Zagrożenia dla neofity.

 

Jeśli jesteś w Kościele od zawsze, jest to dla ciebie środowisko naturalne, przyjazne i zrozumiałe. Jeśli jesteś w Kościele gościem, swój katolicyzm traktujesz wyłącznie w kategoriach pójścia na mszę świętą kilka razy do roku, jesteś bezpieczny, żadne wątpliwości ci nie zagrażają. Natomiast jeśli jesteś w Kościele od niedawna i pragniesz dopiero rozpocząć swoją przygodę z wiarą chrześcijańską bez wątpienia będziesz musiał się zmierzyć z wieloma sprawami, które mogą wzbudzać twoje wątpliwości. Piszący te słowa nie raz i nie dwa zastanawiał się – po co mi to było? Byłem sobie szczęśliwym poganinem i na co mi to całe chrześcijaństwo?

W każdej instytucji, organizacji, firmie najbardziej newralgiczną kwestią są zasoby ludzkie, nie inaczej jest w Kościele. Jeśli na przykład do wiary przyprowadziło cię żywe świadectwo jakiejś niezwykle charyzmatycznej postaci, jej postawa, autentyczne podążanie za Jezusem na co dzień, szybko przekonasz się, że jest to wyjątek, a nie reguła. Regułą jest, że Kościół tworzą tacy sami ludzie jak ty, a może nawet w wielu sprawach od ciebie gorsi i teraz musisz sobie zadać pytanie – czego w Kościele szukasz? Co wyszedłeś oglądać na pustyni? Proroka odzianego w skóry? Spektakl, widowisko, sensację? To znajdziesz i bez Kościoła. Jeśli jesteś tu po to, żeby znaleźć nowe przyjaźnie, znajomych, dziewczynę, od razu sobie odpuść, bo szybko się przekonasz, że ludzie w Kościele są tak samo ułomni jak i poza nim. W Kościele poszukuj Jezusa, odkrywaj go i staraj się zaprzyjaźnić właśnie z Nim, jeśli ci się to uda, łaskawszym okiem będziesz spoglądać na słabości zarówno swoje, jak i swoich braci.

Rozpoczynając swoją przygodę z Kościołem Katolickim niezwykle szybko przekonasz się, że jest w nim bardzo mocno zakorzeniony kult świętych. Ty jednak jesteś osobą bardzo racjonalną, na przykład ojciec Pio to dla ciebie mądry facet, którego szanujesz, ale nie czujesz w sobie żadnej potrzeby, żeby otaczać go kultem. Nie interesują cię stygmaty, wizje, uzdrowienia, w ogóle wobec tych tematów jesteś mocno sceptyczny. Mam tu dla ciebie świetną wiadomość – nie musisz. Nie musisz wielbić ojca Pio, nie musisz ekscytować się tajemnicami fatimskimi, objawieniami, cudami i tak dalej, do poznania Jezusa wielu tego potrzebuje, ale nie jest to warunek konieczny. Jeśli nie czujesz się z tymi tematami zbyt komfortowo zwyczajnie sobie odpuść. Kiedy twoja wiara będzie wzrastać, zaczniesz poznawać bogactwo Kościoła i zapewne w końcu trafisz na świętego, z którym się zaprzyjaźnisz i na którego wstawiennictwo będziesz mógł liczyć.

Z szeroko rozumianą mistyką w Kościele wiąże się jeszcze jeden bardzo delikatny temat. Piszący te słowa na przykład po dziś dzień zastanawia się czy św. Faustyna była święta, czy szalona, czy jedno i drugie jednocześnie. Kiedy zaczniesz się angażować w życie Kościoła możesz być absolutnie pewien jednego, prędzej czy później trafisz na ludzi, których zdrowie psychiczne będzie budzić twoje wątpliwości. Każda religia przyciąga jak magnes osoby z problemami na tle umysłowym, niestety w Kościele Katolickim występuje ciągle problem z podejściem do takich ludzi. Kiedy kogoś boli ząb raczej nie będzie modlił się o uzdrowienie i czekał na interwencję Boga w sposób cudowny, tylko wybierze się do dentysty. Niestety ten racjonalny sposób zdaje się nie działać w przypadku chorób umysłowych. Liczne grono wierzących ludzi z takimi problemami będzie utrzymywać w przekonaniu, że najlepszym dla nich rozwiązaniem będą egzorcyzmy i nakładanie rąk. Kiedy natrafisz na chorych święcie przekonanych, że są opętani, jeśli akurat nie jesteś psychiatrą raczej nie staraj się ich za wszelką cenę przekonywać do zgłoszenia się do specjalisty, nic nie wskórasz. Po prostu traktuj ich z delikatnością i miłością, i przyjmij, że w Kościele Powszechnym jest miejsce dla każdego, może oni w swoim szaleństwie są o wiele bliżej Boga niż ci tak zwanie normalni? Kto wie?

Mierząc się z tematem opętań i egzorcyzmów bez wątpienia trafisz na mocno rozpowszechniony w Kościele Katolickim pogląd, że przedmioty, które do tej pory budziły w tobie wyłącznie dobre skojarzenia w swojej istocie są demoniczne i służą Szatanowi.

Irlandia przyjęła chrześcijaństwo w V w. n.e., pięćset lat wcześniej niż Polska. W czasach, gdy na ziemiach, na których obecnie żyjemy jeszcze nikt o Jezusie nie słyszał na zielonej wyspie chrześcijaństwo kwitło i promieniowało na całą Europę. Gdy zwiedzałeś ten kraj widziałeś ogromną ilość kamiennych celtyckich krzyży świadczących o pięknej, starej tradycji celtyckiego chrześcijaństwa. Słyszysz jednak, że owe krzyże to coś złego i demonicznego, że w swej istocie służą Szatanowi i nie możesz tego pojąć. Wydaje ci się to nie tylko zwyczajnie głupie, ale wręcz heretyckie.

Pacyfka, którą nosiłeś z dumą w latach młodości i którą ciągle trzymasz w szufladzie przez sentyment do starych czasów też jest szatańskim atrybutem. Ruch, który ona symbolizuje to głośny sprzeciw przeciw wojnie, zbrojeniom, rozwiązywaniu kryzysów politycznych za pomocą karabinów i bomb. Słuszny sprzeciw, którego ci brakuje w wielu środowiskach określających się jako katolickie, i nie wiesz jak masz postąpić. Co robić?

Możesz oczywiście powyrzucać żonie wszystkie jej drzewka szczęścia. Możesz pod groźbą rozwodu zabronić jej chodzić na tak lubiane przez nią ćwiczenia jogi. Możesz wywalić do śmieci kubek ze swoim znakiem zodiaku, w którym co rano pijesz kawę i który dostałeś od krewnych na urodziny i przewrócić dom do góry nogami w poszukiwaniu innych atrybutów Szatana. Jasne że możesz, choć zapewne poza kryzysem małżeńskim niczego nie osiągniesz. Co więc robić? Podążaj za Jezusem, wsłuchaj się w jego naukę i swoje sumienie, i tak najpewniej odkryjesz co w tobie jest zagrożeniem duchowym, jakie słabości, nawyki, nałogi czynią cię podatnym na wpływ demona. Dopiero wtedy będziesz mógł podjąć skuteczną walkę.

W Kościele Katolickim od zawsze trwa nieustanne zmaganie między ortodoksją i herezją, jest to element stale w nim obecny. Co gorsze, granica między jednym a drugim nie jest oczywista i pewnie widoczna niczym chiński mur, kiedy dopiero rozpoczynasz swoją przygodę z wiarą. Po prostu trzymaj się Jezusa. To On jest Prawdą, Drogą i Życiem. Dopiero kiedy lepiej poznasz przeogromne bogactwo Kościoła będziesz mógł zdecydować, które charyzmaty i ruchy w nim obecne są dla ciebie.

Szymon z Cyreny

Szymon z Cyreny to postać, która niezbyt mocno interesuje badaczy chrześcijaństwa. Nie znajdziemy na jego temat opasłych tomów opracowań historycznych, czy teologicznych. Jest traktowany raczej jako niezbyt istotny epizod w rozważaniach na temat naszej wiary. Czy aby na pewno słusznie? Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, możemy zacząć nasze rozważanie od zadania sobie dwóch innych kluczowych pytań. Oba są nieco przewrotne, i brzmią: Czego nie ma w Ewangeliach?; Czym nie jest chrześcijaństwo?

Odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: Ewangeliści nie piszą o bardzo wielu sprawach, które dla chrześcijan mogłyby być interesujące. Nie dowiemy się od nich zupełnie nic o św. Józefie, o jego życiu, czy śmierci. Bardo skąpe informacje docierają do nas gdy chodzi o Maryję. Zupełnie nic nie wiemy o dzieciństwie i młodości Jezusa. Na temat apostołów, poza imionami, też niewiele znajdziemy w Nowym Testamencie. Czy wynikło to z niechlujstwa kronikarzy? Czy świadczy to o ich słabej znajomości tematu? Bynajmniej, jest to zabieg zupełnie celowy. Ewangeliści nie pisali jakiejś tam historii, pisali o Dobrej Nowinie, to był ich cel główny. Właśnie dlatego starali się, żeby ich przesłanie było jak najczystsze. Zrezygnowali z mało istotnych faktów, dygresji, zbędnych upiększeń i elokwencji na rzecz klarowności przekazu. Pisali wyłącznie o tym, co jest istotne.

Postać Szymona z Cyreny pojawia się w trzech z czterech Ewangelii. Piszą o nim zgodnie trzej synoptycy. Dla porównania: Dobry Łotr jest wymieniony tylko przez jednego z nich, Łukasza i to bez imienia. Tradycja, która przypisuje mu imię Dyzma pochodzi z pism apokryficznych, o wiele później powstałych w czasie, niż Ewangelie kanoniczne. Człowiek, który został przymuszony do dźwigania krzyża Jezusa, nie jest wspomniany jako jakiś tam przechodzień, jest to bardzo konkretna, rozpoznawalna, znana z imienia postać. Szymon z Cyreny, ojciec Aleksandra i Rufusa. O czym to świadczy? O tym, że była to osoba dobrze znana młodemu Kościołowi i na tyle ważna, by pamięć o nim się zachowała. Pamięć, która dzięki Ewangelistom przetrwała po dziś dzień.

Męka, śmierć i Zmartwychwstanie Jezusa to zagadnienia absolutnie kluczowe dla naszej wiary, gdyby nie to, byłaby ona daremna. Trzej z czterech Ewangelistów w centrum tych wydarzeń umieszczają Szymona z Cyreny. Dlaczego? Dlaczego nie pominęli tego faktu traktując go jako nieistotny epizod?

Wróćmy do drugiego pytania: Czym nie jest chrześcijaństwo? Otóż bez wątpienia chrześcijaństwo nie jest odpowiedzią na wszystkie pytania nurtujące człowieka od zawsze. Nie odpowiada nam na przykład na pytanie: skąd się wzięło zło? Pewnie wiele osób uzna te słowa za skandal. Jak to nie wiadomo? Zło jest konsekwencją grzechy pierworodnego, jest to jasne i oczywiste. Będą mieli rację, ale tylko w tym znaczeniu, że wiemy jak zło dotknęło człowieka, lecz nie wiemy nic o jego istocie. Skąd i dlaczego się wzięło w ogóle? Zło jako takie. Aby to dobrze zrozumieć należy się cofnąć do Księgi Rodzaju, w pierwszym opisie Stworzenia zła nie ma. Szóstego dnia Bóg spojrzał na swoje dzieło i stwierdził, że wszystko co stworzył było dobre. Innymi słowy jeszcze wtedy zła nie było, ale w drugim opisie zło już jest. Jest przed Adamem i Ewą, czyli pierwsi ludzie na świecie go nie wygenerowali, nie uaktywnili, ono już było przed nimi jako fakt. Co więcej, był już Zły, to przecież Szatan namówił pierwszych ludzi, by sprzeciwili się Bogu. Między pierwszym a drugim opisem Stworzenia zachodzi tajemnica. Coś co dla nas ludzi jest całkowicie niepojęte. Nie możemy przecież nawet, chcąc być w pełni konsekwentni, stwierdzić, że zło stworzył Bóg. Jak byt nieskończenie dobry może chcieć stworzyć zło? Po co miałby to robić? Bo mu się nudziło? Bo był ciekaw jako to będzie? Dla własnej rozrywki? Nieskończone Dobro stwarza absolutne zło? To paradoks, absurd, głupota. Skoro jednak to nie Bóg stworzył zło, to kto? Czy oprócz Boga istnieje jeszcze jakiś inny równy mu byt? Taki wniosek to herezja, zaprzeczenie wszystkiego w co wierzymy. To może Bóg nie chciał zła stwarzać, ale poczuł się do tego zmuszony? To by oznaczało, że nie jest wszechmocny, że nawet On ma jakieś ograniczenia, czyli znowu herezja! Otóż wszelkie próby wytłumaczenia istoty zła na drodze rozumowej muszą zaprowadzić nas albo do stwierdzeń niezgodnych z prawdami wiary, albo do paradoksu. Istota zła jest dla nas czymś absolutnie nie pojmowalnym.

Tym samym dochodzimy do sedna naszych rozważań, do Szymona z Cyreny. Człowieka, na którego drodze pojawia się zło absolutne. Niewinny Jezus jest męczony i prowadzony na haniebną śmierć. Szymon nie chce w tym uczestniczyć, to nie jego sprawa. On chce tylko wrócić z pola do domu. Do niesienia krzyża zmuszają go rzymscy żołnierze.

W naszym życiu też czasami tak jest, że na naszej drodze pojawia się zło absolutne, nieprzewidziane, przypadkowe, niezasłużone, zło którego ani nie rozumiemy, ani się na nie nie godzimy. Postać Szymona z Cyreny to dar dla nas od Boga, przez który nam mówi: wystarczy, że będziesz taki jak on. Nie jestem Bogiem okrutnym, nie wymagam od ciebie, byś mi dziękował za zło, które stanęło na twojej drodze. Nie musisz w masochistycznych udrękach mnie za to wielbić. Masz prawo czuć się zmuszonym. Masz prawo tego nie chcieć. Nie rozumieć. Masz prawo to przeklinać!

Szymon z Cyreny postawiony w centralnym punkcie Męki Pańskiej to dla nas ukojenie. Balsam dla naszej duszy udręczonej wyrzutami sumienia: jak mam dziękować Bogu za śmierć swojego dziecka? – pyta w rozpaczy matka. Jak mam dziękować za chorobę nowotworową? Za zdeformowanego noworodka? Za wszystkie niezawinione przez nas nieszczęścia? Ból, wojnę, głód i śmierć w męczarniach bliskich? Jak za to dziękować? Nie dziękuj, bądź jak Szymon z Cyreny, weź swój krzyż i idź za Jezusem, choć czujesz się do tego zmuszony, choć tego nie chcesz. To wystarczy!

 

 

 

Prostujcie drogę Pańską !

Jezus zapytał Piotra, a ty, za kogo mnie uważasz? Odpowiedział mu: Tyś jest epifanią eschatologiczną, która żywi ontologiczną intencjonalność naszych relacji podświadomych i interpersonalnych. –  Jezus: Jak? Jak? (Jose H. Prado Flores)

Wielu z nas, ludzi Kościoła, ma tendencję do komplikowania rzeczy najprostszych. Nie jest od tego wolny również piszący te słowa. Jan Chrzciciel woła do nas o opamiętanie. Nasza wiara jest bardzo prosta, można ją streścić dosłownie w kilku zdaniach, natomiast życie nią na co dzień jest tak trudne, że niemal niemożliwe. Jednakże to „niemożliwe” niejednemu się udało. Aby udało się i nam musimy powrócić do prostoty. Zastanowić się, czy nasza religijność nie zasłania nam tego co najważniejsze.

Wielu w Kościele fascynuje się demonami. Potrafią doskonale opowiedzieć o upadku Szatana, jego armii, imionach upadłych aniołów. Walkę z Szatanem przedstawiają z rozmachem, którego nie powstydziliby się spece z Hollywood. Uwielbiają słuchać opowieści egzorcystów, tych prawdziwych i niestety również tych, którzy zgody Kościoła na taką działalność nie posiadają. Szatana widzą w zabawkach dla dzieci, kreskówkach, maskotkach, zawieszkach na szyję i wielu innych przedmiotach, a nie dostrzegają jego działania w realnym życiu na co dzień. Czyniąc z Kościoła Katolickiego demonologię pewnie nie do końca świadomie nadają Szatanowi znaczenie równe Bogu.

Inni skręcają w mistykę. Święci nie są dla nich przykładem wiary najprostszej z możliwych, tylko właśnie odwrotnie, fascynacje wywołują cuda, stygmaty, objawienia. Niezwykłe wydarzenia z życia świętych stawiają w centrum wiary, jakby zapominali o tym, że Objawienie Jezusa Chrystusa było jedno, pełne i wystarczające. Cuda, jakie mają miejsce za wstawiennictwem takiego czy innego świętego mają nas umacniać w wierze, a nie coś do tej wiary dodawać.

Jan zwraca nam na to uwagę. Prostujcie ścieżki, wróćcie do prostoty wiary. Miejcie tak za tak, nie za nie. Chrześcijaństwo to podążanie za Jezusem. On jest centrum tej wiary. Chrześcijaństwo to miłość braci zjednoczonych we wspólnocie Kościoła, często o tym zapominamy. Zapatrzeni w niuanse, tematy mało istotne, dyskutujący nad sprawami drugorzędnymi, tracimy z oczu żyjącego obok nas bliźniego. Często w naszym zaangażowaniu religijnym postępujemy tak, jakbyśmy chcieli zbawić się sami. Gdyby to było możliwe, czy Jego śmierć na krzyżu byłaby potrzebna? Czyż samo wypełnianie przykazań by nie wystarczyło?

Mój sposób na modlitwę.

Tagi

Najbardziej lubię modlić się w kościele, może wielu wyda się to stwierdzenie truizmem i banałem, ale dla mnie tak nie jest, ponieważ odkryłem to miejsce dla siebie stosunkowo niedawno. Przez długi czas uważałem się za człowieka niewierzącego. Nie byłem wrogiem Pana Boga, czy na niego obrażonym, po prostu odszedłem z Kościoła „po angielsku”, nie czułem w sobie potrzeby wiary. Budynek kościoła omijałem szerokim łukiem, a jeśli już z jakieś okazji trafiłem na Mszę, była to dla mnie godzina nudy i męki.

Do wiary przywróciła mnie moja ukochana żona. Warto to podkreślić, bo na tym przykładzie widać wyraźnie jak ważna jest w głoszeniu Dobrej Nowiny postawa świeckich, taka na co dzień, nieudawana. Do takiego człowieka jakim byłem kiedyś duchowni nie byli w stanie dotrzeć, bo najzwyczajniej w świecie tam gdzie byli oni, nie było mnie. Nie mogły mnie zachwycić ani cudowna homilia, ani przepiękne rekolekcje, ani nawet najbardziej charyzmatyczny kaznodzieja. To co przywróciło mnie do Kościoła, to świadectwo żywej wiary mojej żony. Spotkałem Jezusa w swojej żonie, dla mnie to ona była i jest cały czas tą solą, która mnie posoliła. Odkryła dla mnie Eucharystię, zacząłem pierwszy raz w życiu słuchać, poddawać się rytmowi Liturgii, czynnie uczestniczyć w nabożeństwie, a to sprawiło, że przestał to być dla mnie czas nudy, a stał się czasem wytchnienia. Teraz na Mszy świętej odpoczywam. Właśnie tak, odrywam się od codziennych trosk i zmagań, i odczuwam spokój i wytchnienie. Kiedy idziemy razem świętować Noc Paschalną w naszej kochanej parafii na poznańskim Górczynie, kilka godzin wspaniałego misterium upływa mi momentalnie, tak szybko, że zawsze jestem zdziwiony – co już koniec?

Niestety, jako człowiekowi niezwykle zabieganemu, rzadko udaje mi się być na Mszy świętej w tygodniu. Modlę się najczęściej wracając z pracy. Wtedy gadamy sobie z Panem Bogiem zupełnie szczerze, bez ściemniania. Przecież trzeba być skończonym idiotą, żeby okłamywać Tego, który wie wszystko. Oczywiście, że są chwile zwątpienia, czas, w którym moje sumienie wykrzykuje mi: nie jesteś chrześcijaninem, jesteś takim samym poganinem jak wcześniej, to co robisz, jak się zachowujesz, jaki jesteś w pracy, to czyste pogaństwo! Wtedy nie ma już miejsca na dyplomację, nie ma miejsca na : no tak ale … . W tych chwilach kryzysu nie czas na negocjacje, wtedy pozwalam sobie na bezsilność, na ukorzenie się. Wtedy już tylko wołam: Jezusie synu Dawida pomóż mi! Jezusie synu Dawida ratuj mnie, bo sam nic nie mogę. Sam nie dam rady, jestem słaby i ułomny, i bez Twoje pomocy upadnę i nie powstanę !

Kiedy powróciłem do wiary stwierdziłem z wielkim zażenowaniem, że nie znam zupełnie Pisma Świętego. Postanowiłem to więc jak najszybciej nadrobić. Dzięki temu odkryłem, że lektura Biblii może być wspaniałą modlitwą, że Pismo nie jest monologiem Boga tylko przeciwnie, jest to Jego dialog ze mną.Czytając wersety Starego i Nowego Testamentu wiem, że mi odpowiada i to konkretnie, że to nie jest jakaś tam abstrakcja tylko prawda na moje życie! Jeśli kochany bracie i siostro masz problem z modlitwą, zacznij czytać Pismo Święte, będziesz zaskoczony jego mocą, sprawdzone w praktyce!

 

Marana Tha !

W komercyjnym świecie nie ma miejsca na adwent.Zaraz jak znikną z naszych sklepów znicze, chryzantemy i dynie, zapełniają je choinki i Mikołaje. Każdy handlowiec wie doskonale, że w biznesie nie ma miejsca na Czas Ostateczny. Skoro wszystko ma się za chwilę skończyć po co kupować, brać kredyty, inwestować, zarabiać? W ludziach należy podtrzymywać przekonanie, że są nieśmiertelni, wiecznie młodzi, zdrowi i zdolni do pracy, że od kiedy mamy już w Polsce kapitalizm i demokrację będzie wyłącznie lepiej. Można a nawet trzeba dyskutować o świętości Matki Bożej, o tym czy płeć jest nam dana z natury czy to kwestia kultury i wychowania czy w ogóle jest nam potrzebny do szczęścia Bóg bylebyśmy tylko nie podważali niezachwianej wiary w kapitalizm i demokrację, gwarantów wiecznej szczęśliwości człowieka Zachodu.

Jako chrześcijanie wyznajemy, że Pan przyjdzie u kresu czasu, odłączy plewy od ziarna i rzuci je w niegasnący ogień piekła. De facto jednak nie wierzymy w to co wierzymy. Opowieści o paruzji, wiecznej chwale w Niebie lub potępieniu traktujemy z przymrużeniem oczu, że owszem tak jest powiedziane ale to się nie wydarzy za naszego życia, za życia naszych dzieci. Czekamy żeby On przyszedł ale tak na niby. W stajence, na sianku, przy choince i prezentach jako figurka z gipsu.

Tymczasem Adwent mówi nam zupełnie coś innego: „uważaj żebyś się nie zdziwił!”. Pan przyjdzie jak złodziej w nocy, a ta noc może być DZISIAJ! Adwent to klasyczne memento mori, to eschatologia. Dzisiaj w Kościele mówi się, że adwent to czas radosnego oczekiwania i jest to oczywiście prawda, tyle że radość niekoniecznie musi oznaczać: „być w głupkowatym nastroju” rodem z Facebooka. Adwent to wiara młodego Kościoła, że ostatni dzień życia tu na ziemi to pierwszy dzień życia wiecznego. To wiara pierwszych gmin chrześcijańskich: że umrzeć będzie mi lepiej. To szczera modlitwa: Przyjdź, Panie Jezu! Marana Tha!

Definicja adwentu to proste pytanie: czy wierzę w to co wyznaję? Czy faktycznie jestem przygotowany na przyjście Pana? Czy jestem pewien, że tego chcę? To ostrzeżenie proroka Amosa skierowane do nas wszystkich:

18 Biada oczekującym dnia Pańskiego.
Cóż wam po dniu Pańskim?
On jest ciemnością a nie światłem6.
19 Jakby uciekał człowiek przed lwem,
a trafił na niedźwiedzia;
jakby skrył się do domu i oparł się ręką o ścianę,
a ukąsił go wąż.(Am.5,18-19)

Madonna. Kobieta z krwi i kości.

Dzieło sztuki można interpretować na dwa sposoby. Pierwszy z nich to dogłębna analiza przeprowadzona na podstawie merytorycznych danych, takich jak: epoka, w której działał twórca, jej obyczajowość, mentalność, prądy w sztuce jakie wówczas obowiązywały, środowisko, w którym się obracał twórca, jego stan psychiczny, materiał i techniki, w których tworzył i tak dalej. Jest to opcja profesjonalna, na skutek swojej złożoności i wymagającej specjalistycznej wiedzy z wielu dziedzin przydatna głównie historykom sztuki i znawcom tematu. Dla przeciętnego odbiorcy jest to sposób raczej niedostępny, gdyż większość z nas taką rozbudowaną wiedzą nie dysponuje.

Dla zwykłego laika, którego zachwyci jakieś dzieło sztuki polecany jest drugi sposób. Wystarczy stanąć naprzeciw dzieła i rozważyć co ono mówi do mnie, nie ma od razu potrzeby zgadywać co autor chciał powiedzieć przez … . Wystarczy, że wiem co mnie w nim zachwyca, porusza lub gorszy.

Co widzę na obrazie Edwarda Muncha „Madonna”? Widzę piękną, nagą, młodą kobietę w ekstazie uniesienia. Właśnie się dowiedziała, że zostanie matką. Po pierwszym szoku dociera do niej co właściwie się stało. Jakie wielkie rzeczy uczynił jej Wszechmogący! Od tej chwili błogosławić ją będą wszystkie pokolenia ziemi. Będzie matką Pana! Czy może dziwić, że jej uniesienie, ekstaza są pełne?  Jest nową Ewą, co w tym dziwnego, że jest naga? Czyż Ewa w Raju była ubrana? Jej ciało właśnie stało się świątynią, pod jej sercem będzie rozwijał się Król. Ciąża to kwintesencja cielesności. Przecież nie będzie trzymać zarodka w pudełku, czy pod poduszką. To w jej ciele będzie kwitnąć, pęcznieć, rozwijać się Życie. Z dziewczyny właśnie staje się kobietą. Cóż w tym dziwnego, że jest zachwycona swoją cielesnością? Jej ciało właśnie stało się najwspanialszą na świecie fabryką życia.

Maria jest kobietą bez grzechu, aby to dobrze zrozumieć musimy odpowiedzieć sobie czym tak naprawdę jest grzech. Grzech to zejście z właściwej drogi, manowce, upadek. Szatanowi wcale nie zależy na tym byśmy popełnili taki czy inny czyn, zależy mu na tym byśmy po upadku już się nie podnieśli. Kiedy wyzbywamy się grzechu wracamy  na dobrą, prawidłową drogę,wracamy do normalności. Innymi słowy mówiąc, wbrew temu co niekiedy myślimy, to właśnie Maria była normalna, a my w stanie grzechu  jesteśmy wynaturzeniem, nie odwrotnie. Podobnie było z Ewą w Raju, zanim zgrzeszyła była normalna, taką stworzył ją Bóg. Nienormalność, wynaturzenie to owoc grzechu. Gdy była bez grzechu, jej nagość nie była problemem, stała się problemem dopiero wtedy, gdy na ciało spojrzeli ona i Adam poprzez pryzmat grzechu.

Co to oznacz w praktyce? Zastanówmy się w jaki sposób patrzymy na przykład na dziewczynę idącą w letni dzień po ulicy naszego miasta w sukience, która więcej odsłania niż przykrywa. Czy widzimy piękno stworzenia, chwalimy Boga za cud natury, za to jak nas obdarowuje każdego dnia? Dziękujemy mu za stworzenie takiego piękna czy widzimy rozwiązłą ladacznicę i dziwkę. Nie znamy jej, nic o niej nie wiemy, o jej charakterze, sposobie bycia, stylu życia, nie wiemy nic. To jak ją widzimy świadczy o naszym wnętrzu, nie jej, o tym co my mamy w duszy, nie ona. To jak na nią patrzymy świadczy o tym, czy nosimy w sobie miłość do Boga i jego dzieła, czy może raczej zgniliznę, obrzydliwości, pornografię. Bóg nas stworzył nagimi i stwierdził, że to jest dobre. To pryzmat grzechu każe nam widzieć w nagim ciele kobiety rozwiązłość i zgniliznę wynaturzenia.

Ktoś pewnie pomyśli sobie: po cóż te wszystkie dywagacje? Czemu ma służyć ta pożal się Boże teologia? Temu, by bezkarnie móc patrzeć na nagie piersi? Otóż jest to fundamentalna kwestia społeczna. Jakiś czas temu w Polsce miała miejsce okrutna zbrodnia: młoda kobieta po udaniu się do mieszkania jakiegoś mężczyzny została tam zniewolona, przetrzymywana wbrew własnej woli kilka dni, gwałcona i torturowana. Równie przerażające jak samo wydarzenie  były komentarze znacznej części polskiego społeczeństwa po nagłośnieniu tej sprawy. Wiele osób mówiło, że owa kobieta sama sobie była winna, że to głupota ją zgubiła, że nie ma w tym nic dziwnego – w końcu sama poszła do tego mieszkania. Odpowiedzialność za zbrodnie zdjęto z katów i przeniesiono na ofiarę. Reakcja wcale nie była czymś zaskakującym, często gdy mowa o gwałcie pojawiają się w Polsce dywagacje: czy przypadkiem ofiara sama nie była sobie winna, może prowokowała, może źle się odezwała lub za bardzo uśmiechnęła, może prowokacyjnie ubrała?

Jakby życiem kobiety w tym kraju miały rządzić strach, czujność, nierzucanie się w oczy byle przypadkiem nie sprowokować ataku, byle nie dać pretekstu do przemocy. Jakby mężczyzna w tym kraju miał być panem i władcą mającym prawo oceniać, czy przypadkiem nie został sprowokowany do przemocy wobec kobiet. Myślisz sobie, że to przesada, że to wnioski zbyt daleko idące? W takim razie zrób sobie test: jeszcze raz zobacz obraz Edwarda Muncha i zarejestruj swoją pierwszą reakcję, jakie uczucie wywołuje w tobie widok nagiej Madonny – zachwyt czy agresję? Kontynuuj czytanie

Nierządnica Historia !

Każde pokolenie pisze swoją historię. Średniowieczni kronikarze pisali na zamówienie władcy i oczywiście czyny jego i jego rodu opisywali wyłącznie w jasnych barwach. Dziewiętnastowieczna historiografia to historia ku pokrzepieniu serc. W PRL-u wiadomo, nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Jednakże to co niektórzy robią z historią dzisiaj jest skandalem nie do przyjęcia.

Kreowanie tezy, że dokładnie wszystko co wiąże się z PRL-em to hańba i zdrada narodowa, a jedyni bohaterowie z tych czasów to „żołnierze wyklęci” i garstka nieugiętych przedstawia miliony polaków którzy próbowali żyć normalnie w nienormalnym systemie jako wyłącznie godnych pogardy.

Opowiem tu jedną historię z wielu z tamtych strasznych czasów. Jest mi bardzo bliska bo opowiada o moim dziadku. W 1939 trafił w głąb Rosji. Z armią gen.Andersa przewędrował pół świata by w końcu walczyć pod Monte Casino. Koniec wojny zastał go w Anglii. Miał do wyboru trzy opcje: zostać na emigracji, wrócić do kraju i próbować walczyć dalej lub powrócić do żony i dziecka i starać się żyć. Wybrał ostatnią opcję, jako że był kierowcą, jeździł karetką pogotowia i budował odradzającą się peerelowską służbę zdrowia. Był wspaniałym, dobrym człowiekiem, katolikiem, cenionym pracownikiem. Na jego pogrzebie dwie karetki pogotowia z błyskającymi światłami odprowadzały go w jego ostatniej podróży na tym świecie. Nigdy nie należał do PZPR ani innej organizacji. Oczywiście nie miał prawa być dumnym kombatantem bo służył w niewłaściwej armii. Po nie właściwej stronie. Takich historii było wiele, ludzie po latach najstraszniejszej wojny w dziejach ludzkości, nie chcieli dalej walczyć, nie potrzebowali wojny domowej. Potrzebowali Polski wreszcie spokojnej, potrzebowali pokoju.

Ci wszyscy którzy teraz taką postawę nazywają zdradą narodową jakby pluli na grób mojego dziadka. Przez cały PRL gardzono jego bohaterstwem, walką o wolną Polskę bo walczył u boku Andersa, a teraz wolna Polska pluje na swoich bohaterów bo wybrali zamiast gruzów i wojny domowej życie i budowanie.

My dzieci PRL-u uczyliśmy się w komunistycznych szkołach, z komunistycznych podręczników, uczyli nas komunistyczni nauczyciele, leczyli komunistyczni lekarze, rozrywki dostarczała nam komunistyczna telewizja, nota bene stojąca na o niebo wyższym poziomie intelektualnym niż teraz. Czy jakikolwiek dzisiejszy kabaret jest wstanie choć zbliżyć się do kunsztu „Kabaretu Starszych Panów”? Robiliśmy wszystko by żyć normalnie w nienormalnym systemie. Czy wszyscy ci stawiający pomniki 'żołnierzom wyklętym” i zacierający wszelkie pozostałości PRL-u sugerują, że jedyną godną postawą tamtych czasów było wzajemnie się pozabijać?

To nie jest nostalgiczna podróż sentymentalna do lat młodości wychwalająca upadły system, tylko stwierdzenie prostego, logicznego faktu: wszystko co teraz mamy, jacy jesteśmy, z naszymi wadami i zaletami zawdzięczamy budowniczym PRL-u. Ludziom złym i dobrym, przyzwoitym i nieprzyzwoitym, we wszelkich odcieniach szarości i kolorów tęczy. Czarno biały świat istnieje wyłącznie w urojonych umysłach takich czy innych wichrzycieli.

Jakiś mądrala wpadł na pomysł zburzenia Pałacu Kultury i Nauki. W 1994 w Rwandzie doszło do ludobójstwa, wiele masakr dokonano w budynkach kościelnych. Ludzie byli mordowani maczetami, paleni żywcem, rozrywani na kawałki, gwałceni, czy zawiniły budynki,czy nie powinny zapaść się ze wstydu i hańby pod ziemię, czy nie powinny się pozapadać im dachu grzebiąc katów i dając wytchnienie ofiarom? Czy winne są kościoły, szpitale, stadiony wszystkie budowle, niemi świadkowie strasznych zbrodni?

Możemy zburzyć PKiN, możemy zburzyć wszystkie budynki powstałe w PRL-u, zmienić nazwy ulic, rozbić wszystkie wstydliwe pomniki ale cień PRL-u który my dzieci tego systemu nosimy w sobie i tak w nas pozostanie. Czy to się komuś podoba czy nie!

 

 

Polska podzielona !

W publicznej dyskusji co jakiś czas pojawia się teza o głębokim podziale polskiego społeczeństwa. Generalnie trudno się z nią nie zgodzić. Nasuwa się jednak pytanie, po co ją stawiać? Czemu to ma służyć? Polskie społeczeństwo podzielone było zawsze.

Pierwsza Rzeczypospolita to był konglomerat narodów, grup etnicznych, kultur, religii i tak dalej. Oczywiście stwierdzenie, że wszyscy żyli w pięknej zgodzie i tolerancji jest mitem. Rażącym dowodem na to są zaognione stosunki między Polakami, Litwinami czy Ukraińcami po dziś dzień. Ci wszyscy którzy nawołują Ukrainę do przeproszenia za ludobójstwo na Wołyniu, nie chcą pamiętać, że nie wzięło się ono znikąd, lecz było wynikiem traktowania wschodnich rubieży Rzeczypospolitej przez polską szlachtę jak kolonię. Tak jak zachodnie mocarstwa traktowały swoje nabytki na innych kontynentach, my traktowaliśmy kresy. Wieki tyrańskiej niesprawiedliwości powodowały, że autochtoniczna ludność mieszkająca na tych terenach, panów Polaków kochać za co nie miała. Oczywiście nie jest to głos usprawiedliwiający ludobójstwo, a jedynie stwierdzenie, że kiedy oczekujemy od  braci Ukraińców bicia się w piersi, sami powinniśmy równie mocno się przed nimi ukorzyć i prosić o wybaczenie.

Drugim koronnym dowodem na głęboki podział Pierwszej Rzeczypospolitej był jej smutny koniec. Rozbiory nie były wyłącznie wynikiem knowań naszych sąsiadów ale przede wszystkim to my sami zgotowaliśmy sobie nieszczęście sobiepaństwem, egoizmem, kłótniami i zdradami.

Piękne opowieści o tym jak to Polacy potrafią się zjednoczyć w obliczu nieszczęścia są bardziej pobożnym życzeniem niż faktem. Nie mówiliśmy jednym głosem za czasów solidarności ani tym bardziej podczas drugiej wojny światowej. Nie mówimy i teraz. Teza jakoby było to zjawisko nowe jest czystym absurdem. Po co więc ten lament?

Sporo z tych, którzy głoszą to straszne rozdarcie Polski na dwie połowy mają na myśli, że to ci drudzy nie chcą myśleć tak jak oni, nie potrafią zrozumieć jak się mylą i jak są w błędzie. Dlaczego tak robią? Bo ci drudzy są głupi, tępi, niewykształceni, nic nie czytają, nie mają szerszych horyzontów, interesuje ich wyłącznie wódka i kiełbasa. Polska zjednoczy się w tedy, kiedy ci drudzy wreszcie dostrzegą, że chodzą z klapkami na oczach, nawrócą się i zaczną myśleć tak jak ci pierwsi – mądrzy i oświeceni. Cały problem w tym, że w takim klimacie, kiedy wzajemnie  obrzucamy się błotem – ciężko o dialog. Trudno się rozmawia,kiedy za punkt wyjścia przyjmuje się, że adwersarz to ciemny kmiotek i idiota.

Czy oznacza to, że stoimy w obliczu wojny domowej i nieuchronnej klęski? Niekoniecznie, Polacy to społeczeństwo dorobkiewiczów, ma to swoje złe strony i dobre. Złe: bo ciągle dominuje u nas kult cwaniaka i kombinatora, a dobre jest to, że niezwykle mocno cenimy sobie to co udało już nam się zgromadzić. Pielęgnujemy to, staramy się pomnażać i zachować dla kolejnego pokolenia. Ma to wartość stabilizującą. Polacy zdecydowanie nie lubią rewolucji, nie jesteśmy społeczeństwem szczególnie frondującym. Owszem, są tacy, którym marzy się jakiś polski Majdan ale sami Polacy ich nie słuchają, nawet jeśli uda się temu i owemu wyprowadzić ich na ulicę to są to demonstracje zdecydowanie spokojne. Nie znaczą ich podpalone samochody, powybijane szyby w sklepach czy walki z policją na szeroką skalę. Zbyt dobrze wiemy jak ciężko i długo trzeba pracować na samochód czy witrynę w sklepie. W kontekście społecznym owa letniość to zdecydowanie pozytywna cecha. Nasze narodowe rozdarcie jest raczej papierowe i mocno powierzchowne. Pan który wyzwie nas od najgorszych w internecie, uprzejmie skłoni się w windzie i porozmawia miło o pogodzie.

Oczywiście obłuda i hipokryzja to nie są szczególnie pozytywne cechy, z dwojga złego lepiej jest jednak być wyzwany werbalnie niż zaatakowany fizycznie na ulicy za swoje poglądy. Starsze pokolenie doskonale pamięta eksperyment z mówieniem jednym głosem, jednymi dopuszczalnymi poglądami, jedną wspólną wiarą, zakończył się on katastrofą, której skutki odczuwamy po dziś dzień.

Kiedy więc mówimy o podziale Polaków musimy pamiętać o dwóch sprawach, że nie jest to zjawisko nowe, wynikające z obecnych podziałów politycznych tylko coś stałego w naszej historii. Odwieczne kłótnie rodaków były przyczyną nieszczęść, które na nas spadały z utratą własnego państwa włącznie. Nie tyle więc chodzi o to kto ma rację w obecnych sporach politycznych tylko gdzie leży granica zacietrzewienia. Historia to nie moda dla nastolatków, ani zbiór absurdalnych mitów o żołnierzach wyklętych tylko nauczycielka życia, od której należy się uczyć. Kłócić się można i trzeba ale należy zamknąć ją w cywilizowane formy. Obie strony sporu muszą baczyć na to by nie radykalizować nastrojów by wygrywały nasze pozytywne cechy: zamiłowanie do spokoju i szacunek do własności prywatnej, a nie sobiepaństwo czy kult przemocy.

 

 

 

 

 

 

Jezus Król !

Obchodzimy dziś ostatnią niedzielę w roku liturgicznym i uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Słowa Ewangelii, które otrzymujemy od Kościół do dzisiejszego rozważania to klasyczna etyka chrześcijańska. Właśnie kończąc liturgiczny rok i rozpoczynając okres przygotowawczy do jednego z najpiękniejszych świąt – Bożego Narodzenia – powinniśmy zastanowić się, czy żyjemy w zgodzie z tą etyką na codzień.

Czy jednak w tym przepięknym czytaniu według św.Mateusza chodzi tylko o to, byśmy byli etyczni, czy chodzi w nim wyłącznie o to jak traktujemy innych? Czy Jezus upomina się w nim o biednych, chorych, potrzebujących? Dopieszcza tych wszystkich, którzy działają w organizacjach charytatywnych, samopomocowych, domach opieki, wszelkiej maści wolontariatach?

Zdecydowanie nie! Dzisiaj Jezus mówi do nas o sprawach ostatecznych. O czymś zdecydowanie większym niż pomoc biednym, mówi do mnie i do ciebie o Raju i piekle. O tym, że jeśli się nie nawrócimy pójdziemy na wieczną mękę. Nie chcemy tego usłyszeć, do siebie przyjąć, zdecydowanie wolimy myśleć, że Jezus to taki miły i fajny gość, który nam grozi palcem. Myślimy sobie: dam większy datek na biednych, wspomogę Caritas, obowiązkowo wesprę Owsiaka i po sprawie. Tyle, że to czytanie w ogóle o tym nie jest.

Jeśli jesteś faktycznie świętym to o tym nie wiesz. Kiedy to Ciebie Jezusie nakarmiłem, kiedy napoiłem? Ja Cię odwiedziłem w szpitalu, w więzieniu? Nigdy w życiu! To nie byłem ja! Jeśli jesteś chrześcijaninem to Jezusa widzisz w każdym. Nie wybierasz sobie komu masz ochotę pomóc, kto jest godzien twojego wsparcia, a kto na nie nie zasłużył. Jezus jest w chamskim, ciągle pijanym sąsiedzie, na którego widok przechodzisz na drugą stronę ulicy, zaszczanym i zarzyganym bezdomnym w nocnym autobusie, koledze w pracy, którego nie znosisz.

Dobre uczynki są dobre dla pogan, chrześcijanin nie robi dobrych uczynków, tylko żyje w zgodzie z Ewangelią. Kiedy tak będziemy żyć dobro będzie się czynić samo, my nawet nie będziemy o tym wiedzieć, będzie jak oddychanie. Czy musimy pamiętać o tym, by zrobić wdech?

Dziś Jezus nie mówi do nas jako fajny gość, który myśli o potrzebujących. Mówi jako Król. Pan wszechświata i wieczności.

 

Kościół a homoseksualizm

Do pewnego Żyda przyszedł komunista i zaczął go agitować. Ten opowiedział mu historię jednego rabina: ” Rabin w młodości też chciał naprawiać świat, ale gdy odkrył, że świat jest zbyt duży i złożony, stwierdził, że ograniczy się do naprawiania własnego kraju. Ten też okazał się wielki i złożony, więc skupił się na naprawianiu swojego miasta. Gdy dojrzał, postanowił naprawić swoją rodzinę. Na łożu śmierci wyznał – Dziś mam nadzieję, że chociaż zdołam naprawić siebie!”  To smutna historia – powiedział komunista – rabin na starość stał się egoistą. Nie – odpowiedział mu Żyd – on nadal chciał zmieniać świat, zmienił tylko taktykę!

Chrześcijaństwo to sprawa niezwykle trudna, tak trudna, że niemal niemożliwa. Tak trudna, że udała się niewielu. Prawdą jest, że w domu naszego Ojca jest wiele mieszkań, ale i prawdą jest, że dostać się tam możemy wyłącznie przez wąską bramę. Stać się chrześcijaninem to znaczy umrzeć, a umieranie to nie jest łatwa i przyjemna sprawa. Każdy, kto twierdzi inaczej sam się oszukuje. W pierwszych gminach chrześcijańskich katechumeni przystępowali do chrztu nago, zrzucali z siebie szaty starego człowieka, którego topili po to, by mógł się narodzić z wody, człowiek nowy .

W ostatnich czasach w publicznej dyskusji, również na portalu Deon, pojawia się temat stosunku Kościoła do homoseksualistów. Moim obowiązkiem, jeśli faktycznie pragnę być chrześcijaninem, jest miłość bliźniego. Każdego bliźniego, bez wyjątku i bez warunków wstępnych. Jako człowiek wierzący nie mam prawa, ani powodu odnosić się do sfery seksualnej moich braci. Bóg podarował ludziom miłość fizyczną jako intymną więź męża i żony, i w tym układzie nie ma miejsca na kogoś trzeciego. Jaki użytek zrobił z tego daru mój brat, sam rozliczy się przed Bogiem, nie ja. W czterech Ewangeliach nie ma ani jednego zdania na temat seksu, nie bądźmy mądrzejsi od Ewangelistów. Głośmy Jezusa Chrystusa, nie siebie!

Wszelkiej maści stowarzyszenia, organizacje zajmujące się seksualną sferą życia to nie miejsce dla nas. Kluby gejowskie to nie jest miejsce dla chrześcijanina. Stosunek Kościoła do homoseksualizmu jasno, prosto i ponad wszelką wątpliwość przedstawia św. Paweł:

Ponieważ, choć Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce. 22 Podając się za mądrych stali się głupimi. 23 I zamienili chwałę6 niezniszczalnego Boga na podobizny i obrazy śmiertelnego człowieka, ptaków, czworonożnych zwierząt i płazów. 24 Dlatego wydał ich Bóg poprzez pożądania ich serc na łup nieczystości, tak iż dopuszczali się bezczeszczenia własnych ciał. 25 Prawdę Bożą przemienili oni w kłamstwo i stworzeniu oddawali cześć, i służyli jemu, zamiast służyć Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki. Amen. 26 Dlatego to wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. 27 Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. 28 A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi. (Rz 1, 21-28)

To wystarczy, nic więcej nie ma potrzeby tu dodawać. Ci wszyscy, którzy chcą być bardziej pawłowi od św.Pawła muszą sobie zadać pytanie: czy z jego stanowczością mają również jego niezachwianą wiarę w Jezusa Chrystusa i miłość bliźniego? Bo te słowa obdarte z miłości bliźniego mogą być i będą odebrane jako nawoływanie do nienawiści, do prześladowania, do szykanowania, czyli do postawy, której jednoznacznie Kościół się sprzeciwia.

Ci wszyscy, którzy chcą św.Pawła cenzurować, reinterpretować, którzy starają się udowodnić, że wcale nie powiedział tego co powiedział, że nie liczy się płeć tylko uczucie, muszą uważać, by nie popaść w herezję, by nie prezentować stanowiska przeciwnego do nauczania Kościoła.

Jeśli chcemy być chrześcijanami musimy zmienić taktykę, zacząć naprawiać świat od siebie samego. Przyjrzeć się, czy nasza własna sfera intymna jest czysta, czy my sami na pewno jesteśmy wolni od zboczeń. Naszym obowiązkiem ludzi wierzących jest osiągnąć świętość, a nie karmić nasze demony grzechami naszych braci.

Historię, którą przytoczyłem na wstępie zaczerpnąłem z książki: „Tłumacząc Hannah” Ronaldo Wrobel, Wrocław 2017

 

Przejdź do paska narzędzi