List otwarty do księdza Bonieckiego

Żyjemy w kraju, w którym umiłowanie do cierpienia wysysamy z mlekiem matki, w którym edukacja obywatelska sprowadza się do wyliczania kto i kiedy nas skrzywdził. Wrogowie nas pobili, przyjaciele oszukali, sprzymierzeńcy opuścili.

Szamani od zdrowia psychicznego szkolą nas w stawianiu diagnoz. Jesteśmy pełni bólu i nieszczęścia, bo rodzice nas nie kochali lub kochali źle, bo się rozwiedli, bo ojciec pił, bo bił i tak dalej i tak dalej. W tej „edukacji” zapominają dodać, że postawienie diagnozy to początek, to punkt wyjścia, a nie zamknięcie. Zdiagnozowany problem powinien być pierwszym krokiem do lepszego, normalniejszego, zdrowego życia, a nie ostatnim do wewnętrznego piekła cierpienia.

Człowiekowi, który swoją egzystencję, swoje „być”, zamienił w krzyk, zamienił w ogień. W ból.

Egzystencję zamienioną w ból trzeba i można leczyć. Teza, że skoro cierpię bardziej od innych, to jestem od innych lepszy, wrażliwszy, bardziej przenikliwy jest tezą nieodpowiedzialną. Skutkuje tym, że ludzie zamiast stawiać na terapię, karmią swoje demony całymi latami. Pielęgnują własne cierpienie jak najcenniejszy skarb.

Skutkuje tym, że są ludzie w tym kraju, którzy całe dorosłe życie toczą w bólu i cierpieniu, nie potrafiąc wyjść z traumy, która spotkała ich dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Żyją i umierają w wewnętrznych mękach, bo nie znalazł się nikt, kto by im pomógł przegonić z duszy demony.

Piotr był z tych, którzy widzą ostrzej, widzą to, czego większość ludzi nie dostrzega, czuje drgania sejsmiczne, których wielu nie czuje, widzi rysy na murze, stłuczony dzban i złamany kołowrót, widzi symptomy katastrofy. Wierzy, że może ostrzec. Wie, że to uczynić musi.

Nawet najbardziej trafna diagnoza, najbardziej wrażliwy sejsmograf, jeśli nie jest drogowskazem do normalności i zdrowia, jest tylko bezużytecznym krzykiem Kasandry.

Płonący, żywy, cierpiący z potwornego bólu człowiek to akt antyhumanitarny, antyludzki i antychrześcijański. To obraz upadku, a nie wzniosłości – albo tak uważam, albo nie. Czy aby ocenić ten czyn, stając w prawdzie, należy pytać: kto podpala zapałkę? Czy widząc płonącą ludzką postać, pytanie o motywy jest pytaniem moralnym?

Na ziemi, która wchłonęła w siebie tyle krwi niewinnej, na której było tyle nieszczęść, zbrodni, wojen, w kraju, w którym tak niedawno temu dymiły kominy krematoriów mówienie, że spalony żywcem człowiek to miłość jest zdumiewające! Ja tego pojąć nie potrafię!

Talenty !

Chrześcijaństwo to Jezus Chrystus. Do Boga możemy się zbliżyć tylko przez Niego. Wszystko inne to sprawy drugorzędne.Kiedy o tym zapominamy i skupiamy się na zagadnieniach mało istotnych dla naszej wiary zaczynamy błądzić.

Mądrzy, wykształceni, światli ludzie, zmagający się z fundamentalnymi pytaniami o sens ludzkiej egzystencji często wpadają w pułapkę mylenia wiary z filozofią, psychologią czy teologią. Zagłębiając się w niuansach tracą z przed oczu cel główny – Jezusa.

Doskonały materiał by po raz koleiny zadać sobie pytanie: czym jest wiara? Daje nam Kościół w postaci Ewangelii przygotowanej na niedzielę zwykłą 19 listopada czyli za tydzień.

Usłyszymy bardzo znaną i często przytaczaną przypowieść Jezusa o talentach. Mogłoby się wydawać, że Słowo jest tak oczywiste dla wszystkich, że nie ma większego sensu się nad nim zastanawiać. Czyżby?

Wielu nawet z pośród wierzących słysząc słowo – talent, od razu myśli – predyspozycja. Otrzymaliśmy od Boga różne zdolności, jedni większe, drudzy mniejsze ale każdy z nas ma obowiązek dobrze wykorzystać je na Chwałę Bożą. Jeśli tego nie zrobimy sprzeniewierzamy się Jego woli.

Ktoś ma umysł ścisły, jest doskonały z matematyki ale nie zostaje naukowcem, nie ma tytułu profesora. Jest nikim. Jest zerem tu na ziemi to i będzie zerem w Królestwie Niebieskim albo raczej mniej niż zerem bo i to nic, to mało które jakoś tam zgromadził będzie mu odebrane.

Ktoś inny otrzymał talent do języków obcych ale nie wykorzystał go dobrze, nie tłumaczy książek z greki czy łaciny, nie jest tłumaczem symultanicznym, nie zrobił kariery. Jest zerem tu na ziemi, będzie mniej niż zerem w Niebie.

Mocne i trudne jest to Słowo ale i niezwykle motywujące, pytanie brzmi; motywujące do czego? Czy Jezus to trener od rozwoju osobowości, psycholog społeczny, autor poradników jak osiągnąć sukces? Co w takim razie zrobić ze słowami z kazania na górze, jak rozumieć osiem błogosławieństw? Co począć z zaproszeniem: zostaw wszystko co masz i choć za mną? O co chodzi z tym: nie troszczcie się zbytnio czy macie co jeść i pić ? Czy Jezus jest niekonsekwentny? Czy sam sobie przeczy ?

Talent o którym czytamy w Ewangelii to nie predyspozycje, to nie inteligencja, zdolności manualne, wrażliwość artystyczna i tak dalej, to On sam! To Jezus Chrystus! Mamy wielki dar od Boga, że mogliśmy poznać Jego Syna, a przecież nie każdy miał to szczęście, po dziś dzień na całym świecie żyją tacy, którzy Go nie znają, którzy nigdy o Nim nie słyszeli. To jest talent który mamy pomnażać i z tego daru będziemy wszyscy rozliczeni. Nie z kariery, osiągnięć zawodowych, inteligencji, rozumu. Dostaliśmy Jezusa Chrystusa i mamy obowiązek nieść go na cały świat. To właśnie jest chrześcijaństwo – nic innego!

Marcin Wójcik „Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu”.

W moje ręce trafiła książka Marcina Wójcika „Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu”. Wielu porządnych katolików zapewne uzna, że takich obrzydliwości nie ma sensu czytać, bo nic dobrego z tego wyniknąć nie może. Właśnie z tego powodu postanowiłem napisać o swoich odczuciach po jej przeczytaniu.

Czy książka pana Wójcika jest obrzydliwa? Bez wątpienia są w niej sceny obrzydliwe, a nawet i bardzo obrzydliwe. Jest to pozycja wyłącznie dla ludzi dorosłych. Mimo wszystko jednak my katolicy powinniśmy ją przeczytać i to wcale nie ze względu na jej temat główny, czyli celibat. Ważne jednak, aby nie podchodzić do niej z założeniami wstępnymi. Jeśli z góry ktoś uzna, że jest to bezpardonowy atak na Kościół i księży bez wątpienia takie treści w niej znajdzie. Jeśli ktoś ma wyrobione zdanie na temat celibatu, że jest zły, po pobieżnej lekturze może uznać, że książka tylko tę tezę potwierdza. Jeśli ktoś sięgnie po nią wyłącznie w poszukiwaniu taniej sensacji, będzie usatysfakcjonowany aż nadto.

Nie mam ambicji występować tu w roli adwokata pana Wójcika, czy zaglądać do głowy reportera i tłumaczyć co chciał powiedzieć, i co miał na myśli pisząc ten reportaż. Przedstawiam tu tylko swoje prywatne refleksje po lekturze i nie upieram się, czy są zgodne z intencjami autora, czy się z nimi rozmijają.

Choć wyżej napisałem, że dla mnie główną wartością tej pozycji wcale nie jest kwestia celibatu, należy tu kilka zdań temu tematowi poświęcić. Wbrew temu co można by sądzić, autor nie podchodzi do zagadnienia w „łopatologicznie” prosty sposób. Nie stawia prostej, acz banalnej tezy: celibat jest zły – nie ma celibatu, nie ma problemu.

Żona, dzieci, życie rodzinne to nie tylko i nie wyłącznie usłana różami sielanka, to trud, choć inny, to wcale nie mniejszy niż zmagania z czystością seksualną. Łączenie obciążeń wynikających z obowiązków głowy rodziny i duszpasterza może szybko okazać się nie do pogodzenia, a myślenie pt.: „wszystko byłoby lepiej gdybym miał żonę” w zderzeniu z realiami życia rodzinnego, mogło być jedynie żalem nad samym sobą – „wszędzie dobrze gdzie nas niema”. Zresztą czy dobrym, świeckim, katolickim ojcom rodzin i mężom swoich żon nie zdarzyło się przynajmniej raz w życiu pomyśleć: „taki ksiądz to ma dobrze, przynajmniej ma święty spokój”?

Założenie, że dobry ksiądz będzie równie dobrym ojcem i mężem jest zdecydowanie na wyrost. Twierdzenie, że wraz ze zniesieniem celibatu zmieni się podejście społeczeństwa do księży jest naiwne tym bardziej. Jest takie ludowe porzekadło: „jeśli ktoś chce uderzyć psa to i kij znajdzie”. Teraz zarzucamy duchownym, że to, że tamto, po zniesieniu celibatu znajdziemy inne powody: „patrz! żona księdza, a jak się zachowuje, zobacz! córka księdza, a co wyprawia”. Idąc dalej, skoro dorosłym mężczyzną targają tak wielkie namiętności, że brakuje mu siły, by dochować przysięgę złożoną Kościołowi, czy wystarczy mu siły charakteru, by dochować wierności jednej kobiecie? Pawłowe przesłanie: „lepiej mieć żonę niż płonąć” jest piękne, ale czy aby na pewno wystarczające na wszystkie płomienie naszych zbłąkanych dusz?

Odrębnym tematem, gdy chodzi o kwestię celibatu są księża homoseksualiści, dla nich pozwolenie Kościoła na zawieranie małżeństw nie jest żadnym rozwiązaniem. Czy Kościół Katolicki kiedykolwiek zgodzi się na związki w obrębie tej samej płci?

W moim odczuciu doskonałą klamrą tej książki jest ostatni reportaż. Opowiada on  o patologicznej, destruktywnej rodzinie prawosławnego księdza. W moim odczuciu jest to celna riposta dla tych wszystkich, którzy za koronny argument przeciw celibatowi powołują się na protestantów i prawosławie. Skoro im się udaje, dlaczego nie może się to udać w Kościele Katolickim? Czy pewne jest, że im się udaje?

Książka nie daje prostej odpowiedzi w kwestii celibatu. Teza: „żonaty ksiądz, to szczęśliwy ksiądz” jest zwyczajnie naiwna. Po co w związku z tym ją czytać? Czego możemy się z niej wartościowego nauczyć?

Otóż największą siłą tej pozycji jest to, że w niezwykle mocny sposób opowiada o samotności i wyalienowaniu ze społeczeństwa osób duchownych. Ksiądz to ani nie człowiek, ani nie mężczyzna, to papierowa, jednowymiarowa postać o nieokreślonej płci, wobec której stawia się wyłącznie wymagania i nie daje żadnej taryfy ulgowej. To taki anioł bez skrzydeł, chodzący ideał, wzór do naśladowania. Sam fakt posiadania koloratki ma sprawić, że owa postać jest o wiele bliżej Boga, niż my zwykli śmiertelnicy.

Takie wymagania stawia przed księżmi społeczeństwo i w takim duchu „produkują” księży seminaria. Presja społeczna jaka jest wywierana na osoby duchowne sprawia, że dźwigać potrafią ją osoby niezwykle silne psychicznie. Ci słabsi załamują się, wpadają w depresję, alkoholizm, seksoholizm, chciwość.

Samotność wśród ludzi to największy problem, z jakim zmagają się księża w reportażach pana Wójcika. Również wyalienowanie. Kiedy byliśmy młodzi, część z nas chciała za wszelką cenę wyrwać się spod kontroli społecznej, dziś już większość z nas rozumie, że wszechobecne zasady życia społecznego to najlepszy z możliwych sposób na normalność. Co dzieje się ze społecznościami, gdy zasady ładu społecznego przestają funkcjonować widać najlepiej po takich miejscach jak chociażby Syria. Gdyby nie bat i kaganiec kontroli społecznej, piszący te słowa nie wie gdzie by był? Może na ławce pod „Biedronką” w ostatnim stadium alkoholizmu? Praca, rodzina, obowiązki to coś, co ciągle stawia nas do pionu, nie pozwala upaść zbyt nisko. Księża pozamykani na plebaniach, sam na sam ze swoją samotnością muszą się zmagać z demonami bez niczyjej pomocy. W tym świecie, do którego nie mamy wstępu są skazani wyłącznie na siebie, a to może nie wystarczyć.

Znajomy kapłan opowiadał taką historię: chodząc „po kolędzie” zapytał pewnej pani czy może skorzystać z toalety, owa dama zareagowała przemożnym zdziwieniem pytając – „to ksiądz też sika?”

Owszem księża sikają, robią kupę, puszczają gazy, boli ich głowa i brzuch; są dokładnie tacy sami jak my, dokładnie tacy sami! Sam fakt chodzenia w sutannie jeszcze nie czyni z nich świętych. My, świeccy w Kościele Katolickim nie tyle powinniśmy zajmować się problemem celibatu – niech tę sprawę rozeznaje papież – co sprawiać, by księża nie czuli się wśród nas tak strasznie samotni. Powinniśmy zdjąć ich z piedestałów, przestać traktować jak guru, czy szamanów, ale jak współbraci identycznie słabych i grzesznych jak my.

Ktoś być może powie: przecież oczywiste jest, że od osób duchownych należy oczekiwać więcej, w końcu sami sobie taki sposób na życie wybrali. Owszem, racja, ale pamiętaj bracie, który tak mówisz: jeśli sam, dobrowolnie określasz się jako chrześcijanin – od ciebie też należy wymagać więcej!

 

 

Zaczadzeni na umyśle ! Samobójstwo to grzech !

Jakiś czas temu, w stolicy dużego kraju w samym środku Europy, zdesperowany człowiek dokonał  strasznej zbrodni. Popełnił ją na samym sobie. Polał się łatwopalną substancją i podpalił. Po kilku dniach, na skutek odniesionych ran, umarł.

W kwestii samobójstwa Kościół Katolicki zajmuje stanowisko jednoznaczne, niepodlegające dyskusji :

KKK 2280 Każdy jest odpowiedzialny przed Bogiem za swoje życie, które od Niego otrzymał. Bóg pozostaje najwyższym Panem życia. Jesteśmy obowiązani przyjąć je z wdzięcznością i chronić je ze względu na Jego cześć i dla zbawienia naszych dusz. Jesteśmy zarządcami, a nie właścicielami życia, które Bóg nam powierzył. Nie rozporządzamy nim.

KKK 2281 Samobójstwo zaprzecza naturalnemu dążeniu istoty ludzkiej do zachowania i przedłużenia swojego życia. Pozostaje ono w głębokiej sprzeczności z należytą miłością siebie. Jest także zniewagą miłości bliźniego, ponieważ w sposób nieuzasadniony zrywa więzy solidarności ze społecznością rodzinną, narodową i ludzką, wobec których mamy zobowiązania. Samobójstwo sprzeciwia się miłości Boga żywego.

KKK 2282 Samobójstwo popełnione z zamiarem dania „przykładu”, zwłaszcza ludziom młodym, nabiera dodatkowo ciężaru zgorszenia.

Kościół Katolicki modli się za dusze ludzi, którzy odebrali sobie życie, wierząc w nieskończone Boże miłosierdzie, ale sam czyn uznaje za jednoznacznie grzeszny, niepodlegający żadnemu usprawiedliwieniu. Śmierć w płomieniach to śmierć okrutna, skazująca człowieka na niewyobrażalne męki. Każdy, kto podnosi rękę, by dokonać tak barbarzyńskiego czyny musi być jednoznacznie, ponad wszelką wątpliwość, potępiony. Nawet jeśli ten akt przemocy dotyczy samego siebie, bez względu na pobudki, którymi się człowiek kieruje.

Jeszcze do niedawna żyłem, jak się okazuje, w złudnym przekonaniu, że w tej części świata w dwudziestym pierwszym wieku, palenie ludzi żywcem to akt okrucieństwa, który już nas nie dotyczy, że tego typu barbarzyństwo jest już nam, światłym Europejczykom, obce. Z przerażeniem stwierdzam, że nie tylko nie jest obce, ale do tego jeszcze są w tym kraju ludzie, którzy temu okrucieństwu przyklaskują!

Ludzie mądrzy, światli, wykształceni, tacy, z których diagnozami społecznymi liczy się opinia publiczna, ludzie kultury i sztuki i o zgrozo! – katolicy, księży katolickich nie wyłączając, opętani jakimś szaleństwem, spalenie żywcem człowieka chcą wynieść do rangi bohaterstwa, czynu pięknego, godnego upamiętnienia, szacunku i podziwu! Co się z nami stało, jaki wirus głupoty nas opętał, jakie zaczadzenie umysłowe nas dosięga?! Jak można gloryfikować samobójstwo, jak można patrzeć na człowieka – płonącą pochodnię i nie krzyczeć z przerażenia i strachu. Jak można coś takiego podziwiać?!

Jeszcze do niedawna uważałem, że nazywanie cywilizacji, w której właśnie żyjemy: cywilizacją śmierci to jednak pewna przesada, dziś już nie mam wątpliwości, że tak właśnie jest. Zastanawiam się tylko nad jednym, czy ci, którzy z takim zapałem chcą budować samobójcy pomnik zdają sobie sprawę, że tym samym mogą zachęcać innych do pójścia w jego ślady? Czy wy, którzy rozpisujecie się z takim zapałem: jakim to wspaniałym, szlachetnym, odważnym człowiekiem był samobójca, patrząc na kolejną żywą pochodnię w tym kraju uznacie, że ta krew jest na waszych rękach? Czy raczej z czyściutkim sumieniem pójdziecie do swoich komputerów pisać kolejny pean ku czci samobójcy ?!

 

 

Różaniec do granic – promocja

Wspólna modlitwa wiernych to istota Kościoła.

 Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich». Mt 18,20

Tych, którzy sugerują, że być może nie wszyscy przystępowali do modlitwy różańcowej z czystymi intencjami uspokajam, tych modlitw, które są niegodne chrześcijanina dobry Bóg po prostu nie wysłucha. Tym, którzy kręcą nosem, że to taki katolicyzm ludowy, przypominam, że bez tej pobożności najprostszej z prostych Kościoła zwyczajnie nie ma. Jeśli uczynimy z naszej wiary ekskluzywny klub inteligencji katolickiej, wspólnota Kościoła nie przetrwa na tej ziemi. Będziemy świetnie rozumieć takie pojęcia jak: soteriologia, predestynacja, czy paruzja, ale kiedy umrzemy nie znajdzie się nikt, kto by zmówił „zdrowaśki” nad naszą trumną.

Akcję zebrania wiernych na wspólnej modlitwie należy oceniać tylko pozytywnie. Inaczej rzecz się ma z promocją tej akcji w mediach. Nie chodzi tu o to, by się do czegoś przyczepić, czy znaleźć jakąś dziurę w całym, ale o to, by wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Przystępując do akcji promocyjnej czegokolwiek pierwszym krokiem, jaki należy uczynić, to postawić sobie dwa pytania: co promujemy i kto ma być adresatem. W przypadku, gdy ludzie świeccy biorą się za organizowanie imprezy o charakterze religijnym muszą bardzo uważać, by ich działania nie stały się dla kogoś zgorszeniem.

Jeśli adresatem akcji mają być ludzie dobrze obeznani z wiarą katolicką, którzy ją rozumieją i są odpowiednio uformowani, to oczywiście można sobie pozwolić na treści trudne, nieoczywiste, wymagające pogłębionej refleksji. Kiedy jednak wychodzimy z promocją do odbiorcy masowego takich treści należy unikać. Najbezpieczniej jest założyć, że znaczna część ludzi naszej wiary albo nie zna w ogóle, albo ma o niej mgliste, często stereotypowe pojęcie. Wartości, do których się odwołujemy powinny być więc najprostsze z możliwych, jednoznaczne i przyswajalne dla wszystkich.

Promowanie modlitwy różańcowej to nie reklama majtek, prosta zasada: nie ważne co mówią, byle by mówili jest w tym przypadku niedopuszczalna. O osobie publicznej, która ma na swoim koncie dwa rozwody i trzy żony, przy zachowaniu maksimum dobrej woli trudno powiedzieć, że się pomyliła, że coś nie wyszło, raczej mowa tu o ciężkiej recydywie i przyjętym stylu życia – jeśli taką osobę wybieramy do promocji spotkania modlitewnego nie dziwmy się, że to wywołuje kontrowersje.

Kochani bracia i siostry nie każde słowa krytyki to od razu „hejt”. Jeśli ludzie wyrażają swój sprzeciw, nie musi to oznaczać mowę nienawiści, tylko to, że czegoś nie rozumieją, czują się zagubieni, lub zakłopotani. Jeśli na to zdziwienie odpowiemy: bo wy niczego nie rozumiecie i jesteście głupimi „hejterami”, wiernych Kościołowi nie przysporzymy.

Dla ludzi wiary oczywiste jest, że w chrześcijaństwie nie ma żadnych warunków wstępnych, że do Matki Bożej może zanosić swoje modlitwy każdy, że z nawróconego grzesznika jest więcej radości w Niebie, niż ze stu wierzących, ale wiara bierze się z przepowiadania, nie z reklam telewizyjnych, bo te – co oczywiste – bazują na sloganie, skrócie myślowym, stereotypie. Spoty reklamowe to nie miejsce na ewangelizację. Właśnie dlatego każdy, który chce przemawiać w imieniu Kościoła do odbiorcy masowego musi bardzo uważać, by mimo szczerych intencji i zbożnych zamiarów, nie stać się dla bliźnich zgorszeniem. Aby zamiast zachęcać do nawrócenia nie odpychać przypadkiem od Kościoła i tym samym zamykać drogę braciom do zbawienia, bo to już jest grzech ciężki!

Święte krowy polskie !

Tagi

,

Żyjemy w czasach niczym nie skrępowanej wolności słowa, niekiedy nadużywanej lub, jak kto woli, rozumianej opacznie. Można krytykować wszystko i wszystkich, każdemu może się oberwać. Obecny rząd jest poddawany permanentnej krytyce wszystkiego do tego stopnia, że nawet ludzie, którzy zwolennikami partii rządzącej nie są czują się zażenowani i zniesmaczeni.

Można dowalić papieżowi, można krytykować biskupów, Kościół jako całość i katolików każdego z osobna, i jeśli ten i ów poczuje się tym dotknięty, zostanie wyzwany od fundamentalistów, kmiotków i zacofańców. Czy w związku z tym są w naszym kraju jeszcze jakieś świętości, jacyś nietykalni?

Owszem, jak najbardziej. Pierwszą świętą krową Polski jest sport. Żyję w mieście, w którym co pewien czas organizowane są zawody sportowe i nie mam tu na myśli tych odbywających się na stadionie. Piszę tu o imprezach lokowanych w centrum miasta, kiedy wyłącza się z ruchu poszczególne ulice lub nawet całe kwartały. Zdezorientowani kierowcy albo stoją w korkach, albo szukają jakiś objazdów tracąc czas i paliwo, czyli swoje ciężko zarobione pieniądze. Komunikacja miejska albo całkowicie zawiesza działanie poszczególnych linii, albo kieruje je na zmienione trasy, przyprawiając o ból głowy mieszkańców, którzy w dniu organizowanej imprezy nierozsądnie gdzieś się wybrali, np. do znajomych, albo co gorsza do pracy. Do obsługi tych zawodów wykorzystuje się ogromną ilość ludzi: policjantów, ratowników medycznych i tak dalej, opłacanych z publicznych pieniędzy.

O dziwo chaos komunikacyjny i marnotrawienie środków publicznych na prywatne imprezy nikomu nie przeszkadza. Przeciwnie, jeśli ktoś zasugeruje: chcecie biegać, jeździć rowerami, czy co tam jeszcze, proszę bardzo, ale róbcie to tak, by nie paraliżować dużego miasta i nie za publiczne pieniądze, zostanie bezpardonowo skrytykowany i uznany za najgorszego tępaka, który nie rozumie jak ważną rzeczą dla państwa jest sport.

Miliony Polaków podniecały się panią rzucającą jakimś przedmiotem najlepiej na świecie i bardzo pięknie, ale dlaczego owe zabawy sponsorować z pieniędzy podatników? Jeśli ktoś ma ambicje rzucać, skakać, pływać, czy kopać piłkę najlepiej na świecie, proszę bardzo, ale niech robi to za swoje pieniądze, a jeśli mu mało, są reklamodawcy, prywatni sponsorzy, a pieniądze z moich podatków niech państwo wydaje na sprawy ważne i faktycznie potrzebne.

Mam w domu dwie piękne kobiety, jedną dużą, drugą malutką, i jedna i druga potrafi cisnąć przedmiotem z naprawdę imponującą siłą, czy w związku z tym domagam się dla nich specjalnego stypendium od państwa? Ten argument większość zdrowo myślących ludzi uzna za idiotyczny, ale dokładnie tym samym ludziom wydawanie pieniędzy z naszych podatków na coś tak bezproduktywnego i bezsensownego jak sport wyczynowy już idiotyczne się nie wydaje.

Monstrualne sumy z publicznej kasy lekką ręką wydawane są na takie czy inne „polskie orły”, na niczemu nie służące obiekty, w które na dodatek jeszcze trzeba pompować miliony, by owe monstra utrzymać i wszyscy jesteśmy z tego powodu szczęśliwi, jednocześnie wylewamy morze łez nad stanem naszej chociażby służby zdrowia. Gdzie tu logika?

Mówiąc o stanie publicznej opieki medycznej dochodzimy do polskiej krowy najświętszej ze świętych. O ile krytyka sportu jako dumy narodowej może jeszcze ujść płazem, to krytyka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy grozi ostracyzmem i linczem publicznym. Jakiekolwiek uwagi krytyczne na temat tej świętej instytucji Polaków wywołuje histerię i oburzenie niespotykane w każdej innej kontrowersyjnej kwestii.

Otóż bracia i siostry, panowie i panie sytuacja, kiedy opiekę zdrowotną obywateli danego państwa biorą na swoje barki pozarządowe organizacje humanitarne jest modelem z trzeciego świata. Najbardziej znanym beneficjentem międzynarodowej pomocy humanitarnej jest od lat Sudan Południowy. Czy aby na pewno znalezienie się w tym towarzystwie jest powodem do dumy i chwały?

Dbanie o zdrowie i życie obywateli jest obowiązkiem państwa, obowiązkiem wyraźnie ujętym w konstytucji. Państwo na ten cel zabiera z kieszeni każdego z nas podatki i musi zrobić wszystko by się z tego obowiązku wywiązać. Nie ma rzeczy ważniejszej, bardziej istotnej, kluczowej dla życia państwa jak stan zdrowia jego obywateli. Sytuacja, kiedy zajmują się tym aspektem entuzjaści, amatorzy dobrej woli, a nie profesjonalna machina państwowych ekspertów jest powodem do wstydu dla każdego nowoczesnego państwa, a nie do dumy! Kiedy więc w telewizji oglądamy scenki rodzajowe, w których dzieci dziękują panu Owsiakowi za uratowanie życia, powinniśmy z przerażeniem załamywać ręce, że oto prostą drogą równamy się do krajów trzeciego świata, a nie szczerzyć zęby w uśmiechu samozadowolenia.

Godzimy się z przyklaśnięciem rąk na marnotrawienie naszych pieniędzy na rzeczy bezsensowne i dumni jesteśmy, kiedy zamiast państwa nasze dzieci leczą organizacje humanitarne jak w Sudanie i nikomu to nie przeszkadza. Zdecydowanie takie święte krowy polskie mają się dobrze!

 

Jeszcze raz o rozwodnikach !

Od kiedy Papież Franciszek swoją adhortacją o rodzinie „włożył kij w mrowisko”, spory o rozwodników żyjących w ponownych związkach nie ustają. Głosy tych za i tych przeciw wydają się nie mieć punktów stycznych, biegną równolegle. Dlaczego tak się dzieje? Otóż jedni i drudzy mówią o dwóch różnych sprawach. Przeciwnicy jakichkolwiek zmian, boją się, że Kościół zmieni swoje stanowisko w sprawie nierozerwalności małżeństwa i zrelatywizuje swoje nauczanie w tej kwestii. Zwolennicy dostrzegają, że przecież o małżeństwo tu w ogóle nie chodzi. Problem rozwodników to „krajobraz po bitwie”, to miejsce, w którym się znaleźli kiedy małżeństwa już nie ma.W tym przypadku jakiekolwiek zmiany czy rozważania na temat małżeństwa jako sakramentu są nieuzasadnione, bo nie da się reformować czegoś co już nie istnieje.

Zabierający głos w dyskusji na temat rozwodników, mówiąc czy pisząc jak piękną, wspaniałą i cudowną formą życia chrześcijańskiego jest stan małżeński, zwyczajnie strzelają kulą w płot. To mniej więcej tak, jakby kobiecie w średnim wieku, która jest w ciąży, ma już dzieci, opłakaną sytuację ekonomiczną i brak pomocy z jakiejkolwiek strony, rozważającą aborcję, głosić katechezę o pięknie życia w czystości.

Stanowisko wobec ludzi żyjących w nowych związkach po rozwodzie nie ma nic wspólnego ze stanowiskiem Kościoła wobec małżeństwa jako sakramentu. Jednakże ci, którzy w ogóle nie życzą sobie tej dyskusji, utrzymują, że de facto ma, że wierni uznają, że Kościół po cichu przyzwoli na rozwody.

Polacy mieniący się „narodem katolickim” masowo nie słuchają nauczania Kościoła w kwestii antykoncepcji, in vitro, uchodźców, aborcji, horoskopów i tak dalej i tak dalej, nagle hurmem usłyszą głos w sprawie rozwodników? Ciekawe założenie. Jasne, że słyszymy tylko to co chcemy usłyszeć i dociera do nas tylko to co nam pasuje, ale od kiedy to Kościół w kwestiach wiary kieruje się głosem opinii publicznej?

Druga sprawa jest o wiele delikatniejszej natury, o której głośno nie lubimy mówić, ale którą chętnie i często „wyciągają” przeciwnicy Kościoła. Właśnie dlatego i my wierzący musimy się z nią zmierzyć. Rozwodnikom żyjącym w ponownych związkach bardzo często stawia się zarzut nie tyle życia w grzechu, co niedbalstwa, lenistwa czy zaniedbania. Przecież mogliby się starać o uznanie poprzedniego małżeństwa przez Kościół jako nigdy nie zawarte i po temacie. Mogliby wtedy i przystępować do komunii świętej, i ponownie ślubować sobie przed ołtarzem, w czym problem? Czy taka postawa ludzi Kościoła nie jest cichym przyzwoleniem na rozwody?

Jeśli chodzi o naszą wiarę, być może niektórych to zdziwi, ale w czterech Ewangeliach nie znajdziemy nic na temat seksu. Ani jednego zdania. Jezus w ogóle nie odnosi się do tej sprawy. Pierwszym i podstawowym obowiązkiem, by iść za nim jest: kochać swojego Boga i swojego bliźniego. Wszystko inne powinno wynikać właśnie z takiej postawy. Wobec tego przykazania większość z nas, łącznie z piszącym te słowa, uporczywie trwa w grzechu, a mocne postanowienie poprawy jest zwykłym kłamstwem wobec Boga i siebie samego. Jasne, że grzeszymy, bo jesteśmy słabi i ułomni, ale nie oszukujmy się, wiele z naszych postaw wynika z naszej całkowicie świadomej i dobrowolnej decyzji, z grzechu pychy, bo przecież ja wiem lepiej, co mi tam Kościół będzie mówił.

W przepięknym filmie pt.: „Ziemia Maryi” jest taka scena: pewien człowiek idzie do prostytutek i głosi im: Bóg was kocha! Na pytanie czemu nie mówi tym dziewczynom, że grzeszą odpowiada z przepiękną prostotą: bo one już to wiedzą!

Daleki jestem od arogancji doradzania Franciszkowi, jakie decyzje powinien podjąć w sprawie rozwodników żyjących w ponownych związkach. Sądzę jednak, że jeśli chcemy do nich wychodzić, to nie ma sensu mówić im tego, co wiedzą od dawna. Należy im mówić, że Kościół Powszechny ich kocha, ich najbardziej, bo czyż zdrowy potrzebuje lekarza?

 

Czy Kościół potrzebuje reformy?

Te rozważania należy rozpocząć od stwierdzenia, że Kościół nigdy nie stoi w miejscu, ciągle ewoluuje. Tworzą go przecież ludzie z krwi i kości, nieodrodne dzieci swoich epok i to oni wpływają na jego obraz. Truizmem byłoby twierdzić, że Kościół opisany w Dziejach Apostolskich i ten współczesny się od siebie różnią. Natomiast warto odnotować zmiany, jakie zaszły w polskim Kościele na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Z walki z państwem komunistycznym wyszedł on zwycięski, ale pokaleczony, z ogromnym syndromem „oblężonej twierdzy” i niezwykle mocno zaangażowany politycznie. Dzisiaj wielką, dynamiczną siłą w polskim Kościele są ludzie młodzi, dla nich lata PRL-u to już tylko i wyłącznie historia, a polityka nie absorbuje już ich tak bardzo. Wnoszą do Kościoła dynamizm i nowe spojrzenie niezwykle pozytywnie wpływając na jego kształt.

Dla niektórych to jednak ciągle za mało, oczekują nie tyle ewolucji co głębokich reform. Jak bumerang powracają tematy: celibatu księży, służby kobiet przy ołtarzu, antykoncepcji, stosunku do homoseksualizmu, rozwodników i wiele innych. Oczywiście to bardzo dobrze, że takie debaty się toczą. Wszystkie głosy zawierające w sobie szczerą troskę o Kościół należy oceniać wyłącznie pozytywnie. Należy jednak zawsze mieć w pamięci jedno: to nic nie da!

Skąd takie zdecydowane stwierdzenie? Ano stąd, że wszystkie te postulaty z nawiązką już dawno zrealizowali nasi bracia w wierze – protestanci. I co? I nic. Nie ma żadnego rozkwitu chrześcijaństwa, wybuchu szczerej wiary, renesansu Kościoła. Piszący te słowa nie jest bynajmniej światowcem, ale wszyscy ci, którzy często i dużo podróżują po Europie Zachodniej przywożą relacje wręcz odwrotne. Chrześcijaństwo jest tam w głębokiej defensywie, kościoły puste, panoszące się pogaństwo, a wiara jest wyśmiewana. Brat będący w okresie letnim w Niemczech widział na własne oczy na drzwiach budynku kościoła kartkę z napisem: nieczynne z powodu urlopu.

Kościół Katolicki to nie jest wielka korporacja. Jeśli myślimy, że wystarczy zmienić strategie, wymienić menedżerów na młodszych, inwestować w reklamę, ciąć koszty i mamy sukces to niestety, to nie zadziała. Kościół nie podlega prawom rynkowym – to pierwsze co musimy sobie uświadomić.

Coraz więcej ludzi w Polsce twierdzi, że wierzą, ale Kościoła nie potrzebują. Skoro Bóg jest wszędzie, to równie dobrze mogą się modlić na łące, czy w lesie. Nie należy tego oceniać, skoro nie potrzebują to może faktycznie tak jest. Należy zadawać pytanie: a nie przyszło ci nigdy do głowy, że może być tak, że to ty możesz być potrzebny komuś? Nie pomyślałeś, że nie zawsze musi chodzić o to, co ty potrzebujesz, że Kościół to nie firma cateringowa obsługująca twoje potrzeby, ale wspólnota wiernych, wśród których mogą być i tacy, którzy potrzebują właśnie ciebie? Może Kościół w twoim przypadku nie jest po to, by nieść ci pomoc i wsparcie tylko po to, żebyś przestał być takim cholernym egoistą?

Piszący te słowa często myśli o sobie, że jest złym chrześcijaninem, tyle, że to oksymoron! Albo jesteś zły, albo jesteś chrześcijaninem! Reformę Kościoła należy zacząć od siebie samego, od zatwardziałości swojego serca. To jedyna droga. Najpierw ja muszę się nawrócić. Ja muszę być solą i światłem. To nie jacyś inni, jacyś oni są Kościołem. To ja Nim jestem i tylko i wyłącznie od tego jakim jestem ja zależy jakim będzie Kościół Powszechny!

Zbiór pojedynczych, nawróconych – ja, to wspólnota wiernych, Kościół Katolicki.

Ostatnio przeczytałem w zupełnie nie katolickim czasopiśmie, w Polityce, taką oto maksymę:

Co to jest piekło? Kiedy w ostatni dzień swojego życia, osoba którą jesteś, spotyka osobę, którą mogłeś być!

Warto wyryć ją sobie w sercu!

Kto nie ma w nienawiści uchodźców nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego!

Hannah Arendt pochodząca z zasymilowanej rodziny żydowskiej mieszkającej w Niemczech spotykała się z zarzutem, że nie lubi Żydów. Przyznawała się do tego skrzętnie twierdząc, że filosemityzm to nic innego ja rewers antysemityzmu. Wynik dokładnie tego samego myślenia. Skoro zakładamy, że nienawidzić ludzi z powodu ich przynależności do takiego, a nie innego narodu to czysty absurd to i założenie, że jest to wystarczający powód, by ich lubić jest równie absurdalne.

Zupełnie tak samo rzecz się ma z uchodźcami. Ludzie od zawsze opuszczali swoje miejsca zamieszkania i ruszali w nieznane, a czynili to z najróżniejszych powodów. Piszący te słowa mieszka od dziesięciu lat w Poznaniu, ale się tu nie urodził. Pochodzę z pięknego Podlasia i na dobrą sprawę też jestem uchodźcą. Nie wygoniła mnie stamtąd ani wojna, ani brak pracy, czy bieda. Nie przybyłem do Wielkopolski z myślą, że oto teraz Poznaniacy mają mi zapewnić mieszkanie i utrzymywać do końca życia. Nie domagałem się specjalnego traktowania i statusu „świętej krowy”. Nie mam nic wspólnego z Islamem, nie jestem terrorystą i nigdy w życiu nie zgwałciłem żadnej kobiety. Jedyne czego oczekiwałem od Wielkopolan, to traktowania jak zwykłego człowieka.

Założenie, że wszyscy ludzie przybywający do Europy są tacy sami i chcą tego samego to czysty absurd. Słowo – uchodźca znaczy ni mniej ni więcej, że ktoś uszedł z rodzinnej ziemi i tyle. Koniec kropka. Jednemu przybywającemu na nasz kontynent wystarczy, że otrzyma pracę, inny będzie potrzebował na przykład nauczyć się języka, są oczywiście i tacy, którym powinno się zapewnić dach nad głową i pomóc w starcie w nowej rzeczywistości, w której się znaleźli. Najgorsze co można zrobić, to upchać ich w gettach na przedmieściach, dać trochę pieniędzy i stwierdzić teraz „róbta co chceta”

Fakt bycia uchodźcą nie oznacza jeszcze, że jest się islamskim terrorystą gwałcącym kobiety, ale bynajmniej nie oznacza również, że skoro jestem uchodźcą, to nie muszę respektować norm społecznych i prawa obowiązujących w miejscu, w którym się właśnie znalazłem.

Musimy przestać myśleć o ludziach, którzy do nas przybywają jak o jakieś specjalnej grupie, a zacząć ich traktować jak siebie samych, jak swoich nowych sąsiadów. Zamieszkujesz koło mnie i całe dobrodziejstwo europejskiej opieki socjalnej ci się należy, ale również cały system norm społecznych i prawnych cię obowiązuje. Przeciwnicy przyjmowania uchodźców podają jako główny argument, że w tak ogromnej masie ludzi nie da się wyłuskać tych, którzy stanowią potencjalne zagrożenie dla europejskiego ładu społecznego, tworząc getta nie da się tego zrobić również. Tylko przyjmowanie ich do wspólnot lokalnych daje taką nadzieję. Pomoc przez aktywizację, opieka socjalna, stawianie wymagań i czujne oko społeczności lokalnej – tylko tak naprawdę sprawimy, że ci ludzie otrzymają nowe lepsze życie, a nie wpadną w strukturalną biedę i beznadzieję gett, będących pożywką dla wszelkiej maści grup przestępczych lub fundamentalistycznych.

Czy należy pomagać uchodźcom? Nie! Należy pomagać ludziom w potrzebie bez względu na ich kolor skóry, wyznanie, pochodzenie etniczne, czy sposób w jaki dostali się do Europy. Czy fakt, że pochodzisz z innego kręgu kulturowego lub wyznajesz inną religię uprawnia cię do stosowania przemocy, przedmiotowego traktowania kobiet, czy ograniczania dzieciom dostępu do publicznej edukacji? Bynajmniej! Mieszkając w moim domu masz obowiązek przestrzegać prawa, które w nim obowiązuje.

Chrześcijanin ma obowiązek pomagać bliźniemu i obowiązek napominania grzeszników. Nie może obojętnie patrzeć na ludzkie nieszczęście, ale i nie może godzić się na zachowania łamiące zasady, w które wierzy.

Nie ma znaczenia, czy chcesz pomagać uchodźcom, czy nie. Jeśli dzielisz ludzi na kategorie, rasy, narody, czy plemiona, a nie traktujesz zwyczajnie po prostu jak bliźnich, tak czy tak – jesteś rasistą!

 

Zejdź Mi z oczu, szatanie!

Na dwudziestą drugą niedzielę zwykłą Kościół przygotował dla nas niezwykle trudne, ale bardzo istotne czytanie. Tydzień temu Piotr reprezentował Kościół niezachwianej wiary. Dzisiaj mówi w imieniu Kościoła wątpiących, zagubionych. Stawia pytanie w imieniu tych wszystkich, którzy nie rozumieją.

Oburza się w imieniu matki, której dziecko cierpi na raka, w imieniu kobiety, której mąż ginie w wypadku samochodowym, w imieniu mężczyzny, którego żona umiera w kwiecie wieku zostawiając go z gromadką dzieci, w imieniu starszej osoby, u której zdiagnozowano chorobę Alzheimera. W dzisiejszym czytaniu Piotr stawia jakże ludzkie pytanie: Nie można inaczej?  Bierze Jezusa na stronę i pyta: Jesteś Mesjaszem, Synem Boga żywego, nie dało się tego padołu łez i cierpienia urządzić inaczej? Lepiej, mądrzej, sprawiedliwiej?  Czemu ma służyć to całe cierpienie?

Na tak postawiony problem z niezwykłą ochotą odpowiedzi dostarcza Szatan, bo odpowiedź rozumiana po ludzku może być tylko jedna; albo jesteś Bogiem bezsilnym, albo jesteś Bogiem okrutnym! Albo nie jesteś wszechmogący, albo nie jesteś miłosierny!

Szatan to nie jest jakiś głupek zamknięty w gadżetach, to bestia niezwykle inteligentna, zna Pismo i filozofów, a przede wszystkim zna nasze najsłabsze punkty i właśnie tam uderza! Każe nam rozumować: „jesteś istotą myślącą, masz żywą, błyskotliwą inteligencję, jesteś w stanie znaleźć wszystkie odpowiedzi”. Kiedy uwierzymy, że wszystko wiemy, wszystko rozumiemy, wszystkie odpowiedzi mamy podane grubym drugiem w internecie, to po co nam wiara? Wiara stanie się religią, którą można i należy reformować, by pasowała do naszej, ludzkiej mądrości.

Właśnie dlatego Jezus tak mocno odpowiada Piotrowi. Gdy pójdziesz tą drogą, tym tokiem myślenia, wejdziesz prościutko w łapy Złego. Negując jedno, odrzucisz wszystko po kolei, sam sobie staniesz się Bogiem. Jezus mówi dziś do nas: zaufaj, uwierz! Pójdź za mną, bo tylko tak faktycznie dojdziesz do Prawdy. Przyjmij do wiadomości, że masz prawo nie wiedzieć, nie rozumieć, wątpić. Zaprzyj się tej swojej ludzkiej dumy, przestań być tą wszystko wiedzącą wyrocznią i zaufaj. Wierz, że kiedyś wszystko stanie się jasne, wszystko zostanie odkryte. Teraz, jeśli nie rozumiesz dlaczego obarczono cię tak ciężkim krzyżem, zaprzyj się samego siebie i bądź jak Szymon Cyrenejczyk!

Przejdź do paska narzędzi