladował. Widziałem w nim takiego św. Pawła z nad wodospadów.

Dzisiaj, po latach, widzę to dokładnie odwrotnie. Mendoza nie przeżywa żadnej duchowej iluminacji, przez cały film pozostaje dokładnie taki sam. Jedyne co się zmienia to okoliczności w których funkcjonuje. Na początku jest niezwykle skutecznym najemnikiem i łowcą niewolników. Zabijając własnego brata załamuje się psychicznie, a religia i pomoc jezuity są dla niego formą psychoterapii. Gdy terapia zaczyna działać, wraca do sił i tak jak wcześniej świetnie radził sobie jako najemnik, tak teraz równie skutecznie działa przy budowie misji jezuickiej dla Indian Guarani. Jest człowiekiem czynu, walki i wielkiej dumy, jak kiedyś zabijał dla handlarzy niewolników tak teraz zabija dla Indian. Choć chce nazywać się jezuitą to nie zrozumiał niczego z wiary, której rzekomo się poświęcił i niczego nie naprawił w swoim życiu, jak był najemnikiem tak nim pozostał, nawet jego heroiczna śmierć była na próżno.

Właśnie o tym jest film „Misja”. Jest wielkim, fundamentalnym, ponadczasowym i aktualnym po dziś dzień pytaniem: czym dla mnie jest Kościół Katolicki?

Dla Mendozy jest psychoterapią, lekarstwem na problemy psychiczne i wyrzuty sumienia. Dla kardynała Altamirano wielką międzynarodową korporacją. O ile jednak Mendoza jest człowiekiem czynu kierującym się nie tyle rozumem co natchnieniami i to go w jakimś stopniu usprawiedliwia to kardynał reprezentuje sobą wielką mądrość i doświadczenie i to właśnie sprawia, że dla niego żadnego usprawiedliwienia nie ma! To właśnie on wypowiada jedno z najważniejszych zdań w filmie : „To nie świat taki jest, to my go takim uczyniliśmy”. Rozumie to doskonale, co więcej zna dobrze duchowość Ignacego z Loyoli bo przecież sam był kiedyś jezuitą. Mimo to przenosi chrześcijaństwo do świata idei, czystej abstrakcji. Królestwo Niebieskie to będzie w niebie, a tu na ziemi świat jest zły, brutalny i okrutny i żeby w nim przetrwać trzeba postępować tak samo. Nad miłość wynosi skuteczność. Całkowicie świadomie wybiera ewangelię według Kajfasza :

46 Niektórzy z nich udali się do faryzeuszów i donieśli im, co Jezus uczynił. 47 Wobec tego arcykapłani i faryzeusze zwołali Wysoką Radę i rzekli: «Cóż my robimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? 48 Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród»5. 49 Wówczas jeden z nich, Kajfasz, który w owym roku był najwyższym kapłanem, rzekł do nich: «Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, 50 że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród». J 11,50

Najpiękniejszą postacią „Misji”, a zarazem najbardziej tragiczną jest ojciec Gabriel. Żeby dobrze zrozumieć jego dramat należy na chwilę zatrzymać się nad samym zakonem, którego jest członkiem.

Towarzystwo Jezusowe powstało by wiernie służyć papieżowi i Kościołowi.Podstawą reguły zakonu jest surowe posłuszeństwo dogmatom i prawu kościelnemu, wyrzeczenie się wszelkiej wolności osobistej, bezgraniczne zaufanie do Kościoła i papieża, w myśl hasła: Sentire cum Ecclesia (Zawsze z Kościołem). Sprzeniewierzenie się rozkazowi Altamirano, który nakazał jezuitom opuszczenie stworzonej przez nich misji, oznaczało nieposłuszeństwo wobec oficjalnego przedstawiciela papieża, a tym samym złamanie również zakonnej reguły.  Pozornie ojciec Gabriel wybiera osobiste przywiązanie do dzieła, które jest jego dzieckiem, misji Indian Guarani i stawia je ponad dobro Kościoła.

Aby odpowiedzieć sobie na pytanie czy jest tak faktycznie, należy powrócić do fundamentalnego pytania, które stawia ten film: Czym jest Kościół i jak jest w nim moja rola?

Jezus Chrystus ustanowił Kościół po to by ten niósł i strzegł depozyt wiary i apostolską Tradycję. Bezpośrednimi spadkobiercami tej Tradycji są w Kościele biskupi, a na ich czele biskup Rzymu czyli papież. W tym kontekście i tylko w tym należy rozważać jego nieomylność, która jest przypisana nie tyle do takiej czy innej osoby co do urzędu. Natomiast bycie chrześcijaninem w Kościele może się realizować wyłącznie w  wolności. Bóg mówi do człowieka :

    Jam jest Pan, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.

Cała wiara chrześcijańska opiera się na dogmacie, że Bóg dał nam wolną wolę, którą sam szanuje i którą mamy obowiązek się kierować. W dekalogu słyszymy polecenie:”nie będziesz”, nie ma tam:wy nie będziecie, oni nie będą itp.Jest TY nie będziesz, Bóg zwraca się bezpośrednio do mnie. Człowiek jako istota społeczna funkcjonuje w najróżniejszych układach w rodzinie, szkole, pracy, Kościele, państwie itd. ale na samym końcu tej sieci powiązań musi pojawić się relacja ja – Bóg. Moje osobiste z Nim spotkanie i pytanie co ja mam robić, jak ja mam postępować, bo kiedy stanę przed Panem na sądzie, On nie rozliczy mnie ze świata, Kościoła, państwa tylko z moich uczynków. Nie da się być chrześcijaninem bez Kościoła ale czy nam się to podoba czy nie, zawsze na samym końcu jest samotność. Moje samotne spotkanie z Bogiem, tak jak samotny na krzyżu był Jezus, jak samotne jest umieranie.

Kościół to zgromadzenie jednostek, indywidualności, nie masa, tłum,”ślepa korporacja”, to posłuszeństwo oparte na wolności. Posłuszeństwo bez wolności to niewolnictwo, dyktatura, totalitaryzm. Moim obowiązkiem w Kościele jest nieść depozyt wiary i nawet gdyby większość zbłądziła, ja mam obowiązek trwać w Prawdzie.

Ojciec Gabriel właśnie tak postępuje, jest posłuszny Prawdzie której broni do samego końca, postępuje jak Apostołowie przed sanhedrynem:

27 Przyprowadziwszy ich stawili przed Sanhedrynem, a arcykapłan zapytał: 28 «Zakazaliśmy wam surowo, abyście nie nauczali w to imię, a oto napełniliście Jerozolimę waszą nauką i chcecie ściągnąć na nas krew tego Człowieka?»329 «Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi – odpowiedział Piotr i Apostołowie. Dz 5,27,29

Jest wiernym sługą Kościoła i właśnie wyłącznie dzięki takim ludziom jak on Kościół Katolicki trwa po dziś dzień.

Film „Misja” nasuwa również refleksje bardziej ogólnej natury. Bardzo dużo dzisiaj mówi się o kryzysie. Kryzysie Kościoła w Europie, Polsce, na świecie. Możliwe jednak, że jest dokładnie odwrotnie. Kościół Powszechny przez wieki trwania w historii ludzkiej obrósł jak mchem różnego rodzaju pasożytami. Całkiem możliwe, że właśnie na naszych oczach się z nich otrząsa. Ci dla których był receptą na problemy psychiczne szukają pomocy u psychoanalityków i różnego typu terapeutów, poszukiwacze rozrywki i sensacji mają Hollywood, a żądni władzy i pieniędzy politykę i międzynarodowe korporacje, do Kościoła coraz częściej przychodzą ci, którzy autentycznie szukają Boga. Dla mnie wielką nadzieją i szansą dla Kościoła dzisiaj jest całkowicie wyjątkowy fakt, po raz pierwszy w historii na tronie św.Piotra zasiada Jezuita!

Objawienia Fatimskie ustawowo zatwierdzone czyli o rozdziale Kościoła i państwa.

Jakiś czas temu grupa posłów PiS zgłosiła w Sejmie projekt uchwały w sprawie uczczenia setnej rocznicy objawień fatimskich. Prowokując tym samym kolejną odsłonę w toczącej się od lat dyskusji, jak należy rozumieć konstytucyjną zasadę rozdziału państwa i Kościoła.

Pierwsze pytanie które tu się nasuwa brzmi: czy wierzący politycy mają prawo do publicznej demonstracji swoich przekonań? Każdy katolik nie może mieć tu żadnych wątpliwości. Nie da się być chrześcijaninem od czasu do czasu, w pewnych tylko sytuacjach. Wierzącym jest się zawsze i wszędzie bez wyjątku. Z drugiej jednak strony, zdrowa zasada oddzielenia tego co świeckie i państwowe od duchowości Kościoła wbrew temu co niektórzy mogliby myśleć, ma nie tylko chronić państwo przed zakusami różnych związków wyznaniowych ale również a może nawet przede wszystkim ma chronić Kościół przed dyktaturą państwa.

Warto więc się pochylić nad zagadnieniem nie tyle czy katoliccy posłowie mają prawo do głoszenia Słowa Bożego w Sejmie ale jak powinni to robić. W mojej opinii, pierwszym i kardynalnym błędem tych ludzi jest utopijne założenie, że wiarę katolicką znają i rozumieją w Polsce wszyscy, a jedyny dylemat to czy ją szczerze wyznają czy nie. Nie trzeba zlecać specjalistycznych badań socjologicznych by wiedzieć, że tak nie jest. Wystarczy chociażby porozmawiać ze szkolnymi katechetami by dowiedzieć się, że wiele dzieci z tzw. rodzin katolickich „Zdrowaś Mario” czy „Ojcze nasz ” poznają w szkole! Stan wiedzy na temat religii katolickiej jest w polskim społeczeństwie w dużej części albo niezwykle ubogi albo żaden.

W roku w którym Kościół w Polsce wyznacza nam zadanie „Idźcie i głoście”,  głoszenie Słowa Bożego wszędzie również w parlamencie jest rzeczą piękną i potrzebną należy jednak nową ewangelizację rozpoczynać od samych podstaw wiary, od Kerygmatu, a nie od zagadnień tak trudnych nawet dla samego Kościoła jak objawienia.

Kościół Katolicki w sprawie tzw. objawień prywatnych zaleca daleko idącą ostrożność i delikatność. Wierzymy w jedno prawdziwe i ostateczne Objawienie Jezusa Chrystusa do którego już nic nie można dodać. Tzw. objawienia prywatne nie wnoszą niczego do depozytu wiary czy Magisterium Nauczycielskiego Kościoła. Kościół owszem zaprasza nas by korzystać z nich do pogłębiania naszej religijności ale bynajmniej nie „nakazuje” by w nie wierzyć. Sam fakt wyniesienia objawień fatimskich do rangi państwowej uchwały jak również niektóre sformułowania zawarte w projekcie mogą ludziom nieobeznanym z wiarą katolicką sugerować coś innego. Mogą sprawiać wrażenie, że owe objawienia mają w Kościele rangę dogmatu, a nie znaczenie zupełnie peryferyjne jak jest w istocie.

W treści uzasadniającej potrzebę uchwały w sprawie objawień w Fatimie posłowie używają tytułu Matka Boska czyli potocznej wersji dogmatycznego Matka Boża. Kult maryjny ma w Polsce starą i piękną tradycję i jest jak najbardziej godny propagowania musi on jednak być poprzedzony odpowiednią nauką i zawsze połączony z chrystologią, nauką o Jezusie Chrystusie. W innym przypadku, przymiotnik „boski” ludziom nieobeznanym z naszą wiarą może sugerować, że Kościół Katolicki wyniósł Marię z Nazaretu do rangi bogini, że otacza kultem przynależnym wyłącznie Bogu różne „wersje” tej bogini typu Matka Boska Fatimska, Matka Boska Częstochowska, a artystyczne wytwory materialne jak figurka czy obraz uważa za święte same w sobie.

Natchnienia posłów PiS wynikają jak przypuszczam z pięknych i dobrych intencji, niestety w takiej formie mogą przynieść wyłącznie szkodę samemu Kościołowi. Katolickie nauczanie powinno rozpoczynać się od nauki podstaw wiary. Uchwała „fatimska” nie mając nic wspólnego z zalecanym przez Kościół podejściem pełnym delikatności, może ludzi nieobeznanych z tym nauczaniem skłaniać do wysuwania błędnych i niebezpiecznych wniosków. To mniej więcej tak, jakby posłowie chcący uczyć literatury, uczniom klasy pierwszej szkoły podstawowej zalecali lekturę Ulissesa Jamesa Joyce.

Inne zagrożenie dla Kościoła Katolickiego z mieszania tego co prywatne z tym co oficjalne i państwowe może wypływać z mylnego i niebezpiecznego wrażenia, iż osobiste, prywatne natchnienia religijne takiego czy innego posła to oficjalny głos hierarchii reprezentatywny dla całego Kościoła.

Należy pamiętać, że bezpośrednimi spadkobiercami Tradycji apostolskiej i strażnikami depozytu wiary są w Kościele biskupi. Tylko oni mają prawo reprezentować Kościół oficjalnie. Świeccy, piastujący oficjalne stanowiska państwowe, wypowiadając się w kwestiach wiary publicznie, muszą to robić w sposób pełen pokory i ostrożności, bardzo uważając by ich prywatna, osobista religijność nie została uznana przez jakąś część polskiego społeczeństwa za oficjalny głos Kościoła.

Czy Jezus był dobrym człowiekiem ?

W dzisiejszym świecie, w którym skandal i obrazoburstwo stały się nieodłącznym elementem reklamy i marketingu, a artyści czy producenci tzw. sztuki prześcigają się w tym kto zrobi bardziej obrzydliwy film czy spektakl teatralny, mało rzeczy jest w stanie nas zaszokować.

Zupełnie inaczej sprawy się miały w tradycyjnym społeczeństwie Palestyny dwa tysiące lat temu. Tam sprzeniewierzenie się przyjętym konwenansom czy przepisom Prawa groziło wręcz śmiercią. Z kart Ewangelii dowiadujemy się, że czyny i słowa Jezusa co najmniej kilkakrotnie wywoływały tak wielkie oburzenie w śród pobożnych Żydów, że grożono mu śmiercią.

Przebywanie wśród nierządnic, grzeszników, jadanie z celnikami, łamanie przepisów szabatu, a przede wszystkim przypisywanie sobie bożych atrybutów, jak choćby odpuszczanie grzechów było skandalem nie do pomyślenia ! Obrazą i szczytem bezczelności wymierzonym w ludzi i Boga. Nie trzeba chyba specjalnie nikogo przekonywać, że demolkę na terenie świątyni również dziś uznano by za chuligaństwo. Zresztą wystarczy sobie tylko wyobrazić człowieka biegającego na przykład po Sanktuarium w Licheniu rozwalającego stoiska z pamiątkami ! Bez wątpienia skończyłoby się to wezwaniem policji i aresztowaniem delikwenta.

W związku z tym nasuwa się pytanie czy Jezus był dobrym człowiekiem? Co On sam na ten temat sądził? Tu wielu z nas czeka niemała niespodzianka. W tym konkretnym przypadku Jezus wypowiada się dosłownie i wprost. Dobrze wiemy, że potrafił On zagmatwać sprawę. Niektóre z Jego wypowiedzi po dziś dzień spędzają sen z powiek, zarówno prostym chrześcijanom jak i uczonym w piśmie. Jednakże nie tym razem:

 Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?»  Jezus mu rzekł: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. (Mk 10 17,18)

Jezus, człowiek we wszystkim do nas podobny oprócz grzechy, wiedział doskonale, jak nikt inny, że nasza ograniczona, ludzka zdolność pojmowania, wyklucza możliwość choćby zbliżenia się do istoty dobra. Dobro absolutne czyli prawdziwe jest dla nas ludzi nieosiągalne tak jak nieosiągalny jest Bóg w swoim Absolucie. Tak jak niemożliwe jest policzenie gwiazd na niebie lub ziarenek piasku na plaży morskiej. Pokusa bycia dobrym człowiekiem nigdy w pełni nie zostanie zaspokojona, a podejmowane przez nas próby z góry skazane są na porażkę. Stawianie dobra jako cel nadrzędny w najlepszym razie kończy się tym, że nigdy nic się nie zmienia, a w najgorszym, prowadzi do zbrodni i tragedii.

Hanna Arendt w reportażu o procesie Eichmanna w Jerozolimie, „mordercy zza biurka” pisze o banalności zła. O tym, że hekatomba Holocaustu mogła mieć miejsce wyłącznie dla tego, że wyraziło na nią zgodę wielu dobrych ludzi. Wielkie zło na świecie nie jest wynikiem działań wyłącznie psychopatów, ludzi pozbawionych zasad moralnych, lecz bierz się najczęściej z „dobrych chęci”, z relatywnej definicji pojęcia dobra, z zaniechania.

Dobrzy ludzie wyprodukowali bombę atomową, a następnie kierując się dobrymi intencjami, za jej pomocą uśmiercili setki tysięcy ludzi. Inni dobrzy ludzie palili napalmem wietnamskie wioski, zbudowali Guantanamo i torturowali więźniów. Wywoływali rewolucje, palili kościoły, mordowali księży i tak dalej.

Wbrew temu co niektórzy mogliby sądzić, głośna, oskarowa amerykańska produkcja „Spotlight” wcale nie opowiada o księżach pedofilach, w tym filmie duchowni praktycznie się nie pojawiają. Opowiada o dobrych ludziach, którzy w imię dobra Kościoła tuszują haniebne zbrodnie i poświęcają swoje własne dzieci! W Rwandzie w 1994 roku, dobrzy ludzie, porządni katolicy, wstawali rano, brali maczety i szli mordować swoich sąsiadów, często masakry odbywały się w kościołach, zdarzały się nawet przypadki, że mordowali księża. Takich przykładów można podać wiele.

Czy to oznacza, że na tym padole łez i nieszczęścia pozostaje nam tylko rozpacz i załamywanie rąk, że wszystko to marność nad marnościami i pogoń za wiatrem? Nic nie możemy zrobić?

Owszem możemy. Tyle że odpowiedzią na wszelkie zło tego świata wcale nie jest chęć bycia dobrym człowiekiem! Chrześcijaństwo to nie manicheizm ani walka dobra ze złem, to nie „Gwiezdne Wojny”. Czyż i poganie nie pragną być dobrymi ludźmi? Co nas wierzących w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa  miałoby od nich odróżniać?

Otóż Chrześcijaństwo to miłość.Jezus nie dopuszcza tu żadnych wątpliwości, na pytanie jakie jest najważniejsze przykazanie odpowiada jednoznacznie :

 

36 «Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?» 37 On mu odpowiedział: «Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. 38 To jest największe i pierwsze przykazanie. 39 Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. 40 Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy».(Mt 22 36,40)

Św. Paweł w swoim Hymnie o miłości mówi do nas:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
2 Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
3 I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał. (1 Kor 13 1,3)

Na zakończenie dodając:

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość. (1 Kor 13 13)

Gdyby Jezus miał ambicję być po prostu dobrym człowiekiem nie umarłby na krzyży, swoje życie poświęciłby na robienie cudów, uzdrawianie, może stworzyłby jakąś palestyńską WOŚP i niczego by nie zmienił. Nic by się nie stało, jak zawsze.

Na szczęście dla nas, oparł się tej pokusie, nie poszedł na łatwiznę, kochał ludzi do tego stopnia, że oddał za nas życie. Za wszystkich bez wyjątku. Stało się WSZYSTKO!

Chrześcijaństwo to nie organizacja charytatywna to naśladowanie Jezusa Chrystusa, pójście za nim do samego końca. Ten kto kocha na prawdę, nie skrzywdzi swojego bliźniego, nie pozwoli na jego cierpienia, nie będzie patrzył bezczynnie jak niszczy go głód czy zimno. Nie podniesie na niego ręki, nie ucieszy się z jego nieszczęścia. Nie przyjdzie mu do głowy chęć zemsty czy odwetu. ” I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Gdybyśmy zamiast próbować być dobrzy, kochali na prawdę, na tym świecie nie byłaby potrzebna żadna organizacja charytatywna, żaden przytułek czy jadłodajnia.

W  Wielkim Poście nie módlmy się o to by być lepszymi ludźmi tylko : Zabierz nam serce z kamienia a daj serce z ciała.

 

Milczenie – Silence

W sobotę, w pięknym, klimatycznym kinie Apollo w Poznaniu obejrzałem film Martina Scorsese „Milczenie”. Obraz mocny i trudny w  odbiorze. Myślę, że wiele osób, podobnie jak ja, będzie miało z nim problem. Jak się z tym filmem zmierzyć, jak go ocenić?

Od razu odrzuciłem pokusę interpretacji dzieła na zasadzie : ” co autor chciał powiedzieć”. Uznałem, że jedynym sposobem, by dotrzeć do tego obrazu to subiektywna i bardzo osobista analiza, inaczej się nie da. Ślizganie się tylko po powierzchni może zaprowadzić wyłącznie na manowce, tu trzeba sięgnąć do samej głębi, do istoty tego, czym jest i, tym samym, czym nie jest chrześcijaństwo.

Pozornie ten film to klasyczna teodycea. Sąd nad Panem Bogiem. Skoro Bóg jest wszechmocny, dobry i miłosierny dlaczego dopuszcza zbrodnie w Japonii, Syrii, dlaczego milczał w Auschwitz? Ja na te pytania odpowiedzi nie znam. Nie potrafię na nie odpowiedzieć bo przekraczają zdolność mojego pojmowania.

Cała mądrość od Boga pochodzi,
jest z Nim na wieki.
2 Piasek morski, krople deszczu
i dni wieczności któż może policzyć?
3 Wysokość nieba, szerokość ziemi,
przepaść i mądrość któż potrafi zbadać? (Syr 1, 1 3 )

Kościół uczy mnie, że Bóg sam w sobie jest nieosiągalny, niepojmowalny, a jedynym i wyłącznym pośrednikiem między mną a Nim jest Jezus Chrystus. Jeśli chcę dotrzeć do Boga muszę iść za Chrystusem, a spotkać go mogę nie w idei, abstrakcji, lecz w bliźnim – to jedyna droga.To również jedyny sposób, by odpowiednio zrozumieć film „Milczenie”.

Wbrew temu, co niektórzy mogliby sądzić, chrześcijaństwo to nie jest walka dobra ze złem,  to nie „Gwiezdne Wojny”. Chociażby z tego powodu, że nie przyszło nam żyć w czarno-białym komiksowym świecie. Raczej rzadko mamy tak komfortowe moralnie sytuacje, żeby wybierać między dobrem a złem, na ogół funkcjonujemy w świecie półcieni, sytuacji niejednoznacznych. Co wtedy robić? Czym się kierować?

Główny bohater filmu został postawiony przed dylematem, w którym dobra nie ma w ogóle, nawet tyle, co brudu za paznokciem. Tam nie ma nawet jakiejś karkołomnej możliwości wybory między „mniejszym lub większym złem”. Jezuitę postawiono przed jednym wielkim ZŁEM. Dostał wybór: śmierć pięciu bliźnich w strasznych cierpieniach, lub wyparcie się wiary.

Skoro chrześcijaństwo to nie walka dobra ze złem, to co? Otóż chrześcijaństwo to miłość, do tego jeszcze nie miłość abstrakcyjna, to miłość tu i teraz. Dzisiaj! Jeśli mój bliźni cierpi i umiera w męczarniach, to mam obowiązek zrobić wszystko, by się temu sprzeciwić, absolutnie wszystko i tu nie ma miejsca na strategie, politykę, „mniejsze zło”. Wie o tym doskonale naczelnik japoński, rozumie czym jest, a czym nie jest chrześcijaństwo, perfekcyjnie rozpoznał wroga, z którym walczy. Swoje działanie podporządkował jednemu celowi: wyrwać z Japonii chrześcijaństwo z korzeniami. Aby to osiągnąć nie jest mu potrzebny Jezuita-męczennik tylko ksiądz, który zaparł się swojej wiary. Ostatni duchowny w Japonii!

Właśnie dlatego ów dylemat, przed którym postawiono Jezuitę jest pozorny. Naprawdę nie ma tu żadnego wyboru. Chrześcijanin musi uratować bliźnich, nie może postąpić inaczej, gdyby zaczął kalkulować, stawiać na szali życie braci i los Kościoła, lub swój własny, wybrałby „ewangelię” według Kajfasza :

Wówczas jeden z nich, Kajfasz, który w owym roku był najwyższym kapłanem, rzekł do nich:«Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod rozwagę, że lepiej jest dla was, aby jeden człowiek umarł za lud, niżby miał zginąć cały naród». (J.11 49 – 50)

Wybrałby to, co niektórzy w pozornej trosce o Kościół robią po dziś dzień, na przykład w sprawie strasznej hańby przestępstw seksualnych wśród księży. Zamiatają zbrodnie pod dywan, bo przecież lepiej jest stracić jedno dziecko, niż okryć hańbą cały Lud Boży. Innymi słowy, wybrałby nie miłość, lecz strategię.

Czy chrześcijaństwo to dyplomacja, strategia? Otóż gdyby Jezus kierował się kalkulacją, a nie miłością do mnie, powinien zejść z krzyża! Wystarczy tylko pomyśleć. Zbliżała się Pascha, cały pobożny Izrael ciągnął do Jerozolimy. Gdyby Jezus zszedł z krzyża na Golgocie, nawróciłyby się setki, może tysiące, może nawet wszyscy Żydzi uznaliby: zaiste to jest Mesjasz, skoro nawet śmierć i Rzym pokonał!Lecz on zostawia przestraszoną garstkę uczniów i cierpi do samego końca, umiera w pohańbieniu.

Jezuita z miłości do bliźniego wypiera się samego siebie, godzi na straszną hańbę, na zdradę wszystkiego, w co wierzył, czemu poświęcił całe dorosłe życie, czyli robi dokładnie to, co zrobił dla mnie Jezus! Jest chrześcijaninem do samego końca! Bo być chrześcijaninem to naśladować Jezusa Chrystusa!

Kościół w Japonii traci ostatniego duchownego, tryumf japońskiego naczelnika wydaje się całkowity. Chrześcijaństwo zostaje wyrwane z korzeniami. W końcowych scenach filmu, gdy Jezuita umarł, a jego doczesne szczątki poddano tradycyjnej buddyjskiej ceremonii pogrzebowej, w dłonie starego księdza ktoś włożył mały krzyżyk. Jak jest to wyraźnie podkreślone w filmie, do ciała zmarłego miała dostęp wyłącznie jego japońska żona, więc tylko ona miała sposobność, by tego dokonać. Koniec tego obrazu to tryumf krzyża!

Nie wiem czym się kierowali autorzy tego dzieła, nie wiem czy końcowy efekt to cel zamierzony, czy nie do końca. Wiem, że Martin Scorsese, świadomie lub nie, nakręcił doskonały, chrześcijański film.

 

 

 

Przejdź do paska narzędzi